Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2025

Z wysoka i z niska…

 



 

   Pogodne i mroźne dni zachęcają by wyjść na zewnątrz, aby przekonać się jak wygląda natura w tak chłodną, lutową porę. A jeśli do tego wie się, iż ok. 20 km od nas czeka warta zobaczenia atrakcja turystyczna, pozwalająca na obejrzenie Pogórza Dynowskiego niemal z lotu ptaka, to nie ma się nad czym zastanawiać. Trzeba wyruszać, póki sprzyja czas!



  Owa atrakcja to zbudowana niedawno wieża widokowa w Krzywczy, w wiosce leżącej w połowie drogi między nami a Przemyślem. Trafić doń łatwo, bowiem postawiono ją tuż przy szosie. Metalowa, ażurowa wieża ma 37, 5 m. wysokości i pewnie nie każdy będzie miał odwagę by wspiąć się tak wysoko. Ja oczywiście bez namysłu weszłam na górę, jednak kilka razy po drodze zimny mróz przeszedł mi po krzyżu, gdy spojrzałam w dół i na boki a do tego miałam wrażenie, iż wieża leciutko się huśta. Podczas wspinaczki cały czas trzymałam się lodowato zimnej poręczy, wiedząc, że przecież bardzo łatwo można się potknąć albo poczuć ni stąd ni zowąd zawroty głowy. A przecież Cezary nie uratowałby mnie z opresji, bo został na dole i stamtąd cały czas obserwował mój wyczyn. Szłam więc coraz wyżej sama, samiusieńka i towarzyszył mi tylko lodowaty wiatr, pustka oraz zimowe Pogórze coraz szerzej rozpościerające się przede mną w całym swym majestacie.







   Patrzyłam dokoła z zapartym tchem. Serce biło mi mocno. Pola, wzgórza i doliny pokryte rudością, złotem i beżem traw, ciemnym brązem lasów i oranżem krzewów, głęboką zielenią świerków i sosen trwały w cierpliwym oczekiwaniu na pierwsze powiewy wiosny. Szczególnie zachwyciła mnie wijąca się na dole biała wstęga Sanu. Mimo, iż mieszkamy tu już piętnaście lat, nigdy jeszcze nie widziałam tej rzeki z tak wysoka a do tego w tak odmiennej, surowej, zimowej postaci. Od razu postanowiłam, że zaraz po zejściu z wieży namówię Cezarego by pojechać nad rzekę. Tam, gdzie widać było z oddali łuk zielonego mostu.







   Tak też zrobiliśmy. Dzięki temu udało nam się zrobić mnóstwo ciekawych, zupełnie innych niż dotąd fotografii. Rzeka w większości skuta lodem oszałamiała urodą, kolorytem, wielkością, meandrami. Gdzieniegdzie, tam, gdzie nie była zamarznięta pływały sobie kaczki i łabędzie. Tam zaś, gdzie przeważała zmarzlina dało się słyszeć co chwila pękanie kry, plusk wody, łakomie pochłaniającej kolejne kawały lodu. Patrząc na to miałam uczucie, jakbym znajdowała się gdzieś na Alasce albo na Syberii, tak bardzo groźny a jednocześnie niezwykle piękny był to zimowy widok. Wędrowaliśmy z mężem wzdłuż wybrzeża podziwiając bliższe i dalsze zakola rzeki, roślinność po jej bokach, widniejące w oddali wzgórza i wioski. Cały śnieg, który jeszcze niedawno leżał wszędzie już stopniał i jedyna biel, jaką można było obserwować to była ta lodowo srebrzysta biel pokrywająca San.








   Zimny wicher cały czas świstał nam w uszach, sprawiał, że oczy łzawiły a dłonie trzymające aparaty fotograficzne bolały i wręcz błagały o rychłe schowanie w kieszeniach. Jednak stojące wysoko słońce tak cudownie oświetlało ten pejzaż, że niczym zdawały się owe przykre wrażenia ciała. Wszak dusza cały czas śpiewała. Cały czas chciała więcej i więcej tej zimowej, bezkresnej wędrówki. Oczy chciały wpatrywać się w te niebieskości, srebrzystości i białości, żeby wchłonąć w siebie jak najwięcej tego mroźnego piękna, sycąc się nim na zapas.








   Ostatnia to chyba była okazja by zobaczyć w tym roku ten unikalny, zimowy spektakl odmarzającej powoli rzeki. Cieszę się zatem, iż dzięki wyprawie do wieży w Krzywczy, dzięki możliwości popatrzenia na świat z góry zostałam obdarowana tak niespodziewanym prezentem od natury. Czystym zachwytem i wzruszeniem. Poczuciem, że we wszystkim jest głęboki sens a dręczący człowieka na co dzień chaos znika, gdy spojrzy się na sprawy z innej niż dotąd perspektywy.





   Już wkrótce wiosna zapanuje na Pogórzu i rzeczywistość będzie wyglądać zupełnie inaczej. Bo wiosna potrafi zmienić wszystko. I nie tylko w świecie przyrody, ale i w świecie ludzi. Przypomniał mi się wiersz Marii Konopnickiej pt. „Rzeka”. Kiedyś śpiewaliśmy go w podstawówce, nie rozumiejąc chyba za bardzo czego metaforą może być długo skuta lodem rzeka, która w końcu na wiosnę się ruszy w dal. Teraz już wiem, rozumiem. I uśmiecham się na myśl o rzece, która nareszcie wolna i wielka, przezwycięży każdą przeszkodę i tak jak jej to przeznaczone popłynie swobodnie do morza…











 

Rzeka

Autorka: MARIA KONOPNICKA

 

Za tą głębią, za tym brodem,

Tam stanęła rzeka lodem;

Ani szumi, ani płynie,

Tylko duma w swej głębinie:

 

Gdzie jej wiosna,

Gdzie jej zorza?

Gdzie jej droga

Het do morza?

 

Oj, ty rzeko, oj, ty sina,

Lody tobie nie nowina;

Co rok zima więzi ciebie,

Co rok wichry mkną po niebie.

 

Aż znów przyjdzie

Wiosna hoża

I popłyniesz

Het do morza.

 

Nie na zawsze słonko gaśnie,

Nie na zawsze ziemia zaśnie,

Nie na zawsze więdnie kwiecie,

Nie na zawsze mróz na świecie.

 

Przyjdzie wiosna,

Przyjdzie hoża,

Pójdą rzeki

Het do morza!

  


środa, 15 marca 2023

Rzeka...

 


   W któryś z niedawnych słonecznych dni pojechaliśmy nad rzekę. Około 11 km od naszego przysiółka wśród wzgórz, łąk i pól majestatycznie przepływa San. Nieczęsto nad nim bywamy, bo zawsze zagonieni, w pośpiechu, w uwikłaniu w tysiące codziennych, powtarzalnych spraw rzadko znajdujemy czas, siłę i chęć by się wyrwać z tego kołowrotku. Jednak są takie chwile, że coś tam człowieka gna, coś uparcie przyzywa. I nieważne, że marcowy wiatr wieje tak, jakby głowę chciał urwać. Po prostu chce się zapomnieć na chwilę o wszystkim. Zostawić za sobą czas i swoją zwyczajną codzienność. Po to by patrzeć w nurt szybko mknącej wody. Wsłuchiwać się w jej szum, plusk,  pełen mocy śpiew. Czuć na twarzy drobne kropelki z rozbryzgujących się obok fal. Wpatrywać się w ciemną, sekretną toń. Zauważać w niej taniec błysków i cieni, migoczących zielonkawo ryb. Przyglądać się dostojnym srebrzysto-omszałym wielkim głazom i  ułożonym wokół nich drobnym, wielobarwnym kamyczkom. Skąd one się tu wzięły? Jak długo tu leżą? Co widziały podczas gdy wody toczyły się między nimi  w dni pogodne i pochmurne, w przeszłe lata, jesienie, zimy i wiosny? Jakie opowieści się tu toczyły? Może wyszepczą coś o tym szorstkie trawy nadrzeczne i giętkie szuwary? 



   A może wcale nie trzeba szukać treści w tym, co jest czystą naturą,  dzikim prądem, wszechwładnym przemijaniem i stałością zarazem? Może wystarczy przez moment nie myśleć o niczym. Zespolić się z tym, co trwa w wiecznym przepływie, w nieokiełznaniu i dzikości, w mądrości i pełni znacznie większej, niż jakakolwiek mądrość człowieka. Odetchnąć głęboko w obliczu tego wspaniałego, kojącego zmysły bezkresu, który był, jest i będzie, gdy po nas ślad dawno już zaginie… Pewnie gdybym na co dzień mieszkała blisko rzeki nie wywierałaby ona na mnie takiego wrażenia. Pewnie bym przywykła i nie zauważała jej mocy oraz piękna. Dlatego chyba dobrze, że tylko co jakiś czas obcować mogę z tą rzeczną magią. A z tego obcowania czerpać lekkość i wolność duszy, dystans do spraw świata, zespolenie z tym co prawdziwe, odwieczne i niepoddające się wpływom ludzkim.



   A że tak się złożyło, iż ostatnia moja wizyta nad Sanem zbiegła się z lekturą pewnej książki o całkiem innej rzece, tym bardziej przemawiała do mnie melodia wzburzonych fal w kolorze indygo, tym mocniej czułam w sobie moc historii, o której w owej książce właśnie czytałam. Wystarczyło przymknąć na chwilę oczy albo niewidzącym wzrokiem zapatrzeć się gdzieś w dal i już współczesny San zamienił się w dziewiętnastowieczną Tamizę. I już znalazłam się w położonej właśnie nad Tamizą Gospodzie pod Łabędziem, w której w dużej mierze toczy się akcja książki Diane Seterfield, „Była sobie rzeka”.



   Nie pierwszy raz na łamach bloga piszę o zachwycających mnie książkach (a przecież tylko o takich warto pisać). Każda z nich  miała w sobie jakiś specyficzny rodzaj magii. Przemawiała głosem prawdy wprost do duszy. Trącała w niej to, co najważniejsze a tak trudno nazywalne w słowach, uczucia i emocje ludzkie tak zazwyczaj niepochwytne i delikatne. Tłumaczyła to, co tak trudne do wytłumaczenia a co nagle, za jej przyczyną stawało się proste i zrozumiałe. Podobne wrażenie wywarł na mnie kontakt z powieścią Diane Setterfield. Miałam uczucie, jakbym od dawna czekała na spotkanie z tą książką a dotknąwszy jej poczuła, rozpoznała w niej to, co znaleźć chciałam, trochę tak jakby ktoś magicznie przelał na karty powieści moje dawne sny i rojenia... Już po przeczytaniu kilku pierwszych stron owej grubej księgi poczułam oczarowanie, zdumienie i wzruszenie.



   Oto miałam przed sobą wspaniałą wielowątkową historię o losach mieszkańców starej, angielskiej gospody oraz wędrowców wnoszących do niej kawałek swojej prawdy, swoich przeżyć. Usiadłszy niewidzialnie pośród bywalców gospody wkraczałam w niezwykłe opowieści o duchach rzeki, o zaginionych dziewczynkach, o cudownie zmartwychwstałych topielcach, o miłościach i rozczarowaniach, o miłości i nienawiści, o lękach i pragnieniach, o sile dobra i zła, o niespełnieniu i przemijaniu…. Atmosfera gospody, jej gościnność, ciepło i zaciszność sprawiały, że wyobrażając sobie, iż trzymam w ręku kufelek zacnego piwa albo cydru wsłuchuję się razem ze wszystkimi w dziwne i fascynujące  opowieści ze świata. A wyznam Wam, iż kiedyś, bardzo dawno temu mnie samej nieco naiwnie i dziecinnie marzyło się mieć taką właśnie gospodę pod lasem i razem z Cezarym prowadzić ją po swojemu goszcząc w niej ciekawych ludzi z okolic i ze świata. A ponieważ realizacja owego marzenia okazała się niemożliwa, swoje tęsknoty na temat takiej gospody zawarłam w kilku historiach publikowanych tu na blogu. Może niektórzy z Was pamiętają jeszcze moją „Gospodę pod złotym liściem”, która była centralnym punktem opowiadań  „Miasteczka odnalezionych myśli”. „Balu na powitanie jesieni”, „Zimowego powrotu wędrowców”? Nieraz też przychodzi mi do głosy, że sam blog jest dla mnie namiastką takiej właśnie baśniowej nieco gospody.



   Tak więc wziąwszy do ręki książkę „Była sobie rzeka” raptem poczułam się jakbym była u siebie. Jakbym wchodziła do zbudowanego z dawnych marzeń i wizji świata. Potem po kilka godzin dziennie chłonęłam w siebie tę lekturę nie rozczarowując się ani na chwilę a wręcz przeciwnie, żałując, iż za szybko czytam i już za moment romans z tą opowieścią będzie już dla mnie tylko cudownym wspomnieniem…I tak się właśnie stało, bo przecież to, co się zaczyna, kiedyś musi się skończyć. Przecież nawet rzeka mknąc tak swobodnie w dal kiedyś wpadnie do morza a tam zmiesza się z wodami innych rzek i po jakimś czasie nie do rozróżnienia staje się to co i dlaczego w niej płynie. Już tyle spotkań z cudownymi książkami za mną… A wszystkie one wpłynęły we mnie i każda coś ważnego zostawiła po sobie. Kolejną kropelkę i jeszcze kolejną... Ale bardzo trudno te krople od siebie oddzielić, rozróżnić, nazwać i wiedzieć skąd się wzięły. Zostają tylko wzruszenia, skojarzenia, strzępki wizji, odpryski marzeń, prawd i odwiecznych tęsknot kłębiących się w nieskończonych wodach duszy…



   A co z książką Diane Setterfield? Ach! Chcąc mimo wszystko przedłużyć ów moment obcowania z tą kunsztownie i magicznie napisaną  a także pięknie wydaną powieścią postanowiłam napisać o niej na blogu. I z tęsknotą wspominam moją wędrówkę nad Sanem, który na jedno marcowe popołudnie przemienił się w pełną tajemnic dziewiętnastowieczną Tamizę…


* "Była sobie rzeka", Diane Setterfield, wyd. Albatros, 2020, 

motto książki: "Za granicami tego świata leżą inne światy. Są miejsca, które można przekraczać. Oto jedno z nich."

środa, 17 lutego 2021

Wczoraj...

   Wczoraj był cudny dzień! O tym, że będzie właśnie taki dowiedziałam się skoro świt, gdy tylko słońce o wschodzie zaczęło różowić niebo a potem ozdabiać świat szkarłatno-oranżowymi błyskami. Było zimno (minus dziesięć stopni) a więc śnieg błyszczał i skrzypiał wspaniale, o czym przekonałam się, gdy narzuciwszy na ramiona ciepłą kurtkę a na głowę wdziawszy grubą czapę złapałam aparat fotograficzny i wybiegłam z domu nie chcąc nic uronić z urody brzasku tego dnia. Mróz malował szyby na ganku w delikatne kwiatki a gałązki ubierał w lśniący diamentami kożuszek.




   A ledwie rozmyły się i zniknęły różowo-złote pasma na niebie świat rozbłękitniał, rozbielił się i tak rozjaśnił, że bez łzawienia nie dało się patrzeć na śnieg - tak w oczy raził. Bezchmurne, pełne optymizmu niebiosa uśmiechały się pogodnie i zapraszały aby skorzystać z tej aury póki trwa. Nie siedzieć w domu, ale pozwolić słonecznym promieniom pogłaskać policzki, zatańczyć w szkłach okularów, dodać duszy i ciału wigoru. Postanowiliśmy zatem z Cezarym odśnieżyć porządnie podjazd i wybrać się samochodem na małą wycieczkę nad San. Od lata nad tą wspaniałą, górską rzeką nie byliśmy i zapragnęliśmy zobaczyć ją w zimowej odsłonie. Wszak, jeśli wierzyć prognozom, nadciąga totalne ocieplenie i wkrótce po zimie nie będzie śladu. Trzeba więc zdążyć się nią nacieszyć dopóki jest! Uzbrojeni w aparaty fotograficzne wsiedliśmy do naszego rumaka i pomknęliśmy w dół wsi, Przejechaliśmy oddalone od nas o ok. 10 km Dubiecko, miejscowość, która w tym roku po wielu latach przerwy odzyskała prawa miejskie. A potem skierowaliśmy się w stronę Wybrzeża i Słonnego - wioseczek położonych wzdłuż Sanu.

 

   Im bliżej byliśmy Sanu, tym piękniejsze widoki ukazywały się przed nami i po obu stronach drogi.


 

   Zatrzymywaliśmy się po wielekroć żeby utrwalić obiektywem aparatu fotograficznego coś szczególnie nas zachwycającego. A Dubiecko z dala wyglądało jak obrazek z pocztówki...

Wkrótce dojechaliśmy do rzeki. Samochód zostawiliśmy przy sklepiku wiejskim a sami brnąc przez śniegi podążyliśmy na brzeg Sanu. Przywitały nas tu oszronione drzewa, pokryte puchową kołderką śniegu wiaty i ławy dla turystów oraz sam San, toczący swe wody o barwie niebiesko szarej i indygo...







I oto ukazał się przed nami most wiszący. Latem kursuje tamtędy prom.Zimą tylko pieszo można przedostać się na drugi brzeg owym chybotliwym, zielonym mostem...



Oczywiście natychmiast wdrapaliśmy się na ów most, choć nie było to łatwe, bowiem podejście jest dość strome i śliskie. Jednak trzymając się dla pewności poręczy doszliśmy na środek mostu by podziwiać ogrom i urodę, rzeki która z Bieszczadów mknęła do Dynowa a potem meandrami do Przemyśla i dalej aż ku Wiśle w pobliżu Sandomierza...



Na powierzchni wody po jednej stronie widać było leżące na mieliźnie niewielkie wysepki śniegu a z drugiej unosiły się liczne kawałki rozmiękłej kry...Najwidoczniej San poczuł już zbliżającą się wiosnę!:-)



Niedługo potem mknęliśmy już autkiem dalej, chcąc dotrzeć do następnego tego typu mostu w Słonnem. Widoki były po drodze takie, że staraliśmy się jechać jak najwolniej aby jak najdłużej się nimi napawać...

 Wkrótce dotarliśmy do kolejnego wiszącego mostu....


Stamtąd też rozciągały się w każdą stronę rozległe widoki. Nas jednak zaciekawiło wielkie stado kaczek przycupniętych na brzegu rzeki. Pewnie grzały się tam w dobroczynnych promieniach słońca...


 Cezary ma lepszy zoom w swym aparacie i dzięki niemu mogliśmy pooglądać kolorowe kaczuszki z bliska, gdy brodzą po lodzie przy brzegu albo pływają w na płyciźnie...



 Cieszyliśmy żeśmy zrobili sobie tę króciutką wycieczkę, bo każdemu trzeba od czasu do czasu móc się gdzieś dalej z domu wyprawić albo z przemierzanych zazwyczaj okolic się ruszyć, coś innego zobaczyć, nacieszyć się odmiennymi pejzażami, oddalić się od swojej codzienności. I dobrze, żeśmy pojechali wczoraj, bo dzisiaj znowu mocno śnieży, niebo zachmurzone a podjazd przy naszej bramie ponownie czeka na odśnieżanie. I tylko psy zadowolone, że nigdzie nas nie nosi i siedzimy z nimi w domu albo od czasu do czasu na podwórko wypuszczamy, żeby się mogły wyszaleć i wyszczekać. I tylko ptaszki przy karmniku jak gdyby nigdy nic nadal obsiadają kawałki słoninki i młócą je ze smakiem...




 A co do wczorajszego dnia...On nie zniknął. Trwa na fotografiach, we wspomnieniu, we mnie oraz w wierszu, który właśnie pod wpływem urody minionego dnia napisałam...

Tu i teraz…

 

Liczy się tu i teraz a teraz jest mroźnie i śnieg

Błękitne niebo spoziera słonecznym okiem zza drzew

Nieważne jest to, co przedtem, nie liczy się jutra mgła

Oddychaj zimnym powietrzem, wtapiaj się w barwy tła

 

Liczy się tu i teraz a teraz jest spokój i blask

To tworzy jedyny stelaż, na którym plecie się czas

Nie liczy się to, co było, nie trwoży zapowiedź zmian

Trwasz tu, choć stale płyniesz jak rzeka co mknie w dal

 

Choć jesteś częścią nurtu i mijasz kolejny brzeg

To twoje „teraz” buduje jutrzejszy rzeki bieg

Ta chwila jest tą siłą, co wiedzie istnienie w tan

Maleńka kropla, śnieżynka, zwyczajny życia gram

 

Liczy się tu i teraz a teraz wciąż trwa biały czar

Oddychasz, wchłaniasz w siebie niewinnej zimy dar

A krople z sopli skapują, a lśnienie po łąkach gra

Liczy się tu i teraz, bądź częścią dnia, który trwa...

 



Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost