Z takim oto śpiewem na ustach, zrywając kolejną kartkę z kalendarza rozpoczęłam któryś z kolei pochmurny dzień. Słowa tej pieśni niby dobrze znane zaczęły mi się jednak mylić. Cezary coś mi tam z boku podpowiadał, ale w sumie mylił jeszcze bardziej. Szybko zatem włączyłam komputer i YT, żeby odnaleźć ten utwór. A jak już znalazłam i zaśpiewałam zachciało mi się więcej pieśni z tamtych czasów, no więc poleciały „Siekiera, motyka…”, „Teraz jest wojna”. „Warszawo ma”, „Serce w plecaku” i inne w tym stylu. Rozpalałam w kuchennym piecu wciąż nucąc, krążąc między pogodnymi nutkami oraz tymi nieodmiennie łapiącymi za serce.
Kroiłam jarzyny na zupę, rozmyślając o tym, że chociaż wszystko wokół wydaje się tak normalne i zwyczajne, to jak donoszą media niewesoło się raczej na świecie dzieje. Jakby mało było dotychczasowych problemów to jeszcze na wschodnich rubieżach naszej ojczyzny, przy styku z Białorusią wprowadzany ma być stan wyjątkowy. Dziwna to dla mnie i przesadzona reakcja na to, co dzieje się na granicy. Po co aż tak poważne ruchy? Oby nie były one wstępem do czegoś poważniejszego…
Pochodzące w większości z naszego warzywnika buraczki, por, lubczyk, marchewki i pomidory wylądowały w esencjonalnym wywarze mięsnym. Do tego dodałam trochę soli, majeranku, czosnku i pieprzu. Pokroiłam na skwarki kawałek wędzonego podgardla. Dołożyłam pociętą w plasterki cebulę.Zaskwierczało apetycznie. Na drugiej patelni usmażyłam naleśniki sezamowe jako dodatek do zupy. Zapachniało w całym domu, w brzuchu zaburczało…
nalesniki sezamowelipcowa zupa grzybowa z makaronem nalesnikowym
Przysiadłam przy oknie kuchennym. Krople deszczu głośno i monotonnie uderzały w szyby. Zamazywał się widok na ogród. Na mokre krzewy bzów i róż. Na opadające z lip i jabłoni liście. Wszystko stało się jakieś odległe i nierealne. I gdyby nie upojne aromaty dochodzące z garnka na piecu, zdawać by się mogło, że świat wokół jest jakimś filmem, snem tylko. Przymknęłam oczy i wsłuchiwałam się w ten jednostajny dźwięk tłukących się o parapet kropel. Ten plusk, który od kiedy istnieje świat zawsze i wszędzie brzmiał podobnie, choć różne były okoliczności jego słuchania i różne rodziły się z nim skojarzenia…”Deszcz, jesienny deszcz. Smutne pieśni gra…” – zaśpiewałam cichutko, do wtóru szaroburej, pogórzańskiej słocie, uśpionym lasom i wzgórzom, które w nie tak dalekiej przecież przeszłości były świadkami niejednych, często tragicznych wydarzeń.
Ludzie żyjący w latach 40-tych ubiegłego wieku śpiewali smutne i poważne pieśni by oddać grozę tamtych wojennych dni, uwolnić nagromadzone w sercach emocje albo też zdystansować się jakoś, a nawet wyśmiać to, co osaczało i przerażało ich na co dzień. My też dzisiaj robimy podobnie. Ale czy będziemy tworzyć i śpiewać jakieś piosenki o naszych czasach? Czy zrodzi się taka potrzeba? Jak to się wszystko rozwinie? Mam nadzieję, że nic naprawdę złego się nie wydarzy…
Jak już skończyłam z zupą zabrałam się za chleb. Odkąd jesteśmy z Cezarym na diecie ketogenicznej czy też niskowęglowodanowej (ten sposób odżywiania bardzo dobrze nam służy) nie jadamy wypieków z mąki i paru innych rzeczy, natomiast nauczyłam się piec ciastka bez cukru i maki, pasztety miesne i warzywne oraz pyszne bochenki oparte na mielonym siemieniu lnianym, nasionach chia, babce jajowatej, sezamie, mące migdałowej, jajkach i innych tego typu składnikach. Gdyby jednak nastały gorsze czasy, rzecz jasna, nie będę wybrzydzać i powrócę do zwyczajnej mąki pszennej czy żytniej, której kilkanaście kilogramów zgromadziłam jeszcze w ubiegłym roku, na początku pandemii. Przydać się może wszystko. Jednak najważniejszy chyba pozostanie chleb. Od zawsze wyrabianie i pieczenie chleba było dla mnie czymś magicznym, czymś, czemu oddawałam w danej chwili całe serce. Potem napawałam się zapachem dochodzącym z piekarnika a ostatecznie chrupiącą skórką oraz puszystym miąższem. Oby nigdy nie zabrakło w naszych domach chleba. Tej ostoi niezmienności i spokoju…
pasztet z cukinii
chleb majonezowy
kokosanki z ksylitolem
W związku z tym, że wielkimi krokami zbliżają się zimne pory roku szykuję dużo przetworów warzywnych, owocowych i mięsnych. Jestem dopiero na półmetku a w spiżarni i w szafkach na ganku już piętrzą się słoiki mielonki ze smalcem, kiszonkami, dżemami i sokami. W pudełkach po lodach zgromadziłam kilka rodzajów ulubionych, suszonych ziół: dziurawca, wrotyczu, melisy, mięty, lubczyku i pokrzywy. W wielkim baniaku buzuje ciemnobordowe, bzowe wino.
Przetwory robię co roku. Po pierwsze lubię to zajęcie a po drugie daje mi ono jakieś, być może złudne, atawistyczne poczucie bezpieczeństwa. No a do tego ważne jest, iż nic się zazwyczaj w ogrodzie nie marnuje (o ile nie zjedzą naszych plonów ślimaki, o ile całkiem nie zgniją na skutek tej zbyt długo trwającej mokrawicy). Tym razem owocowe wyroby opieram na ksylitolu (cukrze brzozowym) oraz erytrytolu. Te słodziki nie podnoszą poziomu glukozy we krwi, a równie dobrze jak cukier konserwują zawartość słoików. Jedyną ich wadą jest, niestety, dość wysoka cena. W szafce mam też oczywiście zwykły cukier, ale póki się da, staram się go nie używać. Niech sobie spokojnie stoi razem z butelkami oleju rzepakowego, torebkami soli, kaszy, ryżu itp. Trzeba zadbać o to na przyszłe miesiące, by bez potrzeby z domu nie wychodzić i żeby mieć zapasy, dzięki którym przetrwać będzie można niepogodę, czy też jakiekolwiek czające się za rogiem kryzysy…
Deszcz chyba nie zamierza przestać dzisiaj padać. Zupa gotowa, chleb gotowy. Rozleniwione psy śpią gdzie popadnie. Cezary zawaliwszy kuchenny stół jakimiś śrubkami i nakrętkami przerabia starą, nieużywaną od lat latarkę. Wrześniowy dzień kroczy ku sobie tylko wiadomemu przeznaczeniu a ja nadal nucę stare piosenki…


















































