Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygoda. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 czerwca 2018

Między deszczem a deszczem…



   Już ponad dwa tygodnie nie pisałam, ale tak to już ze mną jest, że czasem następuje cisza w eterze, chęć odejścia od wirtualnej rzeczywistości i zupełnego zanurzenia się w tę bliską, dotykalną, pachnącą dzikim bzem, rozgrzanym od słońca kurzem z polnej drogi albo deszczem niosącym ulgę zmęczonym upałem ludziom, zwierzętom i spragnionym wody roślinom.  To także głębokie przeżywanie tego, co jest, z czym się stykam, zwyczajnych i niezwyczajnych codziennych problemów. Nie wszystko wszak trzeba i wypada opisywać na blogu.  Coś należy zachować dla siebie. A to coś, o czym się tu pisze musi być warte opisania, podzielenia się z czytelnikami,  powinno prowokować do jakichś refleksji. Nie lubię rutyny, powtarzalności, kręcenia się wciąż wokół tych samych tematów a pisząc bloga od sześciu lat nie da się takich rzeczy uniknąć. Dlatego myślę i czuję, iż niekiedy trzeba od pisania odpocząć, nabrać innego spojrzenia, zatęsknić za blogowaniem a potem powrócić do niego z nowym zapasem sił twórczych oraz ciekawości…



   Ostatni post majowy był deszczowo-psi. I dzisiaj, na początku czerwca, mogłabym napisać podobny, bo niebo po tygodniu nieustępliwej spiekoty nareszcie zachmurzyło się porządnie i czekamy jak na zbawienie na kolejny deszcz. Spadnie, czy nie spadnie? Oto jest pytanie. Przydałby się bardzo, bo znowu ziemia sucha jak na Saharze a młode warzywa ogromnie potrzebują nowego zastrzyku życiodajnej energii. I pieski też umęczone są gorącem. Nieomal całe dnie przesypiają w domu albo w cienistych zakamarkach ogrodu. Tylko rano i wieczorem mają ochotę do zabaw i brykania. Patrzymy wtedy na nie z radością, śmiejemy się do nich a one do nas. Nocą wyspane psiaki, szczególnie w czasie pełni księżyca czuwają w nareszcie chłodniejszym, niż za dnia ogrodzie. Obserwują pilnie okolice, nasłuchują, spostrzegają dalekie czy bliskie sylwetki saren albo dzików. Denerwują się, podniecają, szczekają, wyją, odstraszają, jazgoczą niemiłosiernie, budząc nas po wielekroć. Potem człowiek musi w ciągu dnia odespać choć trochę te przerywane harmidrem noce. A poza tym chce się spać, bo upał powala i zniewala. Otępia. Oblepia. Wymiata z głowy myśli. Każe schronić się w zaciszu sypialni i drzemać, śnić jakieś zwariowane, męczące sny, budzić się spoconym i jeszcze bardziej zmęczonym niż przed drzemką.







   A tymczasem w ogrodzie niezmordowanie dojrzewają porzeczki, agrest i czereśnie, pną się ku słońcu kwiaty, warzywa i zioła. No właśnie. Wyjątkowo obfite mam w tym roku zbiory ziół. Ścięłam już raz ogromną ilość lubczyku. Zamroziłam sobie na zimę kilka pudełek po lodach tej ulubionej przeze mnie przyprawowej, pachnącej maggi i sosną rośliny. Teraz z kolei zielenią się obficie koperek i szczypiorek. Dodaję ich do młodych ziemniaków i sałatek, posypuję kanapki i jajka na twardo. Na rozgrzanym jak patelnia strychu ususzyłam sporo pokrzywy, melisy i mięty. Będzie co popijać w chłodne jesienno-zimowe dni. Już teraz raczymy się wystudzonymi herbatkami ze świeżej melisy. Dodaję do niej mięty, pokrzywy, rumianku, kurdybanku albo kwiatów bzu, czasem dorzucam kilka płatków róży albo głogu. Eksperymentuję ze smakami napojów i potraw, to taki wymiar innego rodzaju wolności. Zawsze to lubiłam a mieszkając na wsi i mając do dyspozycji własne warzywa, zioła i owoce mogę w pełni rozwinąć skrzydła jako wiedźma i szalona kucharka!:-) Prawie nigdy nie korzystam z przepisów. Wolę ryzyko, że coś mi się nie uda, niż odtwórcze powtarzanie czynności, niż ograniczające fantazję i wyobraźnię dokładnie mierzenie, ważenie, dodawanie ściśle określonych produktów czy przypraw.











   Bujnie kwitnące w maju dzikie bzy zaczynają już przekwitać i zawiązywać maleńkie, zielone owocki. Kończy też kwitnienie jaśmin. Natomiast w pełni rozkwitu jest ligustr. Zapach jego białych, maleńkich kwiateczków zebranych w podobne do prawdziwego bzu grona jest przepiękny, słodki i tajemniczy, kojarzący mi się z dzieciństwem. Nie spodziewałam się zupełnie tego obsadzając kilka lat temu ogrodzenie tą pospolitą, żywopłotową rośliną. Myślałam, ż będzie nas ona tylko osłaniać przed kurzem i zasłaniać przed widokiem przechodniów. Tymczasem nieprzycinany nigdy ligustr nie dość, że rozrósł się wspaniale, to jeszcze pachnie upojnie. Uwielbiam takie pozytywne zaskoczenia, maleńkie, serdeczne niespodzianki i doceniam je ogromnie, tym bardziej, iż  zdaje mi się, że w życiu więcej jest jednak przykrych zaskoczeń, rozczarowań i cierni, których mimo usilnych starań nie daje się z serca wyjąć ani o nich zapomnieć.






   Udało nam się z Cezarym w maju wyciągnąć z komórki nasze zakurzone prawie dwuletnim nieużywaniem rowery i pomknąć kilka razy w dal. Oj, jak mięśnie i siedzenia bolały nas na początku. Nie obyło się też, niestety, bez przykrych upadków. Jak ciężko było wjechać pod górkę. Jak trudno lawirować sprawnie między kałużami, koleinami i kamieniami. Wiele czasu i starania zabierze nam zdobycie jako takiej sprawności kolarskiej a wiadomo, że nigdy nie będzie już ona taka, jak przed laty. Cóż, człowiek starzeje się, stawy i mięśnie tracą elastyczność i wydolność. Trudno się jednak z tym pogodzić, dlatego staramy się nie dawać za wygraną i nadal pedałować drogą miedzy polami, wzgórzami i lasami. Poza tym miło jest oderwać się trochę od codzienności i poczuć skrzydła u ramion oraz wiatr we włosach. Widzieć ciekawe, przestrzenne widoki, dostrzegać nowości, cieszyć się kwitnącymi wspaniale dzikimi różami i owocującymi po rowach poziomkami. Ale i tu nie da się ustrzec przed rozczarowaniami. Niestety, wielu gospodarzy zdecydowało się ogrodzić pola drutami pod napięciem elektrycznym. I nasza trasa rowerowo-spacerowa tak kiedyś często przez nas wraz z pieskami odwiedzana na czas letni jest dla nich zamknięta. Nie możemy narażać naszych zwierząt na kopnięcie prądem. Zwłaszcza niewidoma Misia byłaby zdana na to niebezpieczeństwo. Ten prąd wprawdzie nie zabija, ale sprawia zwierzęciu ból. A ów ból ma skutecznie odstraszać dziki, sarny i zające przed wkradaniem się na pola i obgryzaniem liści ziemniaków, brukwi albo rzepy. Z jednej strony rozumiem tych rolników, bo jakoś muszą się bronić przed zniszczeniem plonów. Z drugiej przykro mi, że nasza pogórzańska kraina tak dotąd dzika, emanująca wolnością i beztroską powoli traci te cechy i coraz mniej jest miejsc zdatnych do swobodnych, gromadnych spacerów. Pozostają ścieżki leśne. Tam jest nasza enklawa odosobnienia i psiej radości. Tam czai się też niestety mnóstwo kleszczy, much i gzów. Ale lepsze już to, niż elektryczne ogrodzenia dookoła. Cieszmy się tym, co jeszcze jest…












   Piszę i piszę, czekam na deszcz. Chmurzy się coraz bardziej, więc i nadzieja wzrasta, że jednak popada a może nawet poleje i zagrzmi. Pogórze będzie wdzięczne za łyk wody, za chwilę ochłodzenia. My i nasze psy też…



P.S.
Czy i Wy, osoby prowadzące blogi, macie problem z brakiem powiadomień na poczcie o nowych komentarzach na blogu? Nie zmieniałam niczego w ustawieniach a jednak od ponad tygodnia gmail nie informuje mnie o nowych komentarzach. Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z RODO, czy z czymś zgoła innym? Czy ktoś z Was ma jakiś pomysł jak uporać się z tym problemem? A może po prostu trzeba się z tym pogodzić i przyzwyczaić jak do wielu rzeczy, na które nie ma się wpływu...?

sobota, 8 sierpnia 2015

Przygoda w australijskim upale...




   Ten obecny upał, to straszliwe, wszechogarniajace poczucie niemocy i przegrzania a także lektura ostatniego posta u Ataner przypomniały mi pewną naszą australijską przygodę sprzed lat. Jak wiadomo, w Australii ma prawo być gorąco, ale czymś zupełnie innym jest doświadczanie upału w domu, pracy czy w samochodzie, przy wentylatorku albo klimatyzacji a czym innym, gdy jest się zmuszonym w tej ekstremalnej temperaturze do nader intensywnego działania w pełnym słońcu. Wprawdzie nie uważam, by teraźniejsze, konieczne do zrobienia gospodarskie czynności wymagały od nas mniej siły i samozaparcia, ale są one wykonywane spokojnie, codziennie i przez to rutynowo. Tyle, że obecny, potworny wręcz upał sprawia, iż potrzeba naprawdę dużego wysiłku woli oraz poczucia odpowiedzialności, by zmusić się do wyjścia z domu i zajęcia gospodarstwem, zwierzętami. A trzeba przecież...
   Natomiast poniższa pogodna, opisana wierszem historyjka była australijską, wariacką nieco przygodą dwojga szalonych wędrowców, którzy często swoim beztroskim postępowaniem sami aż prosili się o kłopoty, nie mogąc widocznie żyć bez małej dawki adrenaliny...

                                                     
                               
                                         


Jazda po plaży

Jeziora pokryły się solą, czas zastygł w spękaną spiekotę
A myśmy wciąż gnali przed siebie, w marzenie i nową przygodę
Wkrąg życie przegrzane omdlało, gorącem aż drżało powietrze
Jeepowi się świetnie jechało, więc pruł tę pustynną przestrzeń
Tak na południu nas witał Coorong National Park
I właśnie zaczynał się luty, nasz jeep z Melbourne rączo gnał
Zachciało się nam ekstremum – jeżdżenia po pustej plaży
W Coorong to dozwolone, więc czemuż nie ma się zdarzyć?
Marzenia nas tu prowadziły i wiara w sens ich ziszczania
Więc zaraz będziemy u celu, ocean przyzywał z dala
Po wydmach, muszlach, kamieniach, ufamy w kolein drogi
Wjeżdżamy w ten trakt piaszczysty – niech dobre prowadzą nas bogi!
Ach – zachwyt! Bo jedzie się prosto, bo wokół nikogo nie ma 
Piętaszek wraz z Robinsonem i tylko dla nich ziemia
Nuciłam sobie beztrosko, pstrykałam zdjęcie za zdjęciem
Ocean szumiał nam głośno, samochód jechał zawzięcie
Nad wodą roiły się mewy a w toni rekiny żarłoczne
Lecz w dal niosły się moje śpiewy radosne, ufne i skoczne
Tymczasem uparty termometr wskazywał czterdzieści dwa stopnie
Lecz morska bryza nam wiała i zdało się, że jest chłodniej
A potem lekkie wzniesienie i wydma tuż za zakrętem
Stop - droga się nam urwała – przestałam nucić piosenkę!
I oto w bezludnych rejonach zakopał się nam wierny rumak
I jakże się stąd wykaraskać? Czas zacząć kopać, nie dumać!
Łopatką, rękami, na brzuchu, jak psy, co to kości szukają
Grzebaliśmy tak z trzy godziny a piasek zalewał nas falą
Jak rzęził, płakał nam jeepek, z pułapki tej chcąc się wydostać
A myśmy zawzięcie kopali i sprawa nie była to prosta
Bo upał się zrobił potworny, oblepiał nas pot i muszyska
I siły się w nas kończyły, nadzieja gasła też mglista
Przypływu zbliżały się fale – w pobliżu stał wrak zatopiony
Czasu nie było więc wcale, kopaliśmy w tempie szalonym 
Lecz nagle jest sukces, ratunek. Jeep stanął w zwycięskim blasku.
Ostatnim już wysileniem wydostał się z matni piasku
A teraz droga powrotna, do ludzi, do wody, gdzieś w cienie
Na dzisiaj dość mamy przygód - nareszcie czas na wytchnienie
A potem stojąc pod kranem i piasek zmywając strumieniem
Patrzyliśmy w swe oczy zmęczone, szczęśliwi i dumni z siebie
Bo jedno pragnienie spełnione. Choć ciężko – daliśmy radę
I teraz nam nic nie straszne - marzenia powrócą stadem!
Bo tyle jeszcze przed nami – kraina ta kusi jak złoto
Jak dzieci pomkniemy znów dalej, nie dając się żadnym kłopotom!
Bo siłę mamy i wiarę, w upale śpiewamy piosenki
I znowu wsiadamy do jeepa – nad nami trwa nieba błękit!









P.S.
Oczywiście, gdy się już zakopaliśmy nie w głowie nam było robienie fotografii , ale intensywne, szaleńcze wręcz wygrzebywanie naszego rumaka z gorącego piachu. Zatem wszystkie zdjęcia i filmiki, które można tu obejrzeć oddają stan sprzed i po zakopaniu...


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost