
Brym, brym…Puf,
puf…Paf, paf…Uch, uch…Pyr, pyr..Takie mniej więcej prychająco pierdzące dźwięki
wydaje z siebie nasz traktorek zwany po tutejszemu „Esiokiem” (ma silnik ES7,
stąd to dziwne miano) lub też „Papajem”(bo ma jednocylindrowy, pracujący nieregularnie
silnik stękający w bardzo charakterystyczny, „pafująco-papujący” sposób). Mniej
więcej w co drugi poranek zaprzęgamy do owego Esioka małą, ale pojemną
przyczepkę i wyruszamy do naszego lasku. Cezary zasiada za kierownicą a ja mimo jego
namawiania bym usiadła obok, na kole wolę iść sobie piechotą. Do lasku zaledwie
kilkaset metrów i cały czas z górki, więc się nie zmęczę a za to będę mieć
przyjemną, krajoznawczą przechadzkę wśród kwitnących pól. Na kole, gdzie niby jest
jako takie miejsce dla pasażera siedzieć nie cierpię. Nie dość, że strasznie
tam niewygodnie i jakieś żelastwo w nogi się wpija, to jeszcze tak trzęsie na
nierównościach drogi (asfaltowej, ale już zepsutej), że mam wrażenie, iż zaraz
zlecę i w najlepszym razie nabiję sobie guza a w najgorszym wyląduję pod owym potężnym
kołem. A tak idę spokojnie swoim tempem. Jeszcze rzeźka, jeszcze świeża,
jeszcze pełna wigoru! Tu zerwę sobie listek mięty, tam kłosek trawki, tu się na
jakowegoś ptaszka zapatrzę a tam na niewinny obłoczek. Uśmiecham się do siebie
jakbym na jakąś przyjemną wycieczkę szła a nie do pracy. W tym czasie Cezary
dumny i blady dojeżdża do mnie na prychającym radośnie Esioku. Coś mówi, ale
nie słyszę poprzez to prychanie. Macha więc ręką i mija mnie za zakrętem. Ma ze
sobą piłę spalinową, dwie małe piłki na baterie, piłę ręczną, grabie, sekator
oraz siekierę. W schowku na narzędzia schowana jest woda do picia dla nas, butelka
z zapasem benzyny, śrubokręty do pił oraz mocne linki. Wszystko się przyda.

W końcu wjeżdżamy w okolice naszego lasku. Porasta
on wzgórze i paryję tuż za naszym polem. Niby blisko, ale tak się składa, że
przez kilka ostatnich lat nie odwiedzaliśmy go i aż dziw jak tam w tym czasie
zarosło. Pojawiło się mnóstwo młodziutkich jesionów, brzóz, dzikich czereśni,
klonów i wierzb. Jednak mnóstwo też niestety drzew uschło. Wiele z nich ledwo
stoi. Stojąc zaś wielce chybotliwie co i rusz skrzypi złowieszczo. A niektóre już
leżą pokotem i czekają na uprzątnięcie. Ogromnie dużo też dokoła suchych gałęzi
i chrustu. A wszystko to na pochyłości pośród traw i chaszczy ze splątanych krzewów
jeżyn oraz pokrzyw. Zanim mogliśmy zabrać się do właściwej pracy trzeba było zatem
choć trochę oczyścić i wygrabić teren, żeby dobrze widać było pozostałe po ścięciu
drzew pniaki, kamienie i nierówności, żeby ukochany traktorek zagłębiając się w
gęstwę lasku nie utknął zaraz gdzieś dalej na jakimś kamieniu albo w przykrytej
liśćmi rozpadlinie. Wreszcie nasz
niebieski, terkoczący tryumfalnie pojazd mógł przejechać szczęśliwie w głąb
lasku i zacumować przy wielkim korzeniu po uschniętej wierzbie, z tyłu mając czekający
na uprzątnięcie ogromny, powalony jesion, z jednego boku brzozowo-wierzbowy
zagajnik a z drugiego głęboką paryję, oddzielającą nas od lasu sąsiada. My zaś nareszcie
mogliśmy zabierać się do pracy.

Do mnie głownie
należy zawsze zbieranie gałęzi i zanoszenie ich na przyczepkę. Cezary piłuje co
grubsze kawałki, ale ponieważ nie ze wszystkim może dać sobie radę sam co
chwilę nawołuje mnie do pomocy.
- Przyłóż tu miarkę! I jeszcze tu! – słyszę jego z trudem
przebijający się przez warkot piły spalinowej głos. „Miarka” to przycięta na
wymiar przyczepki od traktora listewka. Trzeba bowiem tak ciąć drewno, żeby się
akuratnie zmieściło na przyczepce.
- Zabierz mi te gałązki spod nóg bo zaraz się o nie
przewrócę! – woła za chwilę ocierając pot z czoła. Opiera piłę o pieniek u stóp
nie sposób przecież cały czas dźwigać tego warczącego, kilkukilogramowego
ustrojstwa.
- Odsuń się szybko i nie podchodź! – krzyczy za jakiś
czas – Tu jest niebezpiecznie. Przecież te gałęzie mogą ci na głowę zlecieć! – ostrzega,
gdy stoję zbyt blisko chcąc mu asystować przy pracy.
- Benzyna mi się skończyła! Tam chyba jest w schowku
jeszcze trochę. Przyniesiesz mi? – prosi po kilkunastu minutach a potem z braku
paliwa bierze się za piłowanie ręczne. Ciężko to idzie. Suche drewno nieraz
jest wyjątkowo twarde. Jednak piła nieustępliwie przesuwa się raz w jedną
raz w drugą stronę. Aż do ostatecznego zwycięstwa. Pot leje się Cezaremu po twarzy a trociny oblepiają mu czoło i szyję. Przynoszę wodę do picia.
Przyjmuje ją z wdzięcznością.Sama też z lubością pociągam kilka łyków.
- Spójrz! Ta brzoza, przy której stoisz też jest do
wycięcia. Zobacz, wystarczy ją pchnąć i leci. Całkiem sucha! – oznajmiam niebawem
i za moment oboje pchamy pień omszałego drzewa a ono po kilku skrzypnięciach
rzeczywiście wali się z rozgłośnym skrzypnięciem. I ciąg dalszy roboty.
Odłamywania, odcinania, rąbania i piłowania, przyciągania i przenoszenia konarów
do coraz mocniej napełniającej się przyczepki.

W tym czasie
korony młodych brzóz i wierzb cichutko szumią nad nami i szemrzą o czymś w gęstwie oliwkowych i zrudziałych przedwcześnie liści. A czas, jak to ma w zwyczaju płynie sobie niepostrzeżenie i wartko. Łagodne do niedawna, poranne słonko
zaczyna znacznie mocniej przyświecać a nam w
pustych brzuchach burczeć. Pora kończyć na dzisiaj dzieło. Jutro wszak też jest
dzień. Mocno spinamy ułożone na przyczepie drewno. Chowamy narzędzia i gotowi jesteśmy
do powrotu. Oboje jesteśmy spoceni i brudni, ogromnie zmęczeni, ale zadowoleni.
Nie dość bowiem, że nareszcie uprzątamy nasz lasek, to jeszcze będzie czym w
piecach palić w przyszłe, chłodne miesiące. A to z tego wszystkiego chyba
najważniejsze.
Wkrótce traktorek
szybko niknie mi za zakrętem a ja znacznie mniej dziarsko niż kilka godzin temu
wspinam się pod górkę, posuwam się iście zółwim tempem, noga za nogą wśród
oblanych południowym słonkiem łąk, odnosząc nieodmiennie wrażenie, że droga do
domu jakoś podejrzanie się wydłużyła…
Paf, paf…Drym,
drym! – głośno mruczy coś w swoim języku Esiok, kilka minut potem wjeżdżając z fasonem na
nasze podwórko. Na przywitanie wybiegają nam psy, które przez czas nieobecności
gospodarzy smacznie sobie po kątach spały. A może wcale nie spały tylko za nami
tęskniły? Kto je tam wie, jakimi tajemniczymi sprawami zajmują się zwierzaki,
gdy ludzi nie ma w domu? Tak czy siak witają się, jakby nas ruski miesiąc nie
widziały! Radosne, entuzjastyczne, serdeczne,
kochane. Wołam do nich wesoło: - Psiaki-dzieciaki! Chodźcie, chodźcie! - A one biegną ze mną na tyły ogrodu aby
odtańczyć radosną rundkę, wyskakać się, ulubione kąty odwiedzić i obsikać a
potem znów sobie gdzieś w cieniu zalec.

My z Cezarym po
chwili oddechu bierzemy się za wyładunek i cięcie a potem rozwożenie drewna do
przeznaczonego dla niego miejsca. Znowu sporo z tym roboty. Ale ciach ciach. Mimo
zmęczenia nawet szybko nam to idzie. Im częściej pracujemy jako drwale, tym większej
nabieramy w tym wprawy. I mięśnie od tego intensywnego działania z drewnem rosną
i tłuszczyku na brzuchu odrobinę ubywa…Same korzyści!:-)


- Jakoś chyba damy sobie radę! – wzdychamy po pracy spoglądając
w zamyśleniu na stos usypanych pod wiatą nieregularnych kawałków brzozy,
jesiona, wierzby, buka, graba, brzozy a do tego gruszy oraz śliw z naszego ogrodu. Niby sporo tego drewna, ale wciąż za mało by
być spokojnym co do nadchodzącej zimy. Zresztą, owa zima budzi przecież o wiele
więcej pytań i obaw, niż te, czym będzie się palić w piecu…Jak będzie – czas pokaże. Jak
zawsze. A póki co trwa sierpień i sporo
działania jeszcze przed nami. W lasku wciąż dużo jest do uprzątnięcia. I dużo
też jeszcze wolnego miejsca w drewutni. A jesienią spokojnie zapali się pod
kuchnią (bo przecież będzie czym!) i w przyjemnym domowym ciepełku przyjdzie
czas na czytanie zaległych książek albo na robienie przetworów owocowych….O ile
rzecz jasna będzie je z czego robić, bo z powodu suszy niedojrzałe i maleńkie jabłka,
gruszki i śliwki w ogromnych ilościach pospadały już z wysychających na potęgę drzew…