Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2024

Co tam na naszej górce…

 

 


 

    Nie bardzo mam teraz siłę i ochotę do pisania na blogu. Jednak czas płynie…Zauważyć to łatwo chociażby po sadzonkach ogórków, które posiane około miesiąca temu są już całkiem duże i dość mają ciasnoty doniczkowej oraz przebywania na parapecie okiennym. Widać jak ogromnie pragną przesadzenia do gruntu, zapuszczenia korzeni, rozrośnięcia się i swobodnego pięcia ku słońcu. I chętnie bym ich pragnienia spełniła, bo obecna omalże letnia aura wydaje się ustabilizowana i bezpieczna.Jednak w prognozach pogody straszą burzami i gradem. Do tego jest obawa, że za kilka dni zimni ogrodnicy przyjdą i jak zwykle pomrożą. Co roku wszak przybywają…Jednak ta wiosna zachowywała się inaczej, niż zawsze. Może więc i ogrodnicy odpuszczą sobie zwyczajową, majową wizytę? Może nawiedzili nas już w kwietniu? Czy to tylko pobożne życzenia…? Biję się z myślami. Co zrobić, żeby było dobrze, by nie zaszkodzić a pomóc…? Rozsądek i rozum każą czekać cierpliwie. Serce i intuicja podpowiadają by iść na żywioł. Co wygra? Doświadczenie życiowe radzi by słuchać rozsądku. Z drugiej strony przypomina się jak wiele razy to jednak serce miało rację.




   A czemu ja tak o tych ogórkowych dylematach…? To przecież mało istotny szczegół. Są wszak ważniejsze sprawy na świecie, niż pora sadzenia ogórków. Jednak to, co dotyczy ogórków, ta trudność w powzięciu dobrej decyzji ma odniesienie do wielu innych, ogólniejszych rzeczy. Każdego dnia, każdej chwili w życiu. Wciąż dokonujemy jakichś wyborów. I w zależności od sytuacji wybieramy ostrożność i czekanie na to, jak rozwinie się stan rzeczy lub działamy spontanicznie, emocjonalnie, wręcz brawurowo. Albo po prostu tak, jak sumienie każe, o ile ono cokolwiek podpowiada i o ile skutecznie go coś nie zagłusza.



   A póki nie podjęłam żadnej decyzji w kwestii ogórków zajmuję się innymi pilnymi rzeczami. Głównie pracą w ogrodzie oraz przy cięciu drewna opałowego, jego łupaniu i zwożeniu pod wiaty albo do drewutni.  Ogrom  tego drewna pierwszego maja zwieźliśmy z Cezarym na nasze podwórze. Prawdopodobnie obróbka takiej ilości drewna zajmie nam większość lata, ale chyba starczy nam ono na dwa następne sezony grzewcze, co oznaczałoby w przyszłym roku wolne od roboty z przygotowaniem opału na zimę. Teraz wprawdzie narobimy się niczym konie pociągowe, ale za to jest nadzieja, że w nagrodę za obecną harówkę za rok o tej porze będziemy swobodni i pełni energii niczym rącze rumaki!:-) Niech tylko zdrowie dopisuje i niech siła się w nas odradza. Do dzieła zatem nasze żylaste, obolałe ręce. Do dzieła gospodarscy sprzymierzeńcy: piło, łuparko, siekiero i taczko!



  




   Tymczasem wiosna wokół bardzo piękna. Na naszej górce królują teraz wszelkie odcieni zieleni. Do tego kwitną bzy, konwalie, lwie paszcze, niezapominajki i czosnek niedźwiedzi. Zaczęły kwitnąć róże pomarszczone, czarne bzy i kaliny. Za chwilę obsypią się kwiatami piwonie i łubiny. Dlatego dobrze jest sobie czasem przysiąść w cieniu na ławeczce pośród tych majowych cudów i odganiając natrętne muszki i komary odpoczywać, pieścić pieski, zapatrzeć się na bogactwo barw, zasłuchać w śpiew ptaków, poczuć te wszystkie aromaty i powiewy unoszące się nad ogrodem…A potem? Znowu do roboty!:-)









Oboje z Cezarym pozdrawiamy Was serdecznie i pogodnego dalszego ciągu maja życzymy!:-)


środa, 19 kwietnia 2023

Fragment kwietniowego życia...

 


 


   Kwiecień. Godziny przedpołudniowe.  Błotnista łąka pod lasem. Jakaś korpulentna i rozczochrana od wiatru istota ubrana w dresowe spodnie, stary sweter oraz zielone gumiaki biega w tę i we w tę. Znosi naręcza suchych gałęzi do ogniska.(*) Dorzuca je i migiem rusza po następne. Z błyskiem w oczach, z bojową pieśnią na ustach. Jej piegowatą twarz zdobią liczne, rozmazane sadze a rozwiana grzywka zdążyła się od bliskości ognia nadpalić tu i ówdzie. Ale nic to. Ruchliwa owa istota niestrudzenie, bez żadnego marudzenia nadal taszczy kolejne stosy gałęzi. I tak przez kilka godzin. Pod koniec roboty czuje wyraźnie, że kończy się jej już zapas energii. Bolą nogi i kręgosłup. Pot leje się po plecach. Zwalnia więc i przystaje częściej. Zamyśla się. W niebo albo w ziemię na chwilę zapatrza.  Tam zawsze przecież coś ciekawego można zobaczyć. A to śliczny kawałek błękitu jaśniejący pośród gęstych chmur a to jakąś młodą roślinkę przebijającą się dzielnie spośród twardych grud gliniastej ziemi. Uśmiecha się na ten widok, cieknący nos rękawem ociera i znowu do roboty rusza. Trzeba wszak skończyć to, co się zaczęło. Przy całym tym utrudzeniu jest zadowolona z siebie, bo zrobiła to, co sobie założyła. A tak właśnie lubi – coś zacząć i skończyć za jednym zamachem a nie rozwlekać się z robotą przez kilka dni. Wszak jutro czekają kolejne wyzwania, do których też będzie potrzebować nowego zapasu energii.



   Dopiero po powrocie do domu czuje jak jest zmęczona. Drżącymi dłońmi wyjmuje z szafki szklankę i łapczywie wypija sporo zimnej wody z kranu. Strasznie jej gorąco, wiec rozbiera się do podkoszulka. Siada przy kuchennym stole i raptem nie ma już siły na nic. Jakby ktoś wyłączył jej wtyczkę z kontaktu. Odpoczywa, próbując znaleźć dla siebie jakąś wygodną pozycję, co nie jest łatwe, bo w każdej coś ją boli albo uwiera. Mogłaby się położyć, ale wie, że gdy to zrobi, to nie da rady już dziś wstać. Rozleniwi się całkiem, rozbije na kawałki a obolałe mięśnie i stawy gwałtownie zaprotestują, gdy będzie zmuszała je do jakiejkolwiek aktywności. Siedzi więc, cierpliwie ładuje swoją wewnętrzną baterię i tępo spogląda przed siebie, lewą ręką podpierając głowę a drugą machinalnie głaszcząc ufnie podtykającego swój grzbiet białego psa.  Ledwo przestanie głaskać już czuje łapę psa namolnie przypominającą jej o pożądanej pieszczocie. Jaskrawozielone, kupione onegdaj na ciuchach dresowe spodnie upstrzone są w malownicze, błotniste plamy a brudna psia łapa jeszcze dopełnia dzieła zostawiając na nich kolejne bure smugi. Przychodzi drugi pies. I trzeci. Wciskają się pod stół i zazdrośnie odpychają tamtego. Teraz już dwie ręce mają zajęcie, bo przecież całej trójce tak samo należą się pieszczoty. W końcu usatysfakcjonowane psiska pokotem pokładają się wokół i zapadają w sen. Także ją ogarnia coś w rodzaju chwilowej drzemki. Opada jej głowa, więc budzi się gwałtownie i spogląda wokół nie bardzo wiedząc czy to nadal sen, czy już jawa.  Przeczesuje palcami sztywne, posklejane od potu i nadpalenia włosy.



- Ależ ja muszę wyglądać! – parska śmiechem i mimowolnie zerka w stronę stojącego naprzeciw na kuchennym blacie lusterka. Dostrzega w nim fragment swojego odbicia. Spogląda stamtąd pogodna, rumiana jak jabłuszko krótkowłosa i siwowłosa istota w nieokreślonym wieku. Wokół ust ma siateczkę zmarszczek a po nosem i na policzku ciemne smugi od popiołu z ogniska. Zaparowane okulary nie pokazują wyraźnie innych szczegółów.



- Może to i dobrze.  Wszak w pewnym wieku ważniejsza jest uroda duszy, niż ciała! – pociesza samą siebie a potem poczuwszy, że już jej lepiej wstaje z głośnym stęknięciem i rozpalanie w piecu kuchennym a zaraz potem za obieranie ziemniaków się bierze. Wszak najwyższa pora jakiś obiad uwarzyć!

 


 (* )( A skąd te gałęzie? Z wycinki, której dokonał jesienią ubiegłego roku okoliczny tartak. Zatrudnieni tam drwale przez ponad miesiąc wycinali w pobliskim lesie ogromne ilości srebrzystych buków a potem na owej łące obrabiali je, obcinając gałęzie a w końcu cięli pnie na metrowe kawałki,  żeby zabrać do tartaku tylko gołe, gotowe do sprzedaży albo dalszego przerobu drewno. I właśnie po ich robocie na owej straszliwie zrytej przez ich traktory i ciężarówki łące zostało mnóstwo niepotrzebnych im gałęzi.  Grubych, średnich i całkiem cienkich. Zalegało to wszystko w ogromnych stosach a robotnicy odjechali nie troszcząc się o to, co się dalej z nimi stanie a pewnie licząc na to, że z czasem gałęzie owe  zbutwieją, rozpadną się albo zarosną chaszczami. A tymczasem sporo z owych gałęzi nadawało się jeszcze do użytku, więc szkoda było je tak zostawić na zmarnowanie. Wymagały tylko przesortowania, poodcinania z nich najcieńszych gałązek a potem zwiezienia na podwórze i przy pomocy piły stołowej pocięcia ich na zgrabne, nadające się do pieca kawałki.)

środa, 10 sierpnia 2022

Sierpniowi drwale…

 

 



   Brym, brym…Puf, puf…Paf, paf…Uch, uch…Pyr, pyr..Takie mniej więcej prychająco pierdzące dźwięki wydaje z siebie nasz traktorek zwany po tutejszemu „Esiokiem” (ma silnik ES7, stąd to dziwne miano) lub też „Papajem”(bo ma jednocylindrowy, pracujący nieregularnie silnik stękający w bardzo charakterystyczny, „pafująco-papujący” sposób). Mniej więcej w co drugi poranek zaprzęgamy do owego Esioka małą, ale pojemną przyczepkę i wyruszamy do naszego lasku.  Cezary zasiada za kierownicą a ja mimo jego namawiania bym usiadła obok, na kole wolę iść sobie piechotą. Do lasku zaledwie kilkaset metrów i cały czas z górki, więc się nie zmęczę a za to będę mieć przyjemną, krajoznawczą przechadzkę wśród kwitnących pól. Na kole, gdzie niby jest jako takie miejsce dla pasażera siedzieć nie cierpię. Nie dość, że strasznie tam niewygodnie i jakieś żelastwo w nogi się wpija, to jeszcze tak trzęsie na nierównościach drogi (asfaltowej, ale już zepsutej), że mam wrażenie, iż zaraz zlecę i w najlepszym razie nabiję sobie guza a w najgorszym wyląduję pod owym potężnym kołem. A tak idę spokojnie swoim tempem. Jeszcze rzeźka, jeszcze świeża, jeszcze pełna wigoru! Tu zerwę sobie listek mięty, tam kłosek trawki, tu się na jakowegoś ptaszka zapatrzę a tam na niewinny obłoczek. Uśmiecham się do siebie jakbym na jakąś przyjemną wycieczkę szła a nie do pracy. W tym czasie Cezary dumny i blady dojeżdża do mnie na prychającym radośnie Esioku. Coś mówi, ale nie słyszę poprzez to prychanie. Macha więc ręką i mija mnie za zakrętem. Ma ze sobą piłę spalinową, dwie małe piłki na baterie, piłę ręczną, grabie, sekator oraz siekierę. W schowku na narzędzia schowana jest woda do picia dla nas, butelka z zapasem benzyny, śrubokręty do pił oraz mocne linki.  Wszystko się przyda.


 

   W końcu wjeżdżamy w okolice naszego lasku. Porasta on wzgórze i paryję tuż za naszym polem. Niby blisko, ale tak się składa, że przez kilka ostatnich lat nie odwiedzaliśmy go i aż dziw jak tam w tym czasie zarosło. Pojawiło się mnóstwo młodziutkich jesionów, brzóz, dzikich czereśni, klonów i wierzb. Jednak mnóstwo też niestety drzew uschło. Wiele z nich ledwo stoi. Stojąc zaś wielce chybotliwie co i rusz skrzypi złowieszczo. A niektóre już leżą pokotem i czekają na uprzątnięcie. Ogromnie dużo też dokoła suchych gałęzi i chrustu. A wszystko to na pochyłości pośród traw i chaszczy ze splątanych krzewów jeżyn oraz pokrzyw. Zanim mogliśmy zabrać się do właściwej pracy trzeba było zatem choć trochę oczyścić i wygrabić teren, żeby dobrze widać było pozostałe po ścięciu drzew pniaki, kamienie i nierówności, żeby ukochany traktorek zagłębiając się w gęstwę lasku nie utknął zaraz gdzieś dalej na jakimś kamieniu albo w przykrytej liśćmi rozpadlinie.  Wreszcie nasz niebieski, terkoczący tryumfalnie pojazd mógł przejechać szczęśliwie w głąb lasku i zacumować przy wielkim korzeniu po uschniętej wierzbie, z tyłu mając czekający na uprzątnięcie ogromny, powalony jesion, z jednego boku brzozowo-wierzbowy zagajnik a z drugiego głęboką paryję, oddzielającą nas od lasu sąsiada. My zaś nareszcie mogliśmy zabierać się do pracy.  

 


  Do mnie głownie należy zawsze zbieranie gałęzi i zanoszenie ich na przyczepkę. Cezary piłuje co grubsze kawałki, ale ponieważ nie ze wszystkim może dać sobie radę sam co chwilę nawołuje mnie do pomocy.

 


- Przyłóż tu miarkę! I jeszcze tu! – słyszę jego z trudem przebijający się przez warkot piły spalinowej głos. „Miarka” to przycięta na wymiar przyczepki od traktora listewka. Trzeba bowiem tak ciąć drewno, żeby się akuratnie zmieściło na przyczepce.

- Zabierz mi te gałązki spod nóg bo zaraz się o nie przewrócę! – woła za chwilę ocierając pot z czoła. Opiera piłę o pieniek u stóp nie sposób przecież cały czas dźwigać tego warczącego, kilkukilogramowego ustrojstwa.

- Odsuń się szybko i nie podchodź! – krzyczy za jakiś czas – Tu jest niebezpiecznie. Przecież te gałęzie mogą ci na głowę zlecieć! – ostrzega, gdy stoję zbyt blisko chcąc mu asystować przy pracy.

- Benzyna mi się skończyła! Tam chyba jest w schowku jeszcze trochę. Przyniesiesz mi? – prosi po kilkunastu minutach a potem z braku paliwa bierze się za piłowanie ręczne. Ciężko to idzie. Suche drewno nieraz jest wyjątkowo twarde. Jednak piła nieustępliwie przesuwa się raz w jedną raz w drugą stronę. Aż do ostatecznego zwycięstwa.  Pot leje się Cezaremu po twarzy a trociny oblepiają mu czoło i szyję. Przynoszę wodę do picia. Przyjmuje ją z wdzięcznością.Sama też z lubością pociągam kilka łyków.

- Spójrz! Ta brzoza, przy której stoisz też jest do wycięcia. Zobacz, wystarczy ją pchnąć i leci. Całkiem sucha! – oznajmiam niebawem i za moment oboje pchamy pień omszałego drzewa a ono po kilku skrzypnięciach rzeczywiście wali się z rozgłośnym skrzypnięciem. I ciąg dalszy roboty. Odłamywania, odcinania, rąbania i piłowania, przyciągania i przenoszenia konarów do coraz mocniej napełniającej się przyczepki. 


 

   W tym czasie korony młodych brzóz i wierzb cichutko szumią nad nami i szemrzą o czymś w gęstwie oliwkowych i zrudziałych przedwcześnie liści. A czas, jak to ma w zwyczaju płynie sobie niepostrzeżenie i wartko. Łagodne do niedawna, poranne słonko zaczyna  znacznie mocniej przyświecać a nam w pustych brzuchach burczeć. Pora kończyć na dzisiaj dzieło. Jutro wszak też jest dzień. Mocno spinamy ułożone na przyczepie drewno. Chowamy narzędzia i gotowi jesteśmy do powrotu. Oboje jesteśmy spoceni i brudni, ogromnie zmęczeni, ale zadowoleni. Nie dość bowiem, że nareszcie uprzątamy nasz lasek, to jeszcze będzie czym w piecach palić w przyszłe, chłodne miesiące. A to z tego wszystkiego chyba najważniejsze.

   Wkrótce traktorek szybko niknie mi za zakrętem a ja znacznie mniej dziarsko niż kilka godzin temu wspinam się pod górkę, posuwam się iście zółwim tempem, noga za nogą wśród oblanych południowym słonkiem łąk, odnosząc nieodmiennie wrażenie, że droga do domu jakoś podejrzanie się wydłużyła…

 


   Paf, paf…Drym, drym! – głośno mruczy coś w swoim języku Esiok, kilka minut potem wjeżdżając z fasonem na nasze podwórko. Na przywitanie wybiegają nam psy, które przez czas nieobecności gospodarzy smacznie sobie po kątach spały. A może wcale nie spały tylko za nami tęskniły? Kto je tam wie, jakimi tajemniczymi sprawami zajmują się zwierzaki, gdy ludzi nie ma w domu? Tak czy siak witają się, jakby nas ruski miesiąc nie widziały!  Radosne, entuzjastyczne, serdeczne, kochane. Wołam do nich wesoło: - Psiaki-dzieciaki! Chodźcie, chodźcie! -  A one biegną ze mną na tyły ogrodu aby odtańczyć radosną rundkę, wyskakać się, ulubione kąty odwiedzić i obsikać a potem znów sobie gdzieś w cieniu zalec.


 

   My z Cezarym po chwili oddechu bierzemy się za wyładunek i cięcie a potem rozwożenie drewna do przeznaczonego dla niego miejsca. Znowu sporo z tym roboty. Ale ciach ciach. Mimo zmęczenia nawet szybko nam to idzie. Im częściej pracujemy jako drwale, tym większej nabieramy w tym wprawy. I mięśnie od tego intensywnego działania z drewnem rosną i tłuszczyku na brzuchu odrobinę ubywa…Same korzyści!:-)

 



- Jakoś chyba damy sobie radę! – wzdychamy po pracy spoglądając w zamyśleniu na stos usypanych pod wiatą nieregularnych kawałków brzozy, jesiona, wierzby, buka, graba, brzozy a do tego gruszy oraz  śliw z naszego ogrodu.  Niby sporo tego drewna, ale wciąż za mało by być spokojnym co do nadchodzącej zimy. Zresztą, owa zima budzi przecież o wiele więcej pytań i obaw, niż te, czym będzie się palić w piecu…Jak będzie – czas pokaże. Jak zawsze.  A póki co trwa sierpień i sporo działania jeszcze przed nami. W lasku wciąż dużo jest do uprzątnięcia. I dużo też jeszcze wolnego miejsca w drewutni. A jesienią spokojnie zapali się pod kuchnią (bo przecież będzie czym!) i w przyjemnym domowym ciepełku przyjdzie czas na czytanie zaległych książek albo na robienie przetworów owocowych….O ile rzecz jasna będzie je z czego robić, bo z powodu suszy niedojrzałe i maleńkie jabłka, gruszki i śliwki w ogromnych ilościach pospadały już z wysychających na potęgę drzew…

 


 

piątek, 13 maja 2022

Płynie wiosenny czas…

 



   Wartko i niepostrzeżenie płynie wiosenny czas. Nieomalże z dnia na dzień zmienia się wystrój otoczenia, zróżnicowanych nabierają barw widoki, pojawiają się nowe detale, zapełniają się puste miejsca w ogrodzie, na kwietnikach i na grządkach. Jest coraz piękniej, barwniej, wonniej, cieplej i bujniej. Z delikatnej, nieśmiałej zieleni kwietniowej wszystko w try miga przekształciło się w gęstą, wieloodcieniową zieloność majową. I gdyby nie zdjęcia z pierwszej połowy kwietnia nie uwierzyłabym, że jeszcze miesiąc temu leżał u nas śnieg a o poranku mróz malował trawy na siwo. Ale mam nadzieję, że to było ostateczne pożegnanie z zimą i nie pojawią się już nocne przymrozki. Tym bardziej, że przed nami jeszcze zimni ogrodnicy oraz strasząca chłodem Zośka, więc na posadzenie czekają jeszcze w skrzynkach delikatne sadzonki ogórków, pomidorów, dyni i cukinii.


kwietniowe zawilce wychylające się nieśmiało spod śniegu
 

kwietniowe spacery po lesie
Hipcia po kąpieli w błotnistej kałuży

pierwsze, delikatne liście buków


    Roboty u nas dużo. Jak zwykle wiosną. Jak u każdego, kto mieszka na wsi i chce dbać o gospodarstwo oraz o kawałek swojej ziemi. Dużo czasu zajęło nam zwożenie drewna do czego bardzo przydał się malutki traktorek z przyczepką. Potem trzeba było to drewno zwieźć pod wiatę, przygotować do siania i sadzenia grządki, pobudować i pomalować nowe płotki i pergole, poprzycinać krzewy, poprzesadzać niektóre rośliny, posiać oraz posadzić warzywa i kwiatki. Można by tak wymieniać w nieskończoność. Im ładniejsza pogoda na dworze, tym więcej spędza się czasu poza domem, tym dłużej się też pracuje. I o ile zdrowie pozwoli i los czymś przykro nie zaskoczy tak pewnie będzie aż do późnej jesieni.


kwitnące wspaniale trzy stareńkie jabłonie

 

   Wieczorami człowiek zmęczony i obolały, ale zadowolony z tego, co udało mu się zrobić nie ma siły ani ochoty na siedzenie przy komputerze, na wczytywanie się w bieżące, nadal niestety niezbyt optymistyczne wiadomości. Przed pesymizmem świata ratuje właśnie ta zwyczajna robota w ogrodzie, bo tylko ona przynosi radość, satysfakcję i poczucie sensu oraz sprawczości. Oczywiście i w takim zwyczajnym, bliskim świecie pojawiają się różne zmartwienia, ale mają one raczej inny kaliber, niż te światowe a poza tym można sobie z nimi samodzielnie jakoś poradzić, w przeciwieństwie do tamtych nadmiernie rozdętych przez media, powtarzanych do znudzenia wieści i prognoz nieodmiennie przytłaczających ogromem zagrożeń.



 

 Ot, zmaga się człowiek w swojej malutkiej banieczce codzienności z nadmierną suszą, z koszeniem rosnącej jak na drożdżach trawy, z mszycami i dokuczliwymi muszkami, z upartym kretem i sprytnymi nornicami, plagą kleszczy, z drzazgą w dłoni, z przypieczonym ostrym słońcem karkiem, z bolącym kręgosłupem, itp., itd.  Ale to są problemy będące częścią zwykłego życia w bliskości natury a przez to coroczne, powtarzające się i nie obezwładniające swoją mocą i uczuciem beznadziei.



 

czosnek niedźwiedzi


majowy stokrotkowo-mniszkowy raj

   Żyje się więc, po prostu żyje i działa na tyle, na ile uporu i sił starcza. A przy tym stara się doceniać każdą chwilę, nawet tę, gdy coś boli, dokucza, swędzi, gdy z nagła dopadają jakieś wspomnienia i smutki, gdy skrzypi w stawach a pot spływa ciurkiem po plecach. I tak biegnie dzień za dniem. A maj powoli wkracza w swoją pełnię…



Pozdrawiamy Was serdecznie z majowego Jaworowa!:-)

Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost