Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riverland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Riverland. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2015

Wyprawa w krainę słońca...Cz.2 - "Riverland"



   Już wkrótce zachwycaliśmy się Riverlandem - krainą jezior i wspaniałych rozlewisk
Murray River oraz wtopioną w tę soczystą zieleń miasteczek takich, jak  Mildura, Renmark, Morgan, Berri i inne.  Stojąc na wysokiej skarpie widzieliśmy w dole turkusowe wstążki i niteczki tej zasilającej okoliczne tereny w wodę, największej w Australii rzeki. To przecież dzięki niej właśnie, dzięki naturalnemu i sztucznemu  doprowadzaniu wody do farm, pól, ogrodów i winnic każda miejscowość Riverlandu (a ciągnie się on przez dwa stany) jest krainą miodem i mlekiem płynącą. Zielonym, kwitnącym i owocującym bujnie terenem pełnym winorośli, drzewek pomarańczowych, mandarynkowych, jabłoni, oliwek, migdałów, śliwek, wszelkich innych owoców. 


  Wszystko to było tam bardzo tanie, świeże i po prostu pyszne. Zatrzymywaliśmy się więc ochoczo przy takich ciągnących się kilometrami plantacjach i uzyskując od miejscowych farmerów zgodę na samodzielne zbieranie owoców, rwaliśmy je radośnie. Rozgrzane słońcem pomarańcze wydzielały z siebie zniewalający, nieznany mi przedtem, intensywny aromat. A ich słodycz była wprost niebiańska! Obżeraliśmy się zatem niemożliwie tymi plonami ziemi australijskiej, a sprzyjała temu upalna pogoda oraz towarzyszące jej stałe pragnienie. Sok aż ciekł nam po brodach a lepiące się dłonie z braku wody oblizywaliśmy i ocieraliśmy w wilgotne chusteczki higieniczne.


- Ileż człowiek może w siebie zmieścić?!  - śmialiśmy się sami z siebie, popatrując na pełną reklamówkę pestek i ogryzków, które produkowaliśmy w ilościach masowych.
Ale takie w nas było dziwne nienasycenie, takie łaknienie by najeść się tymi dobrodziejstwami nareszcie do syta za wszelkie braki i tęsknoty siermiężnego socjalizmu, kiedy to takie egzotyczne owoce wydawały się niedosiężnym zupełnie cudem.


   Oszołomieni bogactwem barw i zapachów zatrzymywaliśmy się także często przy ulicznych straganach warzywno-owocowych. A w miasteczku Berri, gdzie ulokowanych jest najwięcej w Australii zakładów produkujących dżemy, soki i wszelkie przetwory warzywno-owocowe zachęceni niskimi cenami kupowaliśmy  ciepłe od słońca brzoskwinie, worki niełuskanych, świeżutkich migdałów, soczyste melony, arbuzy, awokado, śliwki i mango, świeżo wyciskane soki, musy, galaretki i lody sorbetowe. Na dobrą sprawę mogliśmy żywić się tylko tym, odpoczywając na jakiś czas od steków i kiełbasek. A więc korzystaliśmy z tego, zrobiwszy spore zapasy i z małymi wyjątkami, przechodząc na kilka dni na dietę frutariańską. Co, swoją drogą, świetnie nam zrobiło! Czuliśmy się lekko, zdrowo i młodo. 


   Tyle tylko, że musieliśmy bardzo często odwiedzać australijskie przybytki odosobnienia by pozbyć się nieustannego nadmiaru wody. A, nawiasem mówiąc, przydrożne toalety w Australii są w każdym stanie bez zarzutu. Bezpłatne, czyste, pachnące, zaopatrzone w biały papier toaletowy, mięciutkie ręczniki i pachnące mydełka. Nie ma mowy o jakimś zaniedbaniu czy też dewastacji. Council city zatrudnia ludzi, odpowiedzialnych za sprzątanie tych miejsc. I chyba nieźle im płaci, bo świetnie wywiązują się z powierzonych im zadań. Na dodatek sami Australijczycy, nie zepsuci jak my socjalistyczną mentalnością, gdzie wszystko należy do wszystkich, a więc tak naprawdę nic nie należy do nikogo, nie mają inklinacji do niszczenia, kradzieży, złośliwego zanieczyszczania i traktowania z pogardą czyjejś pracy.



   Tymczasem zbliżał się wieczór a my nie mieliśmy jeszcze pojęcia, gdzie spędzimy pierwszą noc naszej wyprawy. Nie było bowiem w naszym zwyczaju wcześniejsze rezerwowanie miejsc w motelach czy na polach campingowych. Przeważnie zawsze woleliśmy iść na żywioł i nocować tam, gdzie nam się najbardziej podobało albo też gdziekolwiek, gdzie po prostu było wolne miejsce. Niewybredni, potrafiący przystosować się do każdych warunków szukaliśmy czegoś dla siebie jeżdżąc od jednej do drugiej miejscowości urokliwego Riverlandu. Po kilku nieudanych próbach przycupnięcia gdzieś wreszcie udało się nam załatwić nocleg na polu namiotowym nad rzeką.



 Po szybkim rozłożeniu namiotu ( po kilku wyprawach doszliśmy już w tej czynności do jakiejś wprawy!) i po wzięciu chłodnego prysznica w pobliskim sanitariacie wyruszyliśmy na wieczorny spacer nad rzekę. Właśnie zaczynał się wspaniały zachód słońca. Gdzieś przepadło całe nasze całodzienne zmęczenie. Szliśmy tak odświeżeni i radośni mijając kolejne meandry dopływów Murray River i podziwiając przebłyskujące spoza drzew jezioro. Mijaliśmy żerujące między trawami białe papugi oraz czarno-białe, podobne do srok agresywne macpies.  Spomiędzy gałęzi eukaliptusów pierzchały chmary kokabur i różowych papużek. Na wysepkach tkwiły dostojnie zamyślone głęboko czarnopióre ibisy a przy brzegu kroczyły czerwonodziobe wrzaskuny. 



    Przyjemnie chłodne, wieczorne powietrze łagodziło moją spieczoną na czerwono skórę na twarzy. A grzejące nieustępliwie przez cały dzień słońce także zapragnęło już chyba wytchnienia, gdyż właśnie zanurzało się z przyjemnością w wodach pobliskiego jeziorka. Z wody sterczały kikuty lśniących złociście drzew...



   W szuwarach, przy ukrytych tam mostkach i trapach trwały zacumowane na noc łodzie, jachty i statki parowe. Świeciły się w nich światełka a przez prześwitujące gdzieniegdzie firanki widać było rodziny zajadające późne kolacje. Ponad taflą wody unosiły się ich śpiewy i śmiechy. Napływały zapachy grillowanych potraw i odgrzewanych zupek chińskich. Usiedliśmy sobie z mężem na jednym z takich trapów i wyciągnąwszy z plecaczka bułki z jajkami na twardo oraz pomidorami zajadaliśmy je patrząc na zmienne kolory spowitego zachodem nieba…


- A wiesz Oleńko, kiedy tak patrzymy razem na te statki to przypomniała mi się historia mojego znajomego z dawnych lat…szepnął Cezary, pożarłszy trzecią bułkę i popiwszy ją wodą mineralną.
- Opowiadaj, przecież nigdzie się nam nie śpieszy – odrzekłam oparłszy się wygodnie o plecy męża i z ulgą przymykając zmęczone oczy.

- Steve był bardzo dobrze sytuowanym developerem. W wieku czterdziestu lat miał kilka samochodów, domów z basenami oraz dobrze ulokowanych oszczędności. Do tego udane małżeństwo i dwoje dorosłych, wykształconych dzieci. Sam siebie nazywał szczęśliwym człowiekiem. Jednak jego sytuacja zmieniła się nieomal z dnia na dzień. Zbankrutował i popadł w straszliwe długi. Wówczas okazało się, iż jego kochająca rodzina kochała tak naprawdę tylko jego majątek i w tym trudnym dla Steva momencie oskubała go z czego się tylko dało, jemu samemu zostawiając marne ochłapy… - opowiadał pełnym emocji głosem Cezary a papugi nad nami, jak gdyby potakując mu rozwrzeszczały się upiornie a potem spłoszone własnym krzykiem odleciały na przeciwległą stronę jeziora.


- I co, stał się biedakiem? – zapytałam pełna współczucia, gdy już dało się cokolwiek powiedzieć po głośnym, wokalnym popisie australijskich ptaków.
- No wiesz Oleńko, na nasze realia to w dalszym ciągu miał dużo. Na tyle dużo by powziąć plan o zupełnej zmianie dotychczasowego życia i móc go wprowadzić w czyn. Otóż Steve ukończył kurs sternika a potem za wszystko co miał nabył statek rzeczny o napędzie parowym. Podobny do tego, jak ten tam, naprzeciwko…
- Och, to chciałabym być takim biedakiem – odrzekłam z przekąsem obserwując ów całkiem spory stateczek, oświetlony teraz pomarańczowymi promieniami gasnącego powoli słońca.


- Ale słuchaj dalej! – kontynuował Cezary – Otóż ten Steve samotnie wyruszył w podróż swojego życia. Pływał po Murray i Darling River. Spodobało mu się to ogromnie! Tym bardziej, że wedle odwiecznych, obowiązujących tu praw każdy żeglarz może zatrzymać się w dogodnym miejscu i zupełnie za darmo wyciąć sobie trochę eukaliptusów na opał. Tak więc napęd statku miał tym samym bezpłatnie. A jedzenie zdobywał w zamian za pracę, którą świadczył na rzecz różnych farmerów. A że nie bał się żadnej ciężkiej roboty i szybko się uczył, dlatego ludzie lubili go i szanowali.

- Czyli był szczęśliwy? – skwitowałam, przeciągnąwszy się sennie a potem położyłam głowę na kolanach męża i spojrzałam ciekawie w jego błyszczące wspomnieniami oczy.
- Niby tak, ale narzekał czasem na samotność. Marzył o prawdziwej miłości – westchnął a wydobywszy z kieszeni cygaro zapalił je i zaciągnął się nim z lubością. Wiedział, że lubię ten zapach a więc nie będę protestować.
- A marzenia, o dziwo, często lubią się spełniać! – zaśmiał się z lekką kpiną w głosie, potarmosiwszy przy tym figlarnie moją chłopięcą fryzurkę.
- To źle? – sapnęłam z udawanym oburzeniem.
- No cóż! Zależy dla kogo! Pewnego razu o świcie do łodzi Steva wsunęła się bezszelestnie wielce nim zauroczona miejscowa piękność.  Pochodząca z Filipin nauczycielka rysunku… - Cezary chrząknął i zamyśliwszy się na chwilę przerwał opowieść. Pykał i pykał tym swoim dymkiem, jakby zupełnie zapomniał o mnie.

- No mówże! Czemu przerywasz w najciekawszym momencie? – zawołałam wreszcie i zerwawszy się na równe nogi sprytnie wyjęłam mu z dłoni cygaro a uciekając z nim za pobliski eukaliptus wołałam chichocząc, że oddam mu je dopiero wtedy, gdy opowie jak rozwinęła się ta miłosna historia.
- No już mówię! Tylko oddawaj moje ostatnie, drogocenne cygaro, bo Ci gdzieś w chaszcze spadnie i pożar wywołasz – zdenerwował się mój mąż. A ja zważywszy na to, iż dużo racji było w jego słowach zwróciłam mu wypalony do połowy skarb a potem grzecznie usiadłszy obok czekałam na dokończenie tej coraz bardziej interesującej mnie historii.

- Spędzili razem jakiś czas, przeżywając ze sobą niezwykle płomienny i namiętny romans - kontynuował opowieść Cezary.
- Ale po mniej więcej miesiącu Steve zatęsknił za swoją błogą samotnością. Filipinka zamęczała go ponoć gadatliwością i zbyt wygórowanymi oczekiwaniami seksualnymi! Poza tym wciąż robiła niestosowne porównania między nim a jej byłym męzem. Oczywiście na niekorzyść Steva...
- Powrócił więc do wyspy, z której kiedyś przybyła do niego i grzecznie ją ze swego statku wyprosił! – zaśmiał się Cezary a jak na niego przystało, lubiąc się ze mną droczyć – dodał jeszcze zupełnie poważnym tonem
- Daj mi więc trochę wytchnąć, kobieto, bo różnie to może jeszcze z nami być!
- Ach Ty gadzie niewdzięczny! – zakrzyknęłam  - To siedź tu sobie sam! – pisnęłam i zzuwajac klapki wbiegłam do wody by z rozkoszą pobrodzić w ciepłych nurtach Murray River.

   A już za chwilę, trzymając się za ręce brodziliśmy razem a nasze nocne, wodne spacery widział tylko zadumany księżyc ukazujący nam spoza gałęzi eukaliptusów swe przyjazne i dyskretne oblicze…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost