Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwernik Kamień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwernik Kamień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2018

Trzecia góra…




 Jechać w Bieszczady, czy nie jechać, jechać, nie jechać…? Od początku października walczyła w nas ochota ze zwątpieniem. Ochota, bo w dali czekały wspaniałe przestrzenie, kolory i powietrza a wątpliwości, bo różne bóle w stawach i mięśniach wyjątkowo mocno dręczyły nas tej jesieni, budząc poważne obawy co do naszej kondycji.  A wiadomo, iż aby zobaczyć coś pięknego i wartego prawie 150 kilometrowej jazdy w góry trzeba się mocno namęczyć i napocić, gdyż każda tego typu wyprawa wiąże się z długą, nużącą wspinaczką.


 - Czy damy radę? – zapytywaliśmy siebie studiując dzień po dniu mapę i czytając w poradnikach internetowych opisy przeróżnych bieszczadzkich wycieczek.
 - A może wcale nigdzie nie musimy jeździć, skoro u nas też jest pięknie? – stwierdzaliśmy wyruszając z psami na kolejny, leśny spacer po okolicach i wracając po kilku godzinach zmęczeni, zapoceni i złaknieni poleżenia w sypialnianym zaciszu.


   I tak płynął nam czas a tymczasem przebarwienia jesienne trwały w najlepsze i z każdym dniem coraz mniej było liści na naszej stareńkiej lipie…W końcu do podjęcia odważnej decyzji zmusiły nas prognozy pogody, zapowiadające już od piątku czy soboty diametralną zmianę aury.


- Ostatnie to dni słońca. Już za chwilę październik stanie się zimny, deszczowy i szary. I na pewno będziemy żałować żeśmy się gdzieś nie ruszyli. A w końcu nie mamy jeszcze stu lat! Nie ma co szukać urojonych przeszkód i kwękać, dziadku Cezary! Jedźmy i tyle! – zdecydowałam w końcu we wtorkowy wieczór obejrzawszy nasze ubiegłoroczne, bieszczadzkie fotografie i mocno zapragnąwszy zrobienia kolejnych.
- Jedźmy więc, babciu Olgo. Koniec marudzenia! – zgodził się skwapliwie mój małżonek.
- Tylko gdzie? Osiołkowi w żłoby dano! – westchnął znowu odpalając google maps i wpatrując się w różne odcienie widocznej tam zieleni, żółci i szarości.
- Mam! Znalazłam! – wykrzyknęłam radośnie wpisawszy pierwej w wyszukiwarce frazę: „co warto zobaczyć w Bieszczadach”.
- Dwernik Kamień (1004 m n.p.m.)! Podobno jedna z najciekawszych gór w Bieszczadach. Parking za darmo! I piszą, że wejście nie takie straszne. Można w obie strony obrócić w trzy godziny! To coś w sam raz dla nas! To właśnie będzie trzecia, zdobyta przez nas bieszczadzka góra! – entuzjazmowałam się a Cezary przyjąwszy bez słowa sprzeciwu mój pomysł przypomniał mi o naładowaniu baterii do aparatu fotograficznego. Wiedział bowiem, że gdy znajdę się w górach cykam zdjęcia bez opamiętania!



  Nazajutrz po przygotowaniu kanapek i napojów na drogę, po zostawieniu dla naszych czworonożnych przyjaciół suchej karmy w misce i wiadra wody do picia oraz po czułym pożegnaniu z nimi wyruszyliśmy w przyzywające nas srebrzysto-mglistą otuliną dale.



  Szybko minęła nam droga i już byliśmy w punkcie widokowym w Lutowiskach. Gdzieś tam między pasmami górskimi widać było snujące się wysoko smugi dymu. Wyglądały te dymki bardzo malowniczo, jednak  następnego poranka wyczytałam w wiadomościach, że to jacyś beztroscy turyści wywołali w Bieszczadach pożar i strażacy ponad dobę gasili ogień łakomie zagarniający suche trawy i gałęzie.


  Tymczasem my już jechaliśmy dalej. Po krótkiej wizycie w Ustrzykach Dolnych, gdzie od spacerujących po targu Ukrainek kupiliśmy nasze ulubione cukierki ze słonecznikiem mknęliśmy w stronę Dwernika i wsi Nasiczne, z której miało rozpocząć się nasze podejście na szczyt.


  I oto dotarliśmy na miejsce! Uzbrojeni w czapki z daszkiem, bo słońce prażyło jak w lipcu, plecak pełen kanapek, wody mineralnej i cukierków a przede wszystkim w aparaty fotograficzne, pełni energii i optymizmu ruszyliśmy przed siebie.


  Ojej! Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że wcale nie będzie tak łatwo, jak wynikało z internetowych opisów. Podejście okazało się strome, kamieniste i dość niebezpieczne, bo pokryte masą suchych liści zasłaniających właściwą fakturę drogi. Trzeba było wspinać się powoli i ostrożnie, stawiać uważnie kroki i odpoczywać co kilka metrów, gdy pot spływał po czole a serce biło tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Jakaś grupka młodzieży w radosnych podskokach zbiegała właśnie z góry. Po tych pogodnych nastolatkach nie było widać najmniejszego zmęczenia. Pozdrowili nas przyjaźnie, jak to jest w zwyczaju wędrowców, pogwarzyli z nami chwilę, przywołali serdecznie bezdomnego psa, którego ktoś podrzucił na pobliskim parkingu i zdecydowawszy, że jedno z nich zaadoptuje tę ufną, miodowooką suczkę, pobiegli w dół. Popatrzyliśmy na nich z podziwem i sympatią a następnie poszliśmy w przeciwnym kierunku. Do szczytu było jeszcze bardzo daleko!



   Po kilkunastu minutach doszliśmy do pierwszego przystanku, gdzie mogliśmy usiąść wygodnie i wzmocnić się kilkoma łykami wody. Tkwiąca w pobliżu tabliczka poinformowała nas abyśmy uważali na niedźwiedzie. Podobno w tych stronach spotyka się je często. Zagadani o niedźwiedziach i ewentualnych sposobach postępowania w razie spotkania z nimi podążyliśmy prosto przed siebie zamiast skręcić w prawo.  Zadowoleni, że dobrze się nam idzie, bo droga stała się jakby szersza i mniej kamienista wspięliśmy się tak wysoko, że zaczęliśmy już dostrzegać przez srebrzyste pnie buków i złocisto-rude liście kamienisty wierzchołek góry. Ale co to? Wtem nasza ścieżka zwęziła się, trawami porosła przed nikogo dawno nie deptanymi a potem zaczęła prowadzić nas ostro w dół. Wtedy pojęliśmy żeśmy najprawdopodobniej zbłądzili a widoczna w dole ścieżynka należy pewnie do zwierzyny leśnej a głównie do niedźwiedziej braci. Mróz przeleciał nam po krzyżach i czym prędzej ruszyliśmy z powrotem. Okazało się, że zgubiwszy szlak nadłożyliśmy sporo drogi, co stwierdziwszy wędrowaliśmy po własnych śladach zastanawiając się, czy starczy nam sił aby dojść na szczyt.  Znalazłszy wreszcie właściwy szlak rozpoczęliśmy ostrą wspinaczkę. Okulary całkiem zaparowały nam od potu a dygoczące ze zmęczenia nogi co kilkanaście metrów wołały o odpoczynek. Napotkana w okolicy obuta w gumofilce dziarska, miejscowa grzybiarka zachęciła nas jednak byśmy nie tracili ducha, albowiem do wierzchołka nie było wcale tak daleko a po jednym, dość stromym podejściu dalsza wędrówka to właściwie przyjemny spacerek!




  - Ha! Zależy, co kto uznaje za taki  miły spacerek! – wyrzęził Cezary godzinę potem przysiadając w końcu z ulgą na zwalonym pniu wielkiego buka.
- No właśnie! Pewnie ta kobiecinka niczym kozica wędruje tu od dziecka, dlatego przyzwyczajona jest do tych kamieni pod butami i krętych stromizn! – wychrypiałam resztką tchu usiadłszy obok.
 - Ale trudno! Komu w drogę temu czas! – stwierdziliśmy po kilku minutach decydując się na kontynuację katorżniczej wspinaczki. 











   Szliśmy swoim tempem, często odpoczywając i nie przejmując się tym, że co jakiś czas mijają nas kolejne grupki turystów. Aż wreszcie po dwóch godzinach dotarliśmy na samiuteńki szczyt, który osiągnęliśmy bardziej chyba siłą woli, niż wielce mizernym już zapasem sił mięśni.




   Na wierzchołku Dwernika Kamienia powitało nas bezchmurne, niebieściutkie niebo i niesamowity wprost upał.  Żaden wiaterek nie podmuchał zbawczym tchnieniem na nasze spocone twarze. Powietrze stało nieruchome, parzące i pachnące świerkowym igliwiem, kurzem oraz suchymi, bukowymi liśćmi. Na maleńkiej, stromej połoninie Cezary zatrzymał się dla miłej pogawędki z sympatyczną, opalającą się tam parą napotkanych wcześniej turystów. Ja poszłam dalej aż do słupa wbitego w sam szczyt góry i potwierdzającego tryumf ludzkiej woli nad słabością ciała. Przysłoniłam nieco dłonią oczy, żeby dostrzec cokolwiek w jaskrawych promieniach. Przede mną rozpościerał się wspaniały widok na Połoninę Wetlińską i Caryńską, na Bukowe Berdo, na Magurę Stuposiańską i pasma Otrytu. Ogromne skupiska drzew tworzyły w oddali falujące, niezmierzone morze barw i odcieni. Było cichutko, cichuteńko. Powykręcane od wichrów buki przycupnęły nieruchomo po prawej stronie ścieżki a kamienie nad urwiskiem po przeciwnej stronie spoglądały w dal w spokojnym zamyśleniu…










   Westchnęłam głęboko. Uśmiechnęłam się. Znowu odnalazłam w sobie bowiem to samo uczucie bezgranicznej wolności i radości, którego doznałam przed rokiem, gdy wspięliśmy się z Cezarym na Bukowe Berdo. Chciało mi się śpiewać albo zostać tam na zawsze. Bo tak daleko było stąd do smutków i zmartwień zwykłej codzienności, tak daleko od przygnębiającego upływu czasu albo od własnych ograniczeń. Przypomniała mi się wzruszająca piosenka autorstwa A. German i K. Berlinga pt. „Bieszczadzki świt”. Ostatnio stale nuciłam sobie któreś z jej pięknych utworów…

"Bieszczadzki świt"
 
Słońce jeszcze śpi głęboko,
tylko zorzy pierwszy blask,
nad górami lśni wysoko
i rozjaśnia nocny mrok.

Spójrz jak ponad czarnym lasem
nad jeziora toń ze szkła
wstaje wolno kryjąc brzegi, srebrna mgła.
Wiatr ustaje milkną drzewa
zanim wstanie świt i dzień,
czas jest prześnić, czas wyśpiewać
z bajki sen.

Prześnić w nim
wspomnienia szczęśliwych chwil,
zapomnieć, że na świecie istnieje zło,
odsunąć w dal wspomnienia złe
i smutne dni pamiętać, że świat,
że piękny jest świat i dobrze jest żyć.

Gdy zza gór już wzejdzie słońce
i nastaje nowy dzień,
mgła odpływa niknie w końcu
sny poranne wchodzą w cień.
Wtedy góry toną w blasku,
w ten spokojny letni czas
nad głowami szumią drzewa,
śpiewa las.

Lecz nim dzień zabłyśnie światłem
zanim wzejdzie nowy dzień
wyśnij jeszcze, wyśnij dla mnie
tamten sen.
Prześnij w nim wspomnienia
szczęśliwych chwil,
zapomnij, że na świecie istnieje zło,
odsuń w dal wspomnienia złe
i smutne dni,
pamiętaj że świat,
że piękny jest świat
i dobrze jest żyć…


   

   Nie będę już tutaj pisała o długim, niemniej męczącym niż wejście, prawie dwugodzinnym zejściu z góry, ani o naszym powrocie poprzez uśpione wioski i mroczne, niekończące się drogi między ścianami porośniętych ciemnymi lasami gór. Zmęczeni, ale zadowoleni mknęliśmy w stronę naszego Pogórza nie pragnąc już niczego nad porządny, długi odpoczynek.
   Dotarliśmy do domu przed ósmą wieczorem. Powitały nas stęsknione i rozżalone naszą długą nieobecnością psy. Wygłaskane, nakarmione zasnęły w try miga na swych kanapach i legowiskach a my przekąsiwszy małe co nieco także szybko powędrowaliśmy do łóżka.
   Dzisiaj obolali po wczorajszej wyprawie od rana oglądamy zdjęcia i znów wędrujemy palcem po mapie. Bo przecież jeszcze tyle jest do zobaczenia! Jeszcze tyle szlaków czeka do przejścia, tyle gór do zdobycia.  A choć ciała słabe, to dusze wciąż pełne wigoru…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost