Obecny upał tak jak
chyba wszystkim nam też daje się we znaki. W ciągu dnia każe szukać cienia, ochłody,
jakiejkolwiek ochrony przed ostrymi promieniami słońca. A i tak człowiek
zapocony, osłabiony, senny na nic sił ani ochoty wielkiej nie ma. Chce mu się
dużo pić, truskawki zajadać albo lody, polegiwać w jakimś ocienionym miejscu i
drzemać, drzemać, drzemać... Drzemka taka jednak nie przynosi żadnego wytchnienia.
Wstaje się po niej półprzytomnie i ociężale. Odziana w cieniutki podkoszulek na
ramiączkach wymięta istota ludzka niepewnie, niechętnie a do tego chwiejnie
wyłania ze swojej dusznej gawry. A na zewnątrz słonko od razu żarem potężnym
uderza, oślepia, o zawroty głowy przyprawia, panoszy się w całym ogrodzie, za
nic mając ludzkie męki. I z niegasnącym wigorem woła zachęcająco:
- Nie marudź, kochana.
Wcale nie pokazałem ci jeszcze na co mnie stać! Dopiero co narzekałaś, że Ci
mnie mało, no to teraz masz, czego chciałaś. Nuże! Wystaw ku mnie ramiona i twarz.
Niech Cię piegami ozłocę, niech zaróżowię nos i policzki, niech Twe włosy
rozświetlę a myśli przyklapnięte ożywię, rozjaśnię a sercu niezbędnej iskry
dodam!
- Och, słonko najmilejsze! Przecież widzisz, że piegów
mam aż za dużo, a różowa już jestem niczym świnka skarbonka! I pewnie za chwilę
skóra zacznie mi z nosa złazić. A myśli mi od Twego świecenia raczej nie
przybędzie. Prędzej mi się mózg tudzież inne organa zagotują! – odpowiadam z
przekąsem i wracam do domu żeby czapkę z daszkiem wdziać oraz przewiewną
koszulę z długim rękawem założyć.
- Chowasz się przede mną? Znowu zrzędzisz? Oj, niewdzięczny
ludzki rodzie, nigdy z niczego nie zadowolony! Niby to jasności spragniony a wciąż
ku cieniowi i zimnu dążący! A przecież w ciemności nic nie może istnieć! Tylko
ja mam moc dawania życia! Tylko ja nadaję wszystkiemu właściwy kierunek –
szepcze chwilę potem rozczarowane mą postawą słońce.
- Ale przecież i Ty słońce, potrafisz ranić i zabijać. I Tobie
zdarza się świecić zbyt mocno! – zauważam ocierając pot spływający obficie spod
okularów.
- We wszystkim potrzebna jest rozwaga i równowaga. I
odpowiedzialność. A także pamięć dobrego i złego. Wszak nie kto inny, jak wy,
ludzie przyczyniacie się do coraz większej dziury ozonowej, wy wycinacie lasy,
zanieczyszczacie chemikaliami co się tylko da, wy zabetonowujecie beztrosko
ziemię i zawalacie oceany plastikiem. Robicie wiele dziwnych, wyniszczających
was rzeczy a potem oskarżacie mnie, słońce, że świecę za mocno i że jestem
wszystkiemu winne! – irytacją okryło się tak przyjazne do niedawna oblicze
gwiazdy.
- Jeszcze za mną zatęsknisz, jeszcze mnie będziesz wołać
a teraz jak zwykle nie doceniasz tego, co masz! – dodaje słońce i urażone odwraca ode mnie
spojrzenie. Jego uważny wzrok natychmiast pada na będące w pełni rozkwitu
dzikie bzy. Znowu się rozpromienia. Najpierw pieści kwiaty delikatnie czułymi,
leciutkimi muśnięciami. Potem śpiewa im najpiękniejsze, czerwcowe pieśni o
pszczołach, osach, motylach, mrówkach i biedronkach uwijających się pracowicie
w gęstwinie bzowych gałęzi. Obiecuje długi czas wspaniałej pogody. A wreszcie szepcze
o sierpniowym owocowaniu. O czarnych i ciężkich od owoców baldachach. O
zastępach ptaszków jesienią zajadających z apetytem te cierpkie, lecz pełne
witamin czarne kuleczki. Obsypane białym, niezwykle wonnym kwieciem krzewy drżą
delikatnie z przejęcia, otwierają się pod tkliwym dotykiem promieni. Rozkładają
szeroko swe koronkowe sukienki. Pełne wdzięczności i wzruszenia przeginają się
na wszystkie strony i wzdychają miłośnie…
Przemożną falą ogarnia
mnie ich wyrazisty, narkotyczny nieomal zapach. Nagle sama chciałabym być takim
bzem, który docenia dary słońca i nie potrafi nic innego, jak tylko cieszyć się
swymi kolejnymi przeistoczeniami.
- Masz rację, słonko! – szepczę - Nam, ludziom bardzo trudno dogodzić. Docenić
to, co akurat mamy i zrozumieć jak wiele od nas zależy. Nie gniewaj się na
mnie, proszę! No co mam zrobić abyś znów na mnie życzliwie popatrzyło? – pytam pokornie
a słonko, które na szczęście nie potrafi się długo na nikogo gniewać, zadowolone
chichocze cichutko.
- Zatańcz wśród mych promieni! Uciesz się jasnością! –
mówi raptem – Tak dawno już tego nie robiłaś a wyznam, iż miło by było widzieć
Twoją radość oraz wdzięczność za to, co dla Ciebie robię!
- Ojej! Gdzież mi tam do tańca teraz! Ledwo dycham
przecież! Za dużo ode mnie wymagasz, słonko! – wołam i aż kulę się na
wyobrażenie swych nieporadnych tanów wykonywanych w trzydziestoparostopniowym
upale. Och, z jaką chęcią zanurzyłabym teraz stopy w chłodnym nurcie jakiejś rzeczki.
Co tam stopy! Aż po szyję bym do niej wlazła i tkwiła tam do czasu aż urosną mi
płetwy i skrzela a potem popłynęłabym aż do morza! Tam napotkałabym srebrzystą
ławicę mych siostrzyc i razem z nimi wesoło pomknęłabym do oceanu! Mijałybyśmy
tajemnicze wyspy i podwodne skały. Bawiłybyśmy się w chowanego między koralowcami.
Łapałybyśmy w pyszczki tęczowe banieczki powietrza. Wirowałybyśmy między turkusowymi
falami. Zagłębiałybyśmy się w tajemnicze, niezbadane groty. Płynęłybyśmy śladem
prastarych wielorybów, w których cieniu niestraszne by nam były rekiny ani
żarłoczne mewy. Ocierałybyśmy się o mięciutkie gąbki i wodorosty. Chowałybyśmy się
w kojących ciemnościach, w otchłani mrocznej wieczności…
- Oj, oj! Wracaj
tu do mnie, bo się tu zaraz w syrenę albo inne dziwaczne monstrum zamienisz i
już nigdy nie wyjdziesz z tej strasznej topieli! – wtem słońce przerywa gwałtownie
tok mych wodnych, jakże chłodzących rozpalone ciało, wyobrażeń.
- Mam dla Ciebie znacznie ciekawsze i pożyteczniejsze
zajęcie od udawania ryby! – rzecze z ogromną pewnością w głosie.
- I nie ma mowy o żadnym ociąganiu, bo już jutro będzie
za późno!
- Bierz koszyki albo wiadra i nazbieraj kwiatów czarnego
bzu. Zobacz, już zaczynają opadać! Nie słyszysz, jak Cię do siebie wołają? Śpiesz
się! – dodaje kategorycznie.
- A po co? Na co je teraz rwać ? Szkoda ich! Przecież
nawet jak przekwitną, to nic się nie stanie. Zaczną wytwarzać maleńkie owocki. I
jesienią będzie z czego robić soki, wina i konfitury! - stwierdzam przekonana, iż zdołam się jakoś wymigać
się od pracy w upale.
- Otóż zrobisz dzisiaj kochaneczko dużo bzowego szampana!
Tuż pod nosem masz do dyspozycji jasną moc czarnego bzu. Grzechem byłoby z niej
nie skorzystać! Nie ma nic lepszego niż napić się go tuż po przebudzeniu. Delektować
się w gorące popołudnie tym cudownie musującym napojem! Albo wyłożyć się wieczorem
na leżaku i nie zwracajac uwagi na tabuny komarów sączyć go delikatnie przez
słomkę. Na pewno w głowie Ci się od tego rozjaśni. I sił przybędzie. I inaczej
na świat popatrzysz. No i w końcu, kto
wie? Może poczujesz się tak radośnie, że z własnej woli zatańczysz dla mnie? –
słońce uśmiechnęło się porozumiewawczo i filuternie.
A i mnie w tej chwili zrobiło się jakby
weselej na duszy. Ucieszyłam się nawet, że przypomniało mi o tym pysznym, bezalkoholowym a mimo to działającym jak
prawdziwy szampan napoju. Robiłam go wiele lat temu, w czasach gdy nie miałam
jeszcze pełnej spiżarki przetworów i trzeba było na szybko wymyślić coś dobrego
i orzeźwiającego a przy tym, taniego i co ważne, zdrowego do picia.
- No to idę, słonko! Tylko Ty mi za bardzo w plecy nie
grzej, bo spłonę jak pochodnia! – oświadczam i nie zwracając uwagi na urażone prychnięcia
słonka wzięłam nożyczki oraz dwa wiadra i zanurzyłam się w bzowy gąszcz. Obcinałam
biało szmaragdowe kwiatostany powoli i delikatnie, tak by nie było wielkiego
uszczerbku dla żadnego z krzewów a nawet by ulżyć nieco ich zbyt bujnie
kwitnącym gałęziom. Bzy zdawały się być zadowolone z mojej obecności. Drobniutkimi,
kremowymi kwiateczkami gładziły mnie serdecznie po policzkach. Szczodrze posypywały
mą głowę i rzęsy wonnym pyłkiem. Zginały się ku mnie szeleszcząc albo może
nucąc coś cichutko i nostalgicznie. Zaniepokojone mym pojawieniem się pajączki i
chrząszczyki będące mieszkańcami oraz strażnikami tej kwietnej krainy,
przekonawszy się wkrótce, że nie robię im ani bzom żadnej krzywdy wlazły
pomiędzy niższe konary i stamtąd spoglądały na mnie z życzliwą ciekawością,
wołały do siebie pokazując tajemne ścieżynki i sekretne przejścia. Łagodny cień otulał mą głowę. A bzowa gęstwina
stała się jeszcze gęstsza. Niepostrzeżenie zrobiło się prawie zupełnie ciemno. Ale przy tym dziwnie dobrze…Mogłabym tak trwać
w tym bzowym królestwie bez końca, zamieniając się w elfa, driadę, baśniową
bzową babuleńkę albo po prostu niby cień zniknąć, rozpłynąć się zupełnie między kwiatami i gałęziami…
- No już! Wystarczy! Nazbierałaś dwa pełniutkie wiadra. Wyłaź
stamtąd czym prędzej! – usłyszałam raptem ponaglające nawoływania słonka.
Poczułam też, że omiata mój kark parzącym, nie znoszącym sprzeciwu spojrzeniem.
- Och, jaka szkoda!- wzdycham niechętnie wynurzając się z pełnego
słodkich szeptów gąszczu, zdejmując z rzęs lepiące się do nich pajęczyny
a z włosów zeschłe liście i truchła much.
- Co za dużo, to nie zdrowo! Czy nie słyszałaś o potężnej
magii czarnych bzów? Czy nie wiesz o tym, że mogłyby zabrać Cię w podziemną
krainę duchów i już z niej nie wypuścić? Poczytaj stare legendy słowiańskie.
Zanurz się w celtyckie mity albo w ludowe przypowieści. W każdej z nich kryje
się ziarnko prawdy… - szepnęło ostrzegawczo a dziki bez gdzieś z tyłu zaszumiał
groźnie, zaszeleścił tajemniczo.
- We wszystkim trzeba umieć zachować umiar i równowagę.
Bo prawie wszystko ma swoją jasną i ciemną stronę! – dodało słonko a ja lekko
przestraszona jego słowami, nie patrząc już na gęstwinę krzewów zabrałam wiadra
z baldachami dzikich bzów i czym prędzej podążyłam w stronę domu.
- Hej, hej! A masz aby wszystkie składniki do swojego szampana?
– dobiegło mnie jeszcze z oddali rzeczowe pytanie słońca.
- Och, do zrobienia tego wspaniałego napoju niewiele przecież
potrzeba! Mam kwiaty bzu, wodę, cukier i cytryny. To najzupełniej wystarczy! –
odparłam i już, już miałam wejść od domu aby zabrać się za przygotowanie magicznego
napitku, gdy wtem coś mi się przypomniało. Odwróciłam się ku słońcu i mimo, iż
bardzo mocno świeciło na niebie spojrzałam mu prosto w oczy i szepnęłam:
- Wiesz co, słońce kochane? Chyba już wkrótce całkiem odstawię
czarną kawę, bo wcale mi ona nie służy. Będę odtąd pić o świcie wspaniale
musujący bzowy szampan a potem boso wirować na zroszonej, porannej trawie. No a
Ty razem ze mną! Tak?
A ono nic już
nie odrzekło tylko uśmiechnęło się po swojemu i omiotło gorącym wejrzeniem pełen
zieleni i kwiecia czerwcowy ogród. Tymczasem już wkrótce zza lasu dały się słyszeć
odległe grzmoty. Gwałtownie pociemniało. Niebo zasnuły granatowe chmury. Słońce
schowało się za nimi. Wszystko wokół znieruchomiało w oczekiwaniu na ożywczą ulewę…
Przepis na domowy
szampan z kwiatów czarnego bzu
Ugotuj kilka
litrów wody, posłodź ja cukrem albo miodem a potem odstaw na kilka godzin do
ostygnięcia. Nazbieraj co najmniej kilkadziesiąt baldachów kwiatów dzikiego
bzu. Rozłóż na stole jasne prześcieradło albo obrus i poukładaj na nim
baldachy. Niech poleżą sobie jakiś czas, aby wyszły z nich wszystkie maleńkie żyjątka.
Przygotuj czyste słoje. Włóż do nich kwiaty bzu mniej więcej do 1/3 ich
wysokości. Do każdego słoja wkrój jedną umytą cytrynę i wyciśnij sok z drugiej
cytryny. Zalej kwiaty bzu i cytryny przygotowaną uprzednio, chłodną, słodką
wodą. Luźno zakręć słoiki (napój do fermentacji będzie potrzebował dostępu
powietrza). Codziennie przemieszaj zawartość swoich słoi. Obserwuj, czy po
dwóch, trzech dniach widać będzie na jego powierzchni pianę i bąbelki. Jeśli je
zauważysz, to znaczy, że napój dobrze fermentuje. Im cieplej jest w miejscu,
gdzie stoją słoje, tym szampan szybciej się zrobi. Może być gotowy nawet po paru dniach. Potem przecedź go
przez sito i przelej do zakręcanych butelek. Butelki przechowuj w lodówce.











