Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

Pies i lis...

 

                                                                   lutowa odwilż w Jaworowie



- Dlaczego mnie gonisz spuszczony z uwięzi?

Zły warkot brzmi z twojej gardzieli

Wszak nasi dziadowie z tej samej gałęzi

I więcej nas łączy, niż dzieli

Skąd w tobie ta zazdrość o byle okruszek

O kurkę com zwędził tu wczoraj

Ciebie żywią ludzie a ja zdobyć muszę

Wszystko by przeżyć zdołać...


Tak do psa lis gadał zza płotu z daleka

Gdy poczuł, że nic mu nie grozi wcale

A burek z bezsilnej wściekłości zaszczekał

Bo za nic miał te lisie żale

- Ach, dopaść go, schwycić wnet w obłędzie

Oblizał się pies mocno ziając

- Aż kudły rudzielca fruwałyby wszędzie

Bo więcej wszak niewart, niż zając

- I gryzłbym go długo, szarpałbym nareszcie

Jak wczoraj szaraka polnego

Ach! To byłby tryumf pełny i szczęście

I mógłbym odpocząć od złego...


Lecz cóż to? Hen w płocie pies dziurę dostrzega

- Dopadnę go wnet! - serce dudni

Więc rusza, lisowi skręciła się noga

I wpadł raptem do starej studni

A tuż za nim psisko, leżą w dole mrocznym

Gdzie drapiąc się, gryząc zażarcie

Próbują wyjść na wierzch, ale nie ma po czym

Bo studnia ich więzi uparcie

Lodowatej wody sączy się strumyczek

Okrutnie podmywa im brzuchy

Coraz zimniej wokół, tylko granie kiszek

W krąg szemrze, że nie ma otuchy

Sami nie wylezą, zimno ich telepie

Bezradni wśród chłodu a złość gdzieś przepadła

W końcu się wtulili niby bracia w siebie

Pragnąc tylko ciepła, no i może jadła

Czas płynął a oni tam tkwili bez końca

Strwożeni, zmarznięci jak ślepe szczenięta

Stęsknieni promyka dalekiego słońca

O swarach niechcący pamiętać


Po dniach długich kilku, w głodzie i mokrości

Ktoś ich wreszcie znalazł w tym niechybnym grobie

Uwolnieni poszli cicho w swoje włości

Na odchodnym lekko kłaniając się sobie


Jak myślicie, czy długo potrwa zawieszenie broni?

Czy to rzecz możliwa by tam była zgoda?

Czas pokaże wszystko, niesnaski odsłoni

Ale żal mi pieska, no i liska szkoda...




   Jakiś czas temu przeczytałam w necie artykulik o zakończonej powodzeniem akcji ratowania psa i lisa, uwięzionych na dnie starej, nieużywanej od lat studni. Tekst ów dał mi sporo do myślenia i zalinkowałam go sobie wiedząc, że prędzej czy później coś na ten temat napiszę:

https://www.msn.com/pl-pl/wiadomosci/polska/pies-z-lisem-wpadli-do-studni-zwierz%C4%99ta-by%C5%82y-zzi%C4%99bni%C4%99te-i-wtulone-w-siebie/ar-AA1OLTqp?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=68f5c650df7b4c03932a5cb4de7602a6&ei=11

   Składając zaś gorzki w wymowie powyższy wiersz zastanowiłam się głębiej nad tym jak bardzo świat zwierzęcy i ludzki zdają się do siebie podobne. Jak wolimy się z sobą kłócić, obrzucać obelgami, gniewać się i poniżać wzajemnie, niż spojrzeć na sprawy z dystansem i darować sobie wszelkie prawdziwe czy urojone przewiny, a nawet spróbować zrobić wspólnie coś dobrego. Ostatnio okropny hejt wylewa się na Martę Nawrocką, wcześniej na jej córeczkę, bo przecież każda okazja jest dobra do hejtu, do zdobycia tym samym chwilowej popularności. Do chóralnego, pełnego pasji i pogardy nienawistnego obszczekiwania. Ach, ileż przyjemności i satysfakcji mają z tego ujadacze. Jak bardzo im ulży, gdy wypuszczą z siebie trochę jadu i złości a potem pójdą dalej udając niewinne baranki. Do czasu, rzecz jasna, gdy pojawi się nowa okazja do szyderstw i napaści. Druga strona sporu politycznego także nie pozostaje bezczynna. Zacierając z radości ręce bierze na tapetę tego czy tamtego polityka rządzącej koalicji albo też jego bliskich, bo nie istnieją żadne świętości. I znowu zaczyna się ostra jazda. Wszystkie chwyty dozwolone. Dokuczanie, obmawianie, oczernianie, podgryzanie, zwalczanie wszelkimi metodami. Wet za wet. Oko za oko...

   Czy to się kiedyś skończy? Ta wzajemna złość i zajadłość, ta nie przynosząca niczego dobrego plemienna wrogość? Być może żeby tak się stało musimy wszyscy wpaść do jakiejś głębokiej studni by zrozumieć, iż tak naprawdę wszyscy jesteśmy tacy sami, że w prawdziwej biedzie nie liczą się wzajemne animozje, ale zwyczajna ludzka bliskość, wsparcie, zrozumienie i pomoc...? Co mogłoby być taką studnią? Nawet nie chcę o tym dywagować, bo od razu najstraszniejsze rzeczy przychodzą mi na myśl. Ale wiecie co? Obawiam się, że nawet najokropniejsze położenie mogłoby nie być wystarczające by zakopać ów topór wojenny, by przynajmniej na chwilę nastała odwilż w naszych stosunkach. Bo jednak my, ludzie, mocno różnimy się od zwierząt, od psa i lisa. Niestety, na niekorzyść ludzi...





wtorek, 11 marca 2025

Sekretne życie naszego ogrodu…

 



 

   Czy pamiętacie mój ubiegłoroczny, majowy post zatytułowany „Tajemnica różowej miski”? ( https://wewanderers.blogspot.com/2024/05/tajemnica-rozowej-miski.html )Otóż przed kilkoma dniami nieoczekiwanie wyszło na jaw, kto jest owym tajemniczym zjadaczem zawartości owej miski oraz łakomym pożeraczem kości po naszych psach. Na dodatek tego kogoś mogliśmy obserwować na gorącym uczynku, nie ma więc już żadnych wątpliwości, kto zacz! A jak to z tym było? O tym właśnie poniższa opowieść…

   Trwało jedno z tych wyjątkowo ciepłych, późnych marcowych popołudni zbliżających się już do wieczora. Psy nakarmione i ogrzane wiosennym słonkiem zostały już zwołane do domu. Ułożyły się skwapliwie na swoich legowiskach i zapadły w mocny, spokojny sen. Ja utrudzona wielogodzinną pracą przy drewnie takoż położyłam się z westchnieniem ulgi na łóżku w zacisznej sypialni. Czułam się niby balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Zamierzałam kapkę odpocząć a potem zwlec się i wziąć prysznic w nadziei, iż pobudzi on do życia moje nadwyrężone członki. Ale póki co potrzebowałam wyłącznie leżenia na wznak. I świętego spokoju. Jednakże nie było mi to dane.

   Oto Cezary, który także szykował się do zasłużonego odpoczynku nagle przypomniał sobie, iż zostawił otwarte okno w samochodzie stojącym na podwórzu. Chcąc nie chcąc powlókł się by je zamknąć, aby nie dostały się do niego nocą kuny czy też inne podejrzane stworzenia.

   Chwilę potem dobiegło do mnie jego wołanie:

- Czarny kotek jest w naszym ogrodzie! Jak chcesz go zobaczyć, to chodź! – nie zareagowałam na tę wieść i pozostałam w pozycji horyzontalnej, albowiem po wielekroć już tego kotka widywałam jak chyłkiem przemykał od strony ogrodu sąsiada. Widywałam też innego kocurka, burego dachowca odwiedzającego w godzinach porannych nasze obejście. Oba te zwierzaki przybywały do nas na rekonesans by sprawdzić, czy znajdą się dla nich jakieś resztki po posiłku naszych piesków. Wiedząc o tym czasem więc specjalnie coś dla nich zostawiałam. A to skórki od kurczaka a to pozostałości psiej zupki albo resztki z naszego obiadu pod dziką czereśnią. Tym razem niestety, nie było tam nic, bo psiaki siedząc przez cały dzień na dworze nabrały apetytu i wymiotły wszystko do ostatniego okruszka.

   Leżę więc sobie nadal tak samo błogo jak leżałam, kontemplując ostatnie promienie zachodzącego słońca na przeciwległej ścianie, gdy wtem znowu słyszę nawoływanie Cezarego. Tym razem pełne jest ono emocji i ekscytacji.

- No chodź! Musisz to zobaczyć!- zachęcał nieustępliwie a potem wziąwszy aparat fotograficzny poszedł na ganek by stamtąd obserwować i uwieczniać obiektywem owo tajemnicze „coś”.

   Zwlokłam się zatem z łoża i resztką sił powędrowałam w stronę czającego się na owo „coś” męża, mając nadzieję, iż nie robi z igły widły, bo przecież widok dzikich kotków czymś takim właśnie się zdawał.

  Ale to absolutnie nie były z igły widły! To był piękny, rudo – czarno umaszczony lis, który kręcił się po naszym podwórzu i zaglądał we wszystkie kąty, w których spodziewał się znaleźć coś do zjedzenia. Przypomniało mi się wówczas, że parę razy miałam już możność obserwowania tego lisa, gdy dostojnym krokiem przebiegał drogą asfaltową obok naszego domu. Myślałam wtedy, że pewnie idzie w stronę sąsiadów, którzy hodowali maleńkie stadko kur.  Kiedyś przecież i nas w zbójeckich celach jakiś lis odwiedzał. Byłby to ten sam? Teraz jednak, nie musząc się już trapić o bezpieczeństwo naszych kur, których od kilku lat już nie mamy staliśmy oboje z mężem i na ganku z zapartym tchem obserwowaliśmy sprytne, lisie poczynania na naszym podwórku. Cezary przez szybę zrobił kilka zdjęć, ale z powodu narastającej z minuty na minutę szarówki wyszły one niestety nieostro. Przyglądaliśmy się śmiałym wędrówkom lisa (czy może lisicy?) i zdumiewaliśmy się, iż stworzenie jest tak odważne, tak pewne siebie. Pewnie od wielu miesięcy, a może i lat pojawiało się w naszym ogrodzie i zdążyło tu poznać wszelkie zakamarki a nawet uznać je za swoje. Świadczył o tym ostry zapach jego moczu dobiegający nas czasem z różnych stron. Lis oznaczał po swojemu wiatę na drewno, starą kanapę w drewutni, krzesła ogrodowe a nawet samochód. Zrozumieliśmy, iż przestrzeń, którą dotąd uznawaliśmy za naszą, za znaną i oswojoną tak naprawdę należała nie tylko do nas. Oto popołudniami i po zmroku odwiedzały nasze siedlisko różne, pragnące pozostać niewidzialnymi stworzenia. Lisy, koty, kuny i nie wiadomo, co tam jeszcze. Nie raz czekając na psy, stojąc na progu domu pośród księżycowej nocy nasłuchiwałam dobiegającego od strony jabłoni pohukiwania sowy. Dochodziły do mnie różne dziwne szelesty i chroboty. A spośród krzaków malin i bzów pobłyskiwały czasem zielone ślepia nie wiadomo kogo…






   Teraz, patrząc na tego pięknego lisa mieliśmy rzadką okazję zobaczyć na własne oczy jedno z tych ukrytych zazwyczaj stworzeń. Nie dość tego okazało się, iż czasem nasze podwórko odwiedzają jednocześnie różne zwierzaki. Oto bowiem wpatrując się w obwąchującego studnię lisa spostrzegliśmy, iż czarny kotek również nie zamierza dać za wygraną i chowając się za psią budą czeka tylko aż lis sobie pójdzie, by samemu ruszyć na poszukiwania.

   Staliśmy tak przez kilka minut na ganku i podekscytowali przyglądaliśmy się temu sekretnemu życiu naszego ogrodu. Z tego wszystkiego prawie całkiem zapomnieliśmy o zmęczeniu. Cieszyliśmy się, że psy śpią głęboko i nie straszą swym szczekaniem owych dwojga intruzów. Sami poruszaliśmy się na paluszkach i porozumiewaliśmy szeptem, by nie spłoszyć zwierzaków. Czuliśmy się niby dwoje szczęśliwych obserwatorów dzikiej przyrody, którzy nie muszą odchodzić nigdzie od domu, by z ową naturą mieć do czynienia. Wzruszało to nas i zachwycało. Chcieliśmy by chwila ta trwała jak najdłużej…




  Niestety. Nie dane nam to było, gdyż po chwili Misia zwęszyła chyba obecność lisa, bo zaczęła powarkiwać a potem ujadać. Natychmiast do jej ujadania dołączyła Hipcia a potem Jacuś. Jazgot podniósł się w domu niemożliwy a obserwowane przez nas zwierzaki z miejsca czmychnęły z ogrodu. Lis (czy też lisica) przeszedł szybko przez budynek gospodarczy i zgrabnie wyskoczywszy oknem przebiegł ogród i wyskoczył na pole mając stamtąd blisko do lasu. Natomiast czarny kotek przeskoczył przez furtkę wiodącą do ogrodu sąsiada i tam zniknął w chaszczach.

-  Coraz więcej pojawia się w naszych okolicach dzikich zwierząt – szepnął Cezary usiłując nastawić aparat fotograficzny tak by wyraźniej było na nim widać uciekającego lisa.

- Zapomniałem Ci powiedzieć, że rano jak jechałem do mechanika samochodowego widziałem kilkaset metrów stąd szakala. Biegł wzdłuż drogi i wcale się nie bał. Żałowałem, że nie miałem ze sobą aparatu, bo może udałoby mi się strzelić kilka dobrych fotek.

- Szakala? Niesamowite! Tego jeszcze nie było! Widzieliśmy tu już wilki. Słyszeliśmy o niedźwiedziach. Podobno w naszych lasach widywane są też łosie. Dzika natura bierze we władanie nasze Pogórze. I z jednej strony to chyba dobrze, że wygrywa ona z cywilizacją, ale z drugiej dziwne to trochę i straszne. Zwyczajne spacery do lasu nie będą już przez to tak zwyczajne, skoro w krzakach śledzić nas mogą ślepia tylu poukrywanych tam zwierzaków – odparłam wpatrując się z mieszaniną  niepokoju i fascynacji w ciemną bryłę pobliskiego lasu.



   Odczekaliśmy z mężem dłuższą chwilę, dając zwierzakom czas na ucieczkę a potem wypuściliśmy rozszalałe z emocji, skaczące po nas psiska do ogrodu. Wówczas podziwiać mogliśmy ich doskonały zmysł węchu, bowiem wszystkie psy jak po nitce chodziły i wąchały dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą spacerowało tych dwoje: ruda lisica i czarny kot. A teraz pewnie siedząc gdzieś w bezpiecznej odległości obserwowały z daleka nasze krążące po podwórzu psiaki. Z pewnością pojawią się u nas jeszcze niejeden raz, traktując jaworowe obejście niby darmową stołówkę!

 - No i dobrze. Przynajmniej nic się u nas nie marnuje – pomyślałam nawołując kilka minut potem wyszczekane do syta psiaki, które napiwszy się zimnej wody znowu ułożyły się na swoich wygodnych legowiskach i zapadły w sen. Tym razem nie spały już tak spokojnie. Poszczekiwały i poruszały łapami, śniąc zapewne o udanych łowach na naigrywającą się z nich lisicę i równie bezczelnego kota…

   Tymczasem resztki słonecznego światła całkiem zanikły już za lasem i nasze obejście spowijać zaczął wieczorny zmrok. Ciepły, marcowy dzionek właśnie obiegł końca, zatem i my z Cezarym nareszcie mogliśmy się udać na zasłużony odpoczynek…

 


czwartek, 28 grudnia 2023

Nasza jest noc…

 


…Cicha noc, święta noc….Zaniosło się dookoła echem chóralne śpiewanie dobiegające od chaty Jamrożego. Stała owa chatynka na samym skraju lasu, toteż wszelki ruch w obejściu i chałupie dobrze był zawsze słyszalny przez pierwsze brzozy, topole, dzikie bzy i olchy. I zaraz pełne ulgi westchnienie zaszumiało w koronach najbliższych drzew.

- Nareszcie, nareszcie…Chwila spokoju. A może i parę dni spokoju jak dobrze pójdzie. Choć z nimi, z ludźmi to nigdy nic nie wiadomo! Małoż to pijaczków w wigilijną noc się tu zapuszcza? Małoż to par zamiast po pasterce do domów wrócić, po lesie łazi, naprzykrza się i kolędy swoje fałszywie wyśpiewuje? Małoż domorosłych fotografów mir tutejszym mieszkańcom beztrosko zaburza, gwiazdki betlejemskiej niby to wypatrując a tak naprawdę bez ładu i składu po chaszczach błądząc?  – zaskrzypiał zgryźliwie stary dąb. Ten, co to go ostatnia burza śnieżna w połowie zgięła, w połowie złamała. Ale mimo wszystko żył. Istniał. Cieszył się kolejnym cudownym ocaleniem. W przeciwieństwie do pary dorodnych buków, po których zostały tylko na urągowisko wystające z ziemi dwa ucięte krzywo pniaki. A myślały biedaki, że znów im się upiecze. Bo to wiele lat już tak bez szwanku rosły, srebrząc się i pnąc ku dobrotliwemu słonku. Jeszcze chwila a i dąb by przerosły. Jeszcze roczek, dwa a by spoglądały z góry na okoliczne dąbrowy. Ale przyszła ich pora jako zawsze prędzej czy później przychodzi. Drwale zrobili co mieli zrobić, wycięli i buki i one dąbrowy dorodne a pewnie teraz w którejś z chałup dzięki tym drzewom wesoło ogień buzuje. A ludziska cieszą się, że ciepło im w ręce, że mogą mleka dla dzieci i pierogów na piecu zagrzać. A że tam teraz na miejscu dąbrowy pusta, jeno trawą bujną pokryta płaszczyzna? Tak to już jest, tak było i tak zawsze będzie. Kiedyś przecież nowe drzewa tu wyrosną a o starych nikt pamiętać nie będzie.

 Jednak świeże wspomnienie zostało po zgrabnym świerczku, co to od paru już lat czuł na sobie dotyk nieustępliwego przeznaczenia. I owo przeznaczenie dopadło go wreszcie parę dni temu w osobach dwóch rumianych, wiejskich chłopaków, co to dawno już upatrzyli go sobie jako bożonarodzeniową choineczkę. Stary dąb zerknął ze współczuciem na to, co po młodym świerczku pozostało.

- Ot, taki już nas los, przecie! – orzekła sosenka, która takoż parę dni temu straciła kilka dorodnych gałązek. W sam raz nadawały się na stroiki świąteczne, toteż nie zdziwiła się wcale, jak córka Jamrożego pewnego popołudnia przydreptała tu ze swoim ostrym kozikiem i ścięła kilka jej pachnących wieczną zielenią ramion.

- Odrosną, odrosną zaraz… - pocieszała się zerkając z niepokojem na stale kapiącą z ran żywicę.

-  Cichaj już, cichaj sosenko! Dobrze będzie. I ciesz się, bo nareszcie chwila spokoju nastała…Oni tam swoje odprawiają święta a my mamy tu swoją cichą noc. Upragnioną noc – zaszumiał rosnący nieopodal jesion.

- Nasza jest noc! – poniosło się po lesie melancholijno-żałosne wycie watahy wilków, co to zeszłej jesieni przywędrowały w te strony i postanowiły zostać. Nie lepiej tu było ani nie gorzej, niż w innych lasach, ale gdzieś przecie trzeba było żyć. Jakiekolwiek by to życie nie było. Snuły się więc wilki tu i ówdzie na jelonki i koziołki niby to polując a tak naprawdę na wiejskie psy, kury albo owce się zasadzając. Bo tak po prawdzie nie chciało im się wcale za śmigłymi sarnami biegać, skoro tyle innego, łatwiej dostępnego dobra było w okolicy. Poza tym coś je ku ludzkim siedzibom gnało. Coś im kazało stale być blisko tych schowanych między jabłoniami  i gruszami chałup. Niosła się między wilkami legenda, że winna temu była pewna bezdomna suka, co to w ich stado dawno temu się wrodziła i psich cech chcąc nie chcąc w krew im przelała. Teraz tak już miały, że i bały się ludzkich istot i tęskniły do nich jednocześnie. A nie mogąc znaleźć z nimi porozumienia, na złość im chociaż robiły zwierzęta gospodarskie porywając albo dzieciska wracające ze szkoły strasząc. I biegały wciąż w pobliżu, wyły i płakały żałośnie, samych siebie nie rozumiejąc, jako w jakimś omamieniu przedziwnym wciąż trwając.

- Nasza jest noc! – pokwikując zgodnie odrzekły im z ciemności buchtujące między dąbczakami wypasione na żołędziach dziki. Warchlaki plątały się beztrosko między dorosłymi a srebrzysty księżyc oświetlał wyraźne paski na ich grzbietach. Cała polana lśniła teraz od tego blasku a resztki śniegu na gałęziach świerków jaśniały brylantowym migotaniem.

   Gdzieś tam daleko, choć przecież całkiem blisko był świat ludzi. Świat dziwny, gwarny i niepojęty. Pełen szczekliwych, agresywnych słów, tęsknych pisków i pijackich nawoływań, chóralnych śpiewów, ale i samotnych łkań. A tych łkań, zdawało się lasowi, z roku na rok coraz więcej się słyszało. Ale wcale nie bezradne łkania były najgorsze a cisza. Cisza bezdenna płynąca od struchlałych w bólu i beznadziei serc istot, co to choć krew w nich jeszcze uparcie krążyła, to one wcale już nie wiedziały po co to wszystko i jak długo przyjdzie im się jeszcze z samymi sobą męczyć. Las czuł ten ludzki ból i samotność całym sobą. I wiele tu w przeszłych latach widział, wiele zauważał i pamiętał, choć pamiętać nie chciał. Głębokie rowy obronne wyryte w bezbronnej leśnej ziemi. Leje i dziury bo bombach i pociskach. Doły, w których ludzie grzebali innych ludzi a litościwa trawa pospołu z jeżynami i paprociami szybko zarastała i ukrywała te oraz inne, późniejsze mogiły. I jeszcze pamiętał las o tym człowieku, co zeszłej wiosny zawędrował tu pewnego wieczora i choć wokół życie budziło się z całą mocą i radością odrodzonej natury, ten nijakiej radości w duszy nie miał. A wręcz przeciwnie. Pustka mu z oczu wyzierała i rozpacz ostateczna. A tak mu widocznie źle było na świecie, że na zawsze uciec od niego zapragnął. Oddał się zatem w czułe objęcia wiosennego lasu zawisając na sznurze przymocowanym do gałęzi kwitnącej pięknie dzikiej czereśni. Huśtał się tam przez wiele dni a ptaki przysiadały na jego czuprynie i zastanawiały się, czy da się jego płowe włosy jakoś na budowę gniazda spożytkować. A las patrzył i wzdychał, bo nie mógł przecież zrobić nic innego, jak tylko westchnąć głęboko a potem starać się zapomnieć i żyć tym, co było leśnym życiem.

  Bo tak. Tutaj nareszcie trwała noc. Upragniona. Pierwsza od dawna, gdy nie zagrażała fala złaknionych darmowych choinek złodziei. A jeszcze wcześniej zastępów uzbrojonych w warkotliwe piły drwali a w końcu i watah grzybiarzy. Bo ci ostatni intruzi najdokuczliwsi bywali. O gdybyż to jeszcze zbierali tylko zwyczajnie grzyby! Ale nie! Oni jak zwykle przynosili ze sobą tyle hałasu i zniszczenia, tyle zostawiali szklanych i plastikowych butelek, puszek czy kolorowych papierków, że każdego roku las truchlał widząc ich nieprzebrany, jesienny napływ. A oddychał z radością, gdy pierwsze śniegi zakrywały litościwie owe paskudne śmieci, gdy przymrozki warzyły sterczące tu i ówdzie prawdziwki czy podgrzybki. Na te, poza leśnymi zwierzętami, nikt już nie mógł się złakomić. I dobrze.

   Lisica, co się to z jamy pośród liści właśnie wygrzebała wyszeptała w mrok jedno tylko zdanie, znane tu wszystkim hasło:   -„Nasza jest noc” Wiedziała, że szeptu jej wysłucha młody, przystojny lis, co to w okolicy od jakiegoś czasu krążył i jej śladów wypatrywał. Cieszyła się, że udało jej się umknąć najpierw kłusowniczym wnykom a potem polowaniu, co to parę tygodni temu w tych stronach trwało. A całkiem było blisko by stała się upragnionym łupem jednego czy drugiego myśliwego uzbrojonego w superszybki samochód terenowy, nowoczesny sztucer i lornetkę. Ale umknęła. Cudem chyba, bo to i dwa psy gończe ją tropiły a nagonka zewsząd trwała taka, że nie lada sprytu i wytrzymałości trzeba z jej strony było by na bezpieczne bagniska resztką sił dobiec. Przeleżała tam w rowie czas jakiś. Odpoczęła. A gdy się całkiem w lesie uspokoiło przylizała zmierzwione futro, napiła się wody z kałuży i wreszcie w swój ulubiony rejon wróciła. Bo on czekał na nią. Wierny, cierpliwy, zakochany rudo-siwy lis…

- Nasza jest noc – zanucił miłośnie jej wielbiciel wynurzając się spomiędzy zielonego gąszczu jeżyn i przywołując ją do siebie.  Wyprężyła się na jego widok. Zgrabnie ogonem po ziemi zamiotła. Uszami zastrzygła. A potem wsłuchana w jego śpiew i rytm swego serca w upojeniu za nim podążyła. Ale widział to tylko księżyc i  stary dąb, co to od zawsze lubił takie pary podpatrywać a potem ich potomstwu się przyglądać i dobrze mu życzyć.  Ileż już on tu widział i znał lisów, wilków, jeleni, saren, dzików, zajęcy, wiewiórek, kun i myszy! Do tylu się przywiązywał, nad tyloma śmiał się i płakał, że aż w jedno mu się wszyscy zlali. W jeden oddech i błysk, w jeden ruch i szelest. W jedno pełne ufności w opiekę lasu istnienie.

   W tym czasie ludzie siedzieli w swoich przystrojonych świątecznie domach. Grzali się w cieple ognia, spoglądali w swe oczy w blasku świec.

 - Dziadku dębie, dziadku dębie wytłumacz mi, czemu ludzie stale nas tutaj nachodzą. Czy tak im źle w ich ludzkich chatach? Dlaczego tak często zaburzają nasz spokój? Przecież my ich w ich domostwach nie nachodzimy. Czy i oni nie mogliby tak samo? – dobiegł go nieśmiały szept rosnącej w jego cieniu młodej kaliny. I ona miała z ludźmi związane przykre wspomnienie. Oto dorosła i tej jesieni pierwszy raz okryła się czerwonymi koralami. Wyglądała z nimi tak pięknie, że aż budziła zazdrość okolicznych dzikich bzów i leszczyn. Ale pewnego pochmurnego dnia od strony wsi nadjechała hałaśliwymi quadami zgraja ubranych w kaski złaknionych silnych wrażeń młodzieńców. Narobili takiego zgiełku, że ziemia aż dygotała. A do tego rozchlapali dokoła tyle błota, że kalina większość swych korali postradała a te, które zostały pokryły się szarą, ohydną skorupą.

- Bo oni, kalinko miła,  też z lasu prastarego się wywodzą. Kiedyś wszyscy żyli razem, szczęśliwie. Ludzie, zwierzęta i drzewa. Las był domem dla wszystkich. A potem ludzie odeszli i teraz mają w sercach wieczny, bolesny brak. Próbują go czymś zapełnić, a nie potrafią. I chociaż tęsknią, to nie rozumieją za czym ta tęsknota… - odparło ze smutkiem wiekowe drzewo i zadrżało współczuciem, gdy od strony pobliskiej chaty znowu coś zaniosło się nieustępliwym, corocznym echem zwykłego o tej porze świętowania.

- Cicha noc, święta noc…Ano cicha, ano święta…I oby taką pozostała. Zawsze. Choć wiadomo, że za parę dni znowu ci tam hałasować będą, grzmieć i huczeć po północy, rozbłyski dziwne na niebo wypuszczać, leśne istoty niewinne strasząc. Biedni ci ludzie, co to ciszy się boją. Pewnie w tej ciszy mogliby za dużo ze swych skrywanych myśli usłyszeć, za dużo prawdziwych uczuć doznać. Toteż robią wszystko by je czymkolwiek zagłuszyć, odsunąć od siebie jakby ich wcale nie było  – westchnął dąb dostrzegłszy z ulgą, że w końcu światełka w chałupie Jamrożego gasnąć zaczęły. Niedługo potem tylko blask księżyca i ledwie widocznej na niebie gwiazdy oświetlał pogrążony w swym tajemniczym, niedostępnym dla ludzkich oczu dzianiu grudniowy, nocny las…

 




 P.S.

Za inspirację do napisania powyższej opowieści dziękuję serdecznie Jael, autorce bloga https://ambasadaducha.blogspot.com/.

czwartek, 28 maja 2020

Maj za majem…




   Mija znów kolejny maj…Och! Jakże szybko leci ten czas!  - To dość banalne stwierdzenie, ale oboje z Cezarym mamy wrażenie, że naprawdę czas płynie coraz szybciej, niczym na przewijaniu taśmy w magnetowidzie. Ha! Użyłam słowa „magnetowid” i od razu uśmiechnęłam się z rozrzewnieniem i nostalgią, bo to co było w codziennym użyciu jeszcze wczoraj, to, co zdawało się cudem techniki i przedmiotem pożądania przedwczoraj dzisiaj zdaje się muzealnym eksponatem, nieledwie śmiesznym i topornym urządzeniem. I tak jest prawie ze wszystkim, co człowiek wytwarza, czym się otacza, zajmuje i ekscytuje. Tylko podstawowe wartości pozostają niezmienne i nic nie ujmuje im a przynajmniej nie powinno ujmować ich ważności. Miłość, przyjaźń, dobro, współczucie, wierność, uczciwość…I parę jeszcze innych, które każdy może sam sobie dopowiedzieć. Poprzez kolejne dni, miesiące, lata coś się w nas rodzi, coś umiera, coś wciąż pamiętamy doskonale a coś innego zupełnie zaciera się we wspomnieniach.  Tak, to jest. Jakieś szufladki w mózgu muszą się opróżnić by znalazło się w nich miejsce dla nowych zdarzeń i myśli, dla kolejnych przestrzeni, smaków, barw, doznań i refleksji.  To, co dawne zaciera się, zanika, staje się nierzeczywiste, oddalone niczym droga mleczna…




   Ale wróćmy do tytułowych majów. One są częścią natury, stałej powtarzalności, która daje człowiekowi pewne oparcie, stabilność i uspokojenie. Bo choćby nie wiadomo co się na świecie działo, choćby naszymi sercami targały przeróżne uczucia, od smutku do radości, od bolesnego napięcia po błogą ulgę, to maj wciąż jest majem. Od świtu ptaki wyśpiewują swoje pieśni, trawa zieleni się i rośnie jak szalona, kwiaty, których pora kwitnienia przyszła, kwitną a owoce nabrzmiewają i zmieniają barwy. Tak jest, tak było i będzie nawet gdy nas już nie będzie, gdy przeminą znane nam światy, a wraz z nimi wierne nasze złudzenia i wzruszenia...





   Deszczowy jest ten maj, na co wcale nie narzekam, zdając sobie sprawę, że aby odegnać widmo suszy trzeba tej wody z nieba bardzo dużo. A poza tym lato znowu szykuje się gorące i suche a więc obecne deszcze są jedyną dla przyrody szansą na napicie się na zapas. Oczywiście, nie ma róży bez kolców! Taka obfitość wilgoci sprawia, że coraz więcej ślimaków i mszyc pojawia się w warzywniku a powieszone przed kilku dniami na sznurkach pranie za nic nie może wyschnąć! 





   Spoglądam w archiwum bloga na przeszłe maje. Prawie wszystkie obfitowały w deszcze, raz dłuższe raz krótsze. Niekiedy bywało nawet, iż ziemia na grządkach tak nasiąkała wodą, iż stawała się grząska niby bagno i żeby wypielić chwasty trzeba było kłaść sobie pod nogi jakieś deski, gdyż inaczej nie dało się stąpnąć w błotniste, przypominające budyń czekoladowy rejony. Bywało ongiś i tak, że w maju pojawiały się w naszym lesie pierwsze prawdziwki oraz kozaki i wracaliśmy do domu objuczeni koszami pełnymi niby to dorodnych, ale przy bliższym oglądzie bardzo robaczywych grzybów. 





   Roboty w ogrodzie moc, jak zawsze w maju i czerwcu, kiedy to młodym roślinkom trzeba pomagać we wzroście, usuwając z ich otoczenia chwasty ochoczo panoszące się wokół, podbierające im cenne składniki odżywcze z ziemi i zasłaniające światło. Ileż się z Cezarym nakucamy, naklęczymy, naschylamy wyrywając  kolejne naręcza traw, mleczy, pokrzyw, podagryczników, przytulii i upartego bluszczyku kurdybanka. Ileż się napchamy ciężkiej kosiarki spalinowej przemierzając w tę i we w tę przestrzenie naszych bujnych trawników, które przynajmniej raz w tygodniu wymagają porządnego podcięcia. Ileż się najęczymy, że w krzyżu łupie, kolana bolą, łydki cierpną a stopy puchną. Ileż się namarudzimy, że już nie na nasze lata taka robota. Ale już za parę dni trzeba od nowa pochylać się nad grządkami i robić to samo, co wprzódy, bo jeśli my tego nie uczynimy, to nikt wszak tego za nas nie uczyni! Chcemy czy nie chcemy musimy od nowa znajdować w sobie pokłady siły i uporu. Udowadniać sobie, że jeszcze nie jest z nami tak źle, że jak się zaweźmiemy, to damy radę. Przede wszystkim zaś nie może być czasu na dłuższe lenistwo i momenty zwątpienia ponieważ siła życiowa tych niechcianych przez nas zielsk jest uparta i nieskończona. W przeciwieństwie do młodych, posadzonych niedawno kwiatków i posianych na wiosnę warzyw. Znowu jest to dziwny rok, kiedy nie wykiełkowały nam posiane dwukrotnie ogórki i musieliśmy kupić w mieście gotowe ich sadzonki, bo inaczej wcale by ogórków u nas nie było. Nie wiem, czy to wina kiepskich nasion, czy  złej pory siania, czy jakieś żyjątka wyjadają wsadzone w grunt nasionka, a może z ziemią jest coś nie tak, bo poza ogórkami nie bardzo chce mi też rosnąć cukinia, koperek, fasolka i pietruszka. Trudno! Będzie, co będzie. Pomidory i papryki na szczęście mają się nieźle. Także cebula oraz czosnek zdają się rosnąć na schwał. 












   Na drzewach i krzewach widać już liczne zawiązki wiśni, czereśni, gruszek, agrestów i porzeczek. Winorośl rozwija się pięknie a posadzone wokół niej i w innych częściach ogrodu młode tawuły wypuszczają co dnia nowe listki. Rozpoczynają swe kwitnienie dzikie bzy, jarzębiny, kaliny, róże i łubiny, rozrastają się wspaniale niebiesko – fioletowe, nieco podobne do chabrów kwiatki, których nazwy niestety nie znam, natomiast ozdobne, fioletowe bzy, pachnące konwalie i delikatne niezapominajki powoli tracą już swą majową urodę.





   Także na łąkach wokół przyroda pokazuje swoją soczystą, majową magię. Zielenieją, fioletowieją i różowieją trawy, żółcą się jaskry, a chmury ponad nimi nieustannie zmieniają odcienie i kształty, to zasłaniając to odsłaniając oblicze życzliwego słońca i cudownie błękitnego nieba.




   Nasze pieski, nieumęczone jeszcze upałem pełne są na razie nieprzebranej energii (choć po dziesięcioletniej Zuzi oraz po prawdopodobnie zbliżonym do niej wiekiem Jacusiu niekiedy znać już podeszłe lata). Hipcia, Misia, Jacuś i Zuzia codziennie bawią się w ogrodzie wspólnie goniąc i dopadając, niestety, jakieś ptaszki, żabki i inne niewinne stworzonka, których ciała znajdujemy potem z Cezarym na trawniku albo odbieramy śmierdzące ich truchła gustującej w ich ponętnej woni, łakomej, psiej hałastrze. Dumne i nieulękłe, jaworowe psiska! Oj, myślał by kto jacy z nich panowie i władcy tutejszego przysiółka! Tymczasem wystarczyło by parę dni temu ktoś wystrzelił w pobliżu naszego siedliska petardę a te pożeracze mniejszych od siebie istot, ci zawzięci i bezwzględni tropiciele myszy, łasic, kretów oraz kotów nagle przerażone podkuliły ogony i niczym bezradne szczenięta tuliły się do naszych nóg oczekując opieki, ochrony i pociechy. Potem jeszcze przez parę godzin chodziły za nami krok w krok wciąż nie potrafiąc się otrząsnąć z szoku po przebytym lęku. Niewiniątka urocze! Słodziaczki bezradne! Niestety, na drugi dzień nasze zbóje znów wróciły do swego łowieckiego procederu a ja do odnajdywania w chaszczach nad stawem następnych martwych, zagryzionych przez nich żabek. Na szczęście wody w oczku wodnym jest teraz na tyle, że wciąż przychodzą na świat nowe kijanki a rzesze nieulękłych płazów całymi dniami wyśpiewują rechotliwie i wyzywająco na całe gardła swą siłę oraz radość istnienia.















   Tak, maj to radość życia, choć przecież w tym samym czasie, jak zawsze coś się rodzi a coś umiera, jakieś nadzieje powstają na nowo a jakieś więdną na zawsze. Lecz trzeba iść dalej w te swoje maje, czerwce i lipce. W to, co jeszcze przed nami. Rozumieć i akceptować fakt, że życie obfitować może zarówno w pozytywne, jak i w przykre zaskoczenia. Lecz mimo tego a tym bardziej powinno się cieszyć się dobrymi chwilami, utrwalać je we wspomnieniach i na fotografiach. Chłonąć je wszystkimi zmysłami. Zauważać to, co pojawia się i znika przekształcając się w coś nowego. W nowe myśli, uczucia, kolory, faktury i kształty. W zwyczajną, lecz jedyną a przez to bezcenną codzienność, która dzisiaj jest jeszcze teraźniejszością, ale już jutro będzie tylko odległym wspomnieniem…





  Oboje z Cezarym oraz, rzecz jasna, z psinami pozdrawiamy Was serdecznie!:-)

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost