Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kot. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 listopada 2015

Smerfetka – opowieść o dzielnej kotce




   To historia, w której wiele jest smutku, prawdy, bezradności i nagiej surowości życia… Jednak jej główną bohaterką jest nadzieja. Posłuchajcie zatem…


   Na początek trochę genealogii…Smerfetka urodziła się w Jaworowie kilka lat temu. Była ona córką naszej szarej kotki, nawanej nieco dziwacznie Tatrzecia.  Dlaczego Tatrzecia? Ano dlatego, ponieważ była wzięta przez nas wraz z dwoma rudymi braciszkami z domu siostry Cezarego. Jako trzecia właśnie, do kompletu.  Jej córka,  Smerfetka miała przepiękne  szylkretowe umaszczenie, czarno – złote, całe w refleksach i melanżach barw. Owe barwy odziedziczyła po swej babce – także szylkretowej kotce, Smerfuni. 


     Trwał akurat ciepły, cykający ostatnimi świerszczami wrzesień.  Jaworowo tętniło od prac remontowo-budowlanych. Pomiaukująca nerwowo Tatrzecia nie umiała sobie znaleźć miejsca. Czuła, że zbliża się jej czas...Tymczasem ustawione na domowym strychu kartonowe pudełko, wymoszczone miękkimi szmatkami od kilku tygodni czekało na nowych, kocich lokatorów. Zauważywszy jej nietypowe zachowanie porzuciłam wszelkie niecierpiące zwłoki sprawy i zajęłam się czułym pieszczeniem niespokojnej kotki. Po nieomal całym dniu spędzonym na trwających na mych kolanach delikatnych masażach brzuszka, przyszła matka pomiaukując boleśnie poszła wreszcie do swego zacisznego pudełka. Tam po kilkudziesięciu minutach powiła czwórkę kociąt.  Wśród nich Smerfetkę właśnie.. 


   Malutka, szylkretowa kociczka posiadała urocze, trzpiotne usposobienie, ale także jak Tatrzecia, dużo dystynkcji, delikatnego powabu, mądrości i sprytu… Wraz ze swym rodzeństwem wczesne dzieciństwo spędziła w Jaworowie, bawiąc się tu wesoło i poznając wszystkie zakamarki oraz ścieżki obejścia i okolicy. Choć taka maleńka potrafiła groźnym syczeniem i parskaniem odstraszyć skutecznie ciekawską Zuzię, która potem na jej widok podkulała ogon i uciekała jakby na widok potwora. Kotka świetnie dawała sobie ze wszystkim radę. Najszybciej nauczyła się polowania na myszy a przy misce to ona miała przed innymi pierwszeństwo. Dumna, odważna, pieszczotliwa jak jej matka…


   I oto przyszedł grudzień. Nieodwołalny czas rozstania z kociętami. Były już duże i potrzebowały stałego miejsca. Z nami miał zostać czarny kotek, zwany przez nas jakże oryginalnie Czarnym. Pozostałe zamieszkać miały w domu siostry Cezarego - Noli. W domu, gdzie przyszła na świat ich matka i babka. Nolanów  to wiejskie, położone od nas w odległości ok. 70 km siedlisko z ogrodem i ciągnącymi się za nim bezkreśnie polami oraz sosnowymi lasami. Jedyną wadą tego miejsca była przebiegająca obok, ruchliwa szosa. Była ona przyczyną wielu rozstań z kocimi czy też psimi żywotami.  Mimo gęstego, siatkowego płotu otaczającego obejście i zamkniętej szczelnie bramy zwierzaki zawsze znajdywały w końcu jakąś szparkę i nią wymykały się prosto w ramiona warkotliwej śmierci…


   Nola od zawsze uwielbiała koty. Otaczała je wręcz matczyną troską. Miała do nich wspaniałe podejście i mnóstwo zrozumienia dla skomplikowanej, kociej psychiki. Jej dom pełen był ciepła, serdeczności i polegujących na fotelach czy kanapach szczęśliwych kotów… Niestety, od kiedy matka Tejtrzeciej, Smerfunia zginęła pod kołami rozpędzonej ciężarówki pusto i smutno zrobiło się w Nolanowie.  Dziwnie ciche i nieprzytulne staje się domostwo, gdy nic w nim nie miauczy i nie szczeka, gdy kuchenny kącik z miseczkami nie jest przez nikogo odwiedzany, gdy nikt nie grzebie pracowicie w kuwecie, gdy nie ma się do kogo wieczorem przytulić, kiedy nie da się swych myśli ukoić tkliwym mruczeniem…. 
   Ten ponury stan trwał nieomal dwa lata. Jednak na wieść o tym, iż Tatrzecia spodziewa się potomstwa Noli nareszcie zaświeciły się oczy a serce napełniło nową nadzieją i gotowością do kochania. Było zatem umówione, że tuż po wspólnie spędzonych w Jaworowie świętach Bożego Narodzenia trzy kociaki pojadą do Nolanowa, domu swej babki – Smerfuni. W międzyczasie płot okalający Nolanowo został dodatkowo uszczelniony a i ruch na drodze nieco zmalał, dzięki wprowadzonemu w pobliżu objazdowi.


   I wszystko stało się zgodnie z planem… Rozpuszczane jak dziadowskie bicze, rozpieszczane niemożliwie kocięta dorastały w nowym dla siebie, lecz tak jak poprzednie, pełnym miłości miejscu. A Nola była znowu szczęśliwa… Jej dumne koty rządziły niepodzielnie siedliskiem i okolicą.


  W ubiegłym roku jednak siostra Cezarego zmuszona była na kilka miesięcy rozstać się ze swymi milusińskimi. Otóż wybierała się do dawno niewidzianej rodziny, do USA. W sierpniu przed wyjazdem zadbała o los ukochanych kotków. Umieściła je w zaufanych, zaprzyjaźnionych domach, wierząc, iż wszystko będzie dobrze a czas rozstania szybko przeminie. Jednym z tych miejsc był właśnie nasz dom.


   I tak oto na początku sierpnia 2014 roku Smerfetka wraz z braciszkiem znowu zamieszkała u nas, powracając w ten sposób do miejsca swego urodzenia. Na początku koty nieufnie obeszły cały dom. Obwąchały wszystkie kąty. Spotkały się z naszymi kotami. Jaworowi rezydenci przywitali się bez większego entuzjazmu i bez oznak jakiejkolwiek serdeczności. Tatrzecia, leżąc na fotelu spoglądała na swą krążącą w pobliżu córkę z obojętnością. Nie poznała jej najwyraźniej.  Takoż i dorosłego zupełnie synka. Synek, jak na łakomczucha i piecucha przystało podjadł trochę chrupek kocich a potem położyl się na wyściełanych miękko krzesłach i odpłynął w ramiona błogiego snu… Smerfetka natomiast wędrowała dalej. Syknęła ostrzegawczo na Zuzię, którą zdawała się pamiętać najlepiej. W końcu wskoczyła na kuchenny parapet – ten sam, na którym kiedyś uwielbiała się wylegiwać . Popatrzyła na widok za oknem. W jej oczach odbijała się nasza stara lipa, okolone tatarakami oczko wodne, studnia… Może powoli przypominała sobie to wszystko? Wreszcie westchnęła ciężko i zasnęła. Nie niepokoiłam jej, mając nadzieję, iż szybko przywyknie do nowego - starego miejsca i wrośnie na powrót w Jaworową drużynę. 


   Następnego dnia toczyło się u nas zwykłe, pracowite życie. Zbieraliśmy z działki dorodne ogórki i pomidory. Szykowaliśmy drewno na zimę. Potem było gotowanie ziemniaków w parniku. Robienie jedzenia dla zielononóżek.  Wieszanie prania. Przygotowywanie obiadu dla nas… Pogawędki z sąsiadami… Tymczasem kury, jak co dzień biegały rozgdakane po swym wybiegu. Kozy pomekując pasły się na łące za ogrodem. Zuzia spała w cieniu. Koty wylegiwały się na strychu budynku gospodarczego. A Smerfetka i jej brat? No właśnie, gdzie oni się podziałali? Ich brak odkryłam dopiero późnym popołudniem. Wcześniej w wirze zajęć nie miałam nawet czasu by o nich pomyśleć… Pewna byłam, że śpią na kuchennym parapecie, gdzie widziałam ich o poranku albo też są na zewnątrz wraz z pozostałym kociarstwem. Tymczasem rodzeństwa na strychu nie było. Także i w domu nie mogłam ich znaleźć. Zauważyłam natomiast, że zielony kocyk na parapecie zwisał do samej ziemi tak przekrzywiony, jak gdyby jakiś kot opuszczał go w dużym pośpiechu. W kotłowni otwarte było małe okienko. Zawsze wchodziły nim i wychodziły nasze koty. Pewnie i Smerfetka razem z bratem z niego skorzystała… Wraz Cezarym nawoływaliśmy i szukaliśmy po całym obejściu, potem w budynku gospodarczym i na łące i w ogrodzie sąsiada i na drodze i w pobliskim zagajniku… Poszukiwania trwały kilka godzin. Bez rezultatu. Mieliśmy nadzieję, iż na noc zwierzaki wrócą. Wszak to normalne u kotów, że wybierają się często na dalekie wycieczki a potem jak gdyby nigdy nic wracają.


   Nie wróciły. Ani tego dnia ani następnego. Gdzie mogły pójść?! – zachodziliśmy w głowę, martwiąc się i mając wyrzuty sumienia, że nie zdołaliśmy ich dopilnować. W końcu zawiadomiliśmy o całej sytuacji Nolę, która szykując się do mającego nazajutrz nastąpić odlotu zaniepokoiła się i zasmuciła wielce… Jednakowoż lotu odwołać nie mogła. Niebawem nabrała nadziei, że kotki jeszcze do nas wrócą, albowiem i w Nolanowie było w ich zwyczaju wychodzenie nawet na parę dni a potem pojawianie się znikąd.


   Czas płynął… Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Los Smerfetki i jej brata był nieznany. Często zastanawialiśmy się, gdzie też mogły pójść, co mogło się z nimi stać? Może dorwał je jaki lis czy jastrząb albo też wielkie, groźne psisko mieszkające za lasem? A może widząc, iż w Jaworowie rządzą stare kocury nie znalazły tu miejsca dla siebie i odeszły, szukając swego wytęsknionego Nolanowa? 


   Zaczęła się zima. Wprawdzie wyjątkowo łagodna i omalże bezśnieżna, ale i tak parę razy nieźle przymroziło.  W czasie jednego z takich chłodniejszych dni przepadł drugi z naszych kocich rudzielców – Antek.  Nie wrócił jak zawsze na ciepły, popołudniowy posiłek. Odszedł  tak, jak niegdyś jego braciszek Turecki. Tyle, że Turecki z własnej woli zamieszkał u samotnego pijaczka Romanka. Co stało się z Antkiem? Do dzisiaj nie wiadomo… Nadal nieznane też były losy szylkretowej kotki Smerfetki i jej brata. Żal ich było, bardzo żal, ale cóż…? Życie toczyło się nadal, bo toczyć się musiało a zaginione kotki, taką mieliśmy nadzieję, gdzieś tam w świecie żyły przygarnięte przez dobrych ludzi…


   Minęła zima i wiosna. Nola wróciła nareszcie do Polski. Pełna wspaniałych, rodzinnych opowieści i tkliwych wspomnień… Wróciła jednak do pustego domu. Jedyna jej ocalała od zagubienia kotka, siostra Smerfetki mieszkała teraz w krakowskim mieszkaniu córki i dobrze się tam miała. Tak dobrze, że żal ją było stamtąd zabierać…


   I nadal czas w Jaworowie, Nolanowie i we wszystkich polskich domach toczył się tak, jak zwykł się toczyć. Przetykany złotą nitką dobrych chwil. Przeplatany drutem kolczastym tych złych… Płynęły niepokojące  wiadomości ze świata… Wybory za wyborami… Warstwa na warstwie dziania, marzenia, zwątpienia, westchnienia, wzruszenia…

   Znowu nastała pora chłodnej, bezlistnej jesieni…. Za chwilę zima zapuka do okien. Jaka ona będzie? Na myśl o tym znów wróciło wspomnienie o zaginionych kotach…


   Tymczasem nadszedł feralny piątek trzynastego listopada. Serca wszystkich zmartwiały. Przeszłe kłopoty zmalały w obliczu tragedii paryskiej. Pojawiło się tyle przeczuć, obaw, niezgody na zło, dotkliwej bezradności…

I nagle w tym wszystkim telefon od Noli!


- Smerfetka wróciła! Jest znowu ze mną! Po ponad piętnastu miesiącach dotarła do domu! – wykrzykiwała ze łzami radości siostra Cezarego tuląc do siebie zaginioną do niedawna kotkę.


   Opowiedziała nam wszystko po kolei. Po wielu miesiącach samotnej wędrówki dzielna, szylkretowa kotka dotarła do sklepu spożywczego położonego około kilometra od  Nolanowa. Tam zaopiekowali się nią właściciele sklepu. Dokarmiali wychudzoną kociczkę przez parę dni. Zapewnili jej ciepłe posłanie w piwnicy. Tymczasem Nola nic o tym nie wiedząc, jadąc do pracy w sobotni poranek zatrzymała się przy owym sklepie by kupić sobie drożdżówki na śniadanie. Właśnie miała wsiadać do samochodu, gdy za węgłem budynku mignął jej cień kota… Serce zabiło jej mocno, bo ów cień miał bliskie sercu szylkretowe umaszczenie… Pobiegła za róg domu i zobaczyła biedną kiciunię. Jakże podobną do Smerfetki, ale przy tym jakże inną! Spoglądającą nieufnie. Skuloną. Przygaszoną.


   Nola kucnęła, zakiciała i zawołała po imieniu. Pieszczotliwie, jak niegdyś. Słodkim, melodyjnym, pełnym wzruszenia i przejęcia głosem. Oczy kotki zalśniły. Spojrzała w twarz swej dawnej opiekunki. Postawiła ogon wysoko do góry i podeszła by przywitać się czule. Ocierała się o nogi. Mruczała. Miauczała, jak gdyby opowiadała coś z przejęciem… Została delikatnie wzięta na ręce. Otarła się o zapłakany policzek Noli. Westchnęła ciężko…


- Nolu! A czy Ty masz pewność, że to Smerfetka? – przerwaliśmy jej opowieść tak wzruszeni, a jednocześnie pełni niedowierzania, jakbyśmy dowiedzieli się po latach o odnalezieniu zaginionego podczas wojny bliskiego członka rodziny.


- To na sto procent ona! – krzyknęła przejęta do żywego siostra Cezarego.

- Pamiętacie? Ona miała na łapce taką charakterystyczną plamkę. I na brzuszku taką krzywą bliznę po sterylizacji. To na pewno ona!!!


   Uwierzyliśmy nareszcie. Jakże mogliśmy nie uwierzyć? A więc zdarzają się jeszcze cuda na tym dziwnym świecie! Nie upadajmy na duchu skoro mała, mądra kotka przez piętnaście miesięcy nie wiadomo jakimi znakami na niebie czy ziemi się kierując wytrwale wędrowała do domu, przemierzając kilkadziesiąt kilometrów, klucząc w nieznanych zupełnie okolicach, omijając ruchliwe szosy albo cudem przebiegając między wielkimi pojazdami, spotykając przeróżnych ludzi po drodze, chroniąc się w nieznanych zakamarkach przez zimnem, deszczem i spiekotą, zdobywając jedzenie, idąc wciąż uparcie, idąc do celu na swych delikatnych a tak pełnych siły nóżkach…

   A skoro takie cuda są możliwe, to myślę, iż możliwe są i inne. Inne powroty. Nagłe ozdrowienia. Otrząśnięcia się z fali smutku. Pozytywne zmiany. Tyle złych rzeczy dzieje się na świecie. Ale jednocześnie wydarza się tyle dobrych. Nie wiemy o tym wszystkim. Nie przeczuwamy nawet. Widzimy tylko jedną stronę medalu, nie wiedząc o tym, jak wygląda druga. Co jeszcze szykuje nam przyszłość? Co dla nas jeszcze plecie? Czy historia  odnalezionej cudem, bohaterskiej kotki może być maleńkim chociażby pocieszeniem i promykiem nadziei…?



sobota, 27 lipca 2013

Wańka wstańka, dwie matki i syn marnotrawny...




 …A życie toczy się dalej. Toczy się nawet bardzo intensywnie i nieustannie nabiera rozpędu. Aż się nieraz w głowie kręci od roboty i myślenia o tym, co jeszcze trzeba zrobić, z czym zdążyć. Czasem wpada się w jakąś koleinę i trudno się z niej wygrzebać, lecz przecież w końcu wypada pozbierać się by iść znów do przodu, bo czas ucieka i głupio byłoby przegapić jakąś ważną, niepowtarzalną przecież chwilę. Zdusić optymizm lipca wiecznym markoceniem, żalem i wspominaniem, roztrząsaniem problemów i spraw, na które nie ma się przecież wpływu. Człowiek to taka śmieszna zabaweczka  - wańka wstańka albo robak, który przewrócony na grzbiet długo przebiera bezradnie nóżkami, ale wreszcie daje radę powstać i pobiec swoją ścieżką. I na tym życie polega. U każdego z nas. Tak musi chyba być a więc chociaż w trybikach coś tam skrzypi, to jednak wciąż jako tako działa ta tajemnicza maszyneria wewnątrz nas, która nakazuje by pomimo wszystko brnąć naprzód!




   Skończył się właśnie u nas czwarty w tym roku i ostatni wylęg kurcząt z inkubatora. Te pierwsze, o których pisałam kilka miesięcy temu są już duże i samodzielne. Następne pokolenia też nieźle sobie radzą na wybiegach i w kurnikach. A wszystko to bezustannie głodne! Latam więc jak fryga od jednego do drugiego i karmię to żarłoczne, ćwierkające towarzystwo. Czasem przykucnę w kurniku starszaków i wystawiam do nich dłoń a one wskakują ochoczo na moje palce i trzymają je mocno chłodnymi, drobnymi, oliwkowymi w kolorze łapeczkami, patrząc na mnie i przekrzywiając śmiesznie łebek. Są w wieku, gdy jeszcze wszystko je ciekawi a ta ciekawość przeważa nad lękiem i nieufnością. Badają teren. Wskakują gdzie tylko się da. Lubią kontakt z człowiekiem. To taki niezwykły, lecz niestety, krótki czas. Potem będą coraz bardziej dzikie i ostrożne a jedynym wabikiem, który sprawi, że bez lęku, tłumnie i gwarnie otoczą moją postać stanie się jedzenie przynoszone im przeze mnie co dzień w charakterystycznym, białym wiadrze.


   Okazuje się, że nasze kozy nie znoszą paść się same i stojąc za płotem ogrodu w łanie soczystej, młodej trawy uparcie pobekują i manifestują swoje niezadowolenie. A ja mam tak szczelnie wypełniony czas, że na łące mogę teraz spędzić z nimi zaledwie kilkanaście minut. Potem pędzę do swoich obowiązków a kozule wzywają mnie wciąż niepocieszone. Pozostawione samym sobie na polu plączą się wokół kołków, zamotują nogi w sznurek a niekiedy na skutek wariackich skoków przez siebie spinają się postronkiem w jedno i stoją tak, jak rozwrzeszczana, unieruchomiona grupa Laokoona. Lecę więc do nich czym prędzej na ratunek. Odplątuję przestraszone, rozmeczane wniebogłosy kozy. Przemawiam im do rozumu i drapię uspokajająco między rogami tak, jak lubią. Przepinam je dalej od siebie by nie doszło do następnej plątaniny ciał. I znowu wzywają mnie inne, nie cierpiące zwłoki obowiązki.
   Właśnie przy pomocy uczynnego sąsiada zmajstrowaliśmy z Cezarym dla nich specjalne, obracające się kółka z łańcuszkami zapobiegające zaplątywaniu się. Może to pomoże! Może kozuchy nareszcie polubią pasienie na świeżym powietrzu. W swojej koziarni  jedzą wszystko bardzo chętnie. Najbardziej lubią ziemniaki i owies. Ścinamy też z mężem gałązki drzew owocowych, trawy i zioła dla nich, dogadzając tym wybrednym stworzeniom i zżymając się sami na siebie, że im ulegamy. Ale przecież to jeszcze dzieciaki, więc należy im się więcej troski i rozpieszczania, prawda?


    
    Ale, o czym to ja miałam…? Ach tak! Najpierw o dwóch matkach. Otóż w jednym z naszych kurników od prawie miesiąca dwie kwoki – beżowa czubatka i zielononóżka siedziały wspólnie na jednym gnieździe, uparcie czekając na potomstwo. I wreszcie się doczekały! Na spółkę wysiedziały czworo piskląt i bardzo dzielnie się nimi opiekowały, zapewniając im ciepło, bezpieczeństwo i spokój. Dzieliły się obowiązkami i wymieniały się w gnieździe miejscami tak, by każda mogła poczuć uroki macierzyństwa. Widać, że dobrze czuły się razem a ich maleństwom nie brakowało przy tak ofiarnych mamach ptasiego mleka. Kwoki pokazywały im, co jeść i pić, jak grzebać. Przemawiały do pociech i tłumaczyły zawiłości kurzego świata. A wieczorem obie matki zasypiały zgodnie przytulone do siebie i spokojne. Natomiast w gęstwinie ich ciepłych piór spały poćwierkujące rozkosznie pasiaste kurczęta zielononóżek. Obserwuję z ogromnym zainteresowaniem, wzruszeniem oraz podziwem tę nową dla mnie sytuację, dziwiąc się samej sobie, jak mogłam kiedyś uważać kury za głupie stworzenia. 


Ponieważ tak wspaniałe z moich kwok matki postanowiłam wreszcie zaryzykować i podłożyć im do gniazda niedawno wylęgnięte z inkubatora kurczęta. Zaniosłam im wieczorem dwadzieścia piskląt a one zaopiekowały się nimi troskliwie, rozkładając jeszcze szerzej skrzydła i zagarniając ogłupiałe przeprowadzką maluchy pod siebie. Tak się cieszę, że niedawne sierotki ze sztucznej wylęgarni będą miały tak dobre, przybrane mamy! Na pewno korzystnie zrobi to ich psychice i ogólnemu rozwojowi. Szkoda, że w maju i czerwcu nie miałam komu podłożyć tamtejszych piskląt. Dorastałyby z innymi kurami a nie tak, jak teraz osobno, w pozbawionym wzorców zachowań starszych kur i kogutów oraz ich opieki przedszkolu.


  
    I wreszcie o synu marnotrawnym…Pamiętacie moją opowieść o niewiernym kocie, zwanym przez nas Tureckim, który zmieniwszy obiekt uczuć zamieszkał w sąsiednim przysiółku u pijaczka Romanka i został przez niego nazwany Rudolfem? Otóż parę dni temu Rudolf Turecki wrócił do nas! Patrzę ja rano przez okno a tam, na wystawionej przez nas przed budynek gospodarczy zielonej kanapie po poprzednim właścicielu naszego domu Staszku, śpi mocno wyciągnięty jasnorudy kot. Na ten widok przetarłam oczy ze zdumienia i zapytałam samą siebie, jakim cudem brat bliźniak Tureckiego, rudy kot Antek, którego przed chwilą nakarmiłam w kuchni na piętrze zdołał błyskawicznie wyjść z domu i natychmiast pogrążyć się w tak głębokim śnie?! Na wszelki wypadek, przeskakując po dwa chody na raz wróciłam do kuchni, by upewnić się, czy żarłoczny kocur nadal ucztuje. Właśnie chłeptał mleko i zerknął na mnie sennym wzrokiem, półprzytomny od błogości, której dostarczał mu ten biały napitek. Znów szybko zbiegłam na dół, by popatrzeć na leżącego kota. Serce zadudniło mi wówczas przejęciem, niedowierzaniem i wzruszeniem. Tak! To mój niewierny Turecki spał sobie smacznie i jak gdyby nigdy nic wyciągał się w pozie nieprzyzwoicie leniwej i swobodnej na skąpanej w słońcu kanapie.

   Otworzyłam drzwi. Najpierw, jak zwykle weszła Zuzia witając się wylewnie i oblizując mi ręce. Kilka chwil potem pojawił się Turecki, który popatrzył na mnie czule i miauknął coś słodko na dzień dobry. Otarł się przyjaźnie o Zuzię a potem wskoczył mi na ręce lgnąc do mnie z całej siły. Mrucząc głośno, obejmował w charakterystyczny dla siebie sposób moje nadgarstki. 

- Och, jak Ty schudłeś biedaku! Jak ci futerko zjaśniało! – szepnęłam, wtulając twarz w jego mięciutką, pachnącą wiatrem sierść.
- Cóż to się stało, że zdecydowałeś się nareszcie odwiedzić nasze skromne progi, Ty huncwocie? – z lekkim przekąsem spytałam rozanielonego kota, tuląc go w ramionach i wchodząc po schodach do kuchni.
W odpowiedzi kot zmrużył piękne oczy a potem otworzył je szeroko i starał się telepatycznie odpowiedzieć na moje pytanie. A mnie zaczęło się wówczas przypominać, że przecież jego nowy opiekun Romanek mówił mi przy okazji kwietniowej wizyty u niego, iż w lipcu wybiera się do szpitala i nie będzie mógł wówczas zając się Rudolfem, czyli moim Tureckim.
 -I pewnie teraz właśnie jest ten czas. Kota nie ma kto nakarmić, a więc jak trwoga, to do Boga! – sarkastycznie mruknęłam sama do siebie, obserwując wychudzonego rudzielca jak pałaszuje z rozkoszą zwykłą, niezbyt przez niego niegdyś lubianą suchą, kocią karmę a potem chlipie z miseczki mleko.
- Och, ty niewdzięczny kocie! Synu marnotrawny! Ciekawe, czy zostaniesz u nas na zawsze? A może tylko rad, nie rad wpadłeś tu na wakacje, do darmowej jadłodajni i pójdziesz sobie do Romanka, gdy tylko tamten wróci ze szpitala? – zrzędziłam, sadzając kota na wyściełanym miękko krześle, głaszcząc go pieszczotliwie i żałując, iż jak zwykle nie mam czasu by posiedzieć z nim dłużej.


   Był to wczesny poranek, pora, gdy otwieram kurniki, roznoszę wszystkim kurom karmę, ziarna i wodę. Potem idę do starych kotek mojej zmarłej sąsiadki, które na zmianę z jej mieszkającą w sąsiedniej wsi rodziną dożywiam. Następnie szykuję wielką miskę specjalnej mieszanki z jajek, bułki tartej, ziemniaków i makaronu dla średnich kurcząt. Zaglądam do kwok. Sprawdzam, czy coś nowego się nie wylęgło. Wstawiam do gotowania ziemniaki w parniku. Biegnę z Zuzią na grządki po coś świeżego na śniadanie. Wciąż jeszcze mamy dużo sałaty. Sporo jest też ogórków i pomidorów oraz ulubionej przez nas czarnej rzepy. Pięknie dojrzewają cukinie, kabaczki i patisony. Zaczynają kwitnąć słoneczniki.


   W tym czasie Cezary wyprowadza kozy na trawnik koło ogrodu. Trawa jest tam młoda, świeża i soczysta a przyjemny, poranny chłodek sprawia, że nawet nasze rozkapryszone kozuchy przez kilkanaście minut są cicho i pałaszują aż miło patrzeć. Po powrocie mój mąż zastyga w zadumie przy coraz bardziej przypominającej altanę zarysie naszej przyszłej, letniej kuchni. W myślach szykuje sobie pewnie front robót na cały dzień. Potem znika w czeluściach drewutni, gdzie przygotowuje wszystkie niezbędne do realizacji swych planów narzędzia. Taszczy deski, dachówki, łaty i bale do budowli. Ostrzy łańcuch od piły. A przysiadłszy na ławeczce przed budynkiem gospodarczym wyczesuje białe kłaki z Zuzi oraz popala z rozkoszą skręcane przez siebie własnoręcznie papierosy. Tak, znowu papierosy, niestety! Już nic nie mówię, bo po bo mam strzępić język po próżnicy? Chce, to pali. Jakieś przyjemności w końcu trzeba w życiu mieć, bo to życie jest dziwnie krótkie a każda chwila bezcenna. Nie wiadomo, co będzie jutro? Czy w ogóle będzie? A więc póki trwa dzisiaj cieszmy się tak, jak umiemy tym dniem i dogadzajmy sobie w miarę swoich możliwości i skromnych przecież potrzeb.
   Wreszcie przychodzi pora naszego śniadania, które celebrujemy jak długo się da, wiedząc o tym, że zaraz po nim wsiąkniemy na dobre w robotę i dopiero późno po południu grające marsza weselnego kiszki przypomną nam o tym, że trzeba by znowu coś wrzucić na ząb.


  Ale wróćmy do Tureckiego. Najadłszy się i napiwszy wyszedł z domu i przez kilka następnych godzin tyle go widzieli. Już nawet pomyślałam, że wpadł do nas tylko z towarzyską wizytą, nie mając zamiaru zostawać na dłużej. Myliłam się jednak. Po południu kotek jak gdyby nigdy nic wrócił. Posiedział w pozie sfinksa na dębowym balu w letniej kuchni. Obsikał koło od naszego samochodu, znacząc w ten sposób teren i biorąc znowu we władanie nasze podwórze. Truchtem wbiegł na piętro. Znowu podjadł sobie smacznie a potem ułożył się wygodnie na mięciutkiej poduszce w niedawno wyremontowanym przez nas pokoju. I spał tak słodko i niewinnie aż do wieczora. Potem znowu przepadł na kilkanaście godzin. Zniknął swoim zwyczajem jak błędny ognik. Aby wrócić następnego dnia po południu, najeść się a potem drzemać rozkosznie w blasku zachodzącego słońca na ulubionej, zielonej kanapie po Staszku…


wtorek, 23 kwietnia 2013

Niewierny Tomasz, czyli Turecki zwany Rudolfem




   Był raz sobie kot, który jak na kota przystało lubił chadzać własnymi drogami. Natomiast między tym chadzaniem stawał się Wielkim Śpiochem czy też Wielkim Pieszczochem. Lubił psa zwanego Zuzią i nigdy przed nim nie zmykał, w przeciwieństwie do innych kocich domowników, strachajłów i mięczaków. Zuzia szanowała go za to i nigdy nie ganiała po podwórzu ani nie nosiła go w pysku, jak zwykła to czynić z pozostałym kociarstwem. Pana kotów, Cezarego irytowało niekiedy to, że chyba jego żona Olga za dużo kotom jeść dawała, bo myszy się im nie chciało łapać, a nawet się ich bały, o czym można się było przekonać, gdy pewnego ranka na widok myszy w kurniku kot Antek zwiewał aż się kurzyło!  Dziwna to była reakcja, jak na kota, lecz są pewnie rzeczy, o których się kocim i ludzkim filozofom nie śniło a do nich właśnie należała owa niezrozumiała, sromotna ucieczka. Być może Antek przeraził się wygórowanymi oczekiwaniami względem niego i doznał tak wielkiej tremy w poczuciu ciążącej nad nim odpowiedzialności, że wolał zwiać? Trudno czasem zrozumieć koty...

   Pani kotów, Olga bardzo rozpieszczała wszystkie swe koty, ale Tureckiego lubiła najbardziej za jego inteligencję, odwagę i upór w zdobywaniu miejsca na jej kolanach oraz za sympatyczne, nieomal psie usposobienie. Szanowała kocie prawo do tajemnego, nocnego życia uskutecznianego po wiejskich stodołach, drewutniach, szopach i strychach. Czasem widziała, jak jej koty przemykają się po ogrodzie i biegną do pobliskiego lasu, gdyż i tam można było zawsze coś ciekawego znaleźć. Za ptaszkami poganiać, krety nocami śledzić, wylegiwać się na mchu czy też wspinać po najwyższych drzewach by złapać soczystego trzmiela czy gigantyczną muchę. Życie wiejskich kotów jest zupełnie inne, niż miejskich. Chodzą gdzie chcą, robią co chcą i używają miejscowych rozkoszy, ile tylko się da!Wolne, nieulękłe, gdy trzeba dzikie, nieokiełznane a innym znów razem czułe i pieszczotliwe.

  Koty Olgi niekiedy całymi nocami wraz z wszystkimi okolicznymi kocurami obradowały na sobie tylko wiadome tematy. Rozsiadały się na żerdkach i belkach w starym, wypełnionym sianem strychu i w tak zacisznym, pachnącym miejscu wiodły ze sobą spory i filozoficzne dysputy. Natomiast kotki przyglądały im się ironicznie i przyczesywały cierpliwie łapkami swe uszka, wiedząc, że gdy czas mędrkowania minie, kocury i tak będą leżeć wiernopoddańczo u ich stóp. Wszelkie strychowe spory i dyskusje przerywało zazwyczaj pojawienie się jakiejś myszki, nietoperza, czy nornicy. Wtedy okazywało się, który z panów kotów jest najszybszy i najsprytniejszy a kocie damy oceniały ich samczą atrakcyjność, obserwując ich szybkie skoki, podchody i błyskawiczne dopadanie gryzonia. Tak, czy siak rzadko kiedy, to kocur właśnie potrafił pierwszy złapać myszkę. Prym w ich łapaniu wiodły zawsze mniejsze od nich, ale o wiele szybsze i cierpliwsze kocice. Potem w try miga zjadały swe ofiary, aż chrzęściły kostki, popatrując przy tym z tryumfem na oblizujące się łakomie kocury.

  Po prawie trzech latach tak miłego oraz zgodnego pożycia w domu i obejściu Jaworów, poprzedzielanego incydentalnymi awanturami o obsikiwanie kątów przez koty i znaczenie terenu, czyli domowych ścian przyszła sroga zima. Było mroźno i śnieżnie, jednak to w niczym nie przeszkadzało kotom w uczestniczeniu w kocich amorach na polach i w stodołach. Kotki wydzierały się romantycznie całymi nocami i niestrudzenie przyzywały swoich wiejskich amantów. Na ich zew nie mogły pozostać obojętne trzy kocury Olgi – Antek, Czarnuszek i Turecki. Podążyły zatem w konkury, prężąc namiętnie swe lśniące ogony i długie wąsy. A ponieważ wszystkie trzy były wyjątkowo przystojne i wypasione, kotki patrzyły na nich łaskawym okiem i nie skąpiły im swych wdzięków. Co jakiś czas kocury znikały na parę dni, by pojawić się wreszcie w postaci strudzonych, lecz zaspokojonych kochanków, czy wychudzonych i posiadających liczne rany po potyczkach z innymi kocurami bohaterów.
Takoż było i z Tureckim – lśniącym wiewiórkową prawie rudością pięknym kocurem, o mądrych, przenikliwych oczach filozofa a sympatycznym usposobieniu pluszowej przytulanki.

   Jednak pod koniec lutego Turecki wyszedł z domu przed wieczorem i nie pojawił się przez kilka następnych tygodni. Jego pani martwiła się o niego, ale była pewna, iż któregoś dnia znów się pojawi, jak to było zawsze w jego zwyczaju. Jednak zima minęła, nastała słoneczna wiosna a Tureckiego nadal nie było. Czyżby coś mu się stało? Mało to jastrzębi polujących na wszystko, co się rusza? Mało lisów, kun i bezpańskich psów? Antek, Czarnuszek i Szarusia zajęci swoimi sprawami w ogóle nie zauważali nieobecności krewniaka. Codziennie układali się z lubością na kolanach swojej pani i mruczeli tam słodkie i beztroskie, kocie mruczanki.

   Aż pewnego dnia do Olgi i Cezarego przybył w odwiedziny mieszkający w sąsiednim przysiółku, zaprzyjaźniony z nimi rzeźbiarz Anatol. I tak od słowa do słowa zgadało się o tym, że czwarty z domowych kotów przepadł dawno temu nie wiadomo gdzie. Wtedy Anatolowi oczy zabłysły nagle tajemniczo i uśmiechnął się do gospodarzy.

- Widziałem waszego Tureckiego! – oznajmił tryumfująco – Wasz rudy kocur mieszka od jakiegoś czasu w domu tego pijaczka z mojego przysiółka,Romanka.
- No co Ty mówisz?! Tak daleko? – wykrzyknęła wstrząśnięta tą informacją Olga – To nie może być nasz kot!
- Och, ale to na pewno on! – klepiąc się po kolanach, zawołał Anatol – Przecież dobrze go pamiętam. Nikt we wsi nie ma tak mocno rudego, ufnego i mądrego kota, jak Wy! Wszystkie okoliczne dzieciaki mają tam z nim pełno radości! Pieszczą go na okrągło a on między nimi jest jak jakiś basza! Ale najbardziej to łazi za Romankiem!
- Ale jak on tam zaszedł? Przez takie mrozy i śnieżyce? Przecież koty mają takie delikatne, nieodporne na zimno łapki!– zdumiała się Olga a Cezary w duchu przyznał jej rację.
- Tam jest w okolicy kilka ślicznych kotek. I to do nich wszystkie kocury ciągną jak niedźwiedzie do miodu! – zaśmiał się rzeźbiarz, który sam będąc starym, lecz wielce przystojnym jeszcze kawalerem pewnie dobrze rozumiał te romantyczne, cykliczne kocie amory.
- A Romanek dobrze się nim zajmuje. Karmi go i na rękach często nosi. Kocur się w nim wprost zakochał i na krok go nie odstępuje! – dokończył swą opowieść Anatol, wziąwszy tęgiego łyka kwasu buraczanego, którym został poczęstowany.

   Olga doświadczyła wówczas istnego pomieszania uczuć. Z jednej strony odczuła ulgę, że jej kotek żyje i żadna krzywda mu się w tę zimę nie stała. Jednak z drugiej strony było jej najzwyczajniej w świecie przykro, że ulubiony kocurek zupełnie o niej zapomniał i tak łatwo zmienił obiekt swych uczuć na mało w jej mniemaniu atrakcyjnego miejscowego pijaczka.
- Pewnie biedny Turecki zapomniał drogi powrotnej do domu i choćby nawet chciał, to nie może teraz wrócić – usprawiedliwiała kocurka.
Anatol i Cezary litościwie nic nie odrzekli. Zmienili temat i zaczęli dyskutować o samochodach terenowych, które były ich wspólną, wielką pasją. Natomiast Olga zaczęła rozmyślać o tym, co jej należy w tej sytuacji czynić. Postanowiła koniecznie odzyskać Tureckiego i już następnego dnia wyruszyć do sąsiedniego przysiółka po tego kociego włóczykija.

   Jak pomyślała, tak zrobiła. Namówiła do wspólnej wyprawy Cezarego i Zuzię po czym malowniczą wstęgą polnej drogi powędrowali wzgórzami do odległego przysiółka. Słońce grzało niemiłosiernie. Lasy modrzewiowe zieleniły się delikatnie. A ponad ich głowami cały czas krążyły natrętne muszki i bąki.
Wreszcie doszli do drewnianej chatki rzeźbiarza, która sąsiadowała z domkiem Romanka. Olga, nie tracąc czasu, bezustannie przyzywając swego kota, ruszyła na obchód stodoły Romanka, gdzie spodziewała się znaleźć Tureckiego. Jednak nie odpowiadał na jej wołanie. Wyszła zatem na drogę poniżej, gdzie akurat z pola powracał rzeczony Romanek, natomiast tuż przy jego nodze, towarzysząc mu jak pies, maszerował raźno zadowolony z zycia, rudy kocur. Olga przysłoniła dłonią oczy, bo słońce zupełnie ją oślepiało. Przykucnęła i znowu zaczęła magiczne kicianie, tak dobrze znane jej wszystkim czterem kotom.
- Jeśli to rzeczywiście Turecki – myślała – to przecież pozna mnie i przyjdzie. Taką przynajmniej mam nadzieję…

   Kot usłyszał wreszcie jej głos. Popatrzył na nią uważnie a potem podszedł niespiesznie, ocierając się serdecznie o jej nogi i wystawiając grzbiet do głaskania. Uszczęśliwiona wzięła go na ręce. Wtuliła twarz w jego puszyste futerko i najchętniej rozpłakałaby się teraz z wielkiego wzruszenia. Ale oto zbliżał się życzliwie uśmiechnięty Romanek, który widząc tulącego się do niej kota zawołał wesoło:
- Och patrzcie, jaki to pieszczoch z tego mojego Rudolfa!
Olga szybko otarła spocone oczy i uśmiechnęła się miło do mężczyzny, mówiąc:
- Ależ to mój kot! Nazywa sięTurecki. Zginął mi prawie dwa miesiące temu i właśnie dowiedziałam się od Anatola, że pan go przygarnął.
- Acha! No to ja już wszystko rozumiem. Rudolf często mnie odwiedzał, ale ostatnio jak przyszedł, to już został. Tej zimy umarła moja stara kotka a zostało mi po niej sporo suchej karmy, no to miałem czym karmić Rudolfa. Wymościłem mu pudełko  sianem i dobrze mu było w mojej stodole– mówił tamten przyglądając się z czułością przytulonemu do Olgi kotu.
- Niech się pani nie gniewa, że go Rudolfem nazwałem, ale on taki rudy, że mi to imię pasowało – dodał jeszcze a na znak tego, że tak jest w istocie wyszeptał miękkim, pieszczotliwym głosem – Rudolf, Rudolfek, no chodź do mnie na chwilę, chodź Rudolf! – a Turecki, słysząc to nawoływanie wysunął się zdecydowanym ruchem z objęć Olgi by podążyć do swego nowego opiekuna i mruczeć, ocierając się teraz z kolei o jego nogi.

Olga poczuła wówczas w sercu ukłucie zazdrości oraz przykrości a jednocześnie wdzięczność dla tego mężczyzny, że tak dobrze zajął się jej kotem i nie dał mu zimą zginąć.
- No to ja już teraz nie wiem, co mam robić – westchnęła ze smutkiem – Widzę, że kotkowi dobrze jest z panem i wcale nie ma ochoty ze mną wracać do domu.
- Ależ proszę go wziąć, bo ja miałbym w lecie z nim problem! – zawołał Romanek, wręczając jej mruczącego Tureckiego  - Latem idę na długo do szpitala i nie miałby się tu kto kotem zająć. Już się o niego martwiłem. A tak, to mu się krzywda nie stanie! – mówił, gładząc kotka po główce i patrząc na niego tkliwie.
- No to go wezmę, tylko mam nadzieję, że kot nie będzie miał nic przeciw temu – szepnęła Olga – Ale bardzo, bardzo panu za opiekę nad nim dziękuję!  - dodała już głośno - Proszę nas odwiedzać, kiedy tylko będzie pan chciał. Turecki, to znaczy Rudolf na pewno się z pana odwiedzin bardzo ucieszy! Gorąco zapraszamy do nas!
- A pewnie, że tam do państwa wpadnę! – zawołał Romanek, machając jeszcze na pożegnanie dłonią i patrząc z ciężkim westchnieniem w kierunku oddalającej się kobiecej sylwetki.

   Cezary, który do tej pory konwersował ze stojącym nieopodal Anatolem podszedł z machającą ogonem Zuzią do Olgi i kota. Zuzia obwąchała uważnie Tureckiego, on ją i najwidoczniej poznali się bez najmniejszych wątpliwości. Kocur mruczał uszczęśliwiony i wtulał się ufnie w ramiona Olgi, która szepcząc wciąż jego imię unosiła go w stronę oddalonego o kilka kilometrów domu.

   Kilkaset metrów dalej humor kota diametralnie się zmienił. Stał się nerwowy, niespokojny, zaczął się wyrywać. Raz po raz oglądał się za siebie i najwidoczniej bardzo martwił go fakt, że oddalają się od chatki jego przyjaciela Romanka. Na nic zdały się uspokajające szepty Olgi, na nic jej pieszczoty i głaskania. A kiedy jeszcze pracujące na polu dzieci zaczęły go przyzywać imieniem Rudolf, to jakby tygrys w niego wstąpił. Podrapał swą panią do krwi w wielu miejscach a nawet z całej siły ugryzł. Niczym piskorz wił się w jej ramionach i wczepiał pazury w skórę i ubranie. A ona płacząc, uparcie niosła go dalej, marząc o tym, by ta droga powrotna skończyła się jak najszybciej.

W pewnym momencie jednak nie była już go w stanie utrzymać. Poddała się. Zgnębiona postawiła Tureckiego na poboczu drogi i powiedziała:
- Wygrałeś kocie! Nie chcesz ze mną iść, to trudno. Wracaj do Romanka!
Ale postawiony na twardym gruncie kot stał się nagle niezdecydowany. Spoglądał to na nią, to na pozostawiony w tyle przysiółek i sam już nie wiedział co począć. Chwilę to trwało, aż wreszcie uspokoił się i podszedł do Olgi, znów patrząc ufnie w jej oczy. Zrozumiawszy, że widać kot podjął jakąś decyzję ponownie wzięła go na ręce i powędrowała polną drogą w palącym, kwietniowym słońcu. Po kolejnym kilometrze takiej wędrówki w kota znowu jakby diabeł wstąpił. Niestety, powtórzyła się poprzednia szarpanina i drapanie. Z policzka Olgi płynęła krew, z oczu łzy, z nosa smarki a z całego ciała pot. Kot był niezmordowany w swej szaleńczej szamotaninie. Na szczęście właśnie mijali dom sąsiadki, więc Cezary pobiegł tam i przyniósł zaraz płócienny worek, do którego oboje z Olgą wpakowali zwariowanego kota i w ten sposób już bez przeszkód donieśli go do domu.

   W domu Turecki został wypuszczony z worka dopiero w kuchni. Chodziło o to, by natychmiast dostrzegł znajome, ulubione kąty, miseczki z jedzeniem i mlekiem oraz wylegujących się na krzesłach kocich krewniaków. Lekko ogłupiały przebywaniem w worku kot rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu a potem jak gdyby nigdy nic podszedł do miseczki z mlekiem i wychłeptał całą jej zawartość. Następnie wskoczył na parapet, gdzie usiadł na ulubionym, znajomym kocyku i zajął się toaletą swego nieco zmierzwionego futerka.
W tym czasie Olga przemywała swe liczne, zadane przez Tureckiego rany, wodą utlenioną. Potem wykończona i spragniona wypiła litr wody i padła na fotel by wreszcie odpocząć po tej morderczej wędrówce. Czarny kot natychmiast skorzystał z okazji i wszedł na jej kolana, zwijając się tam w rozkosznie rozmruczany kłębek. Turecki rad by także spocząć na ciepłych kolanach, ale widząc, że miejsce jest już zajęte prychnął oburzony na Czarnusia i odszedł na drugi fotel, gdzie zapadł w długi, błogi sen…Czy śniły mu się wszystkie dzisiejsze, szaleńcze przejścia? Czy może we śnie coś postanowił?

   Wieczorem, gdy Olga zajęta była zamykaniem kur w kurnikach nagle zauważyła, że Zuzia biegnie za czymś w kierunku płotu. Wydało jej się, że tuż przed Zuzią mignęła ruda sylwetka kota. I rzeczywiście! To Turecki przeskoczył przez płot i przeszedłszy przez przyległy doń ogródek, nie oglądając się za siebie podążył zdecydowanie polną drogą w kierunku sąsiedniego przysiółka. Olga podbiegła do płotu i zakiciała kilkakrotnie. Serce biło jej jak oszalałe a w oczach pojawiły się nieposłuszne łzy. Kot jednak nie obejrzał się nawet. Biegł przed siebie a jego złociste futerko lśniło w oddali jak błędny ognik. Wreszcie drobna, ruda sylwetka Tureckiego zniknęła jej z oczu gdzieś za linią pobliskiego wzgórza. Ostatnie promienie zachodzącego słońca oświetlały zupełnie pustą drogę a Olga długo jeszcze stała przy płocie rozmyślając o swoim niewiernym kocie, który odszedł w wiadomym kierunku. A czy wróci? Czas pokaże…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost