Pokazywanie postów oznaczonych etykietą droga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą droga. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2025

Linija i buki…

 



 

…Na początku marca udało nam się kupić sporo drewna bukowego pochodzącego z pobliskiego lasu. Od kilkunastu dni trwała tam wycinka związana z budową drogi śródleśnej (nazywanej przez miejscowych „liniją”), prowadzącej do sąsiedniej wioski. Ciekawostką jest to, że owa budowa liniji zaczęła się jeszcze w czasie drugiej wojny światowej a dopiero teraz ma szanse być dokończona. Na początku lat czterdziestych ubiegłego wieku Niemcy zaprzęgli do roboty sporo okolicznych chłopów i wówczas pod surowym okiem okupantów powstawał szeroki, brukowany szlak mający w przyszłości ułatwić wygodny przewóz towarów, przemarsz wojsk i ciężkiego sprzętu a także pozwalać miejscowym na komunikację z sąsiednimi wioskami. Niestety, Niemcom nie dane było dokończyć tego pożytecznego przedsięwzięcia i przerwano je w okolicach 1944 roku na wieść o zbliżaniu się Armii Czerwonej. Nie raz żałowaliśmy z Cezarym, iż nie doprowadzono do końca owej drogi, bowiem to, co zdołano wtedy wybudować było zrobione wyjątkowo porządnie i trwale. Do dzisiaj ów zaczątek niemieckiego traktu jest świetnie przejezdny, możliwy do przebycia zarówno traktorem, jak samochodem i rowerem a do tego przyjemny do przejścia. Natomiast na pozostałym odcinku niedokończonego projektu napotyka się zryty głębokimi koleinami, tonący w błocie, zarosły krzakami dzikich jeżyn szlak. Wiele razy chodziliśmy tamtędy wybierając się do okolicznych lasów na grzyby (ach, jakie zdrowe borowiki i kozaki udawało się nam tam znaleźć) albo po prostu na spacery z psami. I marzyliśmy, że może kiedyś uda się nam doczekać tej wielkiej chwili, gdy gmina weźmie się za dokończenie owej drogi i będzie można ją przejść suchą nogą a nawet dojechać autem owym skrótem do położonego za lasem centrum wsi.








   I oto wydaje się, iż nasze marzenie ma teraz szanse realizacji. Wczoraj był bardzo słoneczny, prawie wiosenny poranek, dlatego z ochotą wybraliśmy się z Cezarym w tamte okolice, by zobaczyć, co już zrobiono i jak zmienił się tamtejszy krajobraz. Okazało się, iż wycięto mnóstwo buków rosnących do niedawna po obu stronach owej niedokończonej, niemieckiej drogi. Będzie ona bowiem poszerzana i utwardzana na całej jej długości. W planach jest tam przeciągnięcie linii wysokiego napięcia. A po bokach traktu mają powstać rowy porządnie odprowadzające stamtąd wodę. Oby tak się stało! Oby po osiemdziesięciu latach udało się zrobić to, co nie udało się w czasach okupacji. Skorzystają na tym nie tylko mieszkańcy Pogórza Dynowskiego, ale także turyści, ponieważ w wielu miejscach owa droga tożsama jest z przebiegiem zielonego szlaku Przemysko-Bachórskiego wiodącego przez kilkanaście pogórzańskich miejscowości, przez bukowe lasy oraz widowiskowe łąki, wzgórza i kolorowe pola na słonecznych stokach. Dzięki temu ewentualni wędrowcy nie będą już tonąć w błocie ani gubić się pośród chaszczy, bo prawdopodobnie zostaną też poprawione albo wymalowane na nowo oznaczenia szlaku. Taką przynajmniej mamy nadzieję.





   A na razie czeka na nas ogrom drewna do pocięcia, porąbania i zwiezienia pod wiatę, aby leżąc sobie spokojnie przeschło porządnie do przyszłorocznego sezonu grzewczego.  A musicie wiedzieć, iż robota z bukowym drewnem nie należy do łatwych, bowiem drewno to jest bardzo ciężkie i twarde (ale przez to kaloryczne), dlatego zajmie nam to sporo czasu i będziemy musieli się oboje porządnie natrudzić by wszystko to uporządkować. Co roku wykonujemy taką pracę, więc dla nas to nic nowego. Jednak jesteśmy coraz starsi i to, co kiedyś wydawało się w miarę łatwe, dziś już się takim nie wydaje. Dlatego patrząc na te dwie góry drewna leżące na naszym podwórzu trochę nas strach oblatuje. Wiemy jak będą nas bolały mięśnie i kręgosłupy, ile trzeba się będzie nadźwigać, naschylać, naprzerzucać, nałupać, ile wyładowanych po brzegi taczek pod wiatę nawozić. Ale damy radę! Wszak dzięki tej robocie nie dość, że zyskujemy świetny opał na kolejną zimę, to jeszcze teraz mamy szansę spalić trochę tłuszczyku, rozruszać się do porządku i polepszyć kondycję. Potem już żadna robota w ogrodzie nie będzie nam straszna!:-)



   Marzy się nam, że w tym czasie postępować będzie szybko budowa owej leśnej liniji i może już późną wiosną uda nam się przejechać nią do centrum naszej wsi, na wybory prezydenckie. A to aż o kilkadziesiąt kilometrów skróci nam drogę!  Tak, tak! Mieszkamy na końcu wioski, w najodleglejszym jej przysiółku i nie ma stąd bezpośredniej, szybkiej możliwości dostania się do głównej części naszej wsi. Jest ona od nas tak daleko, iż ilekroć się tam wybieramy musimy objechać kilka innych miejscowości. Jadąc tam i zżymając się na ten absurd z dojazdem za każdym razem przyrzekamy sobie, że to już ostatni raz!  Być może w tym roku nareszcie będzie bliżej i łatwiej się tam dostać?



   A póki co marcowa aura z wiosennej przekształciła się znowu w zimową i stosy drewna czekające na obróbkę pokryły się warstwą świeżego białego puchu. W tym tygodniu jednak ma się jednak mocno ocieplić, zatem będziemy mogli zabrać się do pracy. Niech się dzieje, co się ma dziać!:-)





P.S.

Od jakiegoś czasu zauważam ogrom wejść na bloga. Tysiące wyświetleń codziennie wszystkich postów po kilkadziesiąt razy.  Zdumienie bierze, że komuś chce się to robić. I właściwie po co? Podziwiam pracowitość anonimowego czytacza, który najpewniej przy pomocy VPN nabija mi licznik wyświetleń z Austrii, Niemiec i Francji!  Że też mu się to jeszcze nie znudziło?!:-)

sobota, 3 lutego 2024

Słowiańskie mantry…

 


 

  W poprzednim poście pisałam o nitce, która może być jakąś ważną wskazówką, marzeniem, którego można się uchwycić, motywacją do wejścia na nową, fascynującą ścieżkę. A takich ścieżek, dróg i dróżek istnieje nieskończona ilość. Póki żyjemy, póty wędrujemy i odkrywamy kolejne szlaki, nieznane wcześniej rozgałęzienia. Wiele ich mijamy, nie zajrzawszy tam nawet, bo nie sposób przecież wejść na każdą. Bezpośrednim powodem wejścia na jakąś nową ścieżkę może być coś ważnego i znaczącego albo też przeciwnie, coś banalnego, czy nawet śmiesznego, a jednak w jakiś sposób zaciekawiającego. Dokonujemy więc świadomego lub przypadkowego wyboru. I idziemy, zagłębiamy się w okryte wcześniej mgłą światy. Eksplorujemy je widząc w tym dla siebie jakiś sens, radość, inspirację, nadzieję. Niekiedy jednak, najczęściej w snach, pojawia się wspomnienie zostawionych za sobą niepoznanych ścieżek. I żal, że nie dane nam było tam zajrzeć. Wówczas wyobraźnia, która nie zna żadnych ograniczeń swobodnie wędruje tam by zbadać rejony, do których na jawie pewnie nigdy nie trafimy…



   Zdarzało mi się w przeszłości natrafiać w czeluściach Internetu na filmy  i opowieści o starosłowiańskich wierzeniach, na pieśni wywodzące się z bardzo dawnych czasów. I choć podobały mi się te filmiki, to jednak nigdy nie zatrzymywałam się przy nich na dłużej. Aż wreszcie ni stąd ni zowąd musnęła mnie pewna nitka, zatem zaciekawiona wędruję spokojnym traktem trzymając się owej nici, póki nie dotknie mnie kolejna i kolejna. A jak to było z nią tym razem? O tym właśnie poniżej….

 


   Niedawno natrafiłam na YT na anglojęzyczną piosenkę Justyny Steczkowskiej pt. ‘Witch-er Tarohoro”.  Przetłumaczyłam ją sobie i zrozumiałam, że to pieśń o wiedźmie, która pragnie odrodzenia natury, która ufa, iż tak się wkrótce stanie. Wystarczy tylko wierzyć w nią i kochać ową naturę, otwierając tym samym bramy do wielkiej, pozytywnej przemiany…W tym samym czasie zobaczyłam również teledysk i od tej pory często owego utworu słucham i podziwiam. Justyna Steczkowska nie dość, że wspaniale tańczy tam i śpiewa to sama podobna jest do pięknej, nawiedzonej wiedźmy (aż wierzyć się nie chce, że piosenkarka ma 51 lat)!:-)



   Utwór „Witch-er – Tarohoro” ma niezwykły, magiczny nastrój, moc dawnych, słowiańskich wierzeń, niesie w sobie siłę odrodzenia i chęć działania. Ponadto działa na słuchaczy niezwykle energetycznie, pobudzająco. Zachęca do ruchu i śpiewu. Do jakiejś aktywności. A dodatkowo dla mnie stał się inspiracją do poszukiwań znaczenia dziwnych, tajemniczych słów powtarzanych przez artystkę w owej piosence: jarga, drago, wese, trado, istra, wejar, valve, ladodeja. Okazało się, że to słowiańskie słowa mocy. Mantry zwane inaczej agmami. A co one oznaczają i do czego służą piszę poniżej. Tak czy siak, po nitce do kłębka nabrałam chęci do słuchania na YT owych mantr powtarzanych melodyjnie przez różnych śpiewaków. Słuchanie owych jednostajnych zaśpiewów dziwnie człowieka uspokaja i wycisza. A jeśli jeszcze do tego miałoby sprawić, że dodadzą mu one mocy, uleczą go albo pomogą spełnić jakieś marzenia, to tym bardziej warto się zasłuchać. Warto też je samej zanucić, co czasem czynię, zwłaszcza przed snem, bo pomaga mi to w końcu zasnąć. Rzecz jasna nucę je sobie w myślach, żeby nie budzić Cezarego zazwyczaj od dawna już smacznie chrapiącego. Wyobrażam sobie wówczas, iż wędruję przed siebie polną drogą, która nie ma początku ani końca...


Jarga  -  to mantra oczyszczająca z negatywnych i ciężkich energii. Uwalnia z natłoku myśli i emocji. Wspomaga regeneracje sił witalnych. Pomaga w utrzymaniu dobrego zdrowia. Przyciąga dobra materialne.

Drago - inspiruje i przynosi rozwiązania problemów za pomocą snów lub wizji. Przywraca harmonię między pierwiastkami żeńskimi i męskimi i pomaga w pogłębianiu ludzkich relacji, w szczególności między kobietą i mężczyzną.

Wese - dodaje sił i odwagi w zmaganiach dnia codziennego. Wzmacnia poczucie własnej wartości i przyczynia się do osiągnięcia sławy, kariery i pomyślności materialnej. 

Trado - jest mantrą mistrzów nauczycieli o czystych umysłach i sercach. Dodaje wewnętrznych sił i moc do czynienia dobra. Pomaga w prowadzeniu przykładnego życia.

Istra - mantra wglądu, pozwalająca dotrzeć do przyczyn cierpienia i je zrozumieć, by odzyskać własną moc i przejąć kontrolę nad zdarzeniami. Poprawia uwagę i niweluje nawykowe, niekontrolowane reakcje.

Wejar -  pomaga w introspekcji, we wglądzie w prawdę o sobie. Przywraca umysł do rzeczywistości chwili obecnej. Agma przeznaczona w szczególności dla osób młodych i zagubionych.

Valve - pomaga w odkrywaniu i zdobywaniu nowych obszarów w życiu. Sprzyja nowym ideom i wyzwaniom.

Ladodeja -  wzmacnia i przyśpiesza proces tworzenia rzeczywistości z wizualizacji i myślokształtów. Dodaje wsparcia sił wyższych. Dodaje energii i pomaga oprzeć się niskim rządzom i pokusom. Odsłania własną ignorancję i pomaga się od niej uwolnić. Uwrażliwia na postrzeganie piękna świata.

Tarohoro – niesie ze sobą energię miłości, sprzyja też bogaceniu się.

 


   Jak piszą autorzy stron o słowiańskich mantrach i wierzeniach istotą naszego bytu jest energia. Energią są też dźwięki, zatem wypowiadane przez nas słowa mają duży potencjał energetyczny. Dźwięki mają różne wibracje i to one działają na człowieka najmocniej podczas medytacji. W kulturze słowiańskiej wierzono, że energia wypowiadanej agmy (mantry) ma uzdrawiającą moc. A każda z tych agm wywiera pozytywny wpływ na nas i otaczającą nas rzeczywistość, doprowadza do jakichś zmian, nie powodując przy tym żadnych krzywd ani zła.



   Zatem owe agmy (mantry) aby zadziałały należy powtarzać sobie, czy nucić po wielekroć. Najlepiej kilkadziesiąt razy. Owo monotonne powtarzanie podobne jest trochę do odmawiania modlitw różańcowych, czy też buddyjskich medytacji. Można w takie rzeczy wierzyć albo nie wierzyć, ale czemuż by nie spróbować?  Przecież nie ma w tym niczego złego…To tylko jedna ze ścieżek możliwości, nitek, które istnieją, których można się na chwilę albo na dłużej uchwycić.



   Poniżej link do stron, na której można dowiedzieć się czegoś więcej o słowiańskich agmach oraz link do jednego z takich słowiańskich, mantrycznych zaśpiewów na YT. Powtarzane są tam trzy słowa: radoro ( wprowadza równowagę sił witalnych w organizmie), daro (uzdrawia), sławo (odcina napływ negatywnych emocji i energii).

 


25 Słowiańskich Słów Mocy - Agmy - słowiańskie mantry (akademiaducha.pl)

 

czwartek, 26 października 2017

Od mgły do...mgły., cz.2




…Jechaliśmy dalej rozkoszując się ciepłem i przytulnością panującą w naszym samochodzie, który brnął przed siebie wytrwale, niczym okręt rozgarniając  nieustępliwe, kolejne fale mgły. Momentami wąska i dziurawa droga kazała poruszać się wolno i ostrożnie, niczym w tunelu, którego szerokości mogliśmy się tylko domyślać. Przemierzaliśmy jakieś uśpione wioski, gdzie z ledwością rozpoznawaliśmy zarysy budynków, ale nie byliśmy w stanie dostrzec żadnych szczegółów otoczenia. Od czasu do czasu mignęła nam niewyraźnie zielona tabliczka z nazwą nieznanej nam miejscowości. Zaraz brałam do rąk atlas, sprawdzając na mapie nasze położenie i tylko dzięki temu mogłam upewnić się, iż znajdujemy się w jakimś rzeczywistym miejscu drogi ku konkretnym punktom wiodącemu . Nieraz miało się wrażenie jakby płynęło się w chmurach, jakby to sen jakiś był albo film a nie zwyczajna jawa. Jednak nie baliśmy się niczego. Bezpiecznie nam tak było i dobrze. Moje przemoczone buty powoli wysychały a stopy rozgrzewały się, odganiając w dal czyhającą na sposobną chwilę znaną mi od dawna, ale dawno nie widzianą potworzycę – królową przeziębień i zapaleń jesienno-zimowych. Miłe ciepełko wspaniale rozleniwiało nic więc dziwnego, iż nie chciało się nam tego snu pośród mglistej aury przerywać i wysiadać w mokrą, chłodną rzeczywistość...

   W końcu jednak zwyczajne, ludzkie potrzeby kazały nam zatrzymać się przy jakimś spowitym mgłą lasku i ulżyć sobie na łonie natury. Omalże niemożliwością jest bowiem znalezienie w Polsce przy drogach, szlakach, w centrach turystycznych czy ustroniach miejsc stworzonych dla króla, gdzie mógłby się udać piechotą. Dlatego też wszelkie sposobne krzaczki i laski skrywają w sobie wiele brzydkich skarbów, przez ludzi do ich pozostawienia tamże zmuszonych. Teraz te wątpliwej jakości „precjoza” ukrywała litościwa mgła, ale wolałam nie myśleć, co odsłoni się, gdy słońce zajrzy wreszcie w te zakamarki…Mógłby się ktoś w tej chwili zdziwić i zniesmaczyć. No bo jakże to tak, dopiero co opisywałam romantyczne historie i pełne poezji legendy aż tu nagle o absolutnie niepoetycznych miejscach ustronnych wspominam? Jednak mniemam, iż nic, co ludzkie nie jest obce ani mnie, ani czytelnikom, ani turystom wszelakim, ani też obce nie było Starzeńskim, Stadnickim oraz królowej Bonie. Życie ma swoje prawa oraz potrzeby. Przydałoby się aby obyczaje w drażliwej kwestii  cywilizowanych toalet oraz stosunek do nich nieco się unowocześniły i oby królewskie przybytki czymś normalnym i nader często spotykanym być mogły. A przy tym czystym, przyjaznym i tak pospolitym jak znaki drogowe przy drodze. 



   Tak się złożyło, iż w kilkanaście minut potem, gdy jechaliśmy w uwitym przez mgłę labiryncie, postanowiła ona ni z gruszki ni z pietruszki pierzchnąć w wyższe partie wzgórz a na zachmurzonym dotąd niebie zaczęły nieśmiało pobłyskiwać pierwsze promienie wydobywając z okolicznych drzew ukryte tam dotąd barwy oraz głębie. Znajdowaliśmy się oto w miejscowości o wdzięcznej nazwie Malawa. Dostrzegliśmy posadowiony w oddali kościół, który wybijał akurat godzinę dwunastą. Usłyszeliśmy też muczenie krów i szczekanie psów. Zapachniały nam jesienne liście, zabłyszczał w oddali strumień, serdecznie zaszeptał wiatr. A w nas coś się jakby wówczas ożywiło. I raptem powzięliśmy śmiałe postanowienie, że jednak dojedziemy tam, gdzie nam się marzyło. Pogoda zaczęła sprzyjać, czasu było jeszcze dość. Dlaczegóż by więc nie pojechać w wymarzone Bieszczady a konkretnie do Mucznego, gdzie będzie można zdobyć wspólnie jeden z piękniejszych bieszczadzkich szczytów?

   Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy i już niebawem wspinając się po górskich serpentynach i przełęczach mijaliśmy Birczę, Roztokę, Jureczkową, Krościenko, Ustrzyki Dolne, Rabe, Lutowiska i Smolnik. Nie zatrzymywaliśmy się nigdzie chcąc jak najszybciej dojechać w miejsce, skąd będziemy mogli rozpocząć wspinaczkę. Jednak w prześwitach między pojawiającą się jeszcze znienacka firaną mgły nie omieszkaliśmy zauważyć po drodze urokliwych widoków, napisów informujących o miejscowych atrakcjach i szlakach turystycznych. Obiecywaliśmy sobie, że kiedyś przyjdzie czas na poznanie także tych miejsc, że skoro zaczęliśmy eksplorację Bieszczadów, to i tutaj pewnego dnia może nas wiatr przywieść. Niech tylko dobry czas sprzyja, jako takim zdrowiem obdarza i ciekawości świata nadal duszy nie skąpi!


   Wejście na Bukowe Berdo, umiejscowione w pobliżu wielkiego hotelu w Mucznem rozpoczęliśmy za piętnaście druga. Wręczający nam bilety wstępu na szlak pracownik bieszczadzkiego parku poinformował nas, iż mgła w tych okolicach utrzymywała się tylko wczesnym rankiem, natomiast już od kilku godzin trwała tu wspaniała, słoneczna pogoda. Spojrzeliśmy na siebie z Cezarym porozumiewawczo żałując, żeśmy się naszej pogórzańskiej mgle zwieść dali i że nie wyruszyliśmy tu tak wcześnie, jakeśmy zamierzali. Czasu nie mieliśmy teraz na zdobycie szczytu wiele, ale grunt, żeśmy we właściwe miejsce dotarli. Grunt, że bieszczadzkie słońce nam sprzyjało i do nowej wędrówki zapraszało. Cezary obiecał sobie, że tym razem choćby nie wiem co, da radę, pójdzie ze mną, nie podda się zmęczeniu. Ciesząc się jego pozytywnym uporem  wędrowałam spokojnym tempem, towarzysząc mężowi na prowadzącym najpierw przez świerkowy, potem przez bukowy las aż do szczytu.



    Ale cóż, łatwo czasem postanowić, trudniej dotrzymać słowa. Były momenty, iż zasapani skwapliwie korzystaliśmy z każdego przystanku by nabrać nowego oddechu. Takimi przystankami były przeważnie rozmowy z mijanymi po drodze turystami, z których wielu pocieszało nas, iż do szczytu już całkiem niedaleko a wielu zniechęcało, że to jeszcze przerażający szmat drogi. Zwłaszcza pewien pan apetycznie konsumujący pomidora z ogromnym przekonaniem informował Cezarego, iż na połoninę z całą pewnością dziś nie dotrzemy, bo w górach szybko się zmierzcha i perswadował by zawrócić póki czas i póki jeszcze okoliczne niedźwiedzie oraz wilki z ciemności na żer nie wyłażą. Widać było, iż ów pomidorem raczący się osobnik świetnie się bawi tym straszeniem nas, zatem i mój mąż dostosowawszy się do tego typu czarnego humoru podjął pałeczkę i z wielką przyjemnością w podobnym tonie z żartującym mężczyzną pogawędził.



   Baliśmy się, że będziemy ostatnimi wspinającymi się w tym dniu, iż ryzyka wchodzenia na szczyt o tej porze nikt już po nas nie podejmie. Jednak ku naszej uldze od czasu do czasu mijali nas nieliczni piechurzy a na jednej z sosnowych, urokliwie umiejscowionych na szlaku ławeczek jakieś młode, sympatyczne małżeństwo odpoczywając zajmowało się karmieniem swego maleństwa w nosidełku i uśmiechając się do nas obiecywało, iż za jakiś czas na pewno spotkamy się na wierzchołku Bukowego Berda.





   Zmęczeni, lecz w doskonałych humorach posuwaliśmy się wytrwale w górę ciesząc się cudowną pogodą, widokami, aromatem lasu, kolorami jesiennych liści oraz coraz wyraźniej przebłyskującą ku nas zza drzew, położoną na wysokości prawie 1200 m. złocistą połoniną. Jeszcze tylko ostatnia, ostra wspinaczka po kamieniach, wśród suchych liści, kęp traw i wystających spomiędzy nich korzeni. Jeszcze jedno, największe wysilenie dla zmęczonych nóg i oto jest! Po półtorej godziny wspinaczki pojawił się przed nami jeden z piękniejszych widoków jakie dane nam było w życiu ujrzeć – rozległa Połonina Dźwiniacka.


   Wówczas już nie mogłam się powstrzymać i śmiejąc się z radości pobiegłam w podskokach najpierw na prawo ku skalnemu podestowi, potem na lewo w ścieżkę wśród płowych traw by zobaczyć jak najwięcej z rozciągających się w dole widoków. Oszołomił mnie ten bezkres. Zachwyciły bogate barwy położonych blisko gór i pasma dalszych, błękitno-srebrnych szczytów.



  Weszłam zatem jeszcze wyżej, na sam szczyt Bukowego Berda a właściwie na pierwszą jego kulminację, ponieważ ta góra posiada trzy wierzchołki - 1201 m, 1238 m. oraz 1311 m. Stanęłam przy słupku z oznaczeniami szlaków. Rozejrzałam się dokoła w zachwycie. Wpatrywałam w góry położone po ukraińskiej stronie. Wyglądały imponująco, tajemniczo i niedostępnie. Zerknęłam w kierunku kolejnych szczytów, które można idąc z Bukowego Berda osiągnąć. Gdzieś tam jest Tarnica, najwyższy wierzchołek Bieszczadów. Czy i tam kiedyś uda nam się dotrzeć? Wszystko jest przecież możliwe! Póki co jednak, pasłam oczy tutejszym pięknem a duszę uczuciem wolności, podobnej do tej jakiej doznałam niedawno na Połoninie Wetlińskiej.  Zauważyłam, iż uśmiechnięty Cezary zmierza w moim kierunku przytrzymując mocno czapkę, którą rozbrykany wiatr stara się mu za wszelką cenę strącić. Ale mój mąż wcale się tym nie przejął. Dostrzegłam w jego oczach taką samą radość i dumę z dojścia tutaj, jakie były teraz i we mnie. W tej cudnej chwili łączącego nas bliźniaczego wzruszenia uścisnęliśmy się mocno za ręce a potem poprzez obiektyw aparatów fotograficznych spojrzeliśmy na otaczające nas pejzaże, usiłując oddać robionymi przez siebie zdjęciami choć część tej urody, choć ułamek tych uczuć, które w nas szampańskimi bąbelkami tańczyły.




   Zdecydowaliśmy się się wejść jeszcze trochę wyżej, bo przecież żal było już schodzić, gdy wokół takie widoki, gdy tylu turystów wędrowało w każdą stronę a słońce stało jeszcze całkiem wysoko. Wąską ścieżką po grani wiodącą doszliśmy na położony kilkadziesiąt metrów wyżej kamienisty występ skalny. Wiatr świstał tu z wielką mocą i przenikał na wskroś, sprawiając iż momentalnie zmarzliśmy. Wobec tego natychmiast odzialiśmy się w zabrane ze sobą przezornie kurtki. Wcisnęliśmy mocno na głowy czapki. Rozejrzeliśmy się krążąc wokół własnej osi i co i rusz znajdując nowe obiekty do uwiecznienia, nowe pejzaże do zachwycenia. 







  Miało się wrażenie, iż dotarliśmy na sam szczyt świata. Dalecy od ziemskich spraw, bliscy tym niebiańskim.  Mali i nic nieznaczący a tak bardzo spragnieni sensu, odkrycia swojej roli w biegu wszechrzeczy… Ni stąd ni zowąd przypomniały mi się słowa słyszanej niedawno piosenki: „Bieszczad kołysze się i płynie , góry zostaną, ja przeminę…”


    Ech...Westchnęłam  spojrzawszy po raz ostatni w tonące we mgle, najodleglejsze wierzchołki gór. Kiedyś ta mgła okryje wszystko… - szepnęłam sama do siebie a potem odganiając od siebie dziwną wizję dałam Cezaremu sygnał do odwrotu. Trzeba już było koniecznie rozpocząć zejście, choć ta magiczna kraina dookoła przyciągała niczym magnes, a życie ludzkie choć tak śmiesznie krótkie i nic nieznaczące w porównaniu z wiecznym trwaniem gór, to jakże potrafiło pięknym oraz ważnym się zdawać.

   Niestety, teraz czas gonił nas gonił niemiłosiernie. Za jakąś godzinę zacząć się miał tutaj spektakularny zapewne zachód słońca. I choć cudownie byłoby to zobaczyć i przeżyć, to nie braliśmy nawet takiego szalonego pomysłu pod uwagę. Po zachodzie wszak momentalnie się ściemni i droga powrotna stałaby się w takich warunkach bardzo niebezpieczna. 



   Na Połoninie Dźwiniackiej minęło nas owo sympatyczne małżeństwo ze śpiącym teraz  oseskiem. Uśmiechnąwszy się do nas przyjaźnie i pozdrowiwszy z godną podziwu lekkością wspinali się na Bukowe Berdo, wierząc że i im uda się obejrzeć to, co najbardziej obejrzenia było warte i za kilkanaście minut udać się w drogę powrotną. I pewnie tak się stało. Młodzi byli i sprawni niczym kozice górskie. Nie to, co my z Cezarym, którzy niczym sterane woły co parę minut musieliśmy stawać i odpoczywać a wszelkie stromizny pokonywać powolutku i ostrożnie, nie raz przy tym pomagając sobie wzajemnie.


   Zejście okazało się nawet trudniejsze niż wejście. Napięte mięśnie ud bolały na skutek nieustannej walki z siłą przyciągania ziemskiego. Palce stóp piekły od dobijania do ukrytych wśród liści kamieni. A i w kręgosłupach zaczęło coś strzykać….A tymczasem za lasem niebo przybrało już barwę różową. Słońce schowało się za wierzchołkami gór...




   Dla odwrócenia myśli od trudów wędrówki zaczęliśmy nucić marszowe piosenki. Idąc w ich rytmie wyśpiewywaliśmy na głos, że my ze spalonych wsi i głodujących miast, ale jakoś do domu wrócimy i w piecu napalimy, nakarmimy psa…, psy! Albo, że bój to jest nasz ostatni, krwawy skończy się trud, przed nocą zdążymy, tylko zwyciężymy…”. Żałowałam, że nie umiem na pamięć żadnej piosenki bieszczadzkiej, a zwłaszcza jakiejś o Bukowym Berdzie. Dopiero nazajutrz, odpoczywając po wyprawie znalazłam na YT piękną pieśń autorstwa Mirosława Welza i  ś.p. Przemysława Chmielewskiego ( od tej pory stale tego typu utworów słucham, czytam historie bieszczadzkich zakapiorów, poznaję legendy związane z Bieszczadami, ich fascynujące dzieje, ale to już temat na inną być może opowieść…).
 A oto wspomniana piosenka o Bukowym Berdzie…


   Owo zejście zajęło nam prawie dwie godziny i na parking dotarliśmy w gęstniejącej szarudze. Umordowani, ale zadowoleni zapakowaliśmy się do auta i wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Przez jakiś czas jechało się nieźle, ale potem znowu napłynęła znikąd gęsta mgła  a do tego szybko zrobiło się całkiem ciemno. Tymczasem my musieliśmy przemierzyć w tych warunkach ok. 130 km, zaliczając po drodze liczne zakręty, serpentyny, jazdy prawie nad przepaścią, pośród czarnych lasów i przytłaczająco wielkich masywów górskich…Przemierzaliśmy drogę z nosem prawie przy szybie, w ogromnym napięciu by nie przegapić jakiegoś ważnego dla nas drogowskazu, czy skrętu, by nie dobić do pojawiających się z naprzeciwka, oślepiających nas swymi światłami pojazdów, albo by nie potrącić wędrujących poboczem turystów, którzy nie pomyśleli o ubraniu czegoś odblaskowego czy też o latarce…Ta sama mgła, która nas przedtem tak fascynowała, życzliwie otulała i niczym dobra wróżka piękne legendy do snu opowiadała teraz stała się złośliwą czarownicą zamiatającą swą miotłą w naszą stronę wszystkie mgliste woale, tiule, firanki i zasłony jakie tylko zdołała z gór przyciągnąć…

   Wreszcie, cudem jakim chyba, udało nam się dotrzeć do domu. Było kilka minut po ósmej. Stęsknione psy omal nie przewróciły nas wybiegając z okrytego mrokiem ogrodu i skacząc ku nam na powitanie. Z trudem trafiłam kluczem do zamka wejściowych drzwi.  Dłonie drżały ze zmęczenia i na skutek niedawno doświadczonego stresu a ciemność była tak gęsta, że robiłam wszystko po omacku. Tuż za mną pchały się do środka popiskujące z radości psy. Pochód zamykał Cezary, który wnosił nasze bagaże i aparaty fotograficzne. Tymczasem na zewnątrz została samotna pani mgła, malująca w ciemności swoje niesamowite, oniryczne pejzaże i szepcząca, iż jeszcze kiedyś na pewno powędruje w naszym towarzystwie gdzieś daleko, daleko przed siebie…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost