wtorek, 11 czerwca 2019

Rozmowy ze słońcem…





   Obecny upał tak jak chyba wszystkim nam też daje się we znaki. W ciągu dnia każe szukać cienia, ochłody, jakiejkolwiek ochrony przed ostrymi promieniami słońca. A i tak człowiek zapocony, osłabiony, senny na nic sił ani ochoty wielkiej nie ma. Chce mu się dużo pić, truskawki zajadać albo lody, polegiwać w jakimś ocienionym miejscu i drzemać, drzemać, drzemać... Drzemka taka jednak nie przynosi żadnego wytchnienia. Wstaje się po niej półprzytomnie i ociężale. Odziana w cieniutki podkoszulek na ramiączkach wymięta istota ludzka niepewnie, niechętnie a do tego chwiejnie wyłania ze swojej dusznej gawry. A na zewnątrz słonko od razu żarem potężnym uderza, oślepia, o zawroty głowy przyprawia, panoszy się w całym ogrodzie, za nic mając ludzkie męki. I z niegasnącym wigorem woła zachęcająco:

 - Nie marudź, kochana. Wcale nie pokazałem ci jeszcze na co mnie stać! Dopiero co narzekałaś, że Ci mnie mało, no to teraz masz, czego chciałaś. Nuże! Wystaw ku mnie ramiona i twarz. Niech Cię piegami ozłocę, niech zaróżowię nos i policzki, niech Twe włosy rozświetlę a myśli przyklapnięte ożywię, rozjaśnię a sercu niezbędnej iskry dodam!
- Och, słonko najmilejsze! Przecież widzisz, że piegów mam aż za dużo, a różowa już jestem niczym świnka skarbonka! I pewnie za chwilę skóra zacznie mi z nosa złazić. A myśli mi od Twego świecenia raczej nie przybędzie. Prędzej mi się mózg tudzież inne organa zagotują! – odpowiadam z przekąsem i wracam do domu żeby czapkę z daszkiem wdziać oraz przewiewną koszulę z długim rękawem założyć.
- Chowasz się przede mną? Znowu zrzędzisz? Oj, niewdzięczny ludzki rodzie, nigdy z niczego nie zadowolony! Niby to jasności spragniony a wciąż ku cieniowi i zimnu dążący! A przecież w ciemności nic nie może istnieć! Tylko ja mam moc dawania życia! Tylko ja nadaję wszystkiemu właściwy kierunek – szepcze chwilę potem rozczarowane mą postawą słońce.
- Ale przecież i Ty słońce, potrafisz ranić i zabijać. I Tobie zdarza się świecić zbyt mocno! – zauważam ocierając pot spływający obficie spod okularów.
- We wszystkim potrzebna jest rozwaga i równowaga. I odpowiedzialność. A także pamięć dobrego i złego. Wszak nie kto inny, jak wy, ludzie przyczyniacie się do coraz większej dziury ozonowej, wy wycinacie lasy, zanieczyszczacie chemikaliami co się tylko da, wy zabetonowujecie beztrosko ziemię i zawalacie oceany plastikiem. Robicie wiele dziwnych, wyniszczających was rzeczy a potem oskarżacie mnie, słońce, że świecę za mocno i że jestem wszystkiemu winne! – irytacją okryło się tak przyjazne do niedawna oblicze gwiazdy.
- Jeszcze za mną zatęsknisz, jeszcze mnie będziesz wołać a teraz jak zwykle nie doceniasz tego, co masz!  – dodaje słońce i urażone odwraca ode mnie spojrzenie. Jego uważny wzrok natychmiast pada na będące w pełni rozkwitu dzikie bzy. Znowu się rozpromienia. Najpierw pieści kwiaty delikatnie czułymi, leciutkimi muśnięciami. Potem śpiewa im najpiękniejsze, czerwcowe pieśni o pszczołach, osach, motylach, mrówkach i biedronkach uwijających się pracowicie w gęstwinie bzowych gałęzi. Obiecuje długi czas wspaniałej pogody. A wreszcie szepcze o sierpniowym owocowaniu. O czarnych i ciężkich od owoców baldachach. O zastępach ptaszków jesienią zajadających z apetytem te cierpkie, lecz pełne witamin czarne kuleczki. Obsypane białym, niezwykle wonnym kwieciem krzewy drżą delikatnie z przejęcia, otwierają się pod tkliwym dotykiem promieni. Rozkładają szeroko swe koronkowe sukienki. Pełne wdzięczności i wzruszenia przeginają się na wszystkie strony i wzdychają miłośnie…




   Przemożną falą ogarnia mnie ich wyrazisty, narkotyczny nieomal zapach. Nagle sama chciałabym być takim bzem, który docenia dary słońca i nie potrafi nic innego, jak tylko cieszyć się swymi kolejnymi przeistoczeniami.
 

- Masz rację, słonko! – szepczę -  Nam, ludziom bardzo trudno dogodzić. Docenić to, co akurat mamy i zrozumieć jak wiele od nas zależy. Nie gniewaj się na mnie, proszę! No co mam zrobić abyś znów na mnie życzliwie popatrzyło? – pytam pokornie a słonko, które na szczęście nie potrafi się długo na nikogo gniewać, zadowolone chichocze cichutko.
- Zatańcz wśród mych promieni! Uciesz się jasnością! – mówi raptem – Tak dawno już tego nie robiłaś a wyznam, iż miło by było widzieć Twoją radość oraz wdzięczność za to, co dla Ciebie robię!
- Ojej! Gdzież mi tam do tańca teraz! Ledwo dycham przecież! Za dużo ode mnie wymagasz, słonko! – wołam i aż kulę się na wyobrażenie swych nieporadnych tanów wykonywanych w trzydziestoparostopniowym upale. Och, z jaką chęcią zanurzyłabym teraz stopy w chłodnym nurcie jakiejś rzeczki. Co tam stopy! Aż po szyję bym do niej wlazła i tkwiła tam do czasu aż urosną mi płetwy i skrzela a potem popłynęłabym aż do morza! Tam napotkałabym srebrzystą ławicę mych siostrzyc i razem z nimi wesoło pomknęłabym do oceanu! Mijałybyśmy tajemnicze wyspy i podwodne skały. Bawiłybyśmy się w chowanego między koralowcami. Łapałybyśmy w pyszczki tęczowe banieczki powietrza. Wirowałybyśmy między turkusowymi falami. Zagłębiałybyśmy się w tajemnicze, niezbadane groty. Płynęłybyśmy śladem prastarych wielorybów, w których cieniu niestraszne by nam były rekiny ani żarłoczne mewy. Ocierałybyśmy się o mięciutkie gąbki i wodorosty. Chowałybyśmy się w kojących ciemnościach, w otchłani mrocznej wieczności…


 - Oj, oj! Wracaj tu do mnie, bo się tu zaraz w syrenę albo inne dziwaczne monstrum zamienisz i już nigdy nie wyjdziesz z tej strasznej topieli! – wtem słońce przerywa gwałtownie tok mych wodnych, jakże chłodzących rozpalone ciało, wyobrażeń.
- Mam dla Ciebie znacznie ciekawsze i pożyteczniejsze zajęcie od udawania ryby! – rzecze z ogromną pewnością w głosie.
- I nie ma mowy o żadnym ociąganiu, bo już jutro będzie za późno!
- Bierz koszyki albo wiadra i nazbieraj kwiatów czarnego bzu. Zobacz, już zaczynają opadać! Nie słyszysz, jak Cię do siebie wołają? Śpiesz się!  – dodaje kategorycznie.
- A po co? Na co je teraz rwać ? Szkoda ich! Przecież nawet jak przekwitną, to nic się nie stanie. Zaczną wytwarzać maleńkie owocki. I jesienią będzie z czego robić soki, wina i konfitury!  - stwierdzam przekonana, iż zdołam się jakoś wymigać się od pracy w upale.
- Otóż zrobisz dzisiaj kochaneczko dużo bzowego szampana! Tuż pod nosem masz do dyspozycji jasną moc czarnego bzu. Grzechem byłoby z niej nie skorzystać! Nie ma nic lepszego niż napić się go tuż po przebudzeniu. Delektować się w gorące popołudnie tym cudownie musującym napojem! Albo wyłożyć się wieczorem na leżaku i nie zwracajac uwagi na tabuny komarów sączyć go delikatnie przez słomkę. Na pewno w głowie Ci się od tego rozjaśni. I sił przybędzie. I inaczej na świat popatrzysz.  No i w końcu, kto wie? Może poczujesz się tak radośnie, że z własnej woli zatańczysz dla mnie? – słońce uśmiechnęło się porozumiewawczo i filuternie.
  A i mnie w tej chwili zrobiło się jakby weselej na duszy. Ucieszyłam się nawet, że przypomniało mi o tym pysznym,  bezalkoholowym a mimo to działającym jak prawdziwy szampan napoju. Robiłam go wiele lat temu, w czasach gdy nie miałam jeszcze pełnej spiżarki przetworów i trzeba było na szybko wymyślić coś dobrego i orzeźwiającego a przy tym, taniego i co ważne,  zdrowego do picia.


- No to idę, słonko! Tylko Ty mi za bardzo w plecy nie grzej, bo spłonę jak pochodnia! – oświadczam  i nie zwracając uwagi na urażone prychnięcia słonka wzięłam nożyczki oraz dwa wiadra i zanurzyłam się w bzowy gąszcz. Obcinałam biało szmaragdowe kwiatostany powoli i delikatnie, tak by nie było wielkiego uszczerbku dla żadnego z krzewów a nawet by ulżyć nieco ich zbyt bujnie kwitnącym gałęziom. Bzy zdawały się być zadowolone z mojej obecności. Drobniutkimi, kremowymi kwiateczkami gładziły mnie serdecznie po policzkach. Szczodrze posypywały mą głowę i rzęsy wonnym pyłkiem. Zginały się ku mnie szeleszcząc albo może nucąc coś cichutko i nostalgicznie. Zaniepokojone mym pojawieniem się pajączki i chrząszczyki będące mieszkańcami oraz strażnikami tej kwietnej krainy, przekonawszy się wkrótce, że nie robię im ani bzom żadnej krzywdy wlazły pomiędzy niższe konary i stamtąd spoglądały na mnie z życzliwą ciekawością, wołały do siebie pokazując tajemne ścieżynki i sekretne przejścia.  Łagodny cień otulał mą głowę. A bzowa gęstwina stała się jeszcze gęstsza. Niepostrzeżenie zrobiło się prawie zupełnie ciemno.  Ale przy tym dziwnie dobrze…Mogłabym tak trwać w tym bzowym królestwie bez końca, zamieniając się w elfa, driadę, baśniową bzową babuleńkę albo po prostu niby cień zniknąć, rozpłynąć się zupełnie między kwiatami i gałęziami…

- No już! Wystarczy! Nazbierałaś dwa pełniutkie wiadra. Wyłaź stamtąd czym prędzej! – usłyszałam raptem ponaglające nawoływania słonka. Poczułam też, że omiata mój kark parzącym, nie znoszącym sprzeciwu spojrzeniem.
- Och, jaka szkoda!- wzdycham niechętnie wynurzając się z pełnego słodkich szeptów gąszczu,  zdejmując z rzęs lepiące się do nich pajęczyny a z włosów zeschłe liście i truchła much.
- Co za dużo, to nie zdrowo! Czy nie słyszałaś o potężnej magii czarnych bzów? Czy nie wiesz o tym, że mogłyby zabrać Cię w podziemną krainę duchów i już z niej nie wypuścić? Poczytaj stare legendy słowiańskie. Zanurz się w celtyckie mity albo w ludowe przypowieści. W każdej z nich kryje się ziarnko prawdy… - szepnęło ostrzegawczo a dziki bez gdzieś z tyłu zaszumiał groźnie, zaszeleścił tajemniczo.
- We wszystkim trzeba umieć zachować umiar i równowagę. Bo prawie wszystko ma swoją jasną i ciemną stronę! – dodało słonko a ja lekko przestraszona jego słowami, nie patrząc już na gęstwinę krzewów zabrałam wiadra z baldachami dzikich bzów i czym prędzej podążyłam w stronę domu.
- Hej, hej! A masz aby wszystkie składniki do swojego szampana? – dobiegło mnie jeszcze z oddali rzeczowe pytanie słońca.
- Och, do zrobienia tego wspaniałego napoju niewiele przecież potrzeba! Mam kwiaty bzu, wodę, cukier i cytryny. To najzupełniej wystarczy! – odparłam i już, już miałam wejść od domu aby zabrać się za przygotowanie magicznego napitku, gdy wtem coś mi się przypomniało. Odwróciłam się ku słońcu i mimo, iż bardzo mocno świeciło na niebie spojrzałam mu prosto w oczy i szepnęłam:
- Wiesz co, słońce kochane? Chyba już wkrótce całkiem odstawię czarną kawę, bo wcale mi ona nie służy. Będę odtąd pić o świcie wspaniale musujący bzowy szampan a potem boso wirować na zroszonej, porannej trawie. No a Ty razem ze mną! Tak?


   A ono nic już nie odrzekło tylko uśmiechnęło się po swojemu i omiotło gorącym wejrzeniem pełen zieleni i kwiecia czerwcowy ogród. Tymczasem już wkrótce zza lasu dały się słyszeć odległe grzmoty. Gwałtownie pociemniało. Niebo zasnuły granatowe chmury. Słońce schowało się za nimi. Wszystko wokół znieruchomiało w oczekiwaniu na ożywczą ulewę…


Przepis na domowy szampan z kwiatów czarnego bzu

Ugotuj  kilka litrów wody, posłodź ja cukrem albo miodem a potem odstaw na kilka godzin do ostygnięcia. Nazbieraj co najmniej kilkadziesiąt baldachów kwiatów dzikiego bzu. Rozłóż na stole jasne prześcieradło albo obrus i poukładaj na nim baldachy. Niech poleżą sobie jakiś czas, aby wyszły z nich wszystkie maleńkie żyjątka. Przygotuj czyste słoje. Włóż do nich kwiaty bzu mniej więcej do 1/3 ich wysokości. Do każdego słoja wkrój jedną umytą cytrynę i wyciśnij sok z drugiej cytryny. Zalej kwiaty bzu i cytryny przygotowaną uprzednio, chłodną, słodką wodą. Luźno zakręć słoiki (napój do fermentacji będzie potrzebował dostępu powietrza). Codziennie przemieszaj zawartość swoich słoi. Obserwuj, czy po dwóch, trzech dniach widać będzie na jego powierzchni pianę i bąbelki. Jeśli je zauważysz, to znaczy, że napój dobrze fermentuje. Im cieplej jest w miejscu, gdzie stoją słoje, tym szampan szybciej się zrobi. Może być gotowy nawet po paru dniach.  Potem przecedź go przez sito i przelej do zakręcanych butelek. Butelki przechowuj w lodówce.


34 komentarze:

  1. Miało rację słonko, że kwiaty bzu zrywać kazało :) Szampan - to brzmi smakowicie, sama tego nigdy nie robiłam, tylko sok i nalewkę w zeszłym roku.
    Gorąco, ale to w końcu czerwiec, lato się szybko zbliża, więc jak ma być? :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaje mi się, że już dzisiaj mój szampan będzie gotowy. Właśnie go próbowałam i niewiele brakuje mu do ideału!:-)
      Gorąco nie jest nawet tak dręczące jak zmasowane ataki komarów. Cała jestem pogryziona!
      Uściski serdeczne, Lidko!:-)*

      Usuń
  2. Wspaniałe rozmowy ze słońcem prowadziłaś, trzeba go docenić, mimo że obdarowuje nas żarem nie do wytrzymania. Ciekawy pomysł na ten bzowy szampan, sam mam ogromną ochotę nazrywać tych baldachów, ale nie mam słoików, a bez nich ni rusz... Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałam wykorzystac upał jako temat do kreatywnej opowieści. Ot, żeby pióro nie zardzewiało!:-)
      Bzowy szampan warto zrobic nawet w mniejszej ilości. W jakimś garnku z przykrywką na przykład. A potem przelać do butelek po wodzie mineralnej i schować do lodówki.No i popijać dla dobrego samopoczucia i dla ochłody!
      Pozdrawiam serdecznie, Maksie!:-)

      Usuń
  3. No prosze, madry to i ze sloncem pogada :)
    A ja ponoc nudze i marudze... jak mowi Wspanialy. Wiem, tym razem ma racje, bo samej ze soba mi ciezko wytrzymac.. jak ja dam rade w tym wytrzymac? nie mam pojecia, wiem tylko, ze musze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Mało tu ludzi spotykam na co dzień. no to jak mi sie chce pogadać z kimś to i słonko sie do tego nada!:-)
      Och, Star! Ja też coraz bardziej nudze i marudzę i często z sama sobą sie męczę - mozemy wiec sobie podać ręce! Biorę zatem Twoją dłon i sciskam ja serdecznie, usmiech o poranku Ci serdeczny przekazując!:-)

      Usuń
    2. Star! To ja się do Oleńkowej dłoni dołączam i staję obok. Masz jeszcze moją dłoń i uśmiech:-)*

      Usuń
    3. Dzieki dziewczyny kochane, juz mi lzej i latwiej :***

      Usuń
  4. Ot i pogadaliście sobie :-) Ja z nim rozmawiam jak idę do pracy, ale ono, filtrowane przez listki starej jabłoni w moim zapuszczonym sadzie, delikatniejsze jest. Jakieś bardziej łagodne. Wdycham jego blask, wpuszczam do środka i proszę o oczyszczenie wszystkich kątków z niepotrzebnych paproszków. I się dzieje.
    Wino bzowe, nawet nazwa jest jakaś taka wróżkowa :-) dziś zrobię. Miłego dnia Olu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Słonko filtrowane przez liscie znacznie jest łagodniejsze i przyjemniejsze w obyciu. I pomocne w polepszeniu humoru i spojrzeniu na świat z większym optymizmem. Ale gdy słonko zbyt ostro sie rozhula, gdy przygrzewa niczym na Aaharze trzeba zaciągnąc zasłony, zamknąc okna i nie dać sie mu spalic na skwarek!:-)
      Winko moje musujące chyba juz dzisiaj będzie gotowe.Wieczorem sie uraczę!:-)
      I Tobie miłego dnia, Aniu!:-)

      Usuń
  5. Dwa razy wyrzuciło mi komentarz, a klawiatura dostaje jakiegoś amoku i utrudnia mi jak może.
    To tylko napiszę, że zaczytałam się, to śmiejąc się, to ciesząc pięknymi opisami kwiecistych baldachów, zabawy w zimnym oceanie.
    Ze słońcem też miałam pogaduszkę kiedy wracałam spocona i zdyszana z zakupów. Burknęłam wtedy pod nosem, że coś urosło ostatnio i pali, a nie grzeje. Szybko dostałam odpowiedź: Ty się ciesz, że nie mam takich zębów jak ten wilki z bajki o Czerwonym kapturku!
    A ta wymięta istota ludzka w cienkim podkoszulku na ramiączkach toż to wypisz, wymaluj ja:-) I jeszcze ta duszna gawra:-(
    Serdeczne usciski i buziaki posyłam:-)***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, kochana. Przed chwilą znalazłam na YT i muszę się tym z Tobą podzielić. Wygugluj jak będziesz miała czas "Ed Sheeran - Perfect Symphony (with Andrea Bocelli)". Ma 195 239 096 wyświetlań i 69 145 komentarzy. Wiesz, ze lubię Eda Sheerana, tą piosenkę, język angielski:-), Andrea Bocellego, jego piękny głos i język włoski, tak jak Ty. Może Ci się spodoba, a jak nie bardzo, to chociaż podzieliłam się z Tobą moją radością z jej wysłuchania.
      Upał straszny, ale zaczynam się powoli przyzwyczajać i nawet zaczyna mi się to podobać:-)
      Buziaki jak zwykle. No jakże by bez tego:-)***

      Usuń
    2. A propos zwariowanej klawiatury, to pewnie ona od tego gorąca też juz dostaje jakiegos fixum-dyrdum!:-)
      Cieszę się, że miło czytało Ci sie o moich ogrodowo-morskich przygodach!:-)
      Jak tu nie być wymiętą, zapoconą istotą w podkoszulku jak nie można w nocy okna otworzyć z obawy przed chmarą żarłocznych komarów? Zamówiliśmy parę dni temu moskitiery i wciaz czekamy na ich przywóz. Bez nich noce to istna sauna!
      Posłuchałam z przyjemnoscią polecanej przez Ciebie piosenki. Dziękuję!* Piękna - zwłaszcza w wersji włoskiej. A Andrea Bocellego bym nie poznała. Bardzo sie zmienił, zestarzał, a może na cos choruje?Ale głos pozostał mu na szczęście przepiękny, czysty, przejmujący, nieporównywalny do żadnego innego.
      No tak, do upału też można sie przywyczaić,dostosować swe obyczaje, jak nie ma innego wyjścia. Ja teraz wstaję przed piątą rano i tylko wtedy jestem w stanie cos w ogrodzie zrobić.W ciagu dnia rządzi słonce i gryzące muchy. Wieczorami - komary! Wrr!
      Buziaczki serdeczne zasyłam Ci kochana Marytko i dobrego dnia życzę!:-)***

      Usuń
  6. Bardzo malowniczy wpis. Słońce potrzebne jest, ale może nie ponad 30 stopni żyć nie można. Ledwo ostatnio do siostry dojechałem. Smakowicie zapowiada się ten napitek. Odpoczywajcie, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Malowniczy, bo ogród mimo tego zniewalajacego upału ma sie całkiem dobrze. To tylko ludziom i zwierzętom ciężko teraz egzystować.Wyobrażam sobie jaka straszna duchota i gorąc w autobusach i tramwajach!
      Pozdrawiam Cie serdecznie, Oleńko!:-)

      Usuń
  7. I zaraz mi się przypomniało, jak robiłam musujący cydr:-) do każdej butelki ze zwykłym cydrem dodałam po łyżeczce miodu, fermentacja ożywiła się, po zakorkowaniu butelek kilka rozsadził buzujący gaz, a z reszty uratowaliśmy kilka łyków, bo reszta wykipiała:-) może napitek z czarnego bzu ma mniejsza moc gazową:-) czas robić syropy na zimę, ale tak gorąco, że dziś jeszcze nie; pozdrawiam serdecznie zza Sanu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To samo miałam z cydrem w zeszłym roku! Cięzko było butelkę otworzyc, bo zaraz wybuchał!:-) Z szampanem z czarnego bzu nie mam(jak na razie) takich problemów. Moze dlatego, że nie osłodziłam go mocno, bo che żeby był raczej wytrawny.
      Upał trwa! Ech, ale damy jakos radę. Grunt, że w ogrodzie wszystko pięknie rośnie!:-)
      Pozdrawiam Cie serdecznie, Marysiu!:-)

      Usuń
  8. przypomniałaś mi piosenkę o słońcu, ale to na deszczową pogodę... :)
    pozdrawiam ciepło z usmiechem ala

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, co to za piosenka?! Może "Słoneczko nasze rozchmurz buzię, bo nie do twarzy Ci w tej chmurze?" Pamiętam ja z czasów przedszkolnych. Ach, gdzie te czasy?!:-)
      Ja też pozdrawiam Cię pogodnie oraz serdecznie, Alu i dobrego dnia zyczę!:-)

      Usuń
  9. Oj ja mam słońca dość. W skwar z pracy, w skwer po Mlodego i w skwar do Weta. Masakrejszyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słońce rozszalało sie na całęgo i z tego co widać, nie zamierza sie w najbliższy mczasie uspokoić. Trzeba chyba do tego szaleństwa przywyknąc, skoro nie ma innej rady. No i pamiętać, że zimą będziemy za ciepłem tęsknić!:-)

      Usuń
  10. Pyszne. Ja kiedyś dodałam po 10 dniach spirytusu, mniam.
    A to sobie pogadałaś Oleńko. Ja się ze słońcem nie wadzę, ale z chmarami komarów, które po powodzi nie pozwolą mi nawet w pełnym słońcu na pracę w ogródku. Tragedia, nie pomogą żadne" smary".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szampan bzowy ze spirytusem? Och, to musiało mieć moc! Na pewno pycha!:-)
      U mnie też komarów masa, Basiu. Szczególnie wieczorami. Ale najgorsze jest to, że nie da sie w nocy okna otworzyć z powodu komarów i człowiek śpi w duchocie.Zamówiliśmy moskitiery i czekamy na dostawę. Ponoć na odstraszenie komarów pomaga mieszanka olejku eukaliptusowego i waniliowego, którą wsmarowuje sie w skórę. Nie wiem, bo nie próbowałam. Ja smaruję sie octem, ale to już tylko na ugryzienia, żeby nie swędziało.
      Pozdrawiam Cie serdecznie!:-)

      Usuń
  11. No pięknie porozmawiałaś ze słońcem, zobacz - jeszcze w maju wszyscy czekali na nie z utęsknieniem :)
    A ja już zeszłego lata jakoś tak przywykłam do upałów i nie męczą mnie szczególnie. Komarów u nas też trochę jest, jednak nie są to jakieś chmary, raczej pojedyncze osobniki, dające się upolować.
    W tym roku przegapiłam czarny bez, nie mam jeszcze krzewu w swoim ogrodzie, a i też nie bardzo mam gdzie zrywać. Jeden rośnie w lesie tuż przy drodze i tak omijałam go, aż wczoraj stwierdziłam, że już za późno. Nie będzie syropu, ani szampana :( a tak smakowicie wyglądają te Twoje słoje...
    Leśno - słoneczne pozdrowienia zasyłam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w maju wyczekiwaliśmy słonka, bo deszcze nas zamęczały. Yeraz z kolei upały. Jak nie kijem to pałką. Nie mogłoby to być w sam raz?!:-)
      Andziu, najlepiej wczesna wiosną posadzić w pobliżu domu wiecej dzikich bzów. One bardzo ładnie wyrastają z łodyżek(obcietych z duzego krzewu) wsadzonych do ziemi i podlewanych póki sie porzadnie nie ukorzenią.Połowa krzewów w moim ogrodzie jest z takiego właśnie nasadzenia. Sporo jest tez samosiejek.
      Zlałam juz mój niby-szampan do butelek. Dobry, słodko-kwaśny,ale jakos mało gazowany wyszedł mi tym razem. Nic to! Też sie wypije przecież. W taki skwar, byleby było duzo jakiegokolwiek zimnego picia i juz jest cudownie!
      Pozdrawiam Cię ciepło z górzystej krainy zachodzącego słońca!:-)*

      Usuń
  12. Ze mną słoneczko tak nie pogada, bo ja pamiętam czasy, gdy w lecie było najwyżej 25 stopni w porywach a i plony były i opalenizna bez piegów. Między 25 a 35 duuuuuża różnica, ja teraz tylko wegetuję i przeczekuję. I trudno mi wtedy zachwycać się światem i życiem. Po prostu tylko czekam na jesień, zimę, wiosnę.
    A teraz sanatorium, gdzie miałam się leczyć ale pokoje bez klimatyzacji i przy moim wysokim ciśnieniu jedyna radość to to, że lekarz w pobliżu. Bo radości nie będzie. Jak można chorym kardiologicznym dawać sanatorium w lecie? Chyba że chodzi o eliminację. Ale mam zamiar się nie dać, choćbym miała spać w klimatyzowanej recepcji na podłodze albo w pokoju pod mokrym prześcieradłem, które zabieram zamiast ręcznika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też pamiętam takie normalne lata, gdy było około 25 stopni. Fajne to były czasy, ale chyba już nie wrócą. Klimat nam zwariował, a ludzie pewnie sporo sie do tego zwariowania swoim bezmyślnym działaniem przyczynili.Mam nadzieję jednak, że upały wkrótce odpuszczą i przynajmniej na jakis czas zrobi sie przyjemniej. Może stanie sie to akurat wtedy, gdy będziesz w sanatorium? Życzę Ci tego z całego serca, kochana Krystynko!:-)*

      Usuń
  13. Rewelacyjna rozmowa ze słońcem. Aż się rozmarzyłam. A u nas 39* w cieniu, ciężko wytrzymać. Bo to słońce jakoś tak dziwnie grzeje.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolinko, u nas też upał narasta. Dom coraz bardziej sie nagrzewa i zamienia w saunę a na dworze ostry żar nieprzerwanie sie leje z nieba i komary atakują. Podobno juz wkrótce ma sie nieco ochłodzić. Oby!
      Pozdrawiam Cie równie serdecznie!:-)

      Usuń
  14. Takie prawo lata czy wiosny dojrzałej, że żarem z nieba leje. Bzy pachną intensywnie i mocno. Lubie ich specyficzną woń. Ale upały znoszę źle, migrena mnie męczy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, ten żar z roku na rok narasta. Pamietam z czasów dziecinstwa i młodosci bardzo przyjemne, łagodne lata, ale to se ne vrati...
      Bardzo lubie zapach bzu a teraz w połączeniu z kwinącym ligustrem tworza u mnie tandem boskiego aromatu. To mi troche łagodzi dokuczliwosci upału.Ale tylko trochę!:-)
      Pozdrawiam Cie serdecznie, Lunko!:-)

      Usuń
  15. Przepiękny tekst Olgo. Czytam i czytam od bladego świtu i naczytać się nie mogę.
    Wyrazy najwyzszego uznania.
    Serdeczności pozostawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, droga Stokrotko za Twoje życzliwe słowa.Są dla mnie niczym promień słońca!:-)*

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni pieśń piosenka piosenki płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słońce słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi