W jaworowym
domostwie ogromny rozgardiasz i bałagan…Nawet na ubranie choinki nie było dotąd
czasu ani natchnienia. Od ponad miesiąca tworzy się u nas łazienka na parterze.
Wymarzona, wyczekana od kiedy tu mieszkamy, czyli od ponad dziewięciu lat.
Dotąd wciąż musieliśmy korzystać z kabiny prysznicowej na pierwszym piętrze, co
latem nie stanowiło problemu, natomiast zimą było nim, z uwagi na przejmujący chłód
ciągnący tam od strychu i wynikającą z niego niechęć do ablucji wymagających całkowitego
rozdziania się. Lecz wreszcie Cezary uległ mym namolnym prośbom, zawziął się i
codziennie przez kilkanaście godzin lepi płytki ścienne i podłogowe, niweluje
fuszerki poprzednich majstrów, kuje, klepie, wydrapuje, zakłada krany,
podłącza, przystosowuje, wyrównuje, szlifuje, przykręca, wierci, docina, upiększa,
wydzielając z wielkiej kotłowni sporą część łazienkową. Wychodzi mu to raz
lepiej, raz gorzej. Nieidealnie, ale i tak wspaniale jak na samouka,
majsterkowicza od wszystkiego w domu i gospodarstwie.
Ta łazienka jest
dla mnie, dla nas, wspólnym prezentem urodzinowo – imieninowo – świąteczno - noworocznym. Ach! Lepszego nie
mogłabym pragnąć . I cieszę się tym nowym dla mnie luksusem. Cieszę jak dziecko
mogąc wziąć prysznic w ciepłym pomieszczeniu, do którego wchodzi się wprost z
naszej sypialni. A w planie jest także wanna! Już szykuje się na nią miejsce. A
nie kąpałam się w wannie od bodaj dziesięciu lat! Ach, co to będzie za cud i miód,
móc usiąść już wkrótce w pachnącej olejkami czy płynem do kąpieli wodzie,
zanurzyć się i przymknąć oczy. I pozostać tak na jakiś czas nie myśląc o
niczym. O tym, co trzeba, co muszę, co czeka niecierpliwie. Nie, na parę chwil
łazienka, moje ciche, ciepłe sanktuarium będzie tylko dla mnie…Ale na to muszę
jeszcze trochę poczekać.
Na razie jest wygodny, obszerny prysznic z
zasłonką. Jest umywalka z lustrem oraz spora szafka na różne łaziebne utensylia.
I codziennie nowe rządki kafelków pokrywają następne metry kwadratowe ścian i
podłogi. A Cezary skonany i obolały od roboty każdego ranka naciera się maścią
żywokostową, by dać radę przepracować kolejny dzień, by zobaczyć w moich oczach
radość, by przemóc swoje słabości i być z siebie jako tako zadowolonym. Myślę,
iż każdy człowiek potrzebuje najdrobniejszego choćby sukcesu. Udowodnienia
sobie czy też potwierdzenia, że na coś go jeszcze stać, że jeszcze coś potrafi,
że jak się uprze, to da radę, choćby gwoździe z nieba leciały. Dobrze jest też
swoje zadowolenie móc dzielić z kimś bliskim, z kimś kto wie jak dużo wysiłku,
czasu i starania kosztowało osiągnięcie pożądanego efektu. Dlatego pod koniec
każdej dniówki roboczej gorąco i szczerze podziwiam dokonania Cezarego. On zaś
cieszy się z mojego w nich udziału a także innych osiągnięć będących dziełem
mych rąk i inwencji twórczej. Z uszycia nowych zasłonek do łazienki oraz firanek
do kuchni. Z rozpalania co rano ognia w kuchennym piecu. Ze zwyczajnej porannej
owsianki z cynamonem. Z pieczenia smakołyków napełniających cały dom boskim
aromatem…
Oto przed nami wigilia i święta. Roboty w
związku z tym moc. Zawzięłam się więc by zrobić w tym roku dużo różnych
pyszności. By ucieszyć czymś niezwykłym nasze przyzwyczajone do skromnego
jedzenia na co dzień podniebienia. By nie bacząc na ten bałagan dokoła wyczarować
kilka smakowitych potraw, które tak miło będzie zjeść razem w te kilka wolnych
od pracy dni. Prawie nic z tego, co planowałam nie wyszło mi idealnie, ale
myślę, że i tak będziemy z mężem zadowoleni, bo nie potrzebujemy do szczęścia
wiele. Bo dobrze wiemy, że żadne materialne dobra tego szczęścia dać nie mogą,
o ile nie przekazuje się z nimi kawałka swojego serca, swojej szczerości i
ufności.
Czekają już w
lodówce i na zimnym ganku przygotowane
przeze mnie śledzie na trzy sposoby i ryba po grecku, kompot z suszonych
owoców, zupa grzybowa i smażone litewskie pierogi – grzybowikami zwane, sałatka
jarzynowa, pierniczki i kokosanki oraz nasączony nalewką jeżynową piernik z
polewą czekoladową przekładany puszystym, białym kremem maślanym. Wprawdzie
piernik wyszedł mi trochę krzywo i odrobinę przypalił się od spodu, ale i tak
jestem dumna, że dałam radę go zrobić, bo to pierwsze w moim życiu warstwowe ciasto
z kremem. Nigdy wcześniej nie odważałam się go piec, bojąc się, że całkiem nie
wyjdzie, że to dla mnie jakaś wyższa, niedostępna szkoła jazdy. Często tak w
życiu jest przecież, że obawa przed czymś całkiem skrzydła podcina i człowiek
wiele rzeczy sobie odpuszcza lękając się porażki. Ale chyba lepiej spróbować i
wiedzieć na co człowieka stać, niż karmić się złudzeniami czy lękami. Niż dusić
swą inwencję obawą przed samokrytyką czy niepowodzeniem. Po prostu zrobić coś tak
jak się potrafi, wierząc w siebie i doceniać swoje dzieło, jakiekolwiek by ono
nie było…
A na dworze choć
grudzień, w najlepsze trwa pogoda listopadowa. Pada i pada a na zewnętrznym
termometrze kilka stopni na plusie. W ogrodzie nadal kwitną stokrotki a zielona
pietruszka na grządce wciąż nadaje się do zrywania. Brak śniegu. Szaroburo. Chlapa
i mokrawica. Wilgoć stale wdziera się do domu, więc chociaż ciepło, trzeba drewno
przynosić i w piecach palić żeby ją przeganiać. Pierwsza to nasza zima tutaj bez kur. Z jednej
strony dobrze, bo nie muszę co rano wychodzić do kurnika z jedzeniem dla nich.
Z drugiej żal, bo tak mnie zawsze zielononóżki serdecznie witały gdakaniem,
wzlatywaniem na grzędy, zaglądaniem z ciekawością do wiadra, co też im
gospodyni przynosi. Teoretycznie mogłabym przez to dłużej pospać, ale wcale tak
nie robię. Zazwyczaj idę spać z kurami i wstaję z kurami. Ot, siła
przyzwyczajenia, ot niepoprawna, skowronkowata natura!
A tymczasem deszcz
nie ustaje. Psy wnoszą do domu kolejne porcje błota i brudu. Na nic bieganie z
mopem i odkurzaczem. Trzeba machnąć ręką, bo z pogodą się nie wygra. Pieski
znudzone i marudne, bo nie wiedzą co z sobą począć podczas takiej słoty. No bo
ileż można spać i jeść?! W rzadkich chwilach przejaśnień wypadają na dwór aby wreszcie
wybiegać się i pobawić w ogrodzie. Potem mżawka albo ulewa znowu zagania je do
domowych pieleszy i sprawdzania, czy w miskach pojawiła się już ukochana zupka makaronowo-wątrobiana!
Ech! Nawet kotów nie da się pogonić, bo one też w domu
siedzą. Po cóż im w taką pogodę na dwór wychodzić? Ulokowały się w pokoju na
pierwszym piętrze, gdzie mają święty spokój i przesypiają tam prawie całe dnie.
Nie jest to do końca ich wybór, albowiem, niestety, Misia oraz Hipa strasznie
zajadłe się na nie zrobiły i nie raz już, gdyby nie nasza interwencja, mogłoby
dojść do kociego rozlewu krwi. Bezpieczniej więc kotom z dala od psich paszcz,
ale smutniej bo i z dala ode mnie, która całe dnie krzątam się na dole i
niewiele mam teraz czasu by zajrzeć do stęsknionych miauczków na piętrze. Nie
jest tam idealnie tym moim kotkom, ale i tak przecież nieźle, bo ciepło, cicho
i bezpiecznie a do tego przytulnie na kocykach i fotelach. Na dół zabierać je mogę
tylko wtedy, gdy zamykam psy w pokoju psio-komputerowym albo gdy zwariowane szczekacze
są na dworze. Wypieszczę wówczas porządnie moje kochane mruczki, smakołykami
poczęstuję, poprzytulam się do ich mięciutkich futer, odetchnę chwilę w ich
czułym towarzystwie a potem znowu na górę je zanoszę…
Nie jest u nas idealnie. Nigdy nie było, ale
nie o to chyba w życiu chodzi. Sądzę, iż warto poukładać codzienność po
swojemu, nie przejmując się za bardzo cudzą opinią. Znaleźć dla siebie w tym co
jest trochę szczęścia. Widzieć je, nawet gdy stare czy nowe zmartwienia i
smutki usiłują zaćmić je zupełnie, gdy tęsknoty nie dają o sobie zapomnieć i
wciąż dopominają się o uwagę, gdy zewnętrzny świat coraz bardziej wariuje,
pogrążając się w niezrozumieniu i wrogości, gdy tyle ludzi cierpi i nie ma dla
nich ratunku, gdy jedni pławią się w luksusach a inni ledwo wiążą koniec z końcem,
gdy daleko są od nas ci, którzy powinni być blisko, gdy nadal nie udaje się nam
zrealizować ważnych dla nas marzeń, gdy na dworze zamiast grudniowego śniegu
wciąż deszcz i deszcz...
Jest, co jest.
Nieidealnie, ale po naszemu. Swojsko, skromnie i bezpiecznie w tej maleńkiej
kropelce danego nam czasu. Dokoła trwa nasz rozgardiasz, nasze życie, dom,
zwierzęta, zima. Już za chwilę kolejne nasze wspólne święta a potem powitanie
Nowego Roku.
Z zalanego deszczem Jaworowa życzymy Wam kochani
wszystkiego dobrego i pozdrawiamy Was świątecznie!:-))










