Już wkrótce zachwycaliśmy się Riverlandem -
krainą jezior i wspaniałych rozlewisk
Murray River oraz
wtopioną w tę soczystą zieleń miasteczek takich, jak Mildura, Renmark, Morgan, Berri i inne. Stojąc na wysokiej skarpie widzieliśmy w dole turkusowe
wstążki i niteczki tej zasilającej okoliczne tereny w wodę, największej w Australii
rzeki. To przecież dzięki niej właśnie, dzięki naturalnemu i sztucznemu doprowadzaniu wody do farm, pól, ogrodów i
winnic każda miejscowość Riverlandu (a ciągnie się on przez dwa stany) jest krainą
miodem i mlekiem płynącą. Zielonym, kwitnącym i owocującym bujnie terenem
pełnym winorośli, drzewek pomarańczowych, mandarynkowych, jabłoni, oliwek,
migdałów, śliwek, wszelkich innych owoców.
Wszystko to było tam bardzo tanie, świeże i po prostu pyszne. Zatrzymywaliśmy się więc ochoczo przy
takich ciągnących się kilometrami plantacjach i uzyskując od miejscowych farmerów
zgodę na samodzielne zbieranie owoców, rwaliśmy je radośnie. Rozgrzane słońcem
pomarańcze wydzielały z siebie zniewalający, nieznany mi przedtem, intensywny aromat.
A ich słodycz była wprost niebiańska! Obżeraliśmy się zatem niemożliwie tymi
plonami ziemi australijskiej, a sprzyjała temu upalna pogoda oraz towarzyszące
jej stałe pragnienie. Sok aż ciekł nam po brodach a lepiące się dłonie z braku
wody oblizywaliśmy i ocieraliśmy w wilgotne chusteczki higieniczne.
- Ileż człowiek
może w siebie zmieścić?! - śmialiśmy się
sami z siebie, popatrując na pełną reklamówkę pestek i ogryzków, które
produkowaliśmy w ilościach masowych.
Ale takie w nas
było dziwne nienasycenie, takie łaknienie by najeść się tymi dobrodziejstwami
nareszcie do syta za wszelkie braki i tęsknoty siermiężnego socjalizmu, kiedy
to takie egzotyczne owoce wydawały się niedosiężnym zupełnie cudem.
Oszołomieni bogactwem barw i zapachów
zatrzymywaliśmy się także często przy ulicznych straganach warzywno-owocowych.
A w miasteczku Berri, gdzie ulokowanych jest najwięcej w Australii zakładów
produkujących dżemy, soki i wszelkie przetwory warzywno-owocowe zachęceni niskimi
cenami kupowaliśmy ciepłe od słońca brzoskwinie, worki niełuskanych, świeżutkich migdałów, soczyste
melony, arbuzy, awokado, śliwki i mango, świeżo wyciskane soki, musy, galaretki
i lody sorbetowe. Na dobrą sprawę mogliśmy żywić się tylko tym, odpoczywając na
jakiś czas od steków i kiełbasek. A więc korzystaliśmy z tego, zrobiwszy spore
zapasy i z małymi wyjątkami, przechodząc na kilka dni na dietę frutariańską.
Co, swoją drogą, świetnie nam zrobiło! Czuliśmy się lekko, zdrowo i młodo.
Tyle tylko, że musieliśmy bardzo często
odwiedzać australijskie przybytki odosobnienia by pozbyć się nieustannego
nadmiaru wody. A, nawiasem mówiąc, przydrożne toalety w Australii są w każdym
stanie bez zarzutu. Bezpłatne, czyste, pachnące, zaopatrzone w biały papier toaletowy,
mięciutkie ręczniki i pachnące mydełka. Nie ma mowy o jakimś zaniedbaniu czy
też dewastacji. Council city zatrudnia ludzi, odpowiedzialnych za sprzątanie
tych miejsc. I chyba nieźle im płaci, bo świetnie wywiązują się z powierzonych
im zadań. Na dodatek sami Australijczycy, nie zepsuci jak my socjalistyczną
mentalnością, gdzie wszystko należy do wszystkich, a więc tak naprawdę nic nie
należy do nikogo, nie mają inklinacji do niszczenia, kradzieży, złośliwego
zanieczyszczania i traktowania z pogardą czyjejś pracy.
Tymczasem zbliżał się wieczór a my nie
mieliśmy jeszcze pojęcia, gdzie spędzimy pierwszą noc naszej wyprawy. Nie było
bowiem w naszym zwyczaju wcześniejsze rezerwowanie miejsc w motelach czy na
polach campingowych. Przeważnie zawsze woleliśmy iść na żywioł i nocować tam,
gdzie nam się najbardziej podobało albo też gdziekolwiek, gdzie po prostu było
wolne miejsce. Niewybredni, potrafiący przystosować się do każdych warunków
szukaliśmy czegoś dla siebie jeżdżąc od jednej do drugiej miejscowości
urokliwego Riverlandu. Po kilku nieudanych próbach przycupnięcia gdzieś
wreszcie udało się nam załatwić nocleg na polu namiotowym nad rzeką.
Po szybkim rozłożeniu namiotu ( po kilku wyprawach doszliśmy już w tej czynności do jakiejś wprawy!) i po wzięciu chłodnego prysznica w pobliskim sanitariacie wyruszyliśmy na wieczorny spacer nad rzekę. Właśnie zaczynał się wspaniały zachód słońca. Gdzieś przepadło całe nasze całodzienne zmęczenie. Szliśmy tak odświeżeni i radośni mijając kolejne meandry dopływów Murray River i podziwiając przebłyskujące spoza drzew jezioro. Mijaliśmy żerujące między trawami białe papugi oraz czarno-białe, podobne do srok agresywne macpies. Spomiędzy gałęzi eukaliptusów pierzchały chmary kokabur i różowych papużek. Na wysepkach tkwiły dostojnie zamyślone głęboko czarnopióre ibisy a przy brzegu kroczyły czerwonodziobe wrzaskuny.
Po szybkim rozłożeniu namiotu ( po kilku wyprawach doszliśmy już w tej czynności do jakiejś wprawy!) i po wzięciu chłodnego prysznica w pobliskim sanitariacie wyruszyliśmy na wieczorny spacer nad rzekę. Właśnie zaczynał się wspaniały zachód słońca. Gdzieś przepadło całe nasze całodzienne zmęczenie. Szliśmy tak odświeżeni i radośni mijając kolejne meandry dopływów Murray River i podziwiając przebłyskujące spoza drzew jezioro. Mijaliśmy żerujące między trawami białe papugi oraz czarno-białe, podobne do srok agresywne macpies. Spomiędzy gałęzi eukaliptusów pierzchały chmary kokabur i różowych papużek. Na wysepkach tkwiły dostojnie zamyślone głęboko czarnopióre ibisy a przy brzegu kroczyły czerwonodziobe wrzaskuny.
Przyjemnie
chłodne, wieczorne powietrze łagodziło moją spieczoną na czerwono skórę na
twarzy. A grzejące nieustępliwie przez cały dzień słońce także zapragnęło już
chyba wytchnienia, gdyż właśnie zanurzało się z przyjemnością w wodach pobliskiego jeziorka. Z wody sterczały kikuty lśniących złociście drzew...
W szuwarach, przy ukrytych tam mostkach i
trapach trwały zacumowane na noc łodzie, jachty i statki parowe. Świeciły się w
nich światełka a przez prześwitujące gdzieniegdzie firanki widać było rodziny
zajadające późne kolacje. Ponad taflą wody unosiły się ich śpiewy i śmiechy.
Napływały zapachy grillowanych potraw i odgrzewanych zupek chińskich.
Usiedliśmy sobie z mężem na jednym z takich trapów i wyciągnąwszy z plecaczka
bułki z jajkami na twardo oraz pomidorami zajadaliśmy je patrząc na zmienne
kolory spowitego zachodem nieba…
- A wiesz Oleńko,
kiedy tak patrzymy razem na te statki to przypomniała mi się historia mojego
znajomego z dawnych lat…szepnął Cezary, pożarłszy trzecią bułkę i popiwszy ją
wodą mineralną.
- Opowiadaj,
przecież nigdzie się nam nie śpieszy – odrzekłam oparłszy się wygodnie o plecy
męża i z ulgą przymykając zmęczone oczy.
- Steve był
bardzo dobrze sytuowanym developerem. W wieku czterdziestu lat miał kilka
samochodów, domów z basenami oraz dobrze ulokowanych oszczędności. Do tego
udane małżeństwo i dwoje dorosłych, wykształconych dzieci. Sam siebie nazywał
szczęśliwym człowiekiem. Jednak jego sytuacja zmieniła się nieomal z dnia na
dzień. Zbankrutował i popadł w straszliwe długi. Wówczas okazało się, iż jego
kochająca rodzina kochała tak naprawdę tylko jego majątek i w tym trudnym dla
Steva momencie oskubała go z czego się tylko dało, jemu samemu zostawiając
marne ochłapy… - opowiadał pełnym emocji głosem Cezary a papugi nad nami, jak
gdyby potakując mu rozwrzeszczały się upiornie a potem spłoszone własnym
krzykiem odleciały na przeciwległą stronę jeziora.
- I co, stał się
biedakiem? – zapytałam pełna współczucia, gdy już dało się cokolwiek powiedzieć
po głośnym, wokalnym popisie australijskich ptaków.
- No wiesz
Oleńko, na nasze realia to w dalszym ciągu miał dużo. Na tyle dużo by powziąć
plan o zupełnej zmianie dotychczasowego życia i móc go wprowadzić w czyn. Otóż
Steve ukończył kurs sternika a potem za wszystko co miał nabył statek rzeczny o
napędzie parowym. Podobny do tego, jak ten tam, naprzeciwko…
- Och, to
chciałabym być takim biedakiem – odrzekłam z przekąsem obserwując ów całkiem
spory stateczek, oświetlony teraz pomarańczowymi promieniami gasnącego powoli słońca.
- Ale słuchaj
dalej! – kontynuował Cezary – Otóż ten Steve samotnie wyruszył w podróż swojego
życia. Pływał po Murray i Darling River. Spodobało mu się to ogromnie! Tym
bardziej, że wedle odwiecznych, obowiązujących tu praw każdy żeglarz może
zatrzymać się w dogodnym miejscu i zupełnie za darmo wyciąć sobie trochę
eukaliptusów na opał. Tak więc napęd statku miał tym samym bezpłatnie. A
jedzenie zdobywał w zamian za pracę, którą świadczył na rzecz różnych farmerów.
A że nie bał się żadnej ciężkiej roboty i szybko się uczył, dlatego ludzie
lubili go i szanowali.
- Czyli był
szczęśliwy? – skwitowałam, przeciągnąwszy się sennie a potem położyłam głowę na
kolanach męża i spojrzałam ciekawie w jego błyszczące wspomnieniami oczy.
- Niby tak, ale
narzekał czasem na samotność. Marzył o prawdziwej miłości – westchnął a wydobywszy
z kieszeni cygaro zapalił je i zaciągnął się nim z lubością. Wiedział, że lubię
ten zapach a więc nie będę protestować.
- A marzenia, o
dziwo, często lubią się spełniać! – zaśmiał się z lekką kpiną w głosie,
potarmosiwszy przy tym figlarnie moją chłopięcą fryzurkę.
- To źle? –
sapnęłam z udawanym oburzeniem.
- No cóż! Zależy
dla kogo! Pewnego razu o świcie do łodzi Steva wsunęła się bezszelestnie wielce
nim zauroczona miejscowa piękność.
Pochodząca z Filipin nauczycielka rysunku… - Cezary chrząknął i
zamyśliwszy się na chwilę przerwał opowieść. Pykał i pykał tym swoim dymkiem,
jakby zupełnie zapomniał o mnie.
- No mówże! Czemu
przerywasz w najciekawszym momencie? – zawołałam wreszcie i zerwawszy się na
równe nogi sprytnie wyjęłam mu z dłoni cygaro a uciekając z nim za pobliski
eukaliptus wołałam chichocząc, że oddam mu je dopiero wtedy, gdy opowie jak
rozwinęła się ta miłosna historia.
- No już mówię!
Tylko oddawaj moje ostatnie, drogocenne cygaro, bo Ci gdzieś w chaszcze spadnie i
pożar wywołasz – zdenerwował się mój mąż. A ja zważywszy na to, iż dużo racji
było w jego słowach zwróciłam mu wypalony do połowy skarb a potem grzecznie
usiadłszy obok czekałam na dokończenie tej coraz bardziej interesującej mnie
historii.
- Spędzili razem
jakiś czas, przeżywając ze sobą niezwykle płomienny i namiętny romans - kontynuował opowieść Cezary.
- Ale po mniej
więcej miesiącu Steve zatęsknił za swoją błogą samotnością. Filipinka zamęczała
go ponoć gadatliwością i zbyt wygórowanymi oczekiwaniami seksualnymi! Poza tym wciąż robiła niestosowne porównania między nim a jej byłym męzem. Oczywiście na niekorzyść Steva...
- Powrócił więc
do wyspy, z której kiedyś przybyła do niego i grzecznie ją ze swego statku
wyprosił! – zaśmiał się Cezary a jak na niego przystało, lubiąc się ze mną
droczyć – dodał jeszcze zupełnie poważnym tonem
- Daj mi więc
trochę wytchnąć, kobieto, bo różnie to może jeszcze z nami być!
- Ach Ty gadzie
niewdzięczny! – zakrzyknęłam - To siedź
tu sobie sam! – pisnęłam i zzuwajac klapki wbiegłam do wody by z rozkoszą
pobrodzić w ciepłych nurtach Murray River.
A już za chwilę,
trzymając się za ręce brodziliśmy razem a nasze nocne, wodne spacery widział
tylko zadumany księżyc ukazujący nam spoza gałęzi eukaliptusów swe przyjazne i
dyskretne oblicze…