Już ponad dwa
tygodnie nie pisałam, ale tak to już ze mną jest, że czasem następuje cisza w
eterze, chęć odejścia od wirtualnej rzeczywistości i zupełnego zanurzenia się w
tę bliską, dotykalną, pachnącą dzikim bzem, rozgrzanym od słońca kurzem z polnej drogi albo deszczem
niosącym ulgę zmęczonym upałem ludziom, zwierzętom i spragnionym wody roślinom. To także głębokie przeżywanie tego, co jest,
z czym się stykam, zwyczajnych i niezwyczajnych codziennych problemów. Nie
wszystko wszak trzeba i wypada opisywać na blogu. Coś należy zachować dla siebie. A to coś, o
czym się tu pisze musi być warte opisania, podzielenia się z czytelnikami, powinno prowokować do jakichś refleksji. Nie
lubię rutyny, powtarzalności, kręcenia się wciąż wokół tych samych tematów a pisząc
bloga od sześciu lat nie da się takich rzeczy uniknąć. Dlatego myślę i czuję,
iż niekiedy trzeba od pisania odpocząć, nabrać innego spojrzenia, zatęsknić za
blogowaniem a potem powrócić do niego z nowym zapasem sił twórczych oraz
ciekawości…
Ostatni post majowy
był deszczowo-psi. I dzisiaj, na początku czerwca, mogłabym napisać podobny, bo
niebo po tygodniu nieustępliwej spiekoty nareszcie zachmurzyło się porządnie i
czekamy jak na zbawienie na kolejny deszcz. Spadnie, czy nie spadnie? Oto jest
pytanie. Przydałby się bardzo, bo znowu ziemia sucha jak na Saharze a młode
warzywa ogromnie potrzebują nowego zastrzyku życiodajnej energii. I pieski też
umęczone są gorącem. Nieomal całe dnie przesypiają w domu albo w cienistych
zakamarkach ogrodu. Tylko rano i wieczorem mają ochotę do zabaw i brykania. Patrzymy
wtedy na nie z radością, śmiejemy się do nich a one do nas. Nocą wyspane psiaki,
szczególnie w czasie pełni księżyca czuwają w nareszcie chłodniejszym, niż za
dnia ogrodzie. Obserwują pilnie okolice, nasłuchują, spostrzegają dalekie czy
bliskie sylwetki saren albo dzików. Denerwują się, podniecają, szczekają, wyją,
odstraszają, jazgoczą niemiłosiernie, budząc nas po wielekroć. Potem człowiek
musi w ciągu dnia odespać choć trochę te przerywane harmidrem noce. A poza tym chce
się spać, bo upał powala i zniewala. Otępia. Oblepia. Wymiata z głowy myśli.
Każe schronić się w zaciszu sypialni i drzemać, śnić jakieś zwariowane, męczące
sny, budzić się spoconym i jeszcze bardziej zmęczonym niż przed drzemką.
A tymczasem w
ogrodzie niezmordowanie dojrzewają porzeczki, agrest i czereśnie, pną się ku słońcu
kwiaty, warzywa i zioła. No właśnie. Wyjątkowo obfite mam w tym roku zbiory
ziół. Ścięłam już raz ogromną ilość lubczyku. Zamroziłam sobie na zimę kilka
pudełek po lodach tej ulubionej przeze mnie przyprawowej, pachnącej maggi i
sosną rośliny. Teraz z kolei zielenią się obficie koperek i szczypiorek. Dodaję
ich do młodych ziemniaków i sałatek, posypuję kanapki i jajka na twardo. Na
rozgrzanym jak patelnia strychu ususzyłam sporo pokrzywy, melisy i mięty.
Będzie co popijać w chłodne jesienno-zimowe dni. Już teraz raczymy się wystudzonymi
herbatkami ze świeżej melisy. Dodaję do niej mięty, pokrzywy, rumianku, kurdybanku
albo kwiatów bzu, czasem dorzucam kilka płatków róży albo głogu. Eksperymentuję
ze smakami napojów i potraw, to taki wymiar innego rodzaju wolności. Zawsze to
lubiłam a mieszkając na wsi i mając do dyspozycji własne warzywa, zioła i owoce
mogę w pełni rozwinąć skrzydła jako wiedźma i szalona kucharka!:-) Prawie nigdy
nie korzystam z przepisów. Wolę ryzyko, że coś mi się nie uda, niż odtwórcze
powtarzanie czynności, niż ograniczające fantazję i wyobraźnię dokładnie
mierzenie, ważenie, dodawanie ściśle określonych produktów czy przypraw.
Bujnie kwitnące w
maju dzikie bzy zaczynają już przekwitać i zawiązywać maleńkie, zielone owocki.
Kończy też kwitnienie jaśmin. Natomiast w pełni rozkwitu jest ligustr. Zapach
jego białych, maleńkich kwiateczków zebranych w podobne do prawdziwego bzu
grona jest przepiękny, słodki i tajemniczy, kojarzący mi się z dzieciństwem.
Nie spodziewałam się zupełnie tego obsadzając kilka lat temu ogrodzenie tą
pospolitą, żywopłotową rośliną. Myślałam, ż będzie nas ona tylko osłaniać przed
kurzem i zasłaniać przed widokiem przechodniów. Tymczasem nieprzycinany nigdy ligustr
nie dość, że rozrósł się wspaniale, to jeszcze pachnie upojnie. Uwielbiam takie
pozytywne zaskoczenia, maleńkie, serdeczne niespodzianki i doceniam je
ogromnie, tym bardziej, iż zdaje mi się,
że w życiu więcej jest jednak przykrych zaskoczeń, rozczarowań i cierni, których
mimo usilnych starań nie daje się z serca wyjąć ani o nich zapomnieć.
Udało nam się z
Cezarym w maju wyciągnąć z komórki nasze zakurzone prawie dwuletnim
nieużywaniem rowery i pomknąć kilka razy w dal. Oj, jak mięśnie i siedzenia
bolały nas na początku. Nie obyło się też, niestety, bez przykrych upadków. Jak
ciężko było wjechać pod górkę. Jak trudno lawirować sprawnie między kałużami,
koleinami i kamieniami. Wiele czasu i starania zabierze nam zdobycie jako
takiej sprawności kolarskiej a wiadomo, że nigdy nie będzie już ona taka, jak
przed laty. Cóż, człowiek starzeje się, stawy i mięśnie tracą elastyczność i
wydolność. Trudno się jednak z tym pogodzić, dlatego staramy się nie dawać za
wygraną i nadal pedałować drogą miedzy polami, wzgórzami i lasami. Poza tym miło
jest oderwać się trochę od codzienności i poczuć skrzydła u ramion oraz wiatr
we włosach. Widzieć ciekawe, przestrzenne widoki, dostrzegać nowości, cieszyć się
kwitnącymi wspaniale dzikimi różami i owocującymi po rowach poziomkami. Ale i
tu nie da się ustrzec przed rozczarowaniami. Niestety, wielu gospodarzy
zdecydowało się ogrodzić pola drutami pod napięciem elektrycznym. I nasza trasa
rowerowo-spacerowa tak kiedyś często przez nas wraz z pieskami odwiedzana na
czas letni jest dla nich zamknięta. Nie możemy narażać naszych zwierząt na
kopnięcie prądem. Zwłaszcza niewidoma Misia byłaby zdana na to niebezpieczeństwo.
Ten prąd wprawdzie nie zabija, ale sprawia zwierzęciu ból. A ów ból ma skutecznie
odstraszać dziki, sarny i zające przed wkradaniem się na pola i obgryzaniem liści
ziemniaków, brukwi albo rzepy. Z jednej strony rozumiem tych rolników, bo jakoś
muszą się bronić przed zniszczeniem plonów. Z drugiej przykro mi, że nasza
pogórzańska kraina tak dotąd dzika, emanująca wolnością i beztroską powoli
traci te cechy i coraz mniej jest miejsc zdatnych do swobodnych, gromadnych
spacerów. Pozostają ścieżki leśne. Tam jest nasza enklawa odosobnienia i psiej
radości. Tam czai się też niestety mnóstwo kleszczy, much i gzów. Ale lepsze już
to, niż elektryczne ogrodzenia dookoła. Cieszmy się tym, co jeszcze jest…
Piszę i piszę,
czekam na deszcz. Chmurzy się coraz bardziej, więc i nadzieja wzrasta, że
jednak popada a może nawet poleje i zagrzmi. Pogórze będzie wdzięczne za łyk
wody, za chwilę ochłodzenia. My i nasze psy też…
P.S.
Czy i Wy, osoby prowadzące blogi, macie problem z brakiem
powiadomień na poczcie o nowych komentarzach na blogu? Nie zmieniałam niczego w
ustawieniach a jednak od ponad tygodnia gmail nie informuje mnie o nowych komentarzach.
Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z RODO, czy z czymś zgoła innym? Czy ktoś z
Was ma jakiś pomysł jak uporać się z tym problemem? A może po prostu trzeba się
z tym pogodzić i przyzwyczaić jak do wielu rzeczy, na które nie ma się wpływu...?




























