Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą internet. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 października 2014

Seans spirytystyczny, czyli druga rocznica istnienia bloga…





   Cztery lata temu dwoje szalonych, choć całkiem sympatycznych dziwaków zwanych Olgą i Cezarym wróciło z Australii by osiąść w maleńkiej, podkarpackiej wsi położonej na mało znanym turystycznie Pogórzu Dynowskim. Nabyło tu niespełna hektarowe pole oraz położony na końcu wioski, oddalony od sąsiadów murowany dom w fatalnym stanie z własnym duchem rezydentem na dokładkę. Właśnie o takim siedlisku marzyli a przekonawszy się w życiu po wielekroć, iż marzenia nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi należy przekuwać w czyny, aby potem nie żałować, iż się czegoś nie zrobiło osiedli w domku pod bukowym lasem za towarzystwo mając jeno koty, psa oraz kury zielononóżki kuropatwiane.

     Pogrążywszy się bez reszty w skromnym lecz fascynującym bycie, codziennej, ciężkiej robocie oraz w nauce wiejskich realiów i panujących w tych stronach stosunków tych dwoje zapragnęło po jakimś czasie rozrywki, oderwania myśli od prozy życia oraz poznania podobnych sobie zapaleńców i innych wrażliwych istot. Wówczas założyło bloga wiedząc, że w internetowej mgle spotkać można naprawdę nietuzinkowych, rozumnych i interesujących ludzi z całego świata. Skąd o tym wiedzieli? Ano przecież dawno temu (a może wcale nie tak bardzo dawno!?) Olga i Cezary właśnie przez Internet się poznali, wybrali i pokochali. Potem kilka razy świat dookoła oblecieli, milion trudnych spraw przezwyciężyli, aby być nareszcie razem…

- Czy pisać o tym, Czarku? Czy to nie nazbyt osobiste? – zastanawiając się onegdaj nad blogowym tekstem rocznicowym, popadłszy w pełne rozterek zamyślenie zagadnęłam nagle oglądającego wieczorne wiadomości męża.

- E, nie pisz! Kogo to obchodzi? – mruknął Cezary i pociągnąwszy tęgiego łyka herbaty dodał – A poza tym jest tyle mało pochlebnych, stereotypowych wyobrażeń o znajomościach internetowych. Po co dawać ludziom powody do plotek?

- Ale to przecież nie tylko nam się zdarzyło poznać w ten sposób i dobrze na tym wyjść! – zawołałam – Jest mnóstwo par, które tylko dzięki Internetowi miało szansę na odmianę losu i szczęśliwą miłość!

- Jednak jest też pełno takich, którzy się nacięli i wyszli na tych wirtualnych znajomościach jak Zabłocki na mydle. Sama wiesz, ilu wariatów, maniaków seksualnych i oszustów kryje się pod tymi internetowymi nickami. Na początku potrafią robić dobre wrażenie a potem załatwiają człowieka na szaro! – odrzekł marudnie Cezary i delikatnie przesunął wylegującą się na łóżku psinę Zuzię by wyciągnąć przy niej wygodnie znużone swe członki.

- Ale na szczęście, to nie nasz przypadek! – ucięłam czym prędzej tę nie wiodącą do niczego dobrego dyskusję i pogrążyłam się w pisaniu nowego posta.

…Tak więc Olga i Cezary założyli bloga, gdzie z różną częstotliwością zamieszczali teksty o swym zwykłym, codziennym życiu, o sąsiadach, zwierzętach, spacerach po okolicy, zachwytach, problemach i rozterkach. Pisali opowiadania, baśnie, wiersze, wspomnienia z Australii i felietony. Wstawiali rozmaite zdjęcia. Pokazywali kawałek swojej rzeczywistości oraz siebie w różnych sytuacjach. I ogromną radością a także wdzięcznością napełniał ich fakt, iż coraz więcej ciekawych, życzliwych osób odwiedzało ich stronę stając się aktywnymi czytelnikami oraz obserwatorami bloga „Pod tym samym niebem”. Dużo dowodów sympatii spotykało ich z wielu stron. Mnóstwo ciepłych słów otrzymywali w listach, telefonach oraz bezpośrednich spotkaniach od poznanych przez bloga przyjaciół. Czy przez ten czas zdarzyły im się jakieś nieprzyjemne sytuacje i niesympatyczne znajomości internetowe? Chyba tylko dwie, ale w oceanie życzliwości i serdeczności płynącym do nich z blogowego świata tak naprawdę nie mają one żadnego znaczenia.
   Po jakimś czasie Cezary zawiesił, niestety, na kołku swoje pisanie i oddał się bardziej pragmatycznym zajęciom takim jak niekończący się remont domu, naprawy sprzętu elektrycznego, samochodu, traktora oraz wszystkim tym czynnościom, bez których sprawne, normalne życie na wsi jest niemożliwe.
   Olga zaś, nie tracąc wiary, iż kiedyś się jej mężowi odwidzi i czynnie powróci na blogowe łono pozostała sama na placu boju, a właściwie nie boju, lecz natchnienia. I nadal w wolnym czasie produkowała przeróżne teksty zastanawiając się za każdym razem, czy kogoś to zainteresuje, czy ktokolwiek przeczyta, czy w ogóle warto pisać…?...

   I tu dochodzimy do meritum zagadnienia, czyli do tytułowego seansu spirytystycznego. Otóż zerkając na statystyki blogowe zauważam, że znacznie więcej osób mnie czyta, niż komentuje. Oczywiście komentowanie to nie żaden obowiązek, ale często zastanawiam się nad tym, kto taki poza znanymi mi, ujawniającymi się zazwyczaj osobami podczytuje tego bloga? I dlaczego właściwie to robi? 
   Kim jesteś tajemniczy, anonimowy czytelniku spoza mgły pożegnań i powitań? Jawisz mi się niczym kapryśny, nieuchwytny duch na seansie spirytystycznym. Wyczuwam Twoją obecność, myśl nieuchwytną a bliską. Rada bym imię choć Twoje poznała…Choć jedno słowo, ręką Twą wystukane przeczytała…
   Ale milczysz, milczysz uparcie w swej nieśmiałości, rezerwie albo w niemocy…Nie bój się mnie duchu internetowy. Szepnij cokolwiek…Zrób wyjątek od reguły. Zobacz, jest cicho, spokojnie, swobodnie…Jesienny świat ubiera się w nowe barwy. Po polach wiatr wieje i legendy swe z poświstem opowiada.
   A ja tu siedzę przy kaloryferze. Nogi zmęczone całym dniem przed siebie wyciągam i grzeję. Odpoczywam. Słonecznik namiętnie łuskam. Mruczenia kotów nasłuchuję i głosu tego wichru szalonego za oknem. I Twego serca, które jest całkiem blisko mojego…
   Bo jestem taka sama, jak Ty. Zwyczajna. Ludzka. Pełna obaw i nadziei. Ciekawa świata. Ciebie. Tak samo wpatruję się teraz w ekran monitora. Bo mam wolną chwilę…A potem wyłączę laptopa i pójdę do swoich codziennych, zwykłych o tej porze zajęć albo do snu…

   Przede mną klawiatura komputera. Jedyne możliwe narzędzie porozumienia między nami. Migocze to błękitne oczko i migocze…Czeka…

   - Oluniu! Jakiś fajny film się właśnie zaczyna. Kostiumowy. Taki jak lubisz! Przyjdziesz zaraz? – dobiega mnie pełen nadziei głos męża, który stanowczo nie lubi wieczorami sam zasypiać przy  telewizorze.

 - Już idę! Idę kochany! – wołam. I wyłączam powoli komputer. Ale jutro rano, o ile nie wyskoczy nic niespodziewanego a Internet będzie sprawnie działał pewnie doń zajrzę. Zrobię kawę i popijając ją jak zawsze z ciekawością przeczytam, co nowego u Was, drodzy, poznani przez blogosferę Przyjaciele. Zastanowię się nad Waszymi problemami. Spróbuję wczuć się w Wasze troski i lęki. Zachwycić Waszymi olśnieniami, poznać Wasze dobre i złe chwile. Przeczytam też nowe komentarze. Odpowiem na nie, czując jak bliscy mi jesteście, choć jednocześnie jakże przecież dalecy…
   A spoglądając na statystyki odwiedzin jak zwykle pewnie westchnę, że znowu odwiedziło bloga „Pod tym samym niebem” dużo tajemniczych i chyba już na zawsze pragnących takimi pozostać, internetowych duchów…

środa, 5 marca 2014

My, internetowi…





   Czy zastanawialiście się czasem, jak patrzą na nas, internetowych entuzjastów (by nie powiedzieć maniaków!) ludzie nie zainfekowani pędem ku wirtualności? Czy rozmawialiście kiedyś z kimś, kto podchodzi do naszej pasji wyjątkowo sceptycznie a nawet niechętnie?
   Mnie coś takiego spotkało wczoraj. Byliśmy z Cezarym z wizytą u mieszkających około kilometra od nas sąsiadów. To sympatyczne małżeństwo - Elżbieta i Wacław. Oboje lekko po sześćdziesiątce, pełni jednak werwy i poczucia humoru, potrafiący rozmawiać nieomal na każdy temat, lecz do wielu spraw mający jednak bardzo konserwatywne podejście.

   A więc powrócę teraz wspomnieniem do wczorajszego wieczoru...Otóż siedzieliśmy w miłym, kilkuosobowym gronie i swobodnie rozmawialiśmy, radośnie ucztując w ostatni dzień karnawału, żartując i o swoich sprawach opowiadając aż w pewnym momencie został poruszony temat uzależnienia od Internetu i znajomości internetowych.

- Rzadko ostatnio wchodzę na Internet – dość apodyktycznym głosem oświadczyła Elżbieta – Bo zauważyłam, że to straszny zjadacz czasu. Narkotyk, który ogłupia i robi z mózgu papkę! W niczym nie lepszy od telewizji!

   Na taką wypowiedź nie mogłam pozostać obojętna i zabrałam głos w tej sprawie, mimo, iż coś mi podpowiadało, by siedzieć cicho i się nie wychylać. Czemu? Bo jestem w ogóle cichą, zgodną osobą i nie lubię rozmawiać z kimś, kto wypowiada się moim zdaniem  tak autorytatywnie, że wręcz zamyka usta rozmówcom. Ale w końcu, nie wypadłam przecież sroce spod ogona. Temat ten mocno mnie obchodzi i co nieco do powiedzenia w tej kwestii jednak mam.

- Wszystko przecież zależy od tego, co robimy w Internecie. Czy jest to rozrywka bierna, jak telewizja, czy czynna. Czy rozwija nas, czy uwstecznia. Przecież Internet to nie dość, że skarbnica pożytecznych informacji, to także możliwość poznawania wielu interesujących ludzi, rozwijania swoich pasji, pokazywania swych osiągnięć międzynarodowej publiczności a wreszcie sposób zarabiania pieniędzy! – powiedziałam, starając się nie przejmować ironicznym uśmieszkiem Elżbiety.

- Tak się tylko mówi, jak się chce usprawiedliwić swoje uzależnienie! A ja tam swoje wiem! Widziałam jak mój syn godzinami przesiadywał przed monitorem i za żadne skarby świata nie dawał się od niego odciągnąć. I niby mówił, że robi coś ważnego. Reklamy i promocje. Ale z tego, co widziałam to po prostu całymi dniami grał w te durne strzelanki! A co do znajomości internetowych, to cóż mi z tego, że zna się kogoś na przeciwległym końcu świata. Przecież w razie czego taki ktoś w niczym człowiekowi nie pomoże. Ma swoje życie i interesy! – parsknęła Elżbieta i popatrzyła wyzywająco, myśląc, że zmiażdżyła mnie zupełnie swoją retoryką.

- Oj tam! Oj, tam! – zaśmiał się jej mąż Wacek – Tak mówisz a sama prawie co wieczór siedzisz przed komputerem i wciąż coś piszesz do ludzi na Facebooku!

- Nieprawda! Od kilku dni już tam nie wchodzę! Powiedziałam basta i już! Głowa mnie tylko potem boli od tego wpatrywania się w ekran. A teraz, jak zacznie się post, to w ogóle nie zamierzam tam bywać! Nawet ksiądz mówił niedawno na mszy o tym, że w poście należałoby zrezygnować z tego, co zbyt mocno zajmuje naszą psychikę i odciąga od rozmyślań na poważniejsze tematy!– zaperzyła się ta bardzo uparta i żyjąca w zgodzie z wszystkimi nakazami kościoła kobieta. Zresztą podziwiam ją za silną wolę, bo już nie raz udowodniła, że co sobie postanowi, tego dokona, kosztem największych nawet wyrzeczeń. Zawsze przez cały okres postu czy adwentu wyrzeka się picia kawy i alkoholu, jedzenia mięsa i słodyczy. Poza tym przez cztery lata mieszkania na wsi (oboje z mężem są także osiedleńcami) dzięki temu właśnie uporowi i ogromnej pracowitości zdołała wyremontować mocno zaniedbany w chwili nabycia dom i doprowadzić go do stanu kwitnącego.

- Oczywiście! Masz rację Elu, że gdy coś staje się uzależnieniem i zniewala nasz umysł, odciągając od dotykalnego życia i jego nie cierpiących zwłoki spraw powinniśmy umieć z tego zrezygnować. Ale jeśli nasza pasja utrzymywana jest w granicach rozsądku i płynie z niej wiele dobra, to dlaczegóżby się jej wyrzekać? – zapytałam a po chwili nieco złośliwie dodałam:

- Poza tym, z tego co wiem, w poście należy wyrzekać się tego, co sprawia nam największą przyjemność. Tak więc rezygnacja z Internetu nie będzie dla Ciebie Elu żadnym wyrzeczeniem, bo przecież, jak sama powiedziałaś, nie lubisz go i nie potrzebujesz do życia!

   Słysząc to Ela poczerwieniała. Jej mąż chichocząc aż poklepał się po udach z uciechy a siedząca obok mnie Wandzia chrząknęła niespokojnie, obawiając się jakiejś poważniejszej kłótni albo nie dowierzając własnym uszom, że ta zanadto spokojna zazwyczaj i cicha jak myszka Ola wypowiada się w sposób tak zadziorny i zadziwiająco odważny.
   Tymczasem Ela szykowała już większe działo. Nachyliła się nad stołem, popatrzyła wnikliwie w me oczy i rzekła spokojnie:

- A poza tym Oleńko, Internet odciąga od zwykłych, otaczających nas ludzi. Oddala od poznanych wcześniej sąsiadów. Sprawia, że starzy, nie zainteresowani nim przyjaciele przestają być tak ciekawi, jak jacyś tam wirtualni znajomi! – tutaj Ela najwidoczniej piła do mnie, bo dociera jakoś do niej (mimo, iż ani ona ani Wandzia pojęcia nie mają o pisaniu przez mnie bloga), że coś tam wciąż robimy z mężem w Internecie. Z ich domku widać ponoć wieczorami niebieskawe światełko, widoczne w oknie naszego pokoju, w którym mamy komputery. Cóż! Na wsi niczego nie da się ukryć!

   Zrobiło mi się przykro, bo nie postrzegałam do tej pory tego zagadnienia w ten sposób. Przecież spotykamy się z sąsiadami na różnych imprezach po kilka razy w roku. Zapraszamy ich również do siebie. Wracając ze sklepu zatrzymujemy się często obok ich domu i zamieniamy z sąsiadami kilka słów. To prawda, iż zawsze się śpieszymy, żeby czym prędzej wrócić do domu, ale przecież nie z powodu Internetu, ale naszych zwierzątek. Tyle jest zawsze roboty w gospodarstwie! A jak się tak człowiek narobi, to wieczorami przyjemnie jest odpocząć przy komputerze. Poczytać coś. Popisać. Film jakiś ciekawy obejrzeć.

- Pewnie są ludzie, którzy pod wpływem Internetu zobojętniają się na realne życie i otaczających ich ludzi. Ale to są sprawy marginalne. I na pewno nie dotyczą ani mnie, ani Cezarego – rzekłam cicho i spokojnie.

 – A jeśli chodzi o znajomości internetowe, to naprawdę udało mi się spotkać w wirtualu wielu ciekawych, serdecznych, uczciwych i szczerych ludzi. Bo są tam przecież tacy sami, jak my, normalni ludzie. Nie sami zboczeńcy, naciągacze i oszuści!- dodałam nieco głośniej.

- Tak, tak! Aleś Ty naiwna Oleńko!  Oni tak o sobie mówią, a jacy są naprawdę, to tylko oni wiedzą! Wszystko to złuda i próżna zabawa. Nic więcej! Zobaczysz! Jeszcze się nie raz rozczarujesz! Ja tam wolę pogadać ze spotkanym na drodze sąsiadem. W oczy mu popatrzeć. Porozmawiać z mieszkańcami naszej wsi. Pośpiewać w przykościelnym chórze. Zajrzeć do tych samotnych staruszek, o których nawet własne dzieci zapomniały i w czymś im pomóc. A Ty Olu? Co możesz dać swoim internetowym znajomym?!

- Mogę dać im siebie! Swój czas, zainteresowanie i zrozumienie a w razie czego też pomoc! – nie poddawałam się, choć miałam coraz większą pewność, iż ta dyskusja nie ma sensu.

- Odwiedzają nas tutaj poznani przez Internet przyjaciele. My z kolei jeździmy do nich. A wkrótce ma zamiar przyjechać do nas nawet ktoś z zagranicy. Gdyby nie Internet nie mielibyśmy najmniejszej szansy na poznanie. To wartościowi, sympatyczni ludzie!

- Ale słowo „przyjaciele” jest zbyt poważne, by obdarzać nim niedawno spotkanych, obcych przecież ludzi. Dla mnie przyjaciel to ktoś wypróbowany. Ktoś, na kogo mogę zawsze liczyć. A on może oczywiście liczyć na mnie. Zobaczysz Olu, czy jak przyjdzie co do czego, to ci Twoi nowi przyjaciele pomogą! – oświadczyła z lekką drwiną Elzbieta a potem chcąc już kończyc ten temat zaczęła popędzać swego męża by nalał wszystkim po kieliszku.

- Wypijmy kochani za nas, tutaj zgromadzonych! Byśmy mogli spotykać się w tym gronie przez wiele długich lat. Byśmy byli zdrowi i mogli długo jeszcze cieszyć się życiem i realizować nasze marzenia! – zawołała i wszyscy odetchnęli z ulgą a napiwszy się zabrali za konsumowanie przygotowanych przez Elę smakołyków.

   A więc nie kontynuowałam już więcej tematów około internetowych. Pomyślałam, że nie ma to sensu. To są jednak osobne światy i nie przekonam tych ludzi do swojego zdania, chociaż miałabym na poparcie swoich słów jeszcze kilka dobrych argumentów. Jak chociażby to, że ostatnio przy okazji postu o naszych problemach ze sprzedażą jajek od zielononóżek odezwało się do mnie parę osób, chcących mi jakoś pomóc. Doradzić coś w sprawie ich promocji i sprzedaży a nawet kupić ode mnie ich całkiem sporą ilość. A pewna z bardziej znanych i szanowanych blogerek (z którą nawet nie utrzymuję jakichś zażyłych kontaktów) zaproponowała mi pomoc, mającą polegać na tym, że ilekroć będę wybierać się z jajami na targ, to ona u siebie na blogu czy na Facebooku ogłosi ten fakt. Ponieważ jak sama powiedziała „coś z tych blogów poza rozrywką powinniśmy mieć”, bo blogerzy to jest , to powinna być jedna wielka rodzina rozumiejących się i wspierających się wzajemnie ludzi i w razie czego, powinniśmy móc liczyć na wzajemną pomoc. Przeczytawszy coś takiego poczułam ogromne wzruszenie i wdzięczność. Bo są takie chwile, że świat potrafi nas bardzo pozytywnie zaskoczyć. I wszystko nabiera dodatkowego, głębszego sensu.

   Nie mogłam opowiedzieć o tym wszystkim na naszej ostatkowej biesiadzie. Nie była to dobra pora i miejsce do takich dyskusji. Spotkaliśmy się wszak po to, by się bawić, żartować, śpiewać, jeść i pić. A tuż przed północą rozstać się i odejść z nieco szumiącymi głowami do naszych domów, mając mnóstwo dobrych wspomnień z tej imprezy, z beztroskiego, wspólnie spędzonego w przyjacielskim gronie czasu.

   I tak się właśnie stało. Pisząc tę opowieść uśmiecham się na myśl o wczorajszym spotkaniu. Wciąż, mimo obowiązującego już postu, podśpiewuję sobie pod nosem: „Hej, sokoły, omijajcie, góry, lasy, doły” I pewne tematy, rzecz jasna, też!
    I wysyłam ten tekst w wirtualną, nieprzeniknioną przestrzeń. Przestrzeń, w której być może dotrze on do przyjaznych, wrażliwych ludzi…

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost