Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

Leśny bar, czyli inaczej o śmierci...

   


    Jakiś czas temu Hanka C. poleciła mi w jednym z komentarzy popularną na YT piosenkę japońską pt. "Mori No Chiisana Restaurant"(śpiewa Aoi Teshima). Spodobała mi się jej słodka, wpadająca natychmiast w ucho melodia, kojarząca się z dawnymi piosenkami dla dzieci, z dobranockami i teatrzykami lalkowymi. Do pozytywnego wrażenia dołożył się takze niezwykle przyjemny i delikatny głos japońskiej piosenkarki. Można by jej słuchać i słuchać...Zaciekawiłam się od razu tekstem owej piosenki, bowiem zawsze tekst ma dla mnie tak samo ważne znaczenie, jak melodia. Przetłumaczyłam go sobie translatorem i ze zdziwieniem odkryłam, że opowiada on o duszach po śmierci. O tym, że idąc leśną ścieżką za toczącym się po niej żołędziem docierają do ukrytego gdzieś w gąszczu małego, ale charakterystycznego budynku, w którym mieści się leśna restauracja oferująca w swym menu najwpanialsze smakołyki. Gromadnemu biesiadowaniu nie towarzyszy tam smutek, żal i tęsknota. To nie ponura stypa w naszym zwyczajnym rozumieniu. Uczestniczące w wykwintnym i obfitym posiłku dusze nie martwią się niczym i po prostu cieszą sie tym, co mają na talerzu. Radują sie tym, co jest, nie płacząc za tym, co zostało za nimi...Posłuchajcie tej piosenki. Prawda, że wprawia w pogodny nastrój nawet wówczas, gdy już wie się o czym opowiada? Co więcej, przeczytawszy komentarze po nią na YT dowiedziałam się, że wiele osób czerpie z niej pociechę, bo wyobrażają sobie, że ich ukochani zmarli nie cierpią już tylko po prostu radują się gościną w przytulnej, leśnej restauracji, gdzie jedzą ostatni posiłek przed wyruszeniem w zaświaty...



   Zafascynowana i zaintrygowana tym jakze odmiennym od kultury europejskiej podejściem do zagadnienia śmierci poczytałam więcej na ten temat. I dowiedziałam się, iż Japończycy najczęściej nie płaczą po śmierci kogoś bliskiego (a przynajmniej zazwyczaj nie robią tego otwarcie). Dla nich bowiem śmierć jest koniecznym zwieńczeniem życia, jego nieodłączną częścią, przeciw której nie należy się buntować ani tym bardziej rozpaczać. To przecież przychodzi tak naturalnie jak zima po jesieni. Tak jest i tak będzie zawsze. Czy drzewo biada nad utratą swych liści? Nie. Ono wie, że taka jest kolej losu. Wie też, że to, co wydaje się całkiem umarłe przeistacza się w coś innego, a choć my tego nie dostrzegamy, to gdzieś nadal trwa a o ile nie zrobiło się na ziemi niczego złego, to i w zaświatach nie stanie mu się krzywda a wręcz przeciwnie...

   Ciekawych wiadomości na ten temat dostarczył mi m.in. portal histmag.org. Znalazłam tam obszerny artykuł na temat znaczenia śmierci w Japonii oraz zwyczajów z nią zwiazanych. Jeśli mielibyście ochotę tam zajrzeć, to tu podaję linka: https://histmag.org/Przekraczajac-rzeke-Sanzu-smierc-i-zaswiaty-w-kulturze-japonskiej-23220



   Niedawno przypomniałam sobie o owej piosence, posłuchałam jej znowu i jak to bywa moim zwyczajem, napisałam polskie słowa pasujące do tej nostalgiczno - słodkiej, japońskiej melodii a potem zaśpiewałam ją i nagrałam. Jak mi to wyszło? W sumie to nieważne. Ważne jest wg. mego mniemania to, że samo pisanie oraz śpiewanie uspokoiło,  wprawiło mnie w dobry nastrój i dało oderwanie od natrętnych trosk. A bardzo potrzebuję teraz takiego spokoju i oderwania... Śpiewając doznałam odczucia jakbym magicznie przeniosła się w czasie do beztroskich dni dzieciństwa, gdy na wycieczce do lasu tatuś karmił mnie poziomkami i jagodami a ja biegałam za nim i roześmiana, rozdziawiałam usmarowaną owocami buzię i niby wiecznie głodny pisklak wołałam, że chcę jeszcze i jeszcze...Posłuchajcie proszę sami tej piosenki i jeśli nabierzecie ochoty także pośpiewajcie. Poniżej zamieszczam słowa oraz link do podkładu muzycznego karaoke...





Leśny bar...

znów w dal mknie złoty żołądź, toczy się we mgle

pewnie wskaże mi bar leśny, co gdzieś skrywa się

dążą zewsząd tu dusze z tylu różnych stron

puste mają kieszenie, w dali został dom


to apetyt je tak wiedzie by ostatni raz

zjeść najlepsze delicje, które zrodził las

a ptaszek na gałęzi wyśpiewuje coś

zaśpiewam z tym ptaszkiem na cały głos


turu tum tum tum, turu tum...


blaszany dach baru karminowo lśni

kiedyś już go napotkałam, pewnie mi się śnił

ze środka dolatuje rozmów miły gwar

a zapachy upojne niosą się hen w dal


od prawej do lewej w barze rośnie tłum

choć dużo miejsc wolnych czeka jeszcze tu

lecz żołądź znów wiedzie nowych gości dwóch

starczy z jagód kompotu, zupy starczy z mchu


turu tum tum tum, turu tum...


las mgłą się opatula i nadciąga sen

to uczta ostatnia, wszystko zatem zjem

i wreszcie w łożu z liści się położę gdzieś

a ptaszek mi zanuci na dobranoc pieśń


cichnie słodka melodia, to spoczynku czas

bar podwoje przymyka i zasypia las...





   Na śmierć zatem można patrzeć przeróżnie. Wszystko zależy od kultury i tradycji w jakiej zostaliśmy wychowani albo od tego w co wierzymy i do czego jesteśmy przywiązani. Czy w trakcie życia mozna zmienić to swoje podejście? Myślę, że tak, że nawet wielu z nas by tego chciało, choć niezbyt często się to udaje...

P.S. Dziękuję Ci Haniu za podesłanie tej japońskiej piosenki. Bardzo mi się teraz przydała!:-)*




sobota, 3 grudnia 2022

Krótka forma...

 


                                                                              Krótka forma prozatorska

                                                                                      Lekka do czytania

                                                                                         Jeden łyk

                                                                                      Szybka przekąska

                                                                                   Zamiast głównego dania

                                                                                 Krótka forma porozumienia

                                                                                   Wiadomość obrazkowa

                                                                                    Kliknięcie sprintem

                                                                                        Bez myślenia

                                                                                     I zbędna już rozmowa

                                                                                      Tu krótka forma

                                                                                      Tam jeszcze krótsza

                                                                                     Wygoda rządzi światem

                                                                                        Byle biec dalej

                                                                                       Czas to wymusza

                                                                                       Narzuca tę zasadę

                                                                                         Zagłusza głód

                                                                                         Za staroświecką

                                                                                  Długą dyskusją do rana

                                                                             Podtyka czipsy znaków, gifów

                                                                                  Skróconą formę trwania...

 

sobota, 9 kwietnia 2022

Z życia wiejskiego…

 



 

   Ludkowie roztomili! Między falą deszczu a śniegu, między przekopywaniem ogródka, sadzeniem krzewów róż i malowaniem pergoli a stawianiem nowych płotków wokół warzywnika, dwie dające do myślenia historyjki z życia wiejskiego wzięte w ucho mi wpadły. A że zdało mi się, iż warte są one opowiedzenia, to i Wam je tu teraz opowiadam…

   Oj, nie zawsze wieś bywa tak pogodna, idylliczna i bezpieczna jakby nam się chciało, jakby nam się wyobrażało…Bo wszędzie są ludzie i ludziska. Pisałam ostatnio o nagminnym wypalaniu pól i o tym, że pewnikiem ci sami ludzie są tego zwolennikami co i procederu kłusowania oraz śmieci po lasach wyrzucania. Teraz doszła do mojej wiadomości kolejna forma działalności tychże osobników, która wręcz kwitnie na polskich wsiach i tak samo trudne, czy wręcz niemożliwe jest jej wyplenienie…

 

***

   Zdarzyło się, że dwaj okazjonalni drwale, najęci przez sąsiada (nazwijmy go pan A) – właściciela brzozowego lasu zjawili się pewnego dnia pod płotem innego sąsiada (nazwijmy go pan B), oferując po przystępnej cenie sprzedaż dwóch kubików świeżo ściętego drewna. Na pytanie – czyje to drewno – zarzekali się, że ichnie, znaczy z ich własnego lasu pochodzące. A że znani są sąsiadowi B jako naciągacze i pijacy, toteż z miejsca wielce podejrzanym się ich oferta człeku owemu wydała. Tym bardziej, że od kilku dni cięli oni przecież nie w swoim a w sąsiada A lesie, o czym pół wsi wiedziało, gdyż na wsi wszyscy o wszystkim prędzej czy później się dowiadują. Do tego krętacze ci proponowali sprzedaż tylko i wyłącznie dwóch kubików. Ani mniej ani więcej, choć sąsiad B gotów byłby kupić i 10 razy tyle, jakby cena była dobra. A wszak na zarobku ludziom tego pokroju powinno zależeć, tym bardziej, że ich rodziny od lat biedę klepały. Porządny zastrzyk gotówki byłby zatem dla nich zbawienny. Inna sprawa, że wątpliwe było, iż by owa gotówka w ręce owych rodzin trafiła. Raczej już wzbogaciłby się, jak zwykle, właściciel sklepiku wiejskiego, który na półkach miał spory wybór najgorszej jakości win i piw – mrocznych przedmiotów pożądania miejscowych meneli. Wnikliwa indagacja owych typów dała sąsiadowi B asumpt do wykonania rozmowy telefonicznej z właścicielem brzozowego lasu, sąsiadem A, gdyż nawiasem mówiąc obaj ci mężczyźni dobrze się ze sobą znali i sympatią wzajemną od lat obdarzali. I cóż! Od razu na jaw wyszło, że owi pijaczkowie cudzym drewnem pragnęli zahandlować, myśląc pewnie, iż sąsiad A straty nie zauważy a sąsiad B nie skojarzy, iż coś w tej transakcji może być nieuczciwego. Pewnikiem mózgi gorzałką mając przeżarte nie potrafili przewidzieć prostego skojarzenia faktów. Może też jakimś wcześniejszym razem dokonali podobnego interesu i ktoś dał się nań skusić a oni sądzili, że znowu da się oszukać kolejnych naiwniaków. Co gorsza, jak dowiedział się sąsiad B od zgnębionego przykrą wieścią sąsiada A drwale ci mieli naprawdę sowicie płacone za godzinę pracy, a więc nie powinno im nawet w głowie postać by okradać swego zleceniodawcę. A jednak postało i w ramach „wdzięczności” tak sprytnie chcieli odpłacić się swemu szczodremu pracodawcy…

 

***

 

   W drugiej wsi pod lasem żyła-była sobie osiemdziesięcioletnia, lecz całkiem krzepka jeszcze wdowa. Nazwijmy ją pani C. Ogródek warzywny miała jeszcze siłę uprawiać. Ziemniaki sadzić. Drewno bukowe przez zięcia na bale pocięte siekierką sobie na pniu połupać.  Czasem wprawdzie nałupanie jednych taczek drewna cały boży dzień jej zajmowało, bo to i nogi puchły od stania i serce po dwóch zawałach współpracy odmawiało, tym niemniej radziła sobie jakoś i wolała w swej lichej chałupince żywot skromny i samotny pędzić, niż do miasta, do córek spanionych się przeprowadzać.  Po śmierci męża z kilkoma miejscowymi tylko sporadyczne kontakty utrzymywała. Ot, chorej psychicznie sąsiadce czasem kozy z pastwiska pomagała zaganiać a najbliższego sąsiada – pijaka z dobrego serca na obiad zapraszała, kurami się jego opiekowała, gdy tenże zległ w ciężkim ataku delirki i nieraz gotówkę mu pożyczała, gdy na kolanach błagał ją o wspomożenie. Za to raz czy dwa płot jej naprawił i zakupy z miasteczka przywiózł. Przeważnie jednak w pijackim widzie do żadnej roboty się nie nadawał. Za to naprzykrzał się jej coraz częściej, w okienko co i rusz stukał  a nawet zapowiadał, że jak mu paru złotych nie da, to jej dom spali albo namawiał do wyjazdu do córek w mieście, żeby on mógł jawnie z jej lasu drzewa sobie wycinać. Jednak choćby nie wiem jak ją denerwował, to staruszka machała ręką na jego pijackie gadki, za głupie żarty je biorąc i nic sobie z nich nie robiąc. Pewnikiem przywykła do jego namolnej obecności a może też wolała ją niż całkowitą samotność? Uważała go za niegroźnego w gruncie rzeczy pijusa. Sąsiada, któremu winna jest życzliwość, szacunek oraz cierpliwość. Zawsze ludzi w ten sposób traktowała i inaczej nie potrafiła. Niestety, ostatnimi czasy życie pokazało jej, że nie wszyscy potrafią odpłacić się pięknym za nadobne! Oto, gdy pewnego dnia weszła do komórki, w której składowała drewno z przykrym zaskoczeniem odkryła, że co najmniej jego połowy brakuje. Gdzie się mogło podziać? Przecież oszczędzała je na przyszłe, zimowe czasy, sama paląc na co dzień pod piecem suchymi gałęziami i chrustem. Kto mógł je zabrać i kiedy, skoro ona nigdzie się z obejścia do tygodni nie ruszała? Nigdzie nie mogła też znaleźć porządnych, parcianych worków, które w drewutni leżały na czas wykopków ziemniaków czekając. Komu i na co mogły się one przydać?  I oto przypomniało jej się zaraz, że parę nocy temu jej kot dziwnie w nocy pomiałkiwał na oknie kuchennym siedząc i w mrok fosforyzującymi ślepiami się wpatrując.  I zdało jej się wówczas, że jakiś cień po podwórku przemykał, ale za zwidy i mary senne go tylko wzięła. A jeszcze skojarzyła, że niedawno była u sąsiadki – schizofreniczki, co to żyła w brudzie i smrodzie stado kóz w drugiej izbie hodując. Wdowa - staruszka została przez tamtą pilnie zawezwana, gdyż chorej psychicznie w piecu rozpalić się nie udawało, bo zamiast pod palenisko drewno kłaść do popielnika je wrzucała.  Przy tej okazji pani C kilka wyładowanych po brzegi parcianych worów z drewnem w kuchni tamtej spostrzegła. I zdziwiwszy się, skąd u niej tyle opału zapytała od kogo je nabyła. Schizofreniczka całkiem przytomnie odrzekła, że nie dalej jak wczoraj ów sąsiad – pijus zaproponował jej kupno. Bo na zbyciu je miał a na wódkę pilnie potrzebował, więc nawet się nie targował. Schizofreniczki nic nie obchodziło, skąd owo drewno wziął. Ot cieszyła się i przechwalała przed wdową, jakie to ma szczęście. I że teraz, gdy posiada tak wspaniałe, bukowe drewno ani jej ani kozom zimno na pewno już nie będzie… Wdowa przypomniawszy sobie teraz tą sytuację głowę nisko pochyliła a  łzy zakręciły się w jej oczach. Przez długi czas zupełnie nieruchomo na ławie siedziała myśli próbując w biednej głowinie pozbierać. Upewnić się, że jej podejrzenia nie są bezpodstawne. A jak się w końcu ocknęła, za telefon złapała i na policję zadzwoniła. Bo w końcu doszło do niej, że stanowczo zbyt długo była dobra i wyrozumiała. I że chyba nie istnieje coś takiego jak ludzka wdzięczność…

 


   Jakie można wysnuć wnioski po zapoznaniu się z powyższymi historyjkami? Cóż, każdy pewnie wysnuje inne. Dużo tu zależy od jego osobistych doświadczeń i przemyśleń. Oczywiste jednak zdaje się, że naprawdę nie ma co liczyć na życzliwą ludzką wzajemność oraz wdzięczność.  A dobroć nie zawsze odpłacana jest dobrocią. Nie wszyscy przecież z tej samej gliny są ulepieni. Często, niestety, zdarza się, iż ci co to innym w dobrej wierze pomagają i ufnością swoją obdarzają, za frajerów i naiwniaków są przez tamtych uważani, których przy pierwszej nadarzającej się okazji należy wykorzystać, bo na nic innego nie zasługują. Mnie samej także zdarzyło się być dawno temu w podobny sposób oszukaną, okradzioną, dlatego potrafię wyobrazić sobie dokładnie, co czuła wdowa C, co czuł sąsiad A. Cudza nieuczciwość i niewdzięczność boli. Podważa wiarę w człowieka. Na jakiś czas skutecznie do bliźnich zniechęca.  Jednak czy z uwagi na ludzką podłość, która pleni się po świecie niczym najgorsze chwasty nie warto uprawiać w swych ogródkach kolorowych, niewinnych kwiatów dobra? Na to każdy sam powinien sobie odpowiedzieć…

 

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost