Dziękuję za wszystkie Wasze
serdeczne słowa pod moim poprzednim, wrześniowym postem. Jeśli
chodzi o moje wychodzenie z choroby, to czuję się już znacznie
lepiej a właściwie zupełnie dobrze. Niekiedy jeszcze pokasłuję,
ale z tego co mówi lekarz może to trwać przez kilka następnych
tygodni. W związku z tym staram się nie przemęczać i uważać na
siebie.
Toczy się u nas zwyczajne życie.
Październik wkroczył na Pogórze ze znacznym ochłodzeniem i
deszczami. Zatem w ogrodzie pomału wszystko już opada, zmienia
barwy, szykuje się do zimowego snu. Póki tylko się da staramy się
korzystać z każdej słonecznej i ciepłej chwili. Tak, jak motyle,
których całe chmary obsiadają teraz kwiaty, opadłe owoce i pnie
drzew w ogrodzie cieszymy się promieniami słońca. Spacerujemy po
okolicach, wybieramy się na grzybobranie, z mieszaniną zachwytu i
nostalgii przyglądamy się jesiennym przemianom w naturze. Wszystkim
tym coraz bujniejszym złocistościom, amarantom, fioletom,
czerwieniom i brązom. Psy także napawają się dobrą pogodą
znajdując plamy słońca na upstrzonych opadłymi liśćmi
trawnikach i wylegując się na nich albo wpadłszy w szalony,
radosny nastrój biegając i bawiąc się niczym beztroskie
szczeniaki. Także Jacuś – nestor psiego rodu - zachowuje się
jakby odzyskał młodość i sprawność w niczym nie ustępując
brykającym w pobliżu córeczkom: Hipci i Misi. Zauważamy, iż noce
pieski zdecydowanie wolą już spędzać w domu pochrapując na swych
legowiskach i kanapie. Nie w smak im październikowa rosa i
przymrozki. W związku ze zbliżającą się zimą mają coraz
większy apetyt. Zachłannie opróżniają miski nie zostawiając nic
dla ewentualnych, tajemniczych, nocnych gości w naszym ogrodzie.
Ze względu na zimne wieczory i
poranki codziennie palimy w piecu C.O. i w kuchennym. Na szczęście
drewna opałowego mamy w tym roku wyjątkowo dużo. Zgromadzone w
kilku pomieszczeniach budynku gospodarczego wystarczy nam na długo.
Może nawet na dwa sezony grzewcze. Dlatego nie śpieszymy się na
razie z budowaniem wiaty. Na to przyjdzie czas najprawdopodobniej w
przyszłym roku, gdyż owa budowa wiązać się będzie ze sporym i
długotrwałym fizycznym wysiłkiem z naszej strony oraz, rzecz
jasna, wydatkami.
Powyższa spokojna i pogodna w tonie
relacja jest jednak tylko jedną stroną medalu, najbardziej widoczną
częścią mojej rzeczywistości. Tkwią bowiem we mnie różne nie
dające się wyjąć ani zapomnieć ciernie, które znacząco
wpływają na to, jak patrzę na wszystko, co czuję. Najbardziej
rani mnie beznadziejny stan zdrowia mojego taty, który resztę
swoich dni kompletnie bezradny i zdany na opiekę innych niby duże
niemowlę, spędzi w łóżku dotknięty coraz bardziej postępującą
demencją, nie potrafiąc już mówić i nie rozumiejąc prawie nic z
tego, co się do niego mówi. Karmić można go tylko gładkimi
papkami, niemowlęcymi zupkami i musami, bo nie umie już gryźć ani
przełykać żadnych kawałków pożywienia. To dla mnie ogromnie
szokujące i bolesne, bo jeszcze rok temu funkcjonował prawie
normalnie, chodząc po domu, samodzielnie korzystając z toalety,
przygotowując sobie ulubione posiłki, patrząc na telewizję.
Owszem, miał już duże problemy z pamięcią, ale dało się z nim
porozmawiać logicznie. A teraz? Roślina...
Chcąc nie chcąc dostrzegam, iż
niestety, źle się też dzieje na świecie. Widzimy to chyba
wszyscy, lecz tkwimy w jakiejś niemocy i stuporze, nie wierząc już
w to, że moglibyśmy mieć na te sprawy jakikolwiek wpływ. Ten stan
trwa właściwie od ponad pięciu lat. Straszy się nas wirusem,
klimatem, wojną i całą masą pomniejszych rzeczy. Kontroluje się
coraz bardziej społeczeństwo, nakręca ludzi przeciw sobie,
obezwładnia, doprowadzając niektórych do beznadziei, depresji czy
nerwicy. I po co to wszystko? Wielu na takie pytanie odpowiada, że
owładniętym strachem, ogłupionym i podzielonym narodem łatwiej
się zarządza, łatwiej wprowadza się kolejne, absurdalne nieraz
prawa i zarządzenia. A że z powodu owego zastraszania i wciskania
coraz bardziej idiotycznych przepisów gospodarka kuleje a w wielu
dziedzinach upada, że rośnie bezrobocie, niezadowolenie, złość i
poczucie krzywdy, tego już politycy zdają się nie zauważać. Ciernie, ciernie...
Z nutą gorzkiej ironii myślę
sobie czasem, że chyba lepiej by dla nas było, gdybyśmy wszyscy,
tak jak mój tata zachorowali na demencję i przestali rozumieć co
się wokół nas dzieje. Uśmiechalibyśmy się tylko pogodnie i
bezmyślnie pochłanialibyśmy kłamliwą, medialno-polityczną
papkę, którą się nas od pięciu lat karmi.
Jakoś odwykłam od pisania na
blogu...Zazwyczaj tak to chyba jest, że im dłużej się nie pisze,
tym trudniej do tego wrócić. Wypada się z tej wieloletniej rutyny.
Trybiki blogowania zaczynają rdzewieć a nawet odmawiać
posłuszeństwa. I pojawiają się pytania: czy właściwie
blogowanie jest mi w ogóle jeszcze potrzebne ? Czy to blogowe
pisanie ma szanse by zmienić coś na lepsze? Bo zdaje mi się coraz
częściej, że pisanie dla samego pisania to za mało. Bo to
zazwyczaj jałowe kręcenie się wokół podobnych, powtarzalnych
tematów. Bezpieczne tkwienie w uwitym przez siebie gniazdku
wzajemnych poklepywań po plecach i polubień. Blogowe pisanie to
także, a może przede wszystkim ucieczka od tego na co nie ma się
wpływu. Bo jakąś ucieczkę trzeba przecież mieć. Jednak w tym
samym czasie tyle ważnych spraw leży odłogiem tchórzliwie
zepchniętych w niebyt. Zwłaszcza tych prywatnych, związanych z
trudną codziennością i z obawami o przyszłość, z dręczącymi
troskami czy niepokojami o zdrowie i życie naszych bliskich. I tych
rozpościerających się szerzej, bo dotyczących tego, co dzieje się
w polityce i gospodarce naszego kraju oraz reszty świata...
Mimo wszystkich powyższych
wątpliwości, mimo tego, że coraz mniej chce mi się pisać znowu
stukam w klawiaturę komputera. Siłą wieloletniego nawyku znów
wysyłam kolejny tekst w świat. Niepewnie wkraczam do blogowej
rzeczywistości nie wiedząc, czy dobrze robię... A za oknem jedne
z ostatnich promieni październikowego słonka wołają mnie bym
natychmiast wyszła z domu i ufnie wystawiła ku nim twarz...
Niedziela...Poranek. Cudowny bo
słoneczny, ale jeszcze nie gorący. Pogodny, uśmiechnięty i
optymistyczny bo letni, kolorowy i pachnący. Człowiek wstaje i się
cieszy, że tak pięknie jest na świecie. Trwa pełnia kwitnienia
krzewów białego jak śnieg żylistka, żółtych jak słoneczka
wiesiołków, puszystych, różowych tawuł. I chciałby by trwało
to zawsze. Ten nastrój, to piękno, ta błogość i harmonia wnętrza
z zewnętrzem. Ten zapach popijanej powoli kawy łączący się
delikatnie z aromatem skoszonej wczoraj trawy, smakiem zrywanych spod
płotu dojrzałych poziomek, z wonią wciąż kwitnącego ligustru i
róż...
Niestety, wkrótce uśmiech rzednie
a serce zaczyna trzepotać z niepokoju. Wystarczyło włączyć
wiadomości w necie, by dowiedzieć się, że nie tylko, iż nadal
źle się dzieje na świecie, ale to zło nabiera dodatkowego
rozmachu i przyśpieszenia. W oczy biją ogromne nagłówki na
wszystkich portalach informacyjnych. Ameryka zaatakowała Iran. Do
wczoraj była jeszcze nadzieja, że to się nie stanie.
Ale się stało i nikt nie jest w
stanie przewidzieć, co będzie działo się dalej. Czy ta wojna
eskaluje w stronę totalnej wojny, czy jakimś cudem wszystko się
zredukuje i wyciszy? Kto jeszcze włączy się do tego konfliktu? I
co z tego wyniknie?
Powinnam się już przyzwyczaić do
złych wiadomości. Powinnam nie przejmować się tym wszystkim a po
prostu cieszyć swoim małym, póki co spokojnym jeszcze światem.
Nie powinnam myśleć o tym, co tam, ale wręcz przeciwnie – o tym,
co tu. I staram się. I nawet mi to nieźle wychodzi, gdy robię
śniadanie, spaceruję po ogrodzie, gdy wącham kwiaty, gdy głaszczę
podskakujące mi do rąk psy. A jednak w sercu wciąż czai się
cierń. Przypomnienie, że gdzieś tam w dalekim Iranie ludzie nie
mogą cieszyć się pięknem swoich ogrodów. Że przepadły gdzieś
ich błogie, radosne poranki z niespiesznie pitą kawą, ze
zwyczajnymi pogawędkami o pogodzie. I nie wiadomo, jak wiele z tych
zielonych, perskich rajów przetrwa ten czas chaosu i zniszczenia.
Ile ludzi ocaleje...Ludzi takich jak ja, Ty, my...
Mógłby ktoś zapytać – czemu
tak bardzo obchodzi mnie ten Iran? Czy nie przesadzam? Czy
niepotrzebnie nie dramatyzuję? Przecież to tak daleko od nas.
Przecież ta wojna nie ma i na pewno nie będzie mieć z nami nic
wspólnego. A mnie obchodzi, bo to ludzie tacy jak my. I oni i ci w
Strefie Gazy. Cierpią, boją się, giną, nie wiedzą co będzie
jutro, czy w ogóle jakieś jutro nastanie. A co u nas? Cóż, wcale
nie jest pewne, że ta wojna i nas nie zacznie dotyczyć. Podobnie
myśleli przecież ludzie w sierpniu 1939 roku. A i lato było
wówczas przepiękne, a kina wprost pękały w szwach...Ludzie
spragnieni byli rozrywki, zwyczajności i ...zapomnienia.
A wracając do chwili obecnej. Z
jednej strony mamy konflikt na Ukrainie, do którego większość z
nas zdążyła się już przyzwyczaić a nawet znieczulić na niego.
Z drugiej mamy bezwzględnie niszczoną Strefę Gazy i Iran. Czy i do
tego się przyzwyczaimy? Być może żeby nie oszaleć i nie dać
sobie zabrać odrobiny normalności rzeczywiście odwrócimy się od
złych wiadomości i będziemy żyć swoim zwyczajnym życiem. Bo
tak, każda chwila jest bezcenna. Bo jedno mamy życie i trzeba się
cieszyć tym, co jest, póki jest. A tamtym i tak nie pomożemy...I
może najlepiej odciąć się od Internetu, telewizji, gazet, rozmów
na polityczne tematy...Skupić się na tym co dobre, beztroskie i
niezmienne. I przez moment może się to nam nawet uda. Jest czym
zająć myśli i ciało. Jest się czym podniecać. Jest na co
czekać. Wszak to dla nas tyle wspaniałych filmów na platformach
streamingowych, koncertów plenerowych, lokalnych atrakcji
wyrastających jak grzyby po deszczu. Buduje się kolejne,
monstrualne wręcz parki rozrywki. W lokalnej polityce wybuchają
nowe, wesołe wojenki i śmieszne spory. A młode ziemniaki z
koperkiem są takie pyszne...
Trwać będzie dziwne rozdwojenie.
Tutaj cudowne lato, bujne zielenie, tętniące życiem pola i łąki, wokół wszystkie barwy tęczy. Tutaj
kawałek prostego szczęścia...A tam, w tym samym czasie smutek,
rozpacz, zło, lęk...I wszystko to jednocześnie w dziwnym
zespoleniu i rozdwojeniu jednocześnie...W słodko-gorzkim smaku. Wszak zawsze tak było, tak
jest i będzie. Na cóż więc wielkie słowa...?
I jeszcze jedno przychodzi mi do
głowy...Przecież wcale nie musi się toczyć żadna straszna wojna
na świecie, by w danym czasie nie dotykały nas osobiste dramaty.
Nasze własne, domowe konflikty i odzywające się stale problemy.
Nasze choroby i śmierci. Nasze noce pełne strachu i bólu o los
naszych bliskich. Codzienne, prywatne początki i końce świata...
A życie toczy się dalej. Wszystko
dookoła trwa w zwyczajnej jak na tą porę kolorystyce. Lato, lato
wszędzie. No i róże kwitną jak gdyby nigdy nic...
P.S.
Od kilku lat oglądam i słucham na YT pewnego młodego Irańczyka, który osiem lat temu przeprowadził sie do Polski, pokochał nasz kraj i świetnie nauczył się j.polskiego. Opowiada on tam m.in. o życiu w Iranie, a takze o tym, co dzieje sie tam teraz. Mówi m.in o irańskim reżimie i o tym, że to sami Irańczycy powinni go zmieniać. Nikt z zewnatrz nie ma i nie powinien mieć do tego prawa. Warto zajrzeć i posłuchać tutaj: Irańczyk w Polsce
…No cóż. Życie codzienne swoje, a świat swoje. Choćbyśmy
się w naszej zwyczajnej codzienności starali żyć jak najuczciwiej, jak
najnormalniej, prosto i zgodnie z logiką, prawem oraz tradycją, to w świecie
zewnętrznym wciąż się człowiek natyka na jakieś absurdy. I wydaje się, iż tych
absurdalnych informacji, idiotycznych wiadomości jest jakby z dnia na dzień
coraz więcej. W ostatnich dniach przyjęłam z niedowierzaniem zdumiewającą
informację, że także płoty mają być opodatkowane! Wprawdzie jeszcze prywatni
właściciele posesji nie muszą płacić płotowych podatków, ale firmy i instytucje
– jak najbardziej! Oj, cienko widać przędzie nasze ukochane państwo, skoro do ściągania
tak kretyńskich haraczy musi się posuwać. Koń by się uśmiał. A może i krowa. Tym jednak ostatnio jakoś nie do śmiechu...
Napisać chcę teraz o absurdzie, który zszokował, rozśmieszył a w końcu
i przeraził mnie najbardziej w ubiegłym roku. Jest to wiadomość o tym, że wiele
państw w Europie i na świecie postanowiło dodawać bydłu do pasz dodatek
zmniejszający puszczanie bąków i bekanie. Posądza się bowiem biedne krowy o
to, że to one pierdząc nagminnie i bezwstydnie przyczyniają się do ocieplenia
klimatu. Trzeba było zatem coś wymyślić aby koniecznie zmniejszyć ilość
wydalanego przez nie metanu. I proszę bardzo. W try miga usłużni naukowcy wykoncypowali
wspaniałą metodę. Wynaleziono środek chemiczny o nazwie Bovaer, który to w kilkudziesięciu
procentach eliminować ma z krowich wiatrów metan i zamieniać go w CO2.
Wprawdzie CO2 też jest oskarżany o złowrogi wpływ na klimat, ale ów wpływ jest
ponoć mniejszy niż zabójczy metan. Tak czy siak Bovaer został dopuszczony do
obrotu w UE w lutym 2022 roku. W Polsce też kilka firm przymierza się do jego
stosowania.
Zapewnia się, iż
ów Bovaer nie przenika do mleka oraz do tkanek krów, że jest absolutnie
nieszkodliwy a do tego całkowicie bezpieczny i skuteczny. Jednak czy czegoś nam
ta narracja nie przypomina? Czy już ktoś nas w ten sposób o czymś nie zapewniał?
Poczytałam trochę
na ten temat i oto, czego się dowiedziałam. Otóż ów cudowny środek testowano
najpierw na szczurach. Po jakimś czasie okazało się, iż karmione cudownym Boaverem
samce szczurów stały się bezpłodne. Natomiast w ciałach wielu z nich, poddanych
sekcji zwłok znaleziono liczne guzy i nowotwory. Ale to przecież tylko
szczury, nie ma zatem czym się przejmować…A co z samymi krowami? Czy dodatek do
ich pasz Boaveru nie wpływa na nie negatywnie? Zaobserwowano, iż częstowane tym
chemicznym środkiem krasule mają o wiele mniejsze pragnienie, niż inne krówki.
A to z kolei wpływa nie najlepiej na wyniki ich morfologii krwi oraz na ilość oraz
jakość produkowanego przez nie mleka. Okazuje się także, iż jednak wbrew
zapewnieniom producentów składniki aktywne Boaveru przenikają do mleka, tkanek,
kału oraz moczu krów. Zatem od jakiegoś czasu w środowisku krąży już ów
chemiczny środek i w jakiś sposób na nie wpływa. Zapewne także na ludzi. Ale
nic to! Wszak korzyści przewyższają ryzyko! Należy się przecież cieszyć, bo dzięki
genialnemu Bovaerowi klimat będzie uratowany a ktokolwiek by to negował ten
szur i płaskoziemiec!
Uff! Każdy niech
wyciągnie wnioski dla siebie. A ja nie byłabym sobą, gdybym owego tematu nie
przerobiła na wiersz, a nawet piosenkę bowiem czasami podśpiewuję sobie
poniższy tekst, gdy najdzie mnie chęć na
szydercze podsumowanie największych idiotyzmów ubiegłego roku…
Dookoła się rozrasta
Wielki dom wariatów
Kto tak drożdże pcha do ciasta?
Rzesza biurokratów
Oni wszystko lepiej wiedzą
W tryby biorą ziemię
Teraz wzięli się za krowy
Za to ich pierdzenie
Muszą szybko szukać rady
Bo planeta płonie
Trzeba krowom zatkać zady
Trosk wnet będzie koniec
A Ty wierć, palcem wierć
W nosie póki możesz
A Ty pierdź, w kącie siedź
W dobrym trwaj humorze…
Lek na wzdęcia dziś w matrixie
Dają biednym krowom
Ale milczą oczywiście
Gdy huk wojen obok
Cóż, że bomby, że pociski
Ryją biedną ziemię
Lecz interes kwitnie wszystkim
Niechaj więc się dzieje
Roundup w zbożach, plastik w rzekach
Śmieci wielkie wyspy
Ale tlenek węgla, metan
To wrogowie wszyscy
A Ty wierć, palcem wierć
W nosie póki możesz
A Ty pierdź, w kącie siedź
W dobrym trwaj humorze…
Dziś planeta cała cierpi
Na ogromne wzdęcia
Kłamstw i oszustw gaz ją gnębi
Ból jej trzewia skręca
Bo brat brata wciąż wyprawia
Hen za most tęczowy
A wariaci wznoszą brawa
Że nie pierdzą krowy
Ulgę ziemi wnet przyniesie
Wielkie BUM już wkrótce
Wróci spokój, wróci szczęście
W ciemnej, głuchej pustce…
A Ty wierć, palcem wierć…
W nosie póki możesz
A Ty pierdź, w kącie siedź
W dobrym trwaj humorze…
Oto katalog farm nie dodających bydłu do pasz Bovaeru
…Dziękuję wszystkim Wam za przyjazne i wspierające słowa
zamieszczone w komentarzach pod poprzednim postem. Bardzo dużo znaczyły one dla
mnie, gdyż pokazały mi, że nie jestem sama a większość z nas myśli podobnie, że
widzimy to, co dzieje się na świecie i mamy do tego zdecydowanie negatywny
stosunek. Jest nas wielu – tak samo świadomych i oburzonych a jednocześnie
bezradnych wobec politycznej rzeczywistości, w jakiej przyszło nam egzystować. Żadni
z nas przecież bojownicy o słuszną sprawę ani bohaterowie z cokołów. Ot, po
prostu jako zwyczajni, myślący ludzie dostrzegamy jak bardzo zmienia się nasza
rzeczywistość i dzielimy się tymi spostrzeżeniami. Pragniemy zrozumieć te
wszystkie przemiany i dociec w jakim kierunku nas prowadzą. Wiele z nich nas
niepokoi a nawet przeraża. A przecież my po prostu chcemy czuć się bezpiecznie
aby wieść spokojne, pracowite i uczciwe życie. Chcemy móc polegać na rozsądnym prawie
i na sprawiedliwych zasadach w państwie, na którego obszarze przebywamy. Jednak
coraz częściej stwierdzamy, że mocno się to wszystko psuje, gmatwa, zagraża
naszej przyszłości, odbiera nam sprawczość oraz nadzieję na lepsze. Czy jednak
naprawdę jesteśmy bezradni, czy może ktoś chce na nas ową bezradność i apatię
wymusić, wtłoczyć w ciasne ramy i pilnować by nie wydostały się spoza nich żadne przejawy zdrowego rozsądku i wolnomyślicielstwa?
A przecież jest nas
więcej, niż tych tam, pochowanych po internetowych bagniskach potworów –
cenzorów i ich oślizgłych pomagierów - klakierów. Czy sami damy sobie z nimi
radę, czy może poczekamy aż objawi się jakiś współczesny wiedźmin Geralt i
wysieka owe ohydne monstra swym czarodziejskim mieczem? Tu jednak pojawia się
pytanie – jak rozpoznać spośród wielu uzurpatorów i fałszywych zbawców owego
prawdziwego bohatera?Jak nie dać się
zwieść niby to pełnym zapału i szczerym słowom, które okazać się mogą tylko
zimną grą, fałszywą obietnicą, obliczoną na zyski manipulacją? Myślę, że także
w tym temacie musimy się dzielić swoimi spostrzeżeniami a nawet domysłami. Nie możemy
pozwolić sobie zamykać ust. Cały czas przecież tak wiele się dzieje.
Ot, podam tu
przykład sprzed kilku dni. Otóż w ONZ przeważająca większość należących do tej
organizacji państw podpisała „Pakt na
rzecz przyszłości”, deklarację zobowiązującą do konkretnych działań na
rzecz bezpieczniejszego, bardziej pokojowego, zrównoważonego i inkluzywnego
(łączącego, przeznaczonego dla wszystkich) świata dla przyszłych pokoleń. Hmm…Jakże
szlachetnie i szczytnie to brzmi, nieprawdaż? Kiedy jednak zagłębimy się w
szczegóły owego paktu, to chcąc nie chcąc rodzą się wątpliwości, czy
rzeczywiście ów pakt jest czymś dobrym dla ludzkości... Mowa tam jest bowiem m.in.
o przyśpieszeniu działań w sprawie zmian klimatu (np. całkowite odejście od
paliw kopalnych), o walce na rzecz integralności (ujednoliceniu – innymi słowy cenzurze)
informacji w środkach masowego przekazu, o ochronie praw kobiet i mniejszości
seksualnych, o zwiększonej roli cyfryzacji i wymiany danych. Wynika z tego, że
cały niemalże świat dąży ku temu samemu. Ku osiągnięciu większej kontroli nad
populacjami i ku wdrożeniu drogich oraz przeważnie nieefektywnych technologii w
celu walki z ociepleniem klimatycznym. Najgorsze jednak co przebija z treści
owego paktu to odczucie, iż jest on podwaliną pod budowę przyszłego rządu
światowego…Więcej na ten temat przeczytać można np. tu: ( klik) i tu ( klik ).
A więc jest się nad czym zastanawiać, jest o
czym pisać…I po raz kolejny trzeba uświadomić sobie, że te monstra z bagnisk
nasze milczenie biorą za przyzwolenie a nasz brak jakiejkolwiek aktywności
tylko dodaje im sił. A przecież nie jesteśmy i powinniśmy być bezwolnym,
potulnym stadem, choć oni tak właśnie nas traktują…
Kontaktowanie się
z innymi ludźmi, swobodna dyskusja na wszelkie tematy czy to w realu czy to w
necie powinna być czymś naturalnym i niezbywalnym. Mówienie na głos o tym, co
nas zastanawia i niepokoi pomaga oswoić swoje lęki, pomaga zrozumieć więcej.
Dlatego mówmy, póki całkiem nie zalepiono nam ust taśmą klejącą. Mówmy, mimo
smrodliwego oddechu czającego się w ciemnościach tajemniczego cenzora. Cenzurowanie
jest wszak przejawem lęku o to by prawda nie dobyła się na powierzchnię i nie
obaliła tej wszechobecnej mistyfikacji, kłamliwej narracji w jakiej tkwimy. I
przychodzi mi na myśl, że owa mroczna siła usiłująca nas okiełznać i zdusić,
owa podstępna maszkara z bagnisk to w istocie, tylko mała myszka, która się
rozdęła do niebotycznych rozmiarów i udaje golema a da się ją przecież łatwo
przekłuć szpilką dobrego humoru, celnej uwagi, wspólnego zdrowego rozsądku. To
właśnie robimy razem w codziennych rozmowach pośród znajomych, tutaj na blogach
czy też na innych platformach. I to robić powinniśmy, bo w kupie siła. A poza
wszystkim zawsze tak jest, że cokolwiek by się nie zdarzyło, człowiek w końcu
otrząsa się niby pies wyjęty z kąpieli i znów biegnie przed siebie rozglądając
się na boki, obserwując świat, dostrzegając w nim strefy światła i cienia, a
przede wszystkim znajdując jakieś oparcie w swojej codzienności, w bliskich,
niezawodnych ludziach, w powtarzalnych czynnościach.
I ze mną tak
właśnie jest. Czeka na mnie w gospodarstwie jeszcze trochę jesiennej roboty
takiej jak przygotowanie ziemi pod przesadzanie truskawek oraz wysadzanie
cebuli i czosnku, ostatnie w tym roku
koszenie, codzienne grabienie liści, przycinanie krzewów malin…Mam też
nadzieję, iż o ile pogoda i zdrowie pozwolą, to uda się nam z Cezarym wyruszyć
na jakieś bliższe czy dalsze wycieczki. Znaleźć może w końcu trochę grzybów, zobaczyć
coś ciekawego, zachwycić się nieznanymi jeszcze widokami, utrwalić je na
fotografiach.
Jesień coraz
wyraźniej zaznacza swoją obecność.Dookoła mnie i we mnie. Wszystko się ze sobą splata. Życie jak gdyby
nigdy nic toczy się dalej.A świat mimo
wszelkich totalitarnych zakusów i otaczających nas bredni nadal pokazuje co
dzień swoje urodziwe oblicze…
Chcę napisać o
Australii a jednocześnie mam wiele ku temu oporów. To bowiem jeden z tych
bliskich mi, trącających coś bardzo ważnego w duszy tematów, które trudno
podjąć ot tak, z biegu, spontanicznie i lekko. W przeszłości pisałam tu wiele o tej
wielobarwnej, zachwycającej krainie, ale czasy były to zgoła inne i moich
wspomnień nie zaburzała obecna, niewesoła rzeczywistość. Łatwo mi było wtedy
sięgać do kufra pamięci i wydobywać stamtąd materie zaklętych w czasie wspaniałych
chwil, mieniących się błękitem nieba i oceanu, złotem słońca i rozległych plaż,
oliwkową zielenią buszu albo oranżem i różem niezmierzonych, niknących w
tajemniczej dali dróg.Mam też przykre uczucie,
iż gdy ujmę to, co się w Australii teraz dzieje w adekwatne do obecnej sytuacji,
twarde słowa, w pewien sposób odrę tamte dawne wspomnienia z właściwego im,
delikatnego uroku.I na zawsze zniknie też
we mnie to przyjemne wrażenie, iż istnieje gdzieś na ziemi i istnieć będzie raj,
do którego wprawdzie więcej już nie trafię, ale którego dane mi było kiedyś dotknąć,
zwiedzić jego kawałek, nacieszyć się tym niezmierzonym, niewinnym pięknem.
Cóż. Być może
nigdy tego raju nie było, tylko ja tak sobie tę krainę wyobrażałam, w cudowną
maskę wyjątkowości ustrajałam? Przypuszczam, iż skłonność do ubarwiania i
postrzegania wszystkiego przez różowe okulary towarzyszyła mi często do tej
pory. Domyślam się też, iż widać to w większości moich tekstów blogowych.Sama już nie wiem, czy to takie moje celowo
skrzywione patrzenie, czy może nieumyślne upiększanie rzeczywistości…? I zdaje
mi się, że to chyba nie tylko ja dodaję jakiegoś szczególnego kolorytu zwykłym
dniom. Nie tylko ja przedstawiam ich wyidealizowany, nieco daleki od prawdziwości
obraz. Wielu z nas, blogerów, ucieka od trudnych, dokuczliwie dręczących spraw
w świat swych pasji, opisów zwyczajnej, lecz błogiej codzienności, czy
niezwyczajnych, fascynujących podróży. Nas wszystkich męczą już bardzo kwestie
polityczne i społeczne, tematy stale obecne w głównych mediach. Chcemy mieć
jakąś spokojną niszę, przykurzoną szufladę, gdzie możemy się przed tą
przytłaczającą rzeczywistością medialną czy też realnie się wokół nas dziejącą schronić.
Pewnie też dlatego tworzymy w blogosferze dalekie od naprawdę męczących nas
problemów wyspy. Wyspy swojskie, niezmienne lekkie i pogodne, pływające w
oceanie półprawd i niedopowiedzeń, otulone w mgłę niewinnych, słodkich marzeń
oraz pobożnych życzeń…
A wracając do
tematu Australii. Teraz, to znaczy mniej więcej od marca ubiegłego roku, niemal
wszystko zmieniło się w niej o sto
osiemdziesiąt stopni. I choć nadal istnieją tam kolorowe, niezwykłe
przestrzenie, choć nadal wśród żółtych traw pasą się stada kangurów a między
gałęziami eukaliptusów smacznie drzemią misie koala, to dziwaczny, pełen grozy
świat, jaki kreują tam ludzie nic już z baśnią nie ma wspólnego a wręcz
przeciwnie z horrorem, dramatem, futurystyczną wizją szaleńca albo z koszmarem
sennym. Od momentu zwiększonej popularności tematu pandemii coraz gorzej się na
Antypodach dzieje i przeraża mnie to, boli, przygnębia, zaburza kruchą
równowagę, jaką staram się osiągnąć na moim podkarpackim, bliskim naturze końcu
świata. Oczywiście, nie tylko temat Australii jest takim drażniącym me serce
cierniem, ponieważ to, co wyprawia się w niej w różnym stopniu powiela się też
w innych, o wiele bliższych geograficznie krajach. Polityczny schemat działania
jest przecież wszędzie ten sam. Pandemia,
przymus, segregacja, kontrola, cenzura, doprowadzenie społeczeństw do
całkowitego podporządkowania władzy skorumpowanych polityków i wszechwładnych korporacji, zmiana ustroju
gospodarczego, drożyzna i powszechna bieda.Polska także niestety tańczy, jak jej zagrają, ale nie wprowadza na
razie, być może z braku odwagi, tak diametralnie godzących w wolność człowieka
zmian, jakie wprowadziła już na swoim terenie Australia. Może też być, że po
prostu mamy zbyt nieudolny, składający się z mało kompetentnych ludzi rząd,
który nie potrafi postąpić z krnąbrnymi obywatelami tak ostro jak należy. Ale
rząd zawsze może upaść. Wszak już pchają się w kolejce do władzy i koryta
jeszcze bardziej bezwzględni oraz radykalni, choć z pozoru miłujący wolność czy
też postępowy liberalizm politycy…
Zszokowana tym,
co się w Australii rozgrywa, a zwłaszcza brutalnymi, sadystycznymi wręcz polowaniami
policjantów na łamiących wg nich prawo własnych obywateli, gloryfikacją
segregacji sanitarnej, donosicielstwa i powszechnej inwigilacji, nie potrafię
zrozumieć, jak z pogodnej, pełnej swobody i luzu krainy Australia mogła tak
szybko przekształcić się w państwo policyjne, w omal faszystowską dyktaturę.
Kompletnie kłoci mi się to z jej obrazem, jaki miałam w sobie wyjeżdżając z
Antypodów w 2010 roku. Jedenaście lat temu żegnałam Australię jako ogromną,
wielobarwną wyspę wolnych, niezmierzonych przestrzeni, fascynującej,
różnorodnej przyrody, rozwijających się szybko miast oferujących tubylcom oraz
licznym emigrantom wygodne, w miarę dostatnie i spokojne życie.Wiele się niestety od tamtej pory zmieniło…
Pamiętam, iż w
początkowej fazie lat dwutysięcznych obie największe tamtejsze aglomeracje,
czyli Melbourne i Sydney wygrywały we wszystkich rankingach badających poziom
zadowolenia ludzi z mieszkania w nich.Także
dla osób spoza Australii jawiły się owe miasta jako wymarzone do egzystencji,
dające taki poziom życia, jaki byłby wręcz niemożliwy do osiągnięcia w innych
częściach świata. Gdyby dzisiaj zrobiono taki ranking obawiam się, że oba te miasta
znalazły by się na którymś z ostatnich miejsc. No bo kto rozsądny z własnej
woli chciałby mieszkać w więzieniu o zaostrzonym rygorze? Wszak dzisiaj nie da
się wyjechać z krainy kangurów ani też do niej wjechać. I nikt nie ma pojęcia
jak długo owe całkowite zamknięcie będzie jeszcze trwać.Australia to teraz tak jak na początku swego
istnienia w osiemnastym wieku wyspa skazańców i niewolników. Od prawie dwóch
lat jej obywatele ograniczeni są zakazem przemieszczania się nie tylko za
granicę, ale nawet w obrębie swoich miast. Kolejne lockdowny (obecnie chyba ma
miejsce szósty!) zabraniają na terenie stanów Wiktoria, Nowa Południowa Walia
oraz w mniejszym stopniu Queensland takich np. działań jak: przemieszczania się
między stanami, wyjścia z domu w promieniu dalszym, niż 5 kilometrów, wychodzenia
na świeże powietrze na dłużej niż na godzinę, kontaktowania się z sąsiadami
oraz odwiedzania rodzin, zabaw dzieci w gronie
większym, niż trzyosobowym, robienia zakupów więcej niż raz dziennie i tylko
przez jedną osobę z rodziny, pisania w mediach społecznościowych prawdy o tym,
co się tam dzieje... Ech! Długo by wymieniać. Ilość koszmarnych zakazów i
nakazów stale się zmienia a jest przy
tym tak absurdalna, tak nie mieszcząca się w głowie, że doprawdy nie wiem, jak
żyjący tam ludzie dają radę się do nich dostosować, ogarnąć to wszystko, jak
nie powariowali jeszcze do reszty, jak zachowali w sobie resztki wiary w jakąś
lepszą przyszłość.
Czy
Australijczycy buntują się przeciw takiemu stanowi rzeczy? Owszem i te bunty są
coraz częstsze, coraz bardziej masowe. Niestety, tłumi się je coraz okrutniej i
bezwzględniej a większość społeczeństwa, jak donoszą badania tamtejszej opinii
publicznej, owe brutalne działania policji popiera. Społeczeństwo Australii w
przeważającej mierze zdaje się ufać swym władzom, wierzyć w ich pełną
manipulacji narrację, a co gorsza potępiać osoby wyłamujące się spod
narzucanych wszystkim norm i totalitarnych obostrzeń, mając je za szkodników, niebezpiecznych
szaleńców, głupców oraz egoistów. Co gorsza, wielu Australijczykom odpowiada
obecny, pandemiczny stan rzeczy, bo chociaż nie wolno im pracować, to państwo
przydziela im za to przymusowe nieróbstwo wielce satysfakcjonujące
odszkodowania pieniężne. Nadal stać ich zatem na posiłki z McDonaldsa i
Kentucky Fried Chicken. Nadal mogą popijać w domu galony taniego piwa i
zagryzać to wszystko kilogramami chipsów, grając przy tym w ulubione gry akcji
na komputerze, albo oglądając w TV kolejny durny serial,show, czy też amerykański film
science-fiction. A że w tym czasie na ulicach Melbourne jacyś ludzie ganiani
są, pałowani, powalani na ziemię, bici, przyduszani, zakuwani w kajdanki,
upokarzani i gazowani niczym dzika zwierzyna? Widocznie sami się o to prosili! A
że znajdują się tacy, co zamiast korzystać z błogiej bezczynności i nastawiwszy
do szczepienia ramiona bez szemrania podporządkowywać się wymaganiom władz, to
już ich sprawa. Jak chcą kłopotów, to mają! Niech tylko ich innym nie
przysparzają. Niech się najlepiej do porządnych ludzi w ogóle nie zbliżają, bo
jeszcze ich czymś tak niebezpiecznym jak niezależne myślenie zarażą…?
Jak to się mogło
stać, że będąca uosobieniem marzeń podróżników i emigrantów kraina stała się
tak bardzo zniewolonym, przerażającym państwem? Oboje z Cezarym próbujemy
znaleźć w jej historii zwiastuny dzisiejszej, koszmarnej rzeczywistości. I tak,
począwszy od okoliczności i powodów powstania tego kraju widzimy, że zawsze
dobrze miała się tam mentalność wszechwładnych panów i podporządkowanych we wszystkim oraz srodze za
każde przewinienie karanych zesłańców czy też obywateli drugiej kategorii albo
wręcz podludzi, jak w mocy prawa do niedawna traktowano jeszcze Aborygenów. Uświadamiamy
też sobie, że w przeszłości nie patyczkowano się tam nawet z białymi
emigrantami. Żony oddzielano od mężów a dzieci umieszczano w domach dziecka,
gdzie często były bite oraz wykorzystywane seksualnie. Natomiast w bardziej
współczesnych nam czasach Australia przodowała w poprawności politycznej,
zwalczając i potępiając wszelkie od niej, uważane za staroświeckie i szkodliwe,
odstępstwa. Większość urodzonej i wychowanej w tym państwie młodzieży łyka
medialną papkę bez najmniejszej refleksji i krytyki. Obywatele nauczeni są bezgranicznego zaufania do instytucji państwa
i rządu oraz potulnego podporządkowywania sięnajdziwaczniejszym nawet przepisom i normom. I nic dziwnego, że tak
właśnie jest. Wszak ludziom do niedawna całkiem dobrze się w tym kraju żyło. Większość
ich czuła się zaopiekowana i spokojna, co do swej przyszłości. Uczelnie wyższe oraz
służba zdrowia cieszyły się zasłużoną renomą. Bezrobotni dostawali niezłe
zasiłki. Emeryci wystarczające do godnego życia emerytury. A pracownicy
zadowalające ich wypłaty. I wszędzie, jak kraj długi i szeroki budowano nowe osiedla
mieszkaniowe oraz wielkie supermarkety. Gdzie nie spojrzeć rozciągały się
wspaniałe autostrady a gaz i benzyna były w miarę tanie.Poza tym państwo to nigdy nie doświadczyło na
swym terenie okupacji ani też konfliktu zbrojnego (nie licząc bombardowań japońskich
z czasów II w. światowej w obrębie miasta Darwin). Nie niepokojone z zewnątrz,
bezpieczne ze względu na swe wyspiarskie położenie dryfowało na oceanie
historii niby niezniszczalna, niezatapialna łódka. To wszystko sprawiło, że
obywatele australijscy trwali tam niby w złoconej bombce choinkowej i nikt w
najśmielszych nawet snach nie przypuszczał, iż na owym zaczarowanym cacku mogą
pojawić się kiedyś jakieś rysy, że ta bańka może wkrótce pęknąć. A te wiodące w wabiące oddale drogi, cudowne plaże oraz inne cuda tej wspaniałej krainy mogą stać się dla Australijczyków niedostępne...
Obejrzeliśmy
niedawno z mężem na YT australijsko-brytyjski film z 2005 roku opowiadający prawdziwą
historię ucieczki z owej wyspy totalnego szczęścia dziewczyny pełnej
niesamowitej odwagi i determinacji, zesłanej tam w 1788 r. za banalną kradzież.
(„Niesamowita podróż Mary Bryant”). Mary
została skazana na siedem lat pobytu w australijskiej kolonii karnej, ale jej
pragnienie wolności i niezależności sprawiło, iż nie bacząc na zagrożenia i
niebezpieczeństwa zdołała wydostać się z miejsca swego zesłania i po wielu
perturbacjach dotrzeć z powrotem do Anglii. W wytęsknionej ojczyźnie została
wtrącona do więzienia i osądzona, ale ponieważ historia jej życia wzruszyła
ogromną część ówczesnego społeczeństwa angielskiego ostatecznie uniewinnioną
ją i pozwolono wrócić do rodzinnego domu w Kornwalii. Zastanawiam się, czy
gdyby ktoś obecnie chciał bez zgody władz poważyć na się samowolneopuszczenie Australii, też spotkałby się z podobnym zrozumieniem i
łaską? Boję się, że we współczesnych czasach osoba taka zostałaby srodze
osądzona i skazana na najcięższą z kar. Poza tym dzisiaj wręcz niemożliwe jest
swobodne poruszanie się gdziekolwiek bez wiedzy szpiegujących wszystkich
telefonów komórkowych, dronów i innych elektronicznych, nowoczesnych urządzeń,
bez paszportów, zaświadczeń i magicznych kodów QR. Australia, jako stale
udoskonalający się w inwigilacji swych mieszkańców kontynent skazańców jest
świetnie zabezpieczona przed wszelką ewentualnością ucieczki ze swego „raju”.
Nikt nie wsiądzie dzisiaj w byle łódeczkę i nie przedrze się przez silne prądy
oceaniczne, przez rafy i sztormy, a przede wszystkim przez tysiące kilometrów
dzielące ów ląd od najbliższego kraju.A
nawet gdyby jakimś cudem współczesnej Mary Bryant udało się przepłynąć ów
bezmiar wód i tak nie miałaby gdzie schronić się przed zamordystycznym aparatem,
panoszącej się wszędzie totalnej władzy. Wszak jak napisałam powyżej świat
zdaje się działać według jednego planu i upodabniać się do siebie w
najgorszych, najbardziej drastycznych dla swych obywateli działaniach i
zamierzeniach. Co jest ostatecznym celem tej ogarniającej cały glob
antywolnościowej polityki? Aż strach pomyśleć…
zdj. z Internetu
Tak czy siak
oboje z Cezarym pożegnaliśmy już w swych sercach Australię taką, jaką znaliśmy
i kochaliśmy. Z dawnych, dobrych czasów, gdy w niej mieszkaliśmy zostały nam
coraz bardziej blaknące wspomnienia, setki tysięcy kolorowych zdjęć oraz
westchnienie dogłębnego smutku, świadomości, iż najprawdopodobniej tamta
rzeczywistość nigdy już nie wróci…*
* Wszystkie zamieszczone w tym poście fotografie zrobiliśmy z Cezarym przed 2010 rokiem. W czasach normalności.