Jechać w
Bieszczady, czy nie jechać, jechać, nie jechać…? Od początku października
walczyła w nas ochota ze zwątpieniem. Ochota, bo w dali czekały wspaniałe
przestrzenie, kolory i powietrza a wątpliwości, bo różne bóle w stawach i
mięśniach wyjątkowo mocno dręczyły nas tej jesieni, budząc poważne obawy co do
naszej kondycji. A wiadomo, iż aby
zobaczyć coś pięknego i wartego prawie 150 kilometrowej jazdy w góry trzeba się mocno
namęczyć i napocić, gdyż każda tego typu wyprawa wiąże się z długą, nużącą
wspinaczką.
- Czy damy radę? –
zapytywaliśmy siebie studiując dzień po dniu mapę i czytając w poradnikach
internetowych opisy przeróżnych bieszczadzkich wycieczek.
- A może wcale
nigdzie nie musimy jeździć, skoro u nas też jest pięknie? – stwierdzaliśmy wyruszając
z psami na kolejny, leśny spacer po okolicach i wracając po kilku godzinach
zmęczeni, zapoceni i złaknieni poleżenia w sypialnianym zaciszu.
I tak płynął nam czas a tymczasem
przebarwienia jesienne trwały w najlepsze i z każdym dniem coraz mniej było
liści na naszej stareńkiej lipie…W końcu do podjęcia odważnej decyzji zmusiły
nas prognozy pogody, zapowiadające już od piątku czy soboty diametralną zmianę
aury.
- Ostatnie to dni słońca. Już za chwilę październik
stanie się zimny, deszczowy i szary. I na pewno będziemy żałować żeśmy się
gdzieś nie ruszyli. A w końcu nie mamy jeszcze stu lat! Nie ma co szukać urojonych
przeszkód i kwękać, dziadku Cezary! Jedźmy i tyle! – zdecydowałam w końcu we
wtorkowy wieczór obejrzawszy nasze ubiegłoroczne, bieszczadzkie fotografie i mocno
zapragnąwszy zrobienia kolejnych.
- Jedźmy więc, babciu Olgo. Koniec marudzenia! – zgodził się
skwapliwie mój małżonek.
- Tylko gdzie? Osiołkowi w żłoby dano! – westchnął znowu odpalając
google maps i wpatrując się w różne odcienie widocznej tam zieleni, żółci i
szarości.
- Mam! Znalazłam! – wykrzyknęłam radośnie wpisawszy pierwej
w wyszukiwarce frazę: „co warto zobaczyć w Bieszczadach”.
- Dwernik Kamień (1004 m n.p.m.)! Podobno jedna z najciekawszych gór w
Bieszczadach. Parking za darmo! I piszą, że wejście nie takie straszne. Można w
obie strony obrócić w trzy godziny! To coś w sam raz dla nas! To właśnie będzie
trzecia, zdobyta przez nas bieszczadzka góra! – entuzjazmowałam się a Cezary
przyjąwszy bez słowa sprzeciwu mój pomysł przypomniał mi o naładowaniu baterii
do aparatu fotograficznego. Wiedział bowiem, że gdy znajdę się w górach cykam
zdjęcia bez opamiętania!
Nazajutrz po
przygotowaniu kanapek i napojów na drogę, po zostawieniu dla naszych
czworonożnych przyjaciół suchej karmy w misce i wiadra wody do picia oraz po
czułym pożegnaniu z nimi wyruszyliśmy w przyzywające nas srebrzysto-mglistą
otuliną dale.
Szybko minęła nam
droga i już byliśmy w punkcie widokowym w Lutowiskach. Gdzieś tam między
pasmami górskimi widać było snujące się wysoko smugi dymu. Wyglądały te dymki bardzo
malowniczo, jednak następnego poranka
wyczytałam w wiadomościach, że to jacyś beztroscy turyści wywołali w
Bieszczadach pożar i strażacy ponad dobę gasili ogień łakomie zagarniający
suche trawy i gałęzie.
Tymczasem my już
jechaliśmy dalej. Po krótkiej wizycie w Ustrzykach Dolnych, gdzie od
spacerujących po targu Ukrainek kupiliśmy nasze ulubione cukierki ze
słonecznikiem mknęliśmy w stronę Dwernika i wsi Nasiczne, z której miało rozpocząć
się nasze podejście na szczyt.
I oto dotarliśmy
na miejsce! Uzbrojeni w czapki z daszkiem, bo słońce prażyło jak w lipcu,
plecak pełen kanapek, wody mineralnej i cukierków a przede wszystkim w aparaty
fotograficzne, pełni energii i optymizmu ruszyliśmy przed siebie.
Ojej! Szybko
zdaliśmy sobie sprawę, że wcale nie będzie tak łatwo, jak wynikało z
internetowych opisów. Podejście okazało się strome, kamieniste i dość
niebezpieczne, bo pokryte masą suchych liści zasłaniających właściwą fakturę
drogi. Trzeba było wspinać się powoli i ostrożnie, stawiać uważnie kroki i
odpoczywać co kilka metrów, gdy pot spływał po czole a serce biło tak mocno,
jakby chciało wyskoczyć z klatki piersiowej. Jakaś grupka młodzieży w radosnych
podskokach zbiegała właśnie z góry. Po tych pogodnych nastolatkach nie było
widać najmniejszego zmęczenia. Pozdrowili nas przyjaźnie, jak to jest w
zwyczaju wędrowców, pogwarzyli z nami chwilę, przywołali serdecznie bezdomnego
psa, którego ktoś podrzucił na pobliskim parkingu i zdecydowawszy, że jedno z
nich zaadoptuje tę ufną, miodowooką suczkę, pobiegli w dół. Popatrzyliśmy na
nich z podziwem i sympatią a następnie poszliśmy w przeciwnym kierunku. Do
szczytu było jeszcze bardzo daleko!
Po kilkunastu
minutach doszliśmy do pierwszego przystanku, gdzie mogliśmy usiąść wygodnie i wzmocnić
się kilkoma łykami wody. Tkwiąca w pobliżu tabliczka poinformowała nas abyśmy
uważali na niedźwiedzie. Podobno w tych stronach spotyka się je często.
Zagadani o niedźwiedziach i ewentualnych sposobach postępowania w razie
spotkania z nimi podążyliśmy prosto przed siebie zamiast skręcić w prawo. Zadowoleni, że dobrze się nam idzie, bo droga
stała się jakby szersza i mniej kamienista wspięliśmy się tak wysoko, że
zaczęliśmy już dostrzegać przez srebrzyste pnie buków i złocisto-rude liście
kamienisty wierzchołek góry. Ale co to? Wtem nasza ścieżka zwęziła się, trawami
porosła przed nikogo dawno nie deptanymi a potem zaczęła prowadzić nas ostro w
dół. Wtedy pojęliśmy żeśmy najprawdopodobniej zbłądzili a widoczna w dole
ścieżynka należy pewnie do zwierzyny leśnej a głównie do niedźwiedziej braci. Mróz
przeleciał nam po krzyżach i czym prędzej ruszyliśmy z powrotem. Okazało się,
że zgubiwszy szlak nadłożyliśmy sporo drogi, co stwierdziwszy wędrowaliśmy po
własnych śladach zastanawiając się, czy starczy nam sił aby dojść na szczyt. Znalazłszy wreszcie właściwy szlak rozpoczęliśmy
ostrą wspinaczkę. Okulary całkiem zaparowały nam od potu a dygoczące ze
zmęczenia nogi co kilkanaście metrów wołały o odpoczynek. Napotkana w okolicy
obuta w gumofilce dziarska, miejscowa grzybiarka zachęciła nas jednak byśmy nie
tracili ducha, albowiem do wierzchołka nie było wcale tak daleko a po jednym, dość
stromym podejściu dalsza wędrówka to właściwie przyjemny spacerek!
- Ha! Zależy, co kto uznaje za taki miły spacerek! – wyrzęził Cezary godzinę
potem przysiadając w końcu z ulgą na zwalonym pniu wielkiego buka.
- No właśnie! Pewnie ta kobiecinka niczym kozica wędruje
tu od dziecka, dlatego przyzwyczajona jest do tych kamieni pod butami i krętych
stromizn! – wychrypiałam resztką tchu usiadłszy obok.
- Ale trudno! Komu
w drogę temu czas! – stwierdziliśmy po kilku minutach decydując się na
kontynuację katorżniczej wspinaczki.
Szliśmy swoim
tempem, często odpoczywając i nie przejmując się tym, że co jakiś czas mijają
nas kolejne grupki turystów. Aż wreszcie po dwóch godzinach dotarliśmy na
samiuteńki szczyt, który osiągnęliśmy bardziej chyba siłą woli, niż wielce mizernym
już zapasem sił mięśni.
Na wierzchołku
Dwernika Kamienia powitało nas bezchmurne, niebieściutkie niebo i niesamowity
wprost upał. Żaden wiaterek nie
podmuchał zbawczym tchnieniem na nasze spocone twarze. Powietrze stało
nieruchome, parzące i pachnące świerkowym igliwiem, kurzem oraz suchymi,
bukowymi liśćmi. Na maleńkiej, stromej połoninie Cezary zatrzymał się dla miłej
pogawędki z sympatyczną, opalającą się tam parą napotkanych wcześniej turystów.
Ja poszłam dalej aż do słupa wbitego w sam szczyt góry i potwierdzającego tryumf
ludzkiej woli nad słabością ciała. Przysłoniłam nieco dłonią oczy, żeby
dostrzec cokolwiek w jaskrawych promieniach. Przede mną rozpościerał się wspaniały
widok na Połoninę Wetlińską i Caryńską, na Bukowe Berdo, na Magurę Stuposiańską
i pasma Otrytu. Ogromne skupiska drzew tworzyły w oddali falujące, niezmierzone
morze barw i odcieni. Było cichutko, cichuteńko. Powykręcane od wichrów buki
przycupnęły nieruchomo po prawej stronie ścieżki a kamienie nad urwiskiem po
przeciwnej stronie spoglądały w dal w spokojnym zamyśleniu…
Westchnęłam głęboko.
Uśmiechnęłam się. Znowu odnalazłam w sobie bowiem to samo uczucie bezgranicznej
wolności i radości, którego doznałam przed rokiem, gdy wspięliśmy się z Cezarym
na Bukowe Berdo. Chciało mi się śpiewać albo zostać tam na zawsze. Bo tak
daleko było stąd do smutków i zmartwień zwykłej codzienności, tak daleko od przygnębiającego
upływu czasu albo od własnych ograniczeń. Przypomniała mi się wzruszająca
piosenka autorstwa A. German i K. Berlinga pt. „Bieszczadzki świt”. Ostatnio
stale nuciłam sobie któreś z jej pięknych utworów…
"Bieszczadzki świt"
Słońce jeszcze śpi głęboko,
tylko zorzy pierwszy blask,
nad górami lśni wysoko
i rozjaśnia nocny mrok.
Spójrz jak ponad czarnym lasem
nad jeziora toń ze szkła
wstaje wolno kryjąc brzegi, srebrna mgła.
Wiatr ustaje milkną drzewa
zanim wstanie świt i dzień,
czas jest prześnić, czas wyśpiewać
z bajki sen.
Prześnić w nim
wspomnienia szczęśliwych chwil,
zapomnieć, że na świecie istnieje zło,
odsunąć w dal wspomnienia złe
i smutne dni pamiętać, że świat,
że piękny jest świat i dobrze jest żyć.
Gdy zza gór już wzejdzie słońce
i nastaje nowy dzień,
mgła odpływa niknie w końcu
sny poranne wchodzą w cień.
Wtedy góry toną w blasku,
w ten spokojny letni czas
nad głowami szumią drzewa,
śpiewa las.
Lecz nim dzień zabłyśnie światłem
zanim wzejdzie nowy dzień
wyśnij jeszcze, wyśnij dla mnie
tamten sen.
Prześnij w nim wspomnienia
szczęśliwych chwil,
zapomnij, że na świecie istnieje zło,
odsuń w dal wspomnienia złe
i smutne dni,
pamiętaj że świat,
że piękny jest świat
i dobrze jest żyć…
tylko zorzy pierwszy blask,
nad górami lśni wysoko
i rozjaśnia nocny mrok.
Spójrz jak ponad czarnym lasem
nad jeziora toń ze szkła
wstaje wolno kryjąc brzegi, srebrna mgła.
Wiatr ustaje milkną drzewa
zanim wstanie świt i dzień,
czas jest prześnić, czas wyśpiewać
z bajki sen.
Prześnić w nim
wspomnienia szczęśliwych chwil,
zapomnieć, że na świecie istnieje zło,
odsunąć w dal wspomnienia złe
i smutne dni pamiętać, że świat,
że piękny jest świat i dobrze jest żyć.
Gdy zza gór już wzejdzie słońce
i nastaje nowy dzień,
mgła odpływa niknie w końcu
sny poranne wchodzą w cień.
Wtedy góry toną w blasku,
w ten spokojny letni czas
nad głowami szumią drzewa,
śpiewa las.
Lecz nim dzień zabłyśnie światłem
zanim wzejdzie nowy dzień
wyśnij jeszcze, wyśnij dla mnie
tamten sen.
Prześnij w nim wspomnienia
szczęśliwych chwil,
zapomnij, że na świecie istnieje zło,
odsuń w dal wspomnienia złe
i smutne dni,
pamiętaj że świat,
że piękny jest świat
i dobrze jest żyć…
Nie będę już
tutaj pisała o długim, niemniej męczącym niż wejście, prawie dwugodzinnym
zejściu z góry, ani o naszym powrocie poprzez uśpione wioski i mroczne, niekończące
się drogi między ścianami porośniętych ciemnymi lasami gór. Zmęczeni, ale
zadowoleni mknęliśmy w stronę naszego Pogórza nie pragnąc już niczego nad porządny,
długi odpoczynek.
Dotarliśmy do
domu przed ósmą wieczorem. Powitały nas stęsknione i rozżalone naszą długą
nieobecnością psy. Wygłaskane, nakarmione zasnęły w try miga na swych kanapach
i legowiskach a my przekąsiwszy małe co nieco także szybko powędrowaliśmy do
łóżka.
Dzisiaj obolali
po wczorajszej wyprawie od rana oglądamy zdjęcia i znów wędrujemy palcem po
mapie. Bo przecież jeszcze tyle jest do zobaczenia! Jeszcze tyle szlaków czeka
do przejścia, tyle gór do zdobycia. A
choć ciała słabe, to dusze wciąż pełne wigoru…
































