Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pamięć. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 lutego 2022

Sprzątanie po zimie...

 


   Sprzątałam wczoraj ogródek po zimie. Nareszcie pogoda pozwoliła człowiekowi wyjść z domu i zająć się czymś, co już od dawna na zrobienie czekało. Nad głową wciąż hałasowały samoloty, ale o dziwo ich złowrogi huk przestał już robić na mnie tak silne wrażenie, jak przedtem. Może dlatego, że wokół powietrze pachniało wiosną, że mocno świeciło słońce a błękit nieba oddalał smutne myśli i natrętne obawy? Że nadal istniała ta zwyczajna, kojąca powtarzalność zmiennych pór roku oraz związanych z nimi czynności i obowiązków?

   Bo przecież co roku o tej porze u mnie ta sama robota. Jak zawsze, gdy znika śnieg wyłaniają się wszędzie pozostawione przez psy kupki. Ogromne ilości psich gówienek. Kilka wiader napełniłam nimi po sam czubek. Pośród nich mnóstwo było  Zuzinych, charakterystycznie grubych knotków. Trochę sobie w trakcie tych czynności pochlipałam, sama już nie wiedząc, czy to nad biedną Zuzią, czy nad tym, w jak dziwnym czasie, jeśli chodzi o sytuację międzynarodową, te jej kupki sprzątam…Szybko się jednak uspokoiłam i po prostu dalej mechanicznie  robiłam, co do mnie należało. Zbierałam na łopatkę ślady po Zuzieńce myśląc jednocześnie, że to ironia losu, iż jedyna materialna rzecz, która pozostała po tej drogiej sercu istocie to jej kupki! No i jeszcze kłęby sierści w domu, które tak mocno wżarły się w dywan, tak sprytnie schowały po kątach, że lata miną a wciąż jeszcze będę je znajdować. Tak jak będą się pojawiać sny z Zuzią wciąż żywą. Biegnącą z oddali. Stojącą w progu kuchni. Tulącą się do nóg. Spoglądającą mądrze w oczy. Wspomnienia i tęsknota, co dopada i dopadać pewnie będzie nie raz…

    Cóż. Nieodłączną częścią życia ludzkiego  jest pamięć…Tak potrzebna a jednocześnie często tak zatruwająca człowieka rzecz. Tropy, na które wciąż natrafia i znowu po nich kroczy, jak w labiryncie bez wyjścia. Ślady minionej a wciąż żywej w sercu przeszłości.  Chyba każdy z nas nosi w sobie ciężar takich trudnych do ruszenia spraw, wór bolesnych, zepchniętych w ciemność podświadomości myśli, wspomnień i trosk, z którymi chętnie by się pożegnał, które by chciał z siebie uwolnić, a nie potrafi tego zrobić. Odkłada je więc byle dalej. Spycha coraz głębiej, licząc że nigdy nie ukażą się spod śniegu albo, że wiatr je jakoś rozwieje.  Jednak one uparcie są i zalegają w nim, niczym te psie „skarby” w pozimowym obejściu…

   Po tym wczorajszym sprzątaniu zrobiło mi się trochę lepiej. Coś się ze mnie uwolniło. Jakbym zamknęła pewien rozdział. Po całodziennej robocie w ogrodzie, z obolałymi mięśniami, ale z zaskakująco lekką głową zasnęłam wieczorem bez problemów. I tylko raz obudziłam się w nocy, wypuszczając psy na siku i nasłuchując grzmotu samolotów w ciemności. Potem wróciłam pod ciepłą kołdrę i przespałam twardo aż do rana. Aż nastał dzień kolejny a wraz z nim znowu pojawiło się słońce i otucha, że może nie będzie tak źle. Pewnie to dziecinna i zaledwie chwilowa otucha, ale lepsza taka, niż żadna. Czytam o bohaterskich Ukraińcach i po prostu serce rośnie. A jeszcze Agniecha rozśmieszyła mnie pisząc w komentarzu, że należałoby Putina przysypać wielkimi, zielonymi liśćmi. Pewnie! Najlepiej kupą zielonych liści! Tylko skąd by je tu teraz wziąć? Ha! Mam inny pomysł! Oto czekają w wiadrach na wywiezienie wczorajsze psie znaleziska z mojego ogrodu. W sam raz nadadzą się do przysypania Putina oraz do wszelkich jemu podobnych zmór, co to wciąż się po świecie bezczelnie rozłażą i normalnym ludziom żyć spokojnie nie dają. Kupą, mości panowie i panie! Kupą!:-))

 

wtorek, 14 października 2014

Jak woda w strumieniu...






   Wczoraj znowu spotkałam tę dziwną staruszkę. To było we śnie – wspomnieniu z czasów dzieciństwa i jeszcze odleglejszych. Dlaczego przyśniła mi się właśnie teraz? Czy chce bym pamiętała o niej, czy może o sobie samej sprzed lat? Czy to wszystko, co pamiętam to tylko wytwór mojej wyobraźni, czy może dziwaczna obsesja? Jakieś trwałe a niedotykalne uczucie we mnie mówi mi jednak, iż jest w tym wspomnieniu prawda, która dotyczy mnie samej. I choć wcale tego nie chcę, przychodzi czas by o sobie przypomnieć, dotknąć, zawołać raz jeszcze z samej otchłani…

A jaki to był sen?

  „ …Szłam moim ukochanym, bukowym lasem. Było chłodno, cicho a liliowa mgła unosiła się lekko nad odległymi wzgórzami. Z przyjemnością brodziłam w oceanie ubiegłorocznych liści. Rozgarniałam dłońmi mięciutkie kępy paproci. Zbiegałam w dolinę, by przejść kolejne potoki, obmyć lodowatą wodą twarz i ruszałam dalej. Zawsze tak chodzę, napawając się przestrzenią i wolnością. Tym razem jednak czułam, iż zmierzam do jakiegoś określonego, nieznanego mi jeszcze wówczas celu. Wreszcie doszłam do zwalonego pnia wielkiego buka. Przysiadłam zmęczona na jego gładkiej, srebrzystej korze, zamyślając się nad tajemnicami i dramatycznymi historiami, które skrywa w sobie mój las. W czasie drugiej wojny światowej ukrywało się w nim wiele ludzi. I trwały tu walki z Ukraińcami, Niemcami, Rosjanami. A i po wojnie niejedna tragedia się rozegrała. Kilka na pamiątkę postawionych krzyży przypomina żyjącym o tych, co właśnie tutaj pożegnali się z bólem istnienia.

 -  Tyle tych smutków było, łez i przelanej krwi a ziemia wszystko koi, wszystko swym trwaniem i zielenią przykryje. Trawa porasta dawne czasy po to, by móc spokojnie żyć tym, co jest teraz oraz planami, marzeniami o lepszej przyszłości – dumałam.
Zamyślona nie zauważyłam, że ktoś usiadł obok mnie. Drgnęłam dopiero wówczas, gdy usłyszałam cichy, dziwnie znajomy głos.

- Znalazłam Cię wreszcie Halinko! – w pobliżu mnie na pniu siedziała pomarszczona, drobniutka staruszka o stalowoszarych, głębokich, zaskakująco młodych oczach. Ubrana była w długą do kostek spódnicę i otulona w ciemną, kraciastą chustę. Patrzyła na mnie z uśmiechem ulgi, tak jakby naprawdę długo mnie szukała i cudem odnalazła.
- Przestraszyła mnie pani! – wydusiłam z siebie drżącym z lękliwego zaskoczenia piskliwym szeptem, usiłując przypomnieć sobie skąd znam ową dziwną kobietę.
- Nie spodziewałam się tu nikogo spotkać, a tu nagle pani w środku lasu – mówiłam już nieco pewniej – A na dodatek, proszę wybaczyć, ale najwidoczniej pani mnie z kimś myli, bo ja nie mam na imię Halina tylko Alicja!
- Znowu zapomniałaś? A ja już taka jestem zmęczona! – zasmuciła się stara kobieta i westchnąwszy zdjęła z głowy chustkę, a wówczas wysypała się spod niej burza siwych loczków. Aż mi dech zaparło z zachwytu na ten widok, bo od zawsze marzyłam o tak gęstych, kręconych puklach, a złośliwa natura obdarzyła mnie prostymi jak drut, nie należącymi do najgęstszych, rudymi włosami.

- Kiedyś też Ci się podobały. Miały tylko inny kolor. Były czarne jak smoła – szepnęła znowu tajemniczo staruszka i popatrzyła uważnie w moje oczy, usiłując znaleźć w nich jakieś przypomnienie chwil, gdy się znałyśmy.
- Przykro mi, ale naprawdę nie wiem, kim pani jest – powiedziałam znowu, bojąc się, czy aby staruszka nie jest szalona i czy nie ma czegoś złego na myśli.
- Ale przyznać muszę, że jest jedna, niezrozumiała dla mnie zupełnie rzecz. Pamiętam pani głos…Tak, jakbyśmy kiedyś już rozmawiały – dodałam wbrew sobie samej, gdyż zamierzałam wstać i oddalić się czym prędzej w bardziej ludne, bezpieczniejsze rejony.

W odpowiedzi kobieta uśmiechnęła się promiennie a oczy jej zalśniły jak węgielki, gdy się zmieniają w żar.
Ujęła moją dłoń. Uścisnęła ją serdecznie i wpatrując się w wody potoku ni z tego, ni z owego zaśpiewała drżącym, starczym głosem:

Gdzie strumyk płynie z wolna
Rozsiewa zioła maj
Stokrotka rosła polna
A nad nią szumiał gaj…

W głowie mi zawirowało. Ta znana, stara piosenka nagle otworzyła w mym sercu jakąś maleńką, zardzewiałą, bluszczem zarosłą furtkę. Nacisnęłam klamkę. Zaskrzypiało. Pchnęłam mocno i weszłam do jabłoniowego sadu. Tam, pośród owoców klęczała czarnowłosa, śliczna dziewczynka i wpatrywała się w coś leżącego na ziemi. Na mój widok uniosła głowę i zawołała:
- Chodź szybko Halinko! Zobacz, jakie piękne żabki znalazłam!

Pobiegłam boso po miękkiej jak owcze runo trawie i już po chwili kucałam obok tamtej, obserwując mieniące się wszystkimi barwami tęczy maleńkie płazy, brnące wytrwale przed siebie w labiryncie kłosów traw i koniczyny.

- Weźmy je nad strumień. Na pewno chce im się pić! – zawołałam a kruczowłosa dziewczynka, wzięła ostrożnie żabki do kieszeni i już po chwili, trzymając się za ręce biegłyśmy obie w kierunku strumienia, ukrytego w innej części ogrodu. Delikatne promienie słońca tańczyły tam wesoło, gładząc główki jaskrów i niezapominajek. A wilgotny cień dawał ochłodę spoconym ciałom.
Przykucnęłyśmy nad strumieniem i położyłyśmy żabki na wielkim liściu łopianu. Zwierzątka nie bardzo chciały zdecydować się na wejście do wody, więc zostawiłyśmy je w spokoju i powędrowałyśmy dalej, tam, gdzie strumień rozlewał się w płytką, szeroką kałużę. Tak lubiłyśmy zawsze wpatrywać się w wodę. Kreślić patykami kręgi. Śmiać się ze swoich min i oblewać się wzajemnie pachnącą miętą wodą. Moczyć stopy. Rzucać płatki kwiatów i śledzić potem w skupieniu ich podróż.
Dziś w lustrze wody ujrzałam wyraźnie nasze odbicia. Ja, Ala – ognistowłosa, niska dziewczynka z cieniutkimi warkoczykami i Weronika – wysoka, szarooka i czarnowłosa przyjaciółka z wakacji na wsi…

- Ostatnie dobre wspomnienie – zaszemrało coś w mojej głowie niepojętym przesłaniem – Potem już tylko strach…

…Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj… - ze ściśniętego bólem gardła usiłowałam wydusić słowa tej starej piosenki, ale straszliwe, niezrozumiałe wspomnienie ogarnęło nagle me serce. Załkałam nie mogąc uwolnić się od budującej się ze strzępów pamięci odległej, przerażającej przeszłości. I już wiedziałam, co się zaraz stanie. Bezbronna czekałam na falę bólu i strachu. Na osaczający ludzki lęk, smród, gniew, panikę i niemoc ucieczki z tego straszliwego miejsca, z obozu…”

- Nie! Nie chcę! Weronka, gdzie jesteś! Weronka! – szlochałam, miotałam się jak w klatce, chcąc za wszelką cenę uciec przez powracającą falą przypomnienia tego, czego nie powinnam wszak pamiętać.
- Alu, Alu kochana! Obudź się to tylko zły sen! No już dobrze. Nic się nie dzieje.
 - Przytul się i niczego się już nie bój – szeptał czule mój mąż Kacper, w ramionach którego się obudziłam.
- Miałam straszny sen. Śniła mi się taka dziwna staruszka i dziewczynka z czarnymi lokami. I jeszcze coś, ale już nie pamiętam… – ostatnie spazmy szlochu wstrząsały mym ciałem a kojąca mgła ogarniała powoli mój przebudzony umysł.

Bezpiecznie wtulona w śpiącego już po chwili Kacpra leżałam bezsennie aż do świtu a potem wstałam cichutko i zaparzyłam kawę. Siedząc przy kuchennym stole i wpatrując się w malinowo-morelowy wschód słońca usiłowałam poskładać sobie w głowie strzępy wspomnień i snów, które nawiedzały mnie przez całe życie, ale ulatywały zanim zdążyłam sklecić z nich coś sensownego.

   Mam na imię Alicja. Jestem informatykiem. Projektuję strony internetowe.  Mąż jest urzędnikiem w pobliskim miasteczku. Od kilku lat mieszkamy w małym domku na wsi, gdzie mamy ogródek, samochód i psa. Syn studiuje w Anglii, ale często nas odwiedza. Właśnie skończyłam czterdzieści dwa lata a moje życie prywatne i zawodowe jest normalne, szczęśliwe i poukładane. Mam parę dziwactw i nieszkodliwych manii, ale któż ich nie ma? Od dawna zbieram małe, pluszowe misie. Mam już ich dziesiątki.  Pousadzałam je w domu na kredensach, regałach, kanapach i fotelach. Znajomi nie mają problemu z pamiątką z wakacji dla mnie. Zawsze wynajdą jakiegoś nowego misia do kolekcji…Nie lubię dużych psów, tłumów oraz zamkniętych pomieszczeń. Ale nie jest to obsesyjne. Da się z tym żyć.
Skąd jednak we mnie tyle niezrozumiałych pytań o przeszłość? Co kryje się na dnie mojego „ja”? Dlaczego nawiedzają mnie tak dziwaczne sny?

   Na progu kuchni stanął mój Kacper, który ziewając smacznie i przeczesując zmierzwione kłaczki zapytał o godzinę.

- Dopiero piąta rano! Po co tak wcześnie wstałeś Kacperku? Przecież dzisiaj sobota. Masz wolne. Odpocznij! – odparłam, uśmiechnąwszy się na jego widok.
- No tak, ale jak ciebie przy mnie nie ma, to nie mogę spać. Wiesz przecież – poskarżył się mężczyzna mego życia i podszedł bliżej, aby cmoknąć mój policzek.
- I twoja kawa tak ładnie pachnie… - dodał jeszcze znacząco, a ja zrozumiawszy delikatną sugestię wstałam, nastawiłam wodę w czajniku i już po chwili siedzieliśmy razem przy stole milcząc i popijając gorący, wonny napój.

- Wiesz Kacperku, mam takie dziwaczne, niezrozumiałe dla mnie samej wspomnienie z dzieciństwa. I muszę Ci o tym opowiedzieć, bo już sobie z tym sama nie daję rady – powiedziałam wreszcie, oparłszy głowę na jego ramieniu i z rozkoszą wdychając lawendowy zapach mego męża.
- No dobrze Alu, mów! A czy to ma coś wspólnego z Twoim dzisiejszym snem? – zapytał, całując mnie w czubek głowy.
- Chyba ma. A co? Może do tego dojdziemy jakoś razem – odrzekłam, decydując się opowiedzieć Kacprowi niezwykłą historię sprzed lat. Historię, która żyła we mnie i czekała na dzień, w którym nie będę się bała wywlec jej z zakamarków pamięci i podzielić się nią z kimś najbliższym.



 „ …Miałam coś około dwunastu lat i czekając na mamę stałam przed ogromną wystawą jednego z większych w mieście sklepów. Nie chciałam wchodzić dziś do środka. Wiedziałam, że mama kupi tylko kilka produktów spożywczych i zaraz wyjdzie. Tymczasem tu, na dworze słońce tak cudnie grzało.
     Przeglądałam się w szybie wystawowej. Widziałam drobną, szczuplutką, rudowłosą istotę z cienkimi, marchewkowego koloru włosami, piegowatą i niepozorną. No trudno, już się pogodziłam ze swoim wyglądem. Nawet czasami, w chwilach takich, jak ta potrafiłam docenić dziwną urodę tych ognistych włosów. Słońce tak pięknie się w nich mieniło...
     - Piękne włosy...Halinko! - usłyszałam nagle i wtedy zobaczyłam obok swego odbicia, odbicie bardzo sędziwej, przygarbionej kobiety o głębokich, szarych jak mgła oczach.
     - Nie nazywam się Halinka - odrzekłam, spoglądając podejrzliwie na dziwną staruszkę.
     - Mnie nie oszukasz, kochana...Przecież byłyśmy tam razem, pamiętasz? - zaszeptała nagle gorączkowo kobieta i chwyciła moją dłoń.
     - Ale ja mam na imię Ala! Proszę mnie puścić! Zaraz tu będzie moja mama! Pani mnie z kimś pomyliła! - wykrzyknęłam przerażona. I już miałam wyrwać się i uciec w głąb sklepu, gdy wtem spojrzałam w przepastne oczy tej przerażającej kobiety. Wtedy przypomniałam sobie wszystko. Zobaczyłam biegnące przed siebie przez pusty, zimny plac dwie zziębnięte dziewczynki. Rudowłosą i brunetkę o niezwykłych, szarych oczach.  Strasznie się bały. Usiłowały się gdzieś ukryć. Słyszały szczekanie psów. Ostre, niezrozumiałe krzyki. Jakieś nieprawdopodobnie wychudzone cienie ludzkie płochliwie schodziły im z drogi. Dzieci wpadły do kałuży pełnej ohydnej, śmierdzącej wody. Leżał tam biedny, brązowy, pluszowy miś Halinki. W jego lśniących, koralikowych oczach widać było bezradność i smutek. Dziewczynki nie mogły się jednak zatrzymać i go zabrać. Musiały uciekać. Schowały się za długim, drewnianym barakiem. Serca biły im, jak oszalałe. Lodowate powietrze przenikało płuca. Wtedy ta starsza, o jasnoszarych, wyrazistych oczach szepnęła nagle:
 - Nie uda się nam Halinko. Schowaj się tam, za rogiem. Tam jest ciemno i bezpiecznie.

     Ale tam wcale nie było bezpiecznie. Halinka została schwytana.
 Potem był krzyk, ból, płomienie. I nic więcej.

     Stałam, trzęsąc się, jak osika i wpatrując w szybę wystawową. Wydawało mi się, że widzę tam blask odległych płomieni, że wciąż słyszę ten nieludzki krzyk, że widzę obciągnięte cienką skórą, brutalnie popychane przez żołnierzy ludzkie cienie w pasiakach .
Lecz nie było już nic. Świat trwał po dawnemu. Słońce wesoło bawiło się promieniami w moich włosach. Mama właśnie wychodziła ze sklepu, rozmawiając z jakąś sąsiadką.  I nigdzie nie było widać staruszki, o dziwnych, szarych oczach. Zniknęła, rozpłynęła się nie wiadomo gdzie, pozostawiając mnie z mnóstwem pytań bez odpowiedzi i z wrażeniem, że kiedyś dobrze się znałyśmy…”

     - Kacperku! Nie chcę Cię straszyć, nie wymyślam dla próżnej rozrywki opowieści z dreszczykiem. Ta historia jest we mnie od wielu lat, ale bałam się o tym mówić, żebyś nie miał mnie za wariatkę. Zresztą dotąd to nie miało większego znaczenia. Teraz jednak to wspomnienie mówi mi, że nie wszystko przemija bez śladu. Czasem ślad odkrywamy w sobie niespodziewanie, wcale tego nie chcąc i nie przeczuwając jego obecności – mówiłam gorączkowo, wpatrując się w zdumione oczy męża i szukając w nich śladów zrozumienia i akceptacji, dla mojego zwierzenia.

- A co ma z tym wspólnego twój dzisiejszy sen? – zapytał skołowany zupełnie Kacper i pociągnął tęgiego łyka kawy, żeby w głowie mu się bardziej przejaśniło.

- Wyobraź sobie, że dzisiaj przyśniła mi się ta sama staruszka! – wykrzyknęłam i pełna emocji wstałam, aby przemierzyć wzdłuż i wszerz naszą małą kuchnię.
- Nazywała mnie Halinką i mówiła, że kiedyś jako dzieci znałyśmy się bardzo dobrze! Że byłyśmy przyjaciółkami i bawiłyśmy się razem w jej ogrodzie!
- No dobrze, ale jak mogłyście się znać, skoro ona była pewnie dzieckiem jeszcze przed drugą wojną światową! To wszystko to są jakieś fantasmagorie i bzdury! – żachnął się Kacper i zauważyłam z przykrością, że powoli tracił chęć na kontynuowanie tego frapującego mnie tematu.

   Mimo wszystko nie ustępowałam.  Usiadłam naprzeciw niego i użyłam najsilniejszego z możliwych argumentów.
- A pamiętasz, jak opowiadałeś mi kiedyś o swoim wrażeniu deja vu? O tej wielkiej sali wykładowej, w której poczułeś się jakbyś już kiedyś dawno temu w niej był i znał ją dobrze, a odwiedziłeś ją przecież pierwszy raz w życiu? Sam przyznasz, że są na tym świecie dziwne i niezrozumiałe rzeczy! – zawołałam tryumfalnie, widząc z ulgą, iż pewność siebie Kacpra nieco słabnie a jego niechęć do mojej pokręconej opowieści znika.

- Aluś! Może i są na tym świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło, ale i tak nie znajdziemy wytłumaczenia dla Twojej znajomości z ową staruszką. Jak jej tam było na imię?
- Weronika, Weronka, tak właśnie ją nazywałam – szepnęłam i nagle zupełnie minęła mi chęć na dalszą rozmowę o niej. Zapatrzyłam się w widoczną na horyzoncie linię lasu bukowego i już wiedziałam, co powinnam dzisiaj zrobić.
- Ale dajmy już temu wszystkiemu na razie spokój. Sen mara, Bóg wiara! – podsumowałam i wstałam by umyć kubki po kawie.
- No dobra, to ja idę wziąć szybki prysznic a potem pójdę do garażu. Muszę dokręcić jakąś śrubę pod maską naszego opla, bo coś tam się spod samochodu leje. Zrobisz nam jakieś śniadanko, kochanie? -  zapytał z przymilnym uśmiechem Kacper, po czym dał mi serdecznego buziaka i nucąc coś pod nosem udał się do łazienki.

   Po śniadaniu okazało się, że roboty przy samochodzie starczy mojemu mężowi na kilka dobrych godzin. Wzięłam naszego foksterierka Sabę na smycz i poszłam na spacer do bukowego lasu.

   Dobrze znałam drogę. Rozgarniałam kępy jasnozielonych, gęstych paproci. Mijałam brzozowe zagajniki. Przeskakiwałam ponad strumieniami, obserwując jak zawsze uszczęśliwioną długim spacerem Sabę. Aż doszłam do wielkiego pnia zwalonego, czekającego na pocięcie i uprzątnięcie buka. Pies leżał w potoku, rozkoszując się chłodem górskiej wody a ja siedziałam spokojnie na pniu i czekałam…Na co, na kogo?
W pewnym momencie jakaś gałązka głośno zaszeleściła a spłoszony ptak poderwał się raptownie z gałęzi tuż nad moją głową. Serce załomotało mi gwałtownie. Wstrzymałam oddech. Nasłuchiwałam. Ale nikogo nie było. Trwałam tam zjednoczona z lasem, z głębią wspomnień i ukrytych pod powierzchnią ran.
   W niedługim czasie moją duszę ogarnął przyjemny spokój. Przypomniałam sobie dokładnie wszystko, o czym śniłam. I wraz z tajemniczym spotkaniem ze staruszką, jakie miało miejsce w czasach mego dzieciństwa ułożyło się to w mej głowie w jakąś logiczną, zrozumiałą całość. Wpatrzona w wody strumienia zrozumiałam, że to, co wiemy o sobie i pamiętamy oraz to, czym żyjemy, jest tylko fragmentem nas, naszej nieskończonej, wiecznej jaźni. Nic się nie kończy i nic się nie zaczyna. Byliśmy, jesteśmy, będziemy. A odległe wspomnienia z poprzedniego życia mogą nagle przebudzić się w naszych sercach, mówiąc nam, iż jesteśmy właśnie jak woda tego strumienia. Płyniemy nieskończenie, zapominając o kamieniach, które stają na naszej drodze, o patyczkach i płatkach kwiatów mknących z nurtem. O bólu, krzywdach, radościach i zachwytach. To wszystko znika niewidzialnie za fioletową mgłą zapomnienia, ale mimo to nadal jest i niekiedy przychodzi czas, gdy nie wołane odzywa na nowo…

- Saba! Wracamy do domu! Do pana! – zawołałam psa i ruszyłam w górę doliny, zagłębiając się w mgłę oraz delikatny dotyk traw i paproci…




* To opowiadanie ukazało się niedawno temu w zbiorku opowiadań blogowiczów pt. "Opowiadania wczorajsze" wydanym przez Magdalenę Kordel

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost