Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słońce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słońce. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 czerwca 2019

Rozmowy ze słońcem…





   Obecny upał tak jak chyba wszystkim nam też daje się we znaki. W ciągu dnia każe szukać cienia, ochłody, jakiejkolwiek ochrony przed ostrymi promieniami słońca. A i tak człowiek zapocony, osłabiony, senny na nic sił ani ochoty wielkiej nie ma. Chce mu się dużo pić, truskawki zajadać albo lody, polegiwać w jakimś ocienionym miejscu i drzemać, drzemać, drzemać... Drzemka taka jednak nie przynosi żadnego wytchnienia. Wstaje się po niej półprzytomnie i ociężale. Odziana w cieniutki podkoszulek na ramiączkach wymięta istota ludzka niepewnie, niechętnie a do tego chwiejnie wyłania ze swojej dusznej gawry. A na zewnątrz słonko od razu żarem potężnym uderza, oślepia, o zawroty głowy przyprawia, panoszy się w całym ogrodzie, za nic mając ludzkie męki. I z niegasnącym wigorem woła zachęcająco:

 - Nie marudź, kochana. Wcale nie pokazałem ci jeszcze na co mnie stać! Dopiero co narzekałaś, że Ci mnie mało, no to teraz masz, czego chciałaś. Nuże! Wystaw ku mnie ramiona i twarz. Niech Cię piegami ozłocę, niech zaróżowię nos i policzki, niech Twe włosy rozświetlę a myśli przyklapnięte ożywię, rozjaśnię a sercu niezbędnej iskry dodam!
- Och, słonko najmilejsze! Przecież widzisz, że piegów mam aż za dużo, a różowa już jestem niczym świnka skarbonka! I pewnie za chwilę skóra zacznie mi z nosa złazić. A myśli mi od Twego świecenia raczej nie przybędzie. Prędzej mi się mózg tudzież inne organa zagotują! – odpowiadam z przekąsem i wracam do domu żeby czapkę z daszkiem wdziać oraz przewiewną koszulę z długim rękawem założyć.
- Chowasz się przede mną? Znowu zrzędzisz? Oj, niewdzięczny ludzki rodzie, nigdy z niczego nie zadowolony! Niby to jasności spragniony a wciąż ku cieniowi i zimnu dążący! A przecież w ciemności nic nie może istnieć! Tylko ja mam moc dawania życia! Tylko ja nadaję wszystkiemu właściwy kierunek – szepcze chwilę potem rozczarowane mą postawą słońce.
- Ale przecież i Ty słońce, potrafisz ranić i zabijać. I Tobie zdarza się świecić zbyt mocno! – zauważam ocierając pot spływający obficie spod okularów.
- We wszystkim potrzebna jest rozwaga i równowaga. I odpowiedzialność. A także pamięć dobrego i złego. Wszak nie kto inny, jak wy, ludzie przyczyniacie się do coraz większej dziury ozonowej, wy wycinacie lasy, zanieczyszczacie chemikaliami co się tylko da, wy zabetonowujecie beztrosko ziemię i zawalacie oceany plastikiem. Robicie wiele dziwnych, wyniszczających was rzeczy a potem oskarżacie mnie, słońce, że świecę za mocno i że jestem wszystkiemu winne! – irytacją okryło się tak przyjazne do niedawna oblicze gwiazdy.
- Jeszcze za mną zatęsknisz, jeszcze mnie będziesz wołać a teraz jak zwykle nie doceniasz tego, co masz!  – dodaje słońce i urażone odwraca ode mnie spojrzenie. Jego uważny wzrok natychmiast pada na będące w pełni rozkwitu dzikie bzy. Znowu się rozpromienia. Najpierw pieści kwiaty delikatnie czułymi, leciutkimi muśnięciami. Potem śpiewa im najpiękniejsze, czerwcowe pieśni o pszczołach, osach, motylach, mrówkach i biedronkach uwijających się pracowicie w gęstwinie bzowych gałęzi. Obiecuje długi czas wspaniałej pogody. A wreszcie szepcze o sierpniowym owocowaniu. O czarnych i ciężkich od owoców baldachach. O zastępach ptaszków jesienią zajadających z apetytem te cierpkie, lecz pełne witamin czarne kuleczki. Obsypane białym, niezwykle wonnym kwieciem krzewy drżą delikatnie z przejęcia, otwierają się pod tkliwym dotykiem promieni. Rozkładają szeroko swe koronkowe sukienki. Pełne wdzięczności i wzruszenia przeginają się na wszystkie strony i wzdychają miłośnie…




   Przemożną falą ogarnia mnie ich wyrazisty, narkotyczny nieomal zapach. Nagle sama chciałabym być takim bzem, który docenia dary słońca i nie potrafi nic innego, jak tylko cieszyć się swymi kolejnymi przeistoczeniami.
 

- Masz rację, słonko! – szepczę -  Nam, ludziom bardzo trudno dogodzić. Docenić to, co akurat mamy i zrozumieć jak wiele od nas zależy. Nie gniewaj się na mnie, proszę! No co mam zrobić abyś znów na mnie życzliwie popatrzyło? – pytam pokornie a słonko, które na szczęście nie potrafi się długo na nikogo gniewać, zadowolone chichocze cichutko.
- Zatańcz wśród mych promieni! Uciesz się jasnością! – mówi raptem – Tak dawno już tego nie robiłaś a wyznam, iż miło by było widzieć Twoją radość oraz wdzięczność za to, co dla Ciebie robię!
- Ojej! Gdzież mi tam do tańca teraz! Ledwo dycham przecież! Za dużo ode mnie wymagasz, słonko! – wołam i aż kulę się na wyobrażenie swych nieporadnych tanów wykonywanych w trzydziestoparostopniowym upale. Och, z jaką chęcią zanurzyłabym teraz stopy w chłodnym nurcie jakiejś rzeczki. Co tam stopy! Aż po szyję bym do niej wlazła i tkwiła tam do czasu aż urosną mi płetwy i skrzela a potem popłynęłabym aż do morza! Tam napotkałabym srebrzystą ławicę mych siostrzyc i razem z nimi wesoło pomknęłabym do oceanu! Mijałybyśmy tajemnicze wyspy i podwodne skały. Bawiłybyśmy się w chowanego między koralowcami. Łapałybyśmy w pyszczki tęczowe banieczki powietrza. Wirowałybyśmy między turkusowymi falami. Zagłębiałybyśmy się w tajemnicze, niezbadane groty. Płynęłybyśmy śladem prastarych wielorybów, w których cieniu niestraszne by nam były rekiny ani żarłoczne mewy. Ocierałybyśmy się o mięciutkie gąbki i wodorosty. Chowałybyśmy się w kojących ciemnościach, w otchłani mrocznej wieczności…


 - Oj, oj! Wracaj tu do mnie, bo się tu zaraz w syrenę albo inne dziwaczne monstrum zamienisz i już nigdy nie wyjdziesz z tej strasznej topieli! – wtem słońce przerywa gwałtownie tok mych wodnych, jakże chłodzących rozpalone ciało, wyobrażeń.
- Mam dla Ciebie znacznie ciekawsze i pożyteczniejsze zajęcie od udawania ryby! – rzecze z ogromną pewnością w głosie.
- I nie ma mowy o żadnym ociąganiu, bo już jutro będzie za późno!
- Bierz koszyki albo wiadra i nazbieraj kwiatów czarnego bzu. Zobacz, już zaczynają opadać! Nie słyszysz, jak Cię do siebie wołają? Śpiesz się!  – dodaje kategorycznie.
- A po co? Na co je teraz rwać ? Szkoda ich! Przecież nawet jak przekwitną, to nic się nie stanie. Zaczną wytwarzać maleńkie owocki. I jesienią będzie z czego robić soki, wina i konfitury!  - stwierdzam przekonana, iż zdołam się jakoś wymigać się od pracy w upale.
- Otóż zrobisz dzisiaj kochaneczko dużo bzowego szampana! Tuż pod nosem masz do dyspozycji jasną moc czarnego bzu. Grzechem byłoby z niej nie skorzystać! Nie ma nic lepszego niż napić się go tuż po przebudzeniu. Delektować się w gorące popołudnie tym cudownie musującym napojem! Albo wyłożyć się wieczorem na leżaku i nie zwracajac uwagi na tabuny komarów sączyć go delikatnie przez słomkę. Na pewno w głowie Ci się od tego rozjaśni. I sił przybędzie. I inaczej na świat popatrzysz.  No i w końcu, kto wie? Może poczujesz się tak radośnie, że z własnej woli zatańczysz dla mnie? – słońce uśmiechnęło się porozumiewawczo i filuternie.
  A i mnie w tej chwili zrobiło się jakby weselej na duszy. Ucieszyłam się nawet, że przypomniało mi o tym pysznym,  bezalkoholowym a mimo to działającym jak prawdziwy szampan napoju. Robiłam go wiele lat temu, w czasach gdy nie miałam jeszcze pełnej spiżarki przetworów i trzeba było na szybko wymyślić coś dobrego i orzeźwiającego a przy tym, taniego i co ważne,  zdrowego do picia.


- No to idę, słonko! Tylko Ty mi za bardzo w plecy nie grzej, bo spłonę jak pochodnia! – oświadczam  i nie zwracając uwagi na urażone prychnięcia słonka wzięłam nożyczki oraz dwa wiadra i zanurzyłam się w bzowy gąszcz. Obcinałam biało szmaragdowe kwiatostany powoli i delikatnie, tak by nie było wielkiego uszczerbku dla żadnego z krzewów a nawet by ulżyć nieco ich zbyt bujnie kwitnącym gałęziom. Bzy zdawały się być zadowolone z mojej obecności. Drobniutkimi, kremowymi kwiateczkami gładziły mnie serdecznie po policzkach. Szczodrze posypywały mą głowę i rzęsy wonnym pyłkiem. Zginały się ku mnie szeleszcząc albo może nucąc coś cichutko i nostalgicznie. Zaniepokojone mym pojawieniem się pajączki i chrząszczyki będące mieszkańcami oraz strażnikami tej kwietnej krainy, przekonawszy się wkrótce, że nie robię im ani bzom żadnej krzywdy wlazły pomiędzy niższe konary i stamtąd spoglądały na mnie z życzliwą ciekawością, wołały do siebie pokazując tajemne ścieżynki i sekretne przejścia.  Łagodny cień otulał mą głowę. A bzowa gęstwina stała się jeszcze gęstsza. Niepostrzeżenie zrobiło się prawie zupełnie ciemno.  Ale przy tym dziwnie dobrze…Mogłabym tak trwać w tym bzowym królestwie bez końca, zamieniając się w elfa, driadę, baśniową bzową babuleńkę albo po prostu niby cień zniknąć, rozpłynąć się zupełnie między kwiatami i gałęziami…

- No już! Wystarczy! Nazbierałaś dwa pełniutkie wiadra. Wyłaź stamtąd czym prędzej! – usłyszałam raptem ponaglające nawoływania słonka. Poczułam też, że omiata mój kark parzącym, nie znoszącym sprzeciwu spojrzeniem.
- Och, jaka szkoda!- wzdycham niechętnie wynurzając się z pełnego słodkich szeptów gąszczu,  zdejmując z rzęs lepiące się do nich pajęczyny a z włosów zeschłe liście i truchła much.
- Co za dużo, to nie zdrowo! Czy nie słyszałaś o potężnej magii czarnych bzów? Czy nie wiesz o tym, że mogłyby zabrać Cię w podziemną krainę duchów i już z niej nie wypuścić? Poczytaj stare legendy słowiańskie. Zanurz się w celtyckie mity albo w ludowe przypowieści. W każdej z nich kryje się ziarnko prawdy… - szepnęło ostrzegawczo a dziki bez gdzieś z tyłu zaszumiał groźnie, zaszeleścił tajemniczo.
- We wszystkim trzeba umieć zachować umiar i równowagę. Bo prawie wszystko ma swoją jasną i ciemną stronę! – dodało słonko a ja lekko przestraszona jego słowami, nie patrząc już na gęstwinę krzewów zabrałam wiadra z baldachami dzikich bzów i czym prędzej podążyłam w stronę domu.
- Hej, hej! A masz aby wszystkie składniki do swojego szampana? – dobiegło mnie jeszcze z oddali rzeczowe pytanie słońca.
- Och, do zrobienia tego wspaniałego napoju niewiele przecież potrzeba! Mam kwiaty bzu, wodę, cukier i cytryny. To najzupełniej wystarczy! – odparłam i już, już miałam wejść od domu aby zabrać się za przygotowanie magicznego napitku, gdy wtem coś mi się przypomniało. Odwróciłam się ku słońcu i mimo, iż bardzo mocno świeciło na niebie spojrzałam mu prosto w oczy i szepnęłam:
- Wiesz co, słońce kochane? Chyba już wkrótce całkiem odstawię czarną kawę, bo wcale mi ona nie służy. Będę odtąd pić o świcie wspaniale musujący bzowy szampan a potem boso wirować na zroszonej, porannej trawie. No a Ty razem ze mną! Tak?


   A ono nic już nie odrzekło tylko uśmiechnęło się po swojemu i omiotło gorącym wejrzeniem pełen zieleni i kwiecia czerwcowy ogród. Tymczasem już wkrótce zza lasu dały się słyszeć odległe grzmoty. Gwałtownie pociemniało. Niebo zasnuły granatowe chmury. Słońce schowało się za nimi. Wszystko wokół znieruchomiało w oczekiwaniu na ożywczą ulewę…


Przepis na domowy szampan z kwiatów czarnego bzu

Ugotuj  kilka litrów wody, posłodź ja cukrem albo miodem a potem odstaw na kilka godzin do ostygnięcia. Nazbieraj co najmniej kilkadziesiąt baldachów kwiatów dzikiego bzu. Rozłóż na stole jasne prześcieradło albo obrus i poukładaj na nim baldachy. Niech poleżą sobie jakiś czas, aby wyszły z nich wszystkie maleńkie żyjątka. Przygotuj czyste słoje. Włóż do nich kwiaty bzu mniej więcej do 1/3 ich wysokości. Do każdego słoja wkrój jedną umytą cytrynę i wyciśnij sok z drugiej cytryny. Zalej kwiaty bzu i cytryny przygotowaną uprzednio, chłodną, słodką wodą. Luźno zakręć słoiki (napój do fermentacji będzie potrzebował dostępu powietrza). Codziennie przemieszaj zawartość swoich słoi. Obserwuj, czy po dwóch, trzech dniach widać będzie na jego powierzchni pianę i bąbelki. Jeśli je zauważysz, to znaczy, że napój dobrze fermentuje. Im cieplej jest w miejscu, gdzie stoją słoje, tym szampan szybciej się zrobi. Może być gotowy nawet po paru dniach.  Potem przecedź go przez sito i przelej do zakręcanych butelek. Butelki przechowuj w lodówce.


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost