Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2025

Jesień, ciernie, blogowanie...

 




   Dziękuję za wszystkie Wasze serdeczne słowa pod moim poprzednim, wrześniowym postem. Jeśli chodzi o moje wychodzenie z choroby, to czuję się już znacznie lepiej a właściwie zupełnie dobrze. Niekiedy jeszcze pokasłuję, ale z tego co mówi lekarz może to trwać przez kilka następnych tygodni. W związku z tym staram się nie przemęczać i uważać na siebie.




   Toczy się u nas zwyczajne życie. Październik wkroczył na Pogórze ze znacznym ochłodzeniem i deszczami. Zatem w ogrodzie pomału wszystko już opada, zmienia barwy, szykuje się do zimowego snu. Póki tylko się da staramy się korzystać z każdej słonecznej i ciepłej chwili. Tak, jak motyle, których całe chmary obsiadają teraz kwiaty, opadłe owoce i pnie drzew w ogrodzie cieszymy się promieniami słońca. Spacerujemy po okolicach, wybieramy się na grzybobranie, z mieszaniną zachwytu i nostalgii przyglądamy się jesiennym przemianom w naturze. Wszystkim tym coraz bujniejszym złocistościom, amarantom, fioletom, czerwieniom i brązom. Psy także napawają się dobrą pogodą znajdując plamy słońca na upstrzonych opadłymi liśćmi trawnikach i wylegując się na nich albo wpadłszy w szalony, radosny nastrój biegając i bawiąc się niczym beztroskie szczeniaki. Także Jacuś – nestor psiego rodu - zachowuje się jakby odzyskał młodość i sprawność w niczym nie ustępując brykającym w pobliżu córeczkom: Hipci i Misi. Zauważamy, iż noce pieski zdecydowanie wolą już spędzać w domu pochrapując na swych legowiskach i kanapie. Nie w smak im październikowa rosa i przymrozki. W związku ze zbliżającą się zimą mają coraz większy apetyt. Zachłannie opróżniają miski nie zostawiając nic dla ewentualnych, tajemniczych, nocnych gości w naszym ogrodzie.





   Ze względu na zimne wieczory i poranki codziennie palimy w piecu C.O. i w kuchennym. Na szczęście drewna opałowego mamy w tym roku wyjątkowo dużo. Zgromadzone w kilku pomieszczeniach budynku gospodarczego wystarczy nam na długo. Może nawet na dwa sezony grzewcze. Dlatego nie śpieszymy się na razie z budowaniem wiaty. Na to przyjdzie czas najprawdopodobniej w przyszłym roku, gdyż owa budowa wiązać się będzie ze sporym i długotrwałym fizycznym wysiłkiem z naszej strony oraz, rzecz jasna, wydatkami.




   Powyższa spokojna i pogodna w tonie relacja jest jednak tylko jedną stroną medalu, najbardziej widoczną częścią mojej rzeczywistości. Tkwią bowiem we mnie różne nie dające się wyjąć ani zapomnieć ciernie, które znacząco wpływają na to, jak patrzę na wszystko, co czuję. Najbardziej rani mnie beznadziejny stan zdrowia mojego taty, który resztę swoich dni kompletnie bezradny i zdany na opiekę innych niby duże niemowlę, spędzi w łóżku dotknięty coraz bardziej postępującą demencją, nie potrafiąc już mówić i nie rozumiejąc prawie nic z tego, co się do niego mówi. Karmić można go tylko gładkimi papkami, niemowlęcymi zupkami i musami, bo nie umie już gryźć ani przełykać żadnych kawałków pożywienia. To dla mnie ogromnie szokujące i bolesne, bo jeszcze rok temu funkcjonował prawie normalnie, chodząc po domu, samodzielnie korzystając z toalety, przygotowując sobie ulubione posiłki, patrząc na telewizję. Owszem, miał już duże problemy z pamięcią, ale dało się z nim porozmawiać logicznie. A teraz? Roślina...




   Chcąc nie chcąc dostrzegam, iż niestety, źle się też dzieje na świecie. Widzimy to chyba wszyscy, lecz tkwimy w jakiejś niemocy i stuporze, nie wierząc już w to, że moglibyśmy mieć na te sprawy jakikolwiek wpływ. Ten stan trwa właściwie od ponad pięciu lat. Straszy się nas wirusem, klimatem, wojną i całą masą pomniejszych rzeczy. Kontroluje się coraz bardziej społeczeństwo, nakręca ludzi przeciw sobie, obezwładnia, doprowadzając niektórych do beznadziei, depresji czy nerwicy. I po co to wszystko? Wielu na takie pytanie odpowiada, że owładniętym strachem, ogłupionym i podzielonym narodem łatwiej się zarządza, łatwiej wprowadza się kolejne, absurdalne nieraz prawa i zarządzenia. A że z powodu owego zastraszania i wciskania coraz bardziej idiotycznych przepisów gospodarka kuleje a w wielu dziedzinach upada, że rośnie bezrobocie, niezadowolenie, złość i poczucie krzywdy, tego już politycy zdają się nie zauważać. Ciernie, ciernie...




   Z nutą gorzkiej ironii myślę sobie czasem, że chyba lepiej by dla nas było, gdybyśmy wszyscy, tak jak mój tata zachorowali na demencję i przestali rozumieć co się wokół nas dzieje. Uśmiechalibyśmy się tylko pogodnie i bezmyślnie pochłanialibyśmy kłamliwą, medialno-polityczną papkę, którą się nas od pięciu lat karmi.




   Jakoś odwykłam od pisania na blogu...Zazwyczaj tak to chyba jest, że im dłużej się nie pisze, tym trudniej do tego wrócić. Wypada się z tej wieloletniej rutyny. Trybiki blogowania zaczynają rdzewieć a nawet odmawiać posłuszeństwa. I pojawiają się pytania: czy właściwie blogowanie jest mi w ogóle jeszcze potrzebne ? Czy to blogowe pisanie ma szanse by zmienić coś na lepsze? Bo zdaje mi się coraz częściej, że pisanie dla samego pisania to za mało. Bo to zazwyczaj jałowe kręcenie się wokół podobnych, powtarzalnych tematów. Bezpieczne tkwienie w uwitym przez siebie gniazdku wzajemnych poklepywań po plecach i polubień. Blogowe pisanie to także, a może przede wszystkim ucieczka od tego na co nie ma się wpływu. Bo jakąś ucieczkę trzeba przecież mieć. Jednak w tym samym czasie tyle ważnych spraw leży odłogiem tchórzliwie zepchniętych w niebyt. Zwłaszcza tych prywatnych, związanych z trudną codziennością i z obawami o przyszłość, z dręczącymi troskami czy niepokojami o zdrowie i życie naszych bliskich. I tych rozpościerających się szerzej, bo dotyczących tego, co dzieje się w polityce i gospodarce naszego kraju oraz reszty świata...




   Mimo wszystkich powyższych wątpliwości, mimo tego, że coraz mniej chce mi się pisać znowu stukam w klawiaturę komputera. Siłą wieloletniego nawyku znów wysyłam kolejny tekst w świat. Niepewnie wkraczam do blogowej rzeczywistości nie wiedząc, czy dobrze robię... A za oknem jedne z ostatnich promieni październikowego słonka wołają mnie bym natychmiast wyszła z domu i ufnie wystawiła ku nim twarz...









niedziela, 22 czerwca 2025

Rozdwojenie...

 




   Niedziela...Poranek. Cudowny bo słoneczny, ale jeszcze nie gorący. Pogodny, uśmiechnięty i optymistyczny bo letni, kolorowy i pachnący. Człowiek wstaje i się cieszy, że tak pięknie jest na świecie. Trwa pełnia kwitnienia krzewów białego jak śnieg żylistka, żółtych jak słoneczka wiesiołków, puszystych, różowych tawuł. I chciałby by trwało to zawsze. Ten nastrój, to piękno, ta błogość i harmonia wnętrza z zewnętrzem. Ten zapach popijanej powoli kawy łączący się delikatnie z aromatem skoszonej wczoraj trawy, smakiem zrywanych spod płotu dojrzałych poziomek, z wonią wciąż kwitnącego ligustru i róż...






   Niestety, wkrótce uśmiech rzednie a serce zaczyna trzepotać z niepokoju. Wystarczyło włączyć wiadomości w necie, by dowiedzieć się, że nie tylko, iż nadal źle się dzieje na świecie, ale to zło nabiera dodatkowego rozmachu i przyśpieszenia. W oczy biją ogromne nagłówki na wszystkich portalach informacyjnych. Ameryka zaatakowała Iran. Do wczoraj była jeszcze nadzieja, że to się nie stanie.




   Ale się stało i nikt nie jest w stanie przewidzieć, co będzie działo się dalej. Czy ta wojna eskaluje w stronę totalnej wojny, czy jakimś cudem wszystko się zredukuje i wyciszy? Kto jeszcze włączy się do tego konfliktu? I co z tego wyniknie?




   Powinnam się już przyzwyczaić do złych wiadomości. Powinnam nie przejmować się tym wszystkim a po prostu cieszyć swoim małym, póki co spokojnym jeszcze światem. Nie powinnam myśleć o tym, co tam, ale wręcz przeciwnie – o tym, co tu. I staram się. I nawet mi to nieźle wychodzi, gdy robię śniadanie, spaceruję po ogrodzie, gdy wącham kwiaty, gdy głaszczę podskakujące mi do rąk psy. A jednak w sercu wciąż czai się cierń. Przypomnienie, że gdzieś tam w dalekim Iranie ludzie nie mogą cieszyć się pięknem swoich ogrodów. Że przepadły gdzieś ich błogie, radosne poranki z niespiesznie pitą kawą, ze zwyczajnymi pogawędkami o pogodzie. I nie wiadomo, jak wiele z tych zielonych, perskich rajów przetrwa ten czas chaosu i zniszczenia. Ile ludzi ocaleje...Ludzi takich jak ja, Ty, my...





   Mógłby ktoś zapytać – czemu tak bardzo obchodzi mnie ten Iran? Czy nie przesadzam? Czy niepotrzebnie nie dramatyzuję? Przecież to tak daleko od nas. Przecież ta wojna nie ma i na pewno nie będzie mieć z nami nic wspólnego. A mnie obchodzi, bo to ludzie tacy jak my. I oni i ci w Strefie Gazy. Cierpią, boją się, giną, nie wiedzą co będzie jutro, czy w ogóle jakieś jutro nastanie. A co u nas? Cóż, wcale nie jest pewne, że ta wojna i nas nie zacznie dotyczyć. Podobnie myśleli przecież ludzie w sierpniu 1939 roku. A i lato było wówczas przepiękne, a kina wprost pękały w szwach...Ludzie spragnieni byli rozrywki, zwyczajności i ...zapomnienia.




   A wracając do chwili obecnej. Z jednej strony mamy konflikt na Ukrainie, do którego większość z nas zdążyła się już przyzwyczaić a nawet znieczulić na niego. Z drugiej mamy bezwzględnie niszczoną Strefę Gazy i Iran. Czy i do tego się przyzwyczaimy? Być może żeby nie oszaleć i nie dać sobie zabrać odrobiny normalności rzeczywiście odwrócimy się od złych wiadomości i będziemy żyć swoim zwyczajnym życiem. Bo tak, każda chwila jest bezcenna. Bo jedno mamy życie i trzeba się cieszyć tym, co jest, póki jest. A tamtym i tak nie pomożemy...I może najlepiej odciąć się od Internetu, telewizji, gazet, rozmów na polityczne tematy...Skupić się na tym co dobre, beztroskie i niezmienne. I przez moment może się to nam nawet uda. Jest czym zająć myśli i ciało. Jest się czym podniecać. Jest na co czekać. Wszak to dla nas tyle wspaniałych filmów na platformach streamingowych, koncertów plenerowych, lokalnych atrakcji wyrastających jak grzyby po deszczu. Buduje się kolejne, monstrualne wręcz parki rozrywki. W lokalnej polityce wybuchają nowe, wesołe wojenki i śmieszne spory. A młode ziemniaki z koperkiem są takie pyszne...




   Trwać będzie dziwne rozdwojenie. Tutaj cudowne lato, bujne zielenie, tętniące życiem pola i łąki, wokół  wszystkie barwy tęczy. Tutaj kawałek prostego szczęścia...A tam, w tym samym czasie smutek, rozpacz, zło, lęk...I wszystko to jednocześnie w dziwnym zespoleniu i rozdwojeniu jednocześnie...W słodko-gorzkim smaku. Wszak zawsze tak było, tak jest i będzie. Na cóż więc wielkie słowa...?






   I jeszcze jedno przychodzi mi do głowy...Przecież wcale nie musi się toczyć żadna straszna wojna na świecie, by w danym czasie nie dotykały nas osobiste dramaty. Nasze własne, domowe konflikty i odzywające się stale problemy. Nasze choroby i śmierci. Nasze noce pełne strachu i bólu o los naszych bliskich. Codzienne, prywatne początki i końce świata...




   A życie toczy się dalej. Wszystko dookoła trwa w zwyczajnej jak na tą porę kolorystyce. Lato, lato wszędzie. No i róże kwitną jak gdyby nigdy nic...


P.S.

Od kilku lat oglądam i słucham na YT pewnego młodego Irańczyka, który osiem lat temu przeprowadził sie do Polski, pokochał nasz kraj i świetnie nauczył się j.polskiego. Opowiada on tam m.in. o życiu w Iranie, a takze o tym, co dzieje sie tam teraz. Mówi m.in o irańskim reżimie i o tym, że to sami Irańczycy powinni go zmieniać. Nikt z zewnatrz nie ma i nie powinien mieć do tego prawa. Warto zajrzeć i posłuchać tutaj:  Irańczyk w Polsce

poniedziałek, 20 stycznia 2025

Wzdęcia…



 …No cóż. Życie codzienne swoje, a świat swoje. Choćbyśmy się w naszej zwyczajnej codzienności starali żyć jak najuczciwiej, jak najnormalniej, prosto i zgodnie z logiką, prawem oraz tradycją, to w świecie zewnętrznym wciąż się człowiek natyka na jakieś absurdy. I wydaje się, iż tych absurdalnych informacji, idiotycznych wiadomości jest jakby z dnia na dzień coraz więcej. W ostatnich dniach przyjęłam z niedowierzaniem zdumiewającą informację, że także płoty mają być opodatkowane! Wprawdzie jeszcze prywatni właściciele posesji nie muszą płacić płotowych podatków, ale firmy i instytucje – jak najbardziej! Oj, cienko widać przędzie nasze ukochane państwo, skoro do ściągania tak kretyńskich haraczy musi się posuwać. Koń by się uśmiał.  A może i krowa. Tym jednak ostatnio jakoś nie do śmiechu...



    Napisać chcę teraz o absurdzie, który zszokował, rozśmieszył a w końcu i przeraził mnie najbardziej w ubiegłym roku. Jest to wiadomość o tym, że wiele państw w Europie i na świecie postanowiło dodawać bydłu do pasz dodatek zmniejszający puszczanie bąków i bekanie. Posądza się bowiem biedne krowy o to, że to one pierdząc nagminnie i bezwstydnie przyczyniają się do ocieplenia klimatu. Trzeba było zatem coś wymyślić aby koniecznie zmniejszyć ilość wydalanego przez nie metanu. I proszę bardzo. W try miga usłużni naukowcy wykoncypowali wspaniałą metodę. Wynaleziono środek chemiczny o nazwie Bovaer, który to w kilkudziesięciu procentach eliminować ma z krowich wiatrów metan i zamieniać go w CO2. Wprawdzie CO2 też jest oskarżany o złowrogi wpływ na klimat, ale ów wpływ jest ponoć mniejszy niż zabójczy metan. Tak czy siak Bovaer został dopuszczony do obrotu w UE w lutym 2022 roku. W Polsce też kilka firm przymierza się do jego stosowania.



   Zapewnia się, iż ów Bovaer nie przenika do mleka oraz do tkanek krów, że jest absolutnie nieszkodliwy a do tego całkowicie bezpieczny i skuteczny. Jednak czy czegoś nam ta narracja nie przypomina? Czy już ktoś nas w ten sposób o czymś nie zapewniał?

   Poczytałam trochę na ten temat i oto, czego się dowiedziałam. Otóż ów cudowny środek testowano najpierw na szczurach. Po jakimś czasie okazało się, iż karmione cudownym Boaverem samce szczurów stały się bezpłodne. Natomiast w ciałach wielu z nich, poddanych sekcji zwłok znaleziono liczne guzy i nowotwory. Ale to przecież tylko szczury, nie ma zatem czym się przejmować…A co z samymi krowami? Czy dodatek do ich pasz Boaveru nie wpływa na nie negatywnie? Zaobserwowano, iż częstowane tym chemicznym środkiem krasule mają o wiele mniejsze pragnienie, niż inne krówki. A to z kolei wpływa nie najlepiej na wyniki ich morfologii krwi oraz na ilość oraz jakość produkowanego przez nie mleka. Okazuje się także, iż jednak wbrew zapewnieniom producentów składniki aktywne Boaveru przenikają do mleka, tkanek, kału oraz moczu krów. Zatem od jakiegoś czasu w środowisku krąży już ów chemiczny środek i w jakiś sposób na nie wpływa. Zapewne także na ludzi. Ale nic to! Wszak korzyści przewyższają ryzyko! Należy się przecież cieszyć, bo dzięki genialnemu Bovaerowi klimat będzie uratowany a ktokolwiek by to negował ten szur i płaskoziemiec!

   Uff! Każdy niech wyciągnie wnioski dla siebie. A ja nie byłabym sobą, gdybym owego tematu nie przerobiła na wiersz, a nawet piosenkę bowiem czasami podśpiewuję sobie poniższy tekst,  gdy najdzie mnie chęć na szydercze podsumowanie największych idiotyzmów ubiegłego roku…



Dookoła się rozrasta

Wielki dom wariatów

Kto tak drożdże pcha do ciasta?

Rzesza biurokratów

Oni wszystko lepiej wiedzą

W tryby biorą ziemię

Teraz wzięli się za krowy

Za to ich pierdzenie

Muszą szybko szukać rady

Bo planeta płonie

Trzeba krowom zatkać zady

Trosk wnet będzie koniec

 

A Ty wierć, palcem wierć

W nosie póki możesz

A Ty pierdź, w kącie siedź

W dobrym trwaj humorze…

 

Lek na wzdęcia dziś w matrixie

Dają biednym krowom

Ale milczą oczywiście

Gdy huk wojen obok

Cóż, że bomby, że pociski

Ryją biedną ziemię

Lecz interes kwitnie wszystkim

Niechaj więc się dzieje

Roundup w zbożach, plastik w rzekach  

                           Śmieci wielkie wyspy                                 

                          Ale tlenek węgla, metan                          

                         To wrogowie wszyscy                                

 

A Ty wierć, palcem wierć

W nosie póki możesz

A Ty pierdź, w kącie siedź

W dobrym trwaj humorze…

 

Dziś planeta cała cierpi

Na ogromne wzdęcia

Kłamstw i oszustw gaz ją gnębi

Ból jej trzewia skręca

Bo brat brata wciąż wyprawia

Hen za most tęczowy

A wariaci wznoszą brawa

Że nie pierdzą krowy

Ulgę ziemi wnet przyniesie

Wielkie BUM już wkrótce

Wróci spokój, wróci szczęście

W ciemnej, głuchej pustce…

 

A Ty wierć, palcem wierć…

W nosie póki możesz

A Ty pierdź, w kącie siedź

W dobrym trwaj humorze…

  


Oto katalog farm nie dodających bydłu do pasz Bovaeru
w Australii:

Poniżej katalog farm w UK nie dodajacych bydłu do pasz Bovaeru
w Wielkiej Brytanii 

czwartek, 26 września 2024

Jak gdyby nigdy nic…

 


 

…Dziękuję wszystkim Wam za przyjazne i wspierające słowa zamieszczone w komentarzach pod poprzednim postem. Bardzo dużo znaczyły one dla mnie, gdyż pokazały mi, że nie jestem sama a większość z nas myśli podobnie, że widzimy to, co dzieje się na świecie i mamy do tego zdecydowanie negatywny stosunek. Jest nas wielu – tak samo świadomych i oburzonych a jednocześnie bezradnych wobec politycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam egzystować. Żadni z nas przecież bojownicy o słuszną sprawę ani bohaterowie z cokołów. Ot, po prostu jako zwyczajni, myślący ludzie dostrzegamy jak bardzo zmienia się nasza rzeczywistość i dzielimy się tymi spostrzeżeniami. Pragniemy zrozumieć te wszystkie przemiany i dociec w jakim kierunku nas prowadzą. Wiele z nich nas niepokoi a nawet przeraża. A przecież my po prostu chcemy czuć się bezpiecznie aby wieść spokojne, pracowite i uczciwe życie. Chcemy móc polegać na rozsądnym prawie i na sprawiedliwych zasadach w państwie, na którego obszarze przebywamy. Jednak coraz częściej stwierdzamy, że mocno się to wszystko psuje, gmatwa, zagraża naszej przyszłości, odbiera nam sprawczość oraz nadzieję na lepsze. Czy jednak naprawdę jesteśmy bezradni, czy może ktoś chce na nas ową bezradność i apatię wymusić, wtłoczyć w ciasne ramy i pilnować by nie wydostały się spoza nich żadne przejawy zdrowego rozsądku i wolnomyślicielstwa?



   A przecież jest nas więcej, niż tych tam, pochowanych po internetowych bagniskach potworów – cenzorów i ich oślizgłych pomagierów - klakierów. Czy sami damy sobie z nimi radę, czy może poczekamy aż objawi się jakiś współczesny wiedźmin Geralt i wysieka owe ohydne monstra swym czarodziejskim mieczem? Tu jednak pojawia się pytanie – jak rozpoznać spośród wielu uzurpatorów i fałszywych zbawców owego prawdziwego bohatera?  Jak nie dać się zwieść niby to pełnym zapału i szczerym słowom, które okazać się mogą tylko zimną grą, fałszywą obietnicą, obliczoną na zyski manipulacją? Myślę, że także w tym temacie musimy się dzielić swoimi spostrzeżeniami a nawet domysłami. Nie możemy pozwolić sobie zamykać ust. Cały czas przecież tak wiele się dzieje.



   Ot, podam tu przykład sprzed kilku dni. Otóż w ONZ przeważająca większość należących do tej organizacji państw podpisała „Pakt na rzecz przyszłości”, deklarację zobowiązującą do konkretnych działań na rzecz bezpieczniejszego, bardziej pokojowego, zrównoważonego i inkluzywnego (łączącego, przeznaczonego dla wszystkich) świata dla przyszłych pokoleń. Hmm…Jakże szlachetnie i szczytnie to brzmi, nieprawdaż? Kiedy jednak zagłębimy się w szczegóły owego paktu, to chcąc nie chcąc rodzą się wątpliwości, czy rzeczywiście ów pakt jest czymś dobrym dla ludzkości... Mowa tam jest bowiem m.in. o przyśpieszeniu działań w sprawie zmian klimatu (np. całkowite odejście od paliw kopalnych), o walce na rzecz integralności (ujednoliceniu – innymi słowy cenzurze) informacji w środkach masowego przekazu, o ochronie praw kobiet i mniejszości seksualnych, o zwiększonej roli cyfryzacji i wymiany danych. Wynika z tego, że cały niemalże świat dąży ku temu samemu. Ku osiągnięciu większej kontroli nad populacjami i ku wdrożeniu drogich oraz przeważnie nieefektywnych technologii w celu walki z ociepleniem klimatycznym. Najgorsze jednak co przebija z treści owego paktu to odczucie, iż jest on podwaliną pod budowę przyszłego rządu światowego…Więcej na ten temat przeczytać można np. tu: ( klik) i tu ( klik ).



   A więc jest się nad czym zastanawiać, jest o czym pisać…I po raz kolejny trzeba uświadomić sobie, że te monstra z bagnisk nasze milczenie biorą za przyzwolenie a nasz brak jakiejkolwiek aktywności tylko dodaje im sił. A przecież nie jesteśmy i powinniśmy być bezwolnym, potulnym stadem, choć oni tak właśnie nas traktują…



   Kontaktowanie się z innymi ludźmi, swobodna dyskusja na wszelkie tematy czy to w realu czy to w necie powinna być czymś naturalnym i niezbywalnym. Mówienie na głos o tym, co nas zastanawia i niepokoi pomaga oswoić swoje lęki, pomaga zrozumieć więcej. Dlatego mówmy, póki całkiem nie zalepiono nam ust taśmą klejącą. Mówmy, mimo smrodliwego oddechu czającego się w ciemnościach tajemniczego cenzora. Cenzurowanie jest wszak przejawem lęku o to by prawda nie dobyła się na powierzchnię i nie obaliła tej wszechobecnej mistyfikacji, kłamliwej narracji w jakiej tkwimy. I przychodzi mi na myśl, że owa mroczna siła usiłująca nas okiełznać i zdusić, owa podstępna maszkara z bagnisk to w istocie, tylko mała myszka, która się rozdęła do niebotycznych rozmiarów i udaje golema a da się ją przecież łatwo przekłuć szpilką dobrego humoru, celnej uwagi, wspólnego zdrowego rozsądku. To właśnie robimy razem w codziennych rozmowach pośród znajomych, tutaj na blogach czy też na innych platformach. I to robić powinniśmy, bo w kupie siła. A poza wszystkim zawsze tak jest, że cokolwiek by się nie zdarzyło, człowiek w końcu otrząsa się niby pies wyjęty z kąpieli i znów biegnie przed siebie rozglądając się na boki, obserwując świat, dostrzegając w nim strefy światła i cienia, a przede wszystkim znajdując jakieś oparcie w swojej codzienności, w bliskich, niezawodnych ludziach, w powtarzalnych czynnościach.



   I ze mną tak właśnie jest. Czeka na mnie w gospodarstwie jeszcze trochę jesiennej roboty takiej jak przygotowanie ziemi pod przesadzanie truskawek oraz wysadzanie cebuli i czosnku,  ostatnie w tym roku koszenie, codzienne grabienie liści, przycinanie krzewów malin…Mam też nadzieję, iż o ile pogoda i zdrowie pozwolą, to uda się nam z Cezarym wyruszyć na jakieś bliższe czy dalsze wycieczki. Znaleźć może w końcu trochę grzybów, zobaczyć coś ciekawego, zachwycić się nieznanymi jeszcze widokami, utrwalić je na fotografiach.



   Jesień coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność.  Dookoła mnie i we mnie. Wszystko się ze sobą splata. Życie jak gdyby nigdy nic toczy się dalej.  A świat mimo wszelkich totalitarnych zakusów i otaczających nas bredni nadal pokazuje co dzień swoje urodziwe oblicze…




sobota, 2 października 2021

Pożegnanie z Australią…

 



 

   Chcę napisać o Australii a jednocześnie mam wiele ku temu oporów. To bowiem jeden z tych bliskich mi, trącających coś bardzo ważnego w duszy tematów, które trudno podjąć ot tak, z biegu, spontanicznie i lekko.  W przeszłości pisałam tu wiele o tej wielobarwnej, zachwycającej krainie, ale czasy były to zgoła inne i moich wspomnień nie zaburzała obecna, niewesoła rzeczywistość. Łatwo mi było wtedy sięgać do kufra pamięci i wydobywać stamtąd materie zaklętych w czasie wspaniałych chwil, mieniących się błękitem nieba i oceanu, złotem słońca i rozległych plaż, oliwkową zielenią buszu albo oranżem i różem niezmierzonych, niknących w tajemniczej dali dróg.  Mam też przykre uczucie, iż gdy ujmę to, co się w Australii teraz dzieje w adekwatne do obecnej sytuacji, twarde słowa, w pewien sposób odrę tamte dawne wspomnienia z właściwego im, delikatnego uroku.  I na zawsze zniknie też we mnie to przyjemne wrażenie, iż istnieje gdzieś na ziemi i istnieć będzie raj, do którego wprawdzie więcej już nie trafię, ale którego dane mi było kiedyś dotknąć, zwiedzić jego kawałek, nacieszyć się tym niezmierzonym, niewinnym pięknem. 

 


   Cóż. Być może nigdy tego raju nie było, tylko ja tak sobie tę krainę wyobrażałam, w cudowną maskę wyjątkowości ustrajałam? Przypuszczam, iż skłonność do ubarwiania i postrzegania wszystkiego przez różowe okulary towarzyszyła mi często do tej pory. Domyślam się też, iż widać to w większości moich tekstów blogowych.  Sama już nie wiem, czy to takie moje celowo skrzywione patrzenie, czy może nieumyślne upiększanie rzeczywistości…? I zdaje mi się, że to chyba nie tylko ja dodaję jakiegoś szczególnego kolorytu zwykłym dniom. Nie tylko ja przedstawiam ich  wyidealizowany, nieco daleki od prawdziwości obraz. Wielu z nas, blogerów, ucieka od trudnych, dokuczliwie dręczących spraw w świat swych pasji, opisów zwyczajnej, lecz błogiej codzienności, czy niezwyczajnych, fascynujących podróży. Nas wszystkich męczą już bardzo kwestie polityczne i społeczne, tematy stale obecne w głównych mediach. Chcemy mieć jakąś spokojną niszę, przykurzoną szufladę, gdzie możemy się przed tą przytłaczającą rzeczywistością medialną czy też realnie się wokół nas dziejącą schronić. Pewnie też dlatego tworzymy w blogosferze dalekie od naprawdę męczących nas problemów wyspy. Wyspy swojskie, niezmienne lekkie i pogodne, pływające w oceanie półprawd i niedopowiedzeń, otulone w mgłę niewinnych, słodkich marzeń oraz pobożnych życzeń…

 





    A wracając do tematu Australii. Teraz, to znaczy mniej więcej od marca ubiegłego roku, niemal  wszystko zmieniło się w niej o sto osiemdziesiąt stopni. I choć nadal istnieją tam kolorowe, niezwykłe przestrzenie, choć nadal wśród żółtych traw pasą się stada kangurów a między gałęziami eukaliptusów smacznie drzemią misie koala, to dziwaczny, pełen grozy świat, jaki kreują tam ludzie nic już z baśnią nie ma wspólnego a wręcz przeciwnie z horrorem, dramatem, futurystyczną wizją szaleńca albo z koszmarem sennym. Od momentu zwiększonej popularności tematu pandemii coraz gorzej się na Antypodach dzieje i przeraża mnie to, boli, przygnębia, zaburza kruchą równowagę, jaką staram się osiągnąć na moim podkarpackim, bliskim naturze końcu świata. Oczywiście, nie tylko temat Australii jest takim drażniącym me serce cierniem, ponieważ to, co wyprawia się w niej w różnym stopniu powiela się też w innych, o wiele bliższych geograficznie krajach. Polityczny schemat działania jest  przecież wszędzie ten sam. Pandemia, przymus, segregacja, kontrola, cenzura, doprowadzenie społeczeństw do całkowitego podporządkowania władzy skorumpowanych polityków i wszechwładnych korporacji, zmiana ustroju gospodarczego, drożyzna i powszechna bieda.  Polska także niestety tańczy, jak jej zagrają, ale nie wprowadza na razie, być może z braku odwagi, tak diametralnie godzących w wolność człowieka zmian, jakie wprowadziła już na swoim terenie Australia. Może też być, że po prostu mamy zbyt nieudolny, składający się z mało kompetentnych ludzi rząd, który nie potrafi postąpić z krnąbrnymi obywatelami tak ostro jak należy. Ale rząd zawsze może upaść. Wszak już pchają się w kolejce do władzy i koryta jeszcze bardziej bezwzględni oraz radykalni, choć z pozoru miłujący wolność czy też postępowy liberalizm politycy…

 


   Zszokowana tym, co się w Australii rozgrywa, a zwłaszcza brutalnymi, sadystycznymi wręcz polowaniami policjantów na łamiących wg nich prawo własnych obywateli, gloryfikacją segregacji sanitarnej, donosicielstwa i powszechnej inwigilacji, nie potrafię zrozumieć, jak z pogodnej, pełnej swobody i luzu krainy Australia mogła tak szybko przekształcić się w państwo policyjne, w omal faszystowską dyktaturę. Kompletnie kłoci mi się to z jej obrazem, jaki miałam w sobie wyjeżdżając z Antypodów w 2010 roku. Jedenaście lat temu żegnałam Australię jako ogromną, wielobarwną wyspę wolnych, niezmierzonych przestrzeni, fascynującej, różnorodnej przyrody, rozwijających się szybko miast oferujących tubylcom oraz licznym emigrantom wygodne, w miarę dostatnie i spokojne życie.  Wiele się niestety od tamtej pory zmieniło…


 

 

   Pamiętam, iż w początkowej fazie lat dwutysięcznych obie największe tamtejsze aglomeracje, czyli Melbourne i Sydney wygrywały we wszystkich rankingach badających poziom zadowolenia ludzi z mieszkania w nich.  Także dla osób spoza Australii jawiły się owe miasta jako wymarzone do egzystencji, dające taki poziom życia, jaki byłby wręcz niemożliwy do osiągnięcia w innych częściach świata. Gdyby dzisiaj zrobiono taki ranking obawiam się, że oba te miasta znalazły by się na którymś z ostatnich miejsc. No bo kto rozsądny z własnej woli chciałby mieszkać w więzieniu o zaostrzonym rygorze? Wszak dzisiaj nie da się wyjechać z krainy kangurów ani też do niej wjechać. I nikt nie ma pojęcia jak długo owe całkowite zamknięcie będzie jeszcze trwać.  Australia to teraz tak jak na początku swego istnienia w osiemnastym wieku wyspa skazańców i niewolników. Od prawie dwóch lat jej obywatele ograniczeni są zakazem przemieszczania się nie tylko za granicę, ale nawet w obrębie swoich miast. Kolejne lockdowny (obecnie chyba ma miejsce szósty!) zabraniają na terenie stanów Wiktoria, Nowa Południowa Walia oraz w mniejszym stopniu Queensland takich np. działań jak: przemieszczania się między stanami, wyjścia z domu w promieniu dalszym, niż 5 kilometrów, wychodzenia na świeże powietrze na dłużej niż na godzinę, kontaktowania się z sąsiadami oraz odwiedzania rodzin, zabaw dzieci w gronie większym, niż trzyosobowym, robienia zakupów więcej niż raz dziennie i tylko przez jedną osobę z rodziny, pisania w mediach społecznościowych prawdy o tym, co się tam dzieje... Ech! Długo by wymieniać. Ilość koszmarnych zakazów i nakazów stale się zmienia a  jest przy tym tak absurdalna, tak nie mieszcząca się w głowie, że doprawdy nie wiem, jak żyjący tam ludzie dają radę się do nich dostosować, ogarnąć to wszystko, jak nie powariowali jeszcze do reszty, jak zachowali w sobie resztki wiary w jakąś lepszą przyszłość.

 


   Czy Australijczycy buntują się przeciw takiemu stanowi rzeczy? Owszem i te bunty są coraz częstsze, coraz bardziej masowe. Niestety, tłumi się je coraz okrutniej i bezwzględniej a większość społeczeństwa, jak donoszą badania tamtejszej opinii publicznej, owe brutalne działania policji popiera. Społeczeństwo Australii w przeważającej mierze zdaje się ufać swym władzom, wierzyć w ich pełną manipulacji narrację, a co gorsza potępiać osoby wyłamujące się spod narzucanych wszystkim norm i totalitarnych obostrzeń, mając je za szkodników, niebezpiecznych szaleńców, głupców oraz egoistów. Co gorsza, wielu Australijczykom odpowiada obecny, pandemiczny stan rzeczy, bo chociaż nie wolno im pracować, to państwo przydziela im za to przymusowe nieróbstwo wielce satysfakcjonujące odszkodowania pieniężne. Nadal stać ich zatem na posiłki z McDonaldsa i Kentucky Fried Chicken. Nadal mogą popijać w domu galony taniego piwa i zagryzać to wszystko kilogramami chipsów, grając przy tym w ulubione gry akcji na komputerze, albo oglądając w TV kolejny durny serial,  show, czy też amerykański film science-fiction. A że w tym czasie na ulicach Melbourne jacyś ludzie ganiani są, pałowani, powalani na ziemię, bici, przyduszani, zakuwani w kajdanki, upokarzani i gazowani niczym dzika zwierzyna? Widocznie sami się o to prosili! A że znajdują się tacy, co zamiast korzystać z błogiej bezczynności i nastawiwszy do szczepienia ramiona bez szemrania podporządkowywać się wymaganiom władz, to już ich sprawa. Jak chcą kłopotów, to mają! Niech tylko ich innym nie przysparzają. Niech się najlepiej do porządnych ludzi w ogóle nie zbliżają, bo jeszcze ich czymś tak niebezpiecznym jak niezależne myślenie zarażą…?

 


   Jak to się mogło stać, że będąca uosobieniem marzeń podróżników i emigrantów kraina stała się tak bardzo zniewolonym, przerażającym państwem? Oboje z Cezarym próbujemy znaleźć w jej historii zwiastuny dzisiejszej, koszmarnej rzeczywistości. I tak, począwszy od okoliczności i powodów powstania tego kraju widzimy, że zawsze dobrze miała się tam mentalność wszechwładnych panów i  podporządkowanych we wszystkim oraz srodze za każde przewinienie karanych zesłańców czy też obywateli drugiej kategorii albo wręcz podludzi, jak w mocy prawa do niedawna traktowano jeszcze Aborygenów. Uświadamiamy też sobie, że w przeszłości nie patyczkowano się tam nawet z białymi emigrantami. Żony oddzielano od mężów a dzieci umieszczano w domach dziecka, gdzie często były bite oraz wykorzystywane seksualnie. Natomiast w bardziej współczesnych nam czasach Australia przodowała w poprawności politycznej, zwalczając i potępiając wszelkie od niej, uważane za staroświeckie i szkodliwe, odstępstwa. Większość urodzonej i wychowanej w tym państwie młodzieży łyka medialną papkę bez najmniejszej refleksji i krytyki. Obywatele nauczeni są  bezgranicznego zaufania do instytucji państwa i rządu oraz potulnego podporządkowywania się  najdziwaczniejszym nawet przepisom i normom. I nic dziwnego, że tak właśnie jest. Wszak ludziom do niedawna całkiem dobrze się w tym kraju żyło. Większość ich czuła się zaopiekowana i spokojna, co do swej przyszłości. Uczelnie wyższe oraz służba zdrowia cieszyły się zasłużoną renomą. Bezrobotni dostawali niezłe zasiłki. Emeryci wystarczające do godnego życia emerytury. A pracownicy zadowalające ich wypłaty. I wszędzie, jak kraj długi i szeroki budowano nowe osiedla mieszkaniowe oraz wielkie supermarkety. Gdzie nie spojrzeć rozciągały się wspaniałe autostrady a gaz i benzyna były w miarę tanie.  Poza tym państwo to nigdy nie doświadczyło na swym terenie okupacji ani też konfliktu zbrojnego (nie licząc bombardowań japońskich z czasów II w. światowej w obrębie miasta Darwin). Nie niepokojone z zewnątrz, bezpieczne ze względu na swe wyspiarskie położenie dryfowało na oceanie historii niby niezniszczalna,  niezatapialna łódka. To wszystko sprawiło, że obywatele australijscy trwali tam niby w złoconej bombce choinkowej i nikt w najśmielszych nawet snach nie przypuszczał, iż na owym zaczarowanym cacku mogą pojawić się kiedyś jakieś rysy, że ta bańka może wkrótce pęknąć. A te wiodące w wabiące oddale drogi, cudowne plaże oraz inne cuda tej wspaniałej krainy mogą stać się dla Australijczyków niedostępne...

 







   Obejrzeliśmy niedawno z mężem na YT australijsko-brytyjski film z 2005 roku opowiadający prawdziwą historię ucieczki z owej wyspy totalnego szczęścia dziewczyny pełnej niesamowitej odwagi i determinacji, zesłanej tam w 1788 r. za banalną kradzież. („Niesamowita podróż Mary Bryant”).  Mary została skazana na siedem lat pobytu w australijskiej kolonii karnej, ale jej pragnienie wolności i niezależności sprawiło, iż nie bacząc na zagrożenia i niebezpieczeństwa zdołała wydostać się z miejsca swego zesłania i po wielu perturbacjach dotrzeć z powrotem do Anglii. W wytęsknionej ojczyźnie została wtrącona do więzienia i osądzona, ale ponieważ historia jej życia wzruszyła ogromną część ówczesnego społeczeństwa angielskiego ostatecznie uniewinnioną ją i pozwolono wrócić do rodzinnego domu w Kornwalii. Zastanawiam się, czy gdyby ktoś obecnie chciał bez zgody władz poważyć na  się samowolne  opuszczenie Australii, też spotkałby się z podobnym zrozumieniem i łaską? Boję się, że we współczesnych czasach osoba taka zostałaby srodze osądzona i skazana na najcięższą z kar. Poza tym dzisiaj wręcz niemożliwe jest swobodne poruszanie się gdziekolwiek bez wiedzy szpiegujących wszystkich telefonów komórkowych, dronów i innych elektronicznych, nowoczesnych urządzeń, bez paszportów, zaświadczeń i magicznych kodów QR. Australia, jako stale udoskonalający się w inwigilacji swych mieszkańców kontynent skazańców jest świetnie zabezpieczona przed wszelką ewentualnością ucieczki ze swego „raju”. Nikt nie wsiądzie dzisiaj w byle łódeczkę i nie przedrze się przez silne prądy oceaniczne, przez rafy i sztormy, a przede wszystkim przez tysiące kilometrów dzielące ów ląd od najbliższego kraju.  A nawet gdyby jakimś cudem współczesnej Mary Bryant udało się przepłynąć ów bezmiar wód i tak nie miałaby gdzie schronić się przed zamordystycznym aparatem, panoszącej się wszędzie totalnej władzy. Wszak jak napisałam powyżej świat zdaje się działać według jednego planu i upodabniać się do siebie w najgorszych, najbardziej drastycznych dla swych obywateli działaniach i zamierzeniach. Co jest ostatecznym celem tej ogarniającej cały glob antywolnościowej polityki? Aż strach pomyśleć…

 

The Incredible Journey of Mary Bryant (brak polskiej wersji językowej) () -  Andrikidis Peter| Filmy Sklep EMPIK.COM
                                                                        zdj. z Internetu

   Tak czy siak oboje z Cezarym pożegnaliśmy już w swych sercach Australię taką, jaką znaliśmy i kochaliśmy. Z dawnych, dobrych czasów, gdy w niej mieszkaliśmy zostały nam coraz bardziej blaknące wspomnienia, setki tysięcy kolorowych zdjęć oraz westchnienie dogłębnego smutku, świadomości, iż najprawdopodobniej tamta rzeczywistość nigdy już nie wróci…*

 





* Wszystkie zamieszczone w tym poście fotografie zrobiliśmy z Cezarym przed 2010 rokiem. W czasach normalności.

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost