niedziela, 15 listopada 2015

Smerfetka – opowieść o dzielnej kotce




   To historia, w której wiele jest smutku, prawdy, bezradności i nagiej surowości życia… Jednak jej główną bohaterką jest nadzieja. Posłuchajcie zatem…


   Na początek trochę genealogii…Smerfetka urodziła się w Jaworowie kilka lat temu. Była ona córką naszej szarej kotki, nawanej nieco dziwacznie Tatrzecia.  Dlaczego Tatrzecia? Ano dlatego, ponieważ była wzięta przez nas wraz z dwoma rudymi braciszkami z domu siostry Cezarego. Jako trzecia właśnie, do kompletu.  Jej córka,  Smerfetka miała przepiękne  szylkretowe umaszczenie, czarno – złote, całe w refleksach i melanżach barw. Owe barwy odziedziczyła po swej babce – także szylkretowej kotce, Smerfuni. 


     Trwał akurat ciepły, cykający ostatnimi świerszczami wrzesień.  Jaworowo tętniło od prac remontowo-budowlanych. Pomiaukująca nerwowo Tatrzecia nie umiała sobie znaleźć miejsca. Czuła, że zbliża się jej czas...Tymczasem ustawione na domowym strychu kartonowe pudełko, wymoszczone miękkimi szmatkami od kilku tygodni czekało na nowych, kocich lokatorów. Zauważywszy jej nietypowe zachowanie porzuciłam wszelkie niecierpiące zwłoki sprawy i zajęłam się czułym pieszczeniem niespokojnej kotki. Po nieomal całym dniu spędzonym na trwających na mych kolanach delikatnych masażach brzuszka, przyszła matka pomiaukując boleśnie poszła wreszcie do swego zacisznego pudełka. Tam po kilkudziesięciu minutach powiła czwórkę kociąt.  Wśród nich Smerfetkę właśnie.. 


   Malutka, szylkretowa kociczka posiadała urocze, trzpiotne usposobienie, ale także jak Tatrzecia, dużo dystynkcji, delikatnego powabu, mądrości i sprytu… Wraz ze swym rodzeństwem wczesne dzieciństwo spędziła w Jaworowie, bawiąc się tu wesoło i poznając wszystkie zakamarki oraz ścieżki obejścia i okolicy. Choć taka maleńka potrafiła groźnym syczeniem i parskaniem odstraszyć skutecznie ciekawską Zuzię, która potem na jej widok podkulała ogon i uciekała jakby na widok potwora. Kotka świetnie dawała sobie ze wszystkim radę. Najszybciej nauczyła się polowania na myszy a przy misce to ona miała przed innymi pierwszeństwo. Dumna, odważna, pieszczotliwa jak jej matka…


   I oto przyszedł grudzień. Nieodwołalny czas rozstania z kociętami. Były już duże i potrzebowały stałego miejsca. Z nami miał zostać czarny kotek, zwany przez nas jakże oryginalnie Czarnym. Pozostałe zamieszkać miały w domu siostry Cezarego - Noli. W domu, gdzie przyszła na świat ich matka i babka. Nolanów  to wiejskie, położone od nas w odległości ok. 70 km siedlisko z ogrodem i ciągnącymi się za nim bezkreśnie polami oraz sosnowymi lasami. Jedyną wadą tego miejsca była przebiegająca obok, ruchliwa szosa. Była ona przyczyną wielu rozstań z kocimi czy też psimi żywotami.  Mimo gęstego, siatkowego płotu otaczającego obejście i zamkniętej szczelnie bramy zwierzaki zawsze znajdywały w końcu jakąś szparkę i nią wymykały się prosto w ramiona warkotliwej śmierci…


   Nola od zawsze uwielbiała koty. Otaczała je wręcz matczyną troską. Miała do nich wspaniałe podejście i mnóstwo zrozumienia dla skomplikowanej, kociej psychiki. Jej dom pełen był ciepła, serdeczności i polegujących na fotelach czy kanapach szczęśliwych kotów… Niestety, od kiedy matka Tejtrzeciej, Smerfunia zginęła pod kołami rozpędzonej ciężarówki pusto i smutno zrobiło się w Nolanowie.  Dziwnie ciche i nieprzytulne staje się domostwo, gdy nic w nim nie miauczy i nie szczeka, gdy kuchenny kącik z miseczkami nie jest przez nikogo odwiedzany, gdy nikt nie grzebie pracowicie w kuwecie, gdy nie ma się do kogo wieczorem przytulić, kiedy nie da się swych myśli ukoić tkliwym mruczeniem…. 
   Ten ponury stan trwał nieomal dwa lata. Jednak na wieść o tym, iż Tatrzecia spodziewa się potomstwa Noli nareszcie zaświeciły się oczy a serce napełniło nową nadzieją i gotowością do kochania. Było zatem umówione, że tuż po wspólnie spędzonych w Jaworowie świętach Bożego Narodzenia trzy kociaki pojadą do Nolanowa, domu swej babki – Smerfuni. W międzyczasie płot okalający Nolanowo został dodatkowo uszczelniony a i ruch na drodze nieco zmalał, dzięki wprowadzonemu w pobliżu objazdowi.


   I wszystko stało się zgodnie z planem… Rozpuszczane jak dziadowskie bicze, rozpieszczane niemożliwie kocięta dorastały w nowym dla siebie, lecz tak jak poprzednie, pełnym miłości miejscu. A Nola była znowu szczęśliwa… Jej dumne koty rządziły niepodzielnie siedliskiem i okolicą.


  W ubiegłym roku jednak siostra Cezarego zmuszona była na kilka miesięcy rozstać się ze swymi milusińskimi. Otóż wybierała się do dawno niewidzianej rodziny, do USA. W sierpniu przed wyjazdem zadbała o los ukochanych kotków. Umieściła je w zaufanych, zaprzyjaźnionych domach, wierząc, iż wszystko będzie dobrze a czas rozstania szybko przeminie. Jednym z tych miejsc był właśnie nasz dom.


   I tak oto na początku sierpnia 2014 roku Smerfetka wraz z braciszkiem znowu zamieszkała u nas, powracając w ten sposób do miejsca swego urodzenia. Na początku koty nieufnie obeszły cały dom. Obwąchały wszystkie kąty. Spotkały się z naszymi kotami. Jaworowi rezydenci przywitali się bez większego entuzjazmu i bez oznak jakiejkolwiek serdeczności. Tatrzecia, leżąc na fotelu spoglądała na swą krążącą w pobliżu córkę z obojętnością. Nie poznała jej najwyraźniej.  Takoż i dorosłego zupełnie synka. Synek, jak na łakomczucha i piecucha przystało podjadł trochę chrupek kocich a potem położyl się na wyściełanych miękko krzesłach i odpłynął w ramiona błogiego snu… Smerfetka natomiast wędrowała dalej. Syknęła ostrzegawczo na Zuzię, którą zdawała się pamiętać najlepiej. W końcu wskoczyła na kuchenny parapet – ten sam, na którym kiedyś uwielbiała się wylegiwać . Popatrzyła na widok za oknem. W jej oczach odbijała się nasza stara lipa, okolone tatarakami oczko wodne, studnia… Może powoli przypominała sobie to wszystko? Wreszcie westchnęła ciężko i zasnęła. Nie niepokoiłam jej, mając nadzieję, iż szybko przywyknie do nowego - starego miejsca i wrośnie na powrót w Jaworową drużynę. 


   Następnego dnia toczyło się u nas zwykłe, pracowite życie. Zbieraliśmy z działki dorodne ogórki i pomidory. Szykowaliśmy drewno na zimę. Potem było gotowanie ziemniaków w parniku. Robienie jedzenia dla zielononóżek.  Wieszanie prania. Przygotowywanie obiadu dla nas… Pogawędki z sąsiadami… Tymczasem kury, jak co dzień biegały rozgdakane po swym wybiegu. Kozy pomekując pasły się na łące za ogrodem. Zuzia spała w cieniu. Koty wylegiwały się na strychu budynku gospodarczego. A Smerfetka i jej brat? No właśnie, gdzie oni się podziałali? Ich brak odkryłam dopiero późnym popołudniem. Wcześniej w wirze zajęć nie miałam nawet czasu by o nich pomyśleć… Pewna byłam, że śpią na kuchennym parapecie, gdzie widziałam ich o poranku albo też są na zewnątrz wraz z pozostałym kociarstwem. Tymczasem rodzeństwa na strychu nie było. Także i w domu nie mogłam ich znaleźć. Zauważyłam natomiast, że zielony kocyk na parapecie zwisał do samej ziemi tak przekrzywiony, jak gdyby jakiś kot opuszczał go w dużym pośpiechu. W kotłowni otwarte było małe okienko. Zawsze wchodziły nim i wychodziły nasze koty. Pewnie i Smerfetka razem z bratem z niego skorzystała… Wraz Cezarym nawoływaliśmy i szukaliśmy po całym obejściu, potem w budynku gospodarczym i na łące i w ogrodzie sąsiada i na drodze i w pobliskim zagajniku… Poszukiwania trwały kilka godzin. Bez rezultatu. Mieliśmy nadzieję, iż na noc zwierzaki wrócą. Wszak to normalne u kotów, że wybierają się często na dalekie wycieczki a potem jak gdyby nigdy nic wracają.


   Nie wróciły. Ani tego dnia ani następnego. Gdzie mogły pójść?! – zachodziliśmy w głowę, martwiąc się i mając wyrzuty sumienia, że nie zdołaliśmy ich dopilnować. W końcu zawiadomiliśmy o całej sytuacji Nolę, która szykując się do mającego nazajutrz nastąpić odlotu zaniepokoiła się i zasmuciła wielce… Jednakowoż lotu odwołać nie mogła. Niebawem nabrała nadziei, że kotki jeszcze do nas wrócą, albowiem i w Nolanowie było w ich zwyczaju wychodzenie nawet na parę dni a potem pojawianie się znikąd.


   Czas płynął… Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Los Smerfetki i jej brata był nieznany. Często zastanawialiśmy się, gdzie też mogły pójść, co mogło się z nimi stać? Może dorwał je jaki lis czy jastrząb albo też wielkie, groźne psisko mieszkające za lasem? A może widząc, iż w Jaworowie rządzą stare kocury nie znalazły tu miejsca dla siebie i odeszły, szukając swego wytęsknionego Nolanowa? 


   Zaczęła się zima. Wprawdzie wyjątkowo łagodna i omalże bezśnieżna, ale i tak parę razy nieźle przymroziło.  W czasie jednego z takich chłodniejszych dni przepadł drugi z naszych kocich rudzielców – Antek.  Nie wrócił jak zawsze na ciepły, popołudniowy posiłek. Odszedł  tak, jak niegdyś jego braciszek Turecki. Tyle, że Turecki z własnej woli zamieszkał u samotnego pijaczka Romanka. Co stało się z Antkiem? Do dzisiaj nie wiadomo… Nadal nieznane też były losy szylkretowej kotki Smerfetki i jej brata. Żal ich było, bardzo żal, ale cóż…? Życie toczyło się nadal, bo toczyć się musiało a zaginione kotki, taką mieliśmy nadzieję, gdzieś tam w świecie żyły przygarnięte przez dobrych ludzi…


   Minęła zima i wiosna. Nola wróciła nareszcie do Polski. Pełna wspaniałych, rodzinnych opowieści i tkliwych wspomnień… Wróciła jednak do pustego domu. Jedyna jej ocalała od zagubienia kotka, siostra Smerfetki mieszkała teraz w krakowskim mieszkaniu córki i dobrze się tam miała. Tak dobrze, że żal ją było stamtąd zabierać…


   I nadal czas w Jaworowie, Nolanowie i we wszystkich polskich domach toczył się tak, jak zwykł się toczyć. Przetykany złotą nitką dobrych chwil. Przeplatany drutem kolczastym tych złych… Płynęły niepokojące  wiadomości ze świata… Wybory za wyborami… Warstwa na warstwie dziania, marzenia, zwątpienia, westchnienia, wzruszenia…

   Znowu nastała pora chłodnej, bezlistnej jesieni…. Za chwilę zima zapuka do okien. Jaka ona będzie? Na myśl o tym znów wróciło wspomnienie o zaginionych kotach…


   Tymczasem nadszedł feralny piątek trzynastego listopada. Serca wszystkich zmartwiały. Przeszłe kłopoty zmalały w obliczu tragedii paryskiej. Pojawiło się tyle przeczuć, obaw, niezgody na zło, dotkliwej bezradności…

I nagle w tym wszystkim telefon od Noli!


- Smerfetka wróciła! Jest znowu ze mną! Po ponad piętnastu miesiącach dotarła do domu! – wykrzykiwała ze łzami radości siostra Cezarego tuląc do siebie zaginioną do niedawna kotkę.


   Opowiedziała nam wszystko po kolei. Po wielu miesiącach samotnej wędrówki dzielna, szylkretowa kotka dotarła do sklepu spożywczego położonego około kilometra od  Nolanowa. Tam zaopiekowali się nią właściciele sklepu. Dokarmiali wychudzoną kociczkę przez parę dni. Zapewnili jej ciepłe posłanie w piwnicy. Tymczasem Nola nic o tym nie wiedząc, jadąc do pracy w sobotni poranek zatrzymała się przy owym sklepie by kupić sobie drożdżówki na śniadanie. Właśnie miała wsiadać do samochodu, gdy za węgłem budynku mignął jej cień kota… Serce zabiło jej mocno, bo ów cień miał bliskie sercu szylkretowe umaszczenie… Pobiegła za róg domu i zobaczyła biedną kiciunię. Jakże podobną do Smerfetki, ale przy tym jakże inną! Spoglądającą nieufnie. Skuloną. Przygaszoną.


   Nola kucnęła, zakiciała i zawołała po imieniu. Pieszczotliwie, jak niegdyś. Słodkim, melodyjnym, pełnym wzruszenia i przejęcia głosem. Oczy kotki zalśniły. Spojrzała w twarz swej dawnej opiekunki. Postawiła ogon wysoko do góry i podeszła by przywitać się czule. Ocierała się o nogi. Mruczała. Miauczała, jak gdyby opowiadała coś z przejęciem… Została delikatnie wzięta na ręce. Otarła się o zapłakany policzek Noli. Westchnęła ciężko…


- Nolu! A czy Ty masz pewność, że to Smerfetka? – przerwaliśmy jej opowieść tak wzruszeni, a jednocześnie pełni niedowierzania, jakbyśmy dowiedzieli się po latach o odnalezieniu zaginionego podczas wojny bliskiego członka rodziny.


- To na sto procent ona! – krzyknęła przejęta do żywego siostra Cezarego.

- Pamiętacie? Ona miała na łapce taką charakterystyczną plamkę. I na brzuszku taką krzywą bliznę po sterylizacji. To na pewno ona!!!


   Uwierzyliśmy nareszcie. Jakże mogliśmy nie uwierzyć? A więc zdarzają się jeszcze cuda na tym dziwnym świecie! Nie upadajmy na duchu skoro mała, mądra kotka przez piętnaście miesięcy nie wiadomo jakimi znakami na niebie czy ziemi się kierując wytrwale wędrowała do domu, przemierzając kilkadziesiąt kilometrów, klucząc w nieznanych zupełnie okolicach, omijając ruchliwe szosy albo cudem przebiegając między wielkimi pojazdami, spotykając przeróżnych ludzi po drodze, chroniąc się w nieznanych zakamarkach przez zimnem, deszczem i spiekotą, zdobywając jedzenie, idąc wciąż uparcie, idąc do celu na swych delikatnych a tak pełnych siły nóżkach…

   A skoro takie cuda są możliwe, to myślę, iż możliwe są i inne. Inne powroty. Nagłe ozdrowienia. Otrząśnięcia się z fali smutku. Pozytywne zmiany. Tyle złych rzeczy dzieje się na świecie. Ale jednocześnie wydarza się tyle dobrych. Nie wiemy o tym wszystkim. Nie przeczuwamy nawet. Widzimy tylko jedną stronę medalu, nie wiedząc o tym, jak wygląda druga. Co jeszcze szykuje nam przyszłość? Co dla nas jeszcze plecie? Czy historia  odnalezionej cudem, bohaterskiej kotki może być maleńkim chociażby pocieszeniem i promykiem nadziei…?



58 komentarzy:

  1. Noe do wiary!! podobne historie zdarzaja sie ale psom, nigdy nie slyszalam takie o kotach...wzruszjaca, a jak po mistrzowsku opisana! przeczytalam z biciem serca, i jeszcze z takim pozytywnym przekazem. Sciskam Cie serdecznie Olu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nie do wiary! Bardzo mnie ta historia poruszyła i podniosła na duchu. Dlatego właśnie zdecydowałam sie by ja tutaj opowiedzieć.
      Pozdrawiam Cie ciepło, Grazynko!:-)*

      Usuń
  2. Spłakałam się ;) Głaski dla przedzielnej Smerfetki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to takie dobre łzy...Smerfetka jest najdzielniejszą kotką, o jakiej słyszałam!:-)*

      Usuń
  3. Kiedy swiat plakal, koty albo sie znajdowaly po kilkunastu miesiacach nieobecnosci, albo zamieszkiwaly w nowych domkach. Bo koci swiat ani na jote sie nie zmienil, rzadzi sie wlasnymi prawami i nie obchodzi go to, co dzieje sie na zewnatrz u ludzi. I wcale nie znaczy to, ze koci swiat jest mniej wazny tylko dlatego, ze koty nie prowadza spektakularnych wojenek i nie zajmuja sie bardzo wazna polityka.
    Dlatego w tych niewesolych dniach takie posty, jak Twoj czy Gosi, nieco ten smutek zamazuja. Dziekuje :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Aniu. Masz rację, że koci świat, równoległy świat, wcale nie jest mniej ważny. Tyle tam uczuć, tyle przezyć. i tyle cudownych istot, które potrafia nam udowodnic swoje uczucia, pokazać swoje niezwykłę bohaterstwo, wytrwać mimo wszystko i isć przed siebie z nadzieją. Skoro one to potrafią, to tym bardziej my...
      Aniu, uściski zasyłam!:-)***

      Usuń
  4. To nie tylko promyczek - to całkiem duży promień:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To cieszę się Aniu, że tak pozytywnie tę opowieść odebrałaś!:-)*

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Basiu. Tak cudowną historię koniecznie trzeba było przekazać dalej!:-)*

      Usuń
  6. Witajcie ,,Jaworowi,, fajny jakże optymistyczny post opowiadanie. Ile radości dają zwierzaki wie ten kto je ma, mamy w domu dwa koty i bardzo starą psinkę Norę(15 lat).Kotka czarna jak smoła Szina ma 5 lat, Cahir, biało, szary kot ma 7 lat i czasem gościnnie występujący rudzielec, kociak córki Kredek, który ma 2 lata . Jest wesoło ale i niezły,codzienny bałagan. Moja druga połowa osiatkowała nasz balkon i nasze kocie towarzystwo nawet zimą lubi pobyć na dworze. Prym wiedzie Szina,reszta kociej sfory siłą rzeczy dostosowała się do tej małej,czarnej diablicy. Lecz głową całego zwierzyńca jest nasza starowinka Norusia,całkowicie ociemniała, bezzębna z chorą wątrobą. Kochamy ten nasz wierzyniec i dokładnie wiemy ile im trzeba poświęcić czasu i jaką zapewnić opiekę kiedy nas nie ma. Psa zabieramy ze sobą a koty mają zapewnioną najlepszą opiekę zaprzyjaźnionej z nami rodziny i zostają w swoim domu. Moja babcia kiedyś mawiała, że kot trzyma się domu,przyjaznego miejsca,a pies swojego pana i Ty Olgo swoim opowiadaniem tylko potwierdziłas te fakt. Pozdrawiam Was bardzo serdecznie krysia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz sporo zwierzaków, Krysiu i doskonale rozumiem ile czasu musisz im poświecić, jak dbasz o nie, jak kochasz i troszczysz sie o przerózne potrzeby...Ta półslepa, biedna, chora sunia - serce sie ściska. Jak smutno człowiekowi, gdy nie potrafi pomóc ufnej w nas, kochanej istocie...
      Ta, Smerfetka wróciłą do swego domu. To było dla niej najwazniejsze. Pokonała tyle kilometrów. To wprost niesamowite!
      Pozdrawiamy Cie serdecznie, Krysiu, dziekując za opowieśc o Twoim zwierzyńcu!:-)*

      Usuń
  7. Pięknie opowiedziane i nie wstydzę się łez.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem trzeba sobie popłakać...Tyle sie emocji w człowieku potrafi nagromadzic, tyle uczuć. Łzy to taki wentyl bezpieczeństwa. A pisząc powyższą historię sama sie wzruszałam...
      Pozdrawiam Cię ciepło, Ewo!:-)*

      Usuń
  8. Co za niezwykła historia,niemal jak w bajce :-)-cudnie napisana....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście takie baśnie zdarzaja sie czasem w nszym zwykłym zyciu. Ileż z nich płynie dla nas nauki i pociechy...
      Dziekuję za Twe słowa i pozdrawiam Cię ciepło!:-)*

      Usuń
  9. Bardzo dobrze jest móc dzisiaj przeczytać coś takiego.... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie z taką intencją to pisałam...Niechże i inni znajdą jakis promyk nadziei...
      Pozdrawiam Cię ciepło!:-)*

      Usuń
  10. Post pełen nadziei i miłości, taki potrzebny w ten trudny, deszczowy, tragiczny czas. Zdarzają się cuda niespodziewane, nawet gdy już przestało się wierzyć. Przytulam Was

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta, naprawdę sie zdarzają i znowu potrafia obudzic nas ufne w siłę dobra i wiernosci dzieci. Niech to pozytywne uczucie trwa w nas jak najdłużej...
      Przytulamy Cię z czułością, Krystynko!:-)*

      Usuń
  11. Witaj Olu,niezwykle wzruszająca historia dzielnej kotki i jednocześnie wlałaś w serce mnóstwo nadziei i słów pocieszenia.Dziękuję,serdecznie Was pozdrawiamy Elżbieta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedy tylko dowiedziałam sie o tym cudownym powrocie Smerfetki od razu powziełam mysl o opisaniu tej historii i przekazaniu jej innym. Wszyscy czujemy sie teraz podobnie.A więc my wszyscy potrzebujemy jakiejś pociechy, jakiejś radosci.
      Pozdrawiamy Was równie serdecznie, Elżbietko!:-)*

      Usuń
  12. Och, wiedziałam, od razu wiedziałam, że wróciła!!! Aż nie mogłam czytać spokojnie... zajrzałam szybciutko na koniec posta ;-)
    Przypomniał mi się film "300 mil do domu" - troszkę dalej, co? - na którym moja kilkuletnia córeczka tak szlochała, że zasmarkała wszystkie chusteczki i trzeba było sięgnąć po szaliki...
    Jakże wierne zwierzątko, jak bardzo pragnęła wrócić do domu, maleńka.
    Ale co z jej braciszkiem?....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Trzysta mil do nieba"? Też wzruszał mnie kiedys ten fil ma muzykę z niego pochodzącym uwuelbiam do dzisiaj.
      Tak, Smerfetka to bardzo wierne, mądre i wytrzymałe na trudy zwierzątko. Mam nadzieję, że będzie teraz zyłą w swym domu długo i szczęśliwie, nie niepokojona juz przez żadne przeciwnosci zyciowe. Bezpieczna. Pomyslec, ileż ona musiałą sie rzeczy po drodze nauczyć!
      A co jej braciszkiem? Niestety, nie wiadomo...
      Pozdrawiam Cię ciepło, Inkwi!:-)*

      Usuń
  13. Donoszę uprzejmie, że Smerfetka nie chce wychodzić na dwór, trzyma się miski, ciepła, wersalki i pragnie pieszczot, pieszczot, pieszczot.
    Bałam się czy nie zapomniała chodzić do kuwety, ale chodzi. Zwiedziła cały dom na początek, wszystko powąchała, podjadła, popiła wody a dzisiaj kupiłam u weterynarza środek insektobójczy i robakobójczy. Wstrzyknęłam jej na kark, bo ma troszkę za duży brzuszek na mój gust. No cóż, nikt jej nie odrobaczał przez 15 miesięcy. W domu jest ciepło, więc śpi na wersalce, robi tylko przerwy na jedzenie, kuwetę i pieszczoty. Mową ciała pokazuje, że jest szczęśliwa. Zapomniała jednego, że wskakuje się na stół w kuchni i oczekuje na miskę. Nie jest wybredna a była.Kotka pokonała 70 km w rok, nie wiadomo czym się kierowała i przyszła. Myślę, że jesteśmy obie szczęśliwe.Może jakiś medal jej się należy....... Na pewno walczyła po drodze, bo na prawym uszku ma wygryziony mały trójkącik jak po kłach psa lub kota. Jest wysterylizowana, dlatego po drodze nie miała rui, nie wychowywała kociąt. Szła do domu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie dziękuję Ci Nolu, że dopowiedziałaś tutaj ciąg dalszy. Mysle, że Twoja Smerfetka jest teraz bliska sercu wszystkich czytelników tego bloga! Smerfetce nalezy sie teraz wszystko, co najlepsze. Niech nareszcie będzie szczęsliwa i spokojna przy Tobie, swojej ukochanej pani.
      Przytulamy Was obie z Cezarym bardzo bardzo gorąco!:-))***

      Usuń
    2. Jest, Smerfetka jest w naszych sercach... dzielna kicia ;)

      Usuń
  14. Odpowiedzi
    1. Ta opowieść Madziu, koniecznie musiała być opowiedziana !♥

      Usuń
  15. Musiałam najpierw zajrzeć na koniec historii, a teraz spokojnie mogę czytać to, co pomiędzy wstępem, a zakończeniem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Ty spryciulko!:-) Ale nie dziwię się. sama bym pewnie postapiła podobnie!
      Ciepło pozdrawiam Cię Liduś!:-)*

      Usuń
  16. Takie historie Olenko, sa dla mnie zawsze promykiem nadziei :)
    Pozdrowienia serdeczne :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, Orszulko!Bardzo sie cieszę!
      I ja pozdrawiam Cię serdecznie!:-)***

      Usuń
  17. Witaj Nola dużo serdeczności dla Was obojga,kotka cieszy się z Twojej obecności a Ty z tego, że po prostu jest tym samym obie jesteście szczęśliwe.Chwilo trwaj pozdrawiam trejtka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Córka odwiozła mi z Krakowa Ariel, pięciokolorową koteczkę.Zginęła, albo lis albo pies albo niedobra sterylizowana kotka z sąsiedztwa, którą czasem dokarmiałam. Zazdrosna o żarcie. Spłakałam się przez kilka dni do spodu. W niecały miesiąc pojawiła się Smerfetka i już nie jestem sama. Córki poza domem, mąż na cmentarzu, Ariel przepadła i Smerfetka wypełniła tę lukę. Mam o kogo dbać, pieścić, ponosić na rękach. Smerfetka jako 4 miesięczne kocię wpadła do studni, zatrzymała się na rurze od pompy, bardzo płakała. Wzięłam drabinę, wpuściłam do studni, poświeciłam latarką i zaczęła iść po tej drabinie. Jak była prawie na górze, złapałam za głowę, wyciągnęłam, przytuliłam i zaniosłam do domu. Później wyleczyłam z CALCYVIROZY. Weterynarz twierdzi, że tę wirusową chorobę przeżywa 67% kotów, u mnie przeżyło 100%.... Byłyśmy bardzo zżyte kiedyś, rozumiałyśmy się bez słów. Tęskniłam za Smerfetką. Zawsze mam się do kogo odezwać w pustym domu. Pozdrawiam. Nola

      Usuń
  18. lubię czytać Twoje opowieści...
    prawdziwe i z dobrym zakończeniem szczególnie
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie jest miło, że czytasz, że lubisz czytać i szczerze piszesz mi o tym. Dziękuję Ci za to, Alis i pozdrawiam Cię serdecznie!:-)*

      Usuń
  19. Bardzo się cieszę ze szczęścia Noli i Smerfetki. Bardzo ciepło myślę także o tych Państwu, którzy zaopiekowali się kotką, kiedy była już tak blisko domu. Takie zdarzenia dodają otuchy nie tylko tym, którzy ciągle czekają na swoje zaginione zwierzęta. Pozwalają nam wierzyć, że możliwe są dobre zakończenia najsmutniejszych historii. Dziękuję za to opowiadanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie dobre wiadomosci jakoś człowieka uskrzydlają, oddalają od osaczajacych zmartwień i niepokojów. Tak, ci państwo ze sklepu byli dobrymi aniołami na drodze Smerfetki. Duzo jest takich ludzi. Dzięki nim wędrujące, dokarmiane przez nich koty maja szansę powrócic wreszcie do swych domów.
      Pozdrawiam Cię ciepło, Hersylio!:-)*

      Usuń
  20. Wzruszająca historia. Łzy same spływają po policzkach... Cieszę się z pomyślnego zakończenia tej opowieści.
    Pozdrawiam serdecznie.
    regian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Regian, że wpadłaś do nas i przeczytałaś tę historię!
      Pozdrawiam Cię serdecznie!:-)*

      Usuń
  21. Oleńko, jakaż piękna opowieść! Pelna ciepła i miłości do tych istot i przede wszystkim nadziei, która nam tak bardzo ale to bardzo w tym trudnym czasie, w tych trudnych pełnych zwatpienia chwilach jest potrzebna. Jaka kochana koteczka, jaka mądra, odważna i pełna miłości i jaka w niej ogromna wola zycia, wola powrotu do ukochanego domu i swojej pani. A Ty, Tak pieknie, wzruszająco potrafiłas opowiedziec tę historie, robiąc z niej prawdziwa Perełkę!
    Ta historia napełnia nasze smutne po ostatnich wydarzeniach serca wielka nadzieję, ze wszystko moze się zdarzyć, ze nie ma rzeczy niemożliwych, że naprawdę Cuda istnieją na tym świecie... a my musimy tylko wierzyć w to i ufać!
    Sciskam Ciebie erdecznie i przytulam w myślach dzielną Smerfetkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba w ten trudny czas koić serce dobrymi wieściami i nieustającą wiarą w siłę dobra. Bo choćby było nie wiem jak źle, to wciaz za kurtyną smutku żyje słońce i gdy przemija fala chmur znowu obdarza nas swymi cudownymi promeniami.
      Mysl o Smerfetce dodaje mi siły i optymizmu. Dlatego chciałam sie opowieścia o niej podzielic z Wami.
      Pozdrawiam Cię ciepło, Amelio!:-)*

      Usuń
    2. Dziś raz jeszcze przeczytałam opowieśc o Smerfetce. Jest tak piekna, wzruszająca i pelna nadziei!
      To mogła by być przepiękna opowieść wigilijna dla calego swiata!

      Usuń
    3. Z całego serca dziękuję Ci za te słowa, Amelio!:-))*

      Usuń
  22. Piękna i wzruszająca opowieść... mam łezki w oczach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to wzruszajaca i niosaca odrobinę nadziei w ten ciezki czas historia...Pozdrawiam Cie ciepło, Sylwio!:-)*

      Usuń
  23. -LUBIE ,GDY JESTESMY TACY
    -JACY?
    -SZCZESLIWI.......... sciskam lapke p.Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię, Gosiu - tym bardziej, że to taki ulotny stan...
      Pozdrawiam Cię ze ściskaniem łapeczki, rzecz jasna!:-))

      Usuń
  24. Ja się od niedawna oswajam z kotami, zawsze się ich bałam. Nie wiem, dlaczego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koty są niezaleznymi, tajemniczymi istotami, ale przy tym wszystkim spragnionymi ciepłą i miłosci człowieka...

      Usuń
  25. Olu, w wolnej chwili zajrzyj, proszę tu: http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/2015/11/biaa-kura-dzieciom.html
    Bardzo nam zależy na Twoim udziale. :)
    Bardzo się cieszę, że Smerfetce się udało. Mistrzowsko napisałaś, pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki za ciepłę słowa!:-))
      Dobrze Gosiu, zaraz zajrzę do Ciebie...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia