Wyprawa w krainę słońca...

Cz. 1 - Początek, czyli słone jeziora

   Jakie to dziwne, że czas tak szybko zleciał!
Przecież dopiero co wyjeżdżaliśmy z Cezarym na naszą daleką wyprawę do stanu South Australia a teraz jesteśmy już z powrotem w naszym stanie Wiktoria, pełni wrażeń i wspomnień z krainy wiecznego słońca, wspaniałych kolorów gór oraz bezkresnych przestrzeni. A w domu, w Melbourne wszystko po staremu...Papugi wydzierają się identycznie, jak przedtem. Sąsiadka wciąż słucha puszczonego na cały regulator ostrego rocka. A kwitnące w ogrodzie naprzeciwko kalie wyglądają tak samo olśniewająco biało, sztucznie i plastikowo, jak kilka dni temu. Tymczasem my byliśmy tak daleko, przemierzając tysiące kilometrów, zwiedzając dziesiątki czarownych krain, czując się prawie jak podróżnicy do wnętrza ziemi z powieści Verne’a…” – z wielkim sentymentem przeczytałam niedawno fragment listu, który w czasach australijskich pisałam do rodziny.

   Natychmiast przypomniała mi się tamta nasza wyprawa z całą wyrazistością.  Postanowiłam spisać swoje wspomnienia, póki jeszcze tak mocno dźwięczą mi w głowie. Są teraz dla mnie, jak słodkie, niebolesne z powodu cichnącej już tęsknoty sny…Jak cukierki z dzieciństwa, co to należały wyłącznie do tamtych czasów i wiem, że dzisiaj ich smak wydałby mi się zupełnie inny. Pewnie gorszy…Zresztą wszystko przeżywane po raz pierwszy jest najwspanialsze, najwyrazistsze. Potem wrażenia blakną, jałowieją i wszystko powszednieje…Teraz jednak, póki trwa czekanie na prawdziwą, słoneczną wiosnę i ciepło, na nowe, intensywne dzianie, przynoszące radość, energię i sens chciałabym zanurzyć się na jakiś czas w tamten barwny, australijski sen. Czy powinnam uciekać od tego, co minęło i nie wróci, lecz było przecież najwspanialszą przygodą mojego życia?….
   Spoglądam przez okno i dostrzegam, iż to kolejny dzień, gdy króluje stalowe w kolorystyce niebo, przenikliwie zimny, zadziorny wiatr,  do tego podobny do ryżowych płatków, zasypujący nas obficie śnieg oraz tajemnicza plątanina oszronionych gałęzi drzew w tle. To moja oswajana wciąż uczuciami i pracowitą codziennością, wybrana sercem podkarpacka kraina osiedlenia i spełnienia. To kolejny splot warkocza jakże zaskakującego mnie wciąż życia…Swojski, bogaty w odmienne pory roku świat, upojne zapachy łąk i lasów, w szczęśliwe dni naszych zwierząt, w graniczące z bezbrzeżną euforią uczucia, ale i w troski i problemy, co to coraz częściej spać nie dają…




   A pomyśleć, że kilka lat temu o podobnej porze właśnie mknęliśmy naszym czarnym jeepem na spotkanie nowej, słonecznej przygody, przemierzając uparcie puste drogi Australii południowej. Zajadaliśmy kwaśne jabłka. Śpiewaliśmy stare, dobre piosenki. I spoglądaliśmy wyczekująco w falującą upałem przestrzeń, która otwierała się przed nami mamiąc kolejnymi zakrętami,  skrytymi w jarach na poły wyschniętymi rzeczułkami, łagodnymi wzniesieniami, zżółkłymi od słońca polami i niepochwytnymi wciąż snami. My - tacy młodzi duchem, tacy niepokorni i wolni. Ty, mój kochany Cezary w swojej ulubionej, błękitnej koszuli w kratkę. Ja w mojej kupionej w australijskim szmateksie super wygodnej, przewiewnej bluzeczce z długim rękawem. Na tylnym siedzeniu leżały nasze made in China, kowbojskie kapelusze. Pod nogami kulały się butelki wody mineralnej. Na kolanach spoczywał wierny aparat fotograficzny. Tuż przed wyprawą, dla wygody ścięłam włosy na krótko i zadowolona, że mogę tak sobie jechać przy otwartym oknie a kosmyki nie wpadają mi jak zwykle do oczu i do ust wystawiałam głowę przez okno i wpatrywałam się w oszałamiający bezkres…Na nosie wykwitały kolejne piegi. W oczach lśniła ciekawość i dziecięcy uśmiech. Mknęłam przy Tobie, do wymarzonej, południowej Nibylandii niczym uskrzydlony odwieczną magią przygody Piotruś Pan…Ja to byłam? Naprawdę ja…? Jak to wtedy było? 




  ... Już w kilka godzin po opuszczeniu ciepłego, lecz nie upalnego Melbourne, minąwszy Bendigo i Charlton dotarliśmy do suchego jak pieprz, skąpanego w bezlitosnych promieniach południowego słońca małego miasteczka Wycheproof. Nazwa ta pochodzi z języka aborygeńskiego a oznacza trawę na wzgórzu. Bo rzeczywiście jest w tej miejscowości porosłe suchą trawą niewielkie wzniesienie, z którego bardzo dobrze widać okolice. Niezmierzone przestrzenie pól pszenicznych, suchych, szczeciniastych połaci traw, kępek eukaliptusów i niteczek dróg kończących się gdzieś za horyzontem. Falujące nad tymi widokami gorące powietrze zapowiadało nam, w jakie rejony przyjdzie nam teraz wjechać. Jak oddalone od cywilizacji szosy przemierzać.




   Po zejściu z tego niewysokiego, bo liczącego zaledwie 148 m wzgórza pojechaliśmy do centrum miasta, aby zatankować samochód i przejść się by rozruszać nogi przed czekającą nas długą jazdą. W głowach kręciło nam się od monotonii podróży, od spiekoty i suchego, nie dającego żadnej ochłody wiatru.  Marzyłam wówczas o surowej, polskiej zimie, o czystym śniegu, który mogłabym nabrać w dłonie, przyłożyć do spieczonych warg a nawet zjeść ze smakiem, jak w czasach beztroskiego dzieciństwa...
   Przy okazji obejrzeliśmy oryginalną ekspozycję żelaznych, wielowymiarowych rękodzieł zajmujących całą przestrzeń między stacją beznynową a sklepem dla kolekcjonerów staroci. Sympatyczny i  pomysłowy kowal wystawiał tam swe abstrakcyjne dzieła, chętnie wdając się w rozmowy z turystami i opowiadając o swej pracy oraz o kwitnącej ponoć w Internecie sprzedaży jego oryginalnych wytworów. Powiedział, że to między innymi dzięki niemu miasteczko powoli staje się znane i przyciąga do siebie nowych osiedleńców. Władze miasta zaś, w celu zachęcenia następnych chętnych ogłosiły, że możliwe jest wynajęcie położonych w okolicy gospodarstw agroturystycznych w cenie zaledwie jednego dolara za tydzień! Cena rzeczywiście bardzo atrakcyjna, tylko co robić w takim miejscu? Z czego żyć? 



   Przez chwilę wyobraziliśmy sobie nawet, iż nabywamy takie gospodarstwo i zajmujemy się hodowlą owiec. W promieniu wielu setek kilometrów nie ma dużych miast. Upał panuje tam przez większą część roku. Ubrani w przewiewne, kraciaste koszule z długimi rękawami i kapelusze z szerokim rondem, nikogo prócz kangurów nie spotykając, zaganiamy nasze barany i przemierzamy na koniach brunatno-żółte przestrzenie tych spieczonych promieniami słońca nizin. Czasem odwiedzalibyśmy miasteczko, by zrobić konieczne zakupy i pogadać z miejscowymi. Posiedzieć razem z nimi w barze, delektując się szklaneczką zimnego piwa. Popatrzeć na ustawiony ponad kontuarem baru telewizor i pokibicować razem narodowej reprezentacji Australii w footballu. Jakie tam jeszcze mogłyby być rozrywki? Pewnie uczestnictwo w wyścigach końskich albo rodeo, lub w okazjonalnych targach czy akcjach charytatywnych. Czasami spotkania w babskim gronie przy zbyt słodkich muffinkach i zbyt kąśliwych ploteczkach o mężach.

A wieczorami, po robocie, siedząc z Cezarym na tarasie naszego drewnianego domku pod eukaliptusem odpoczywalibyśmy, słuchając wrzaskliwych papug, kłótliwych kokabur, charkotliwych pohukiwań schowanych w chaszczach possumów, czyli oposów…Czy różniłoby się to aż tak bardzo od naszego obecnego życia w podkarpackiej wiosce? Chyba nie! Tylko tu przeważnie trochę zimniej bywa i ptaki inne śpiewają!:-))

Ale wróćmy do opowieści z tamtych czasów, do upalnej końcówki styczniowego lata…




    Głównym celem naszej podróży były przepiękne, dzikie Góry Flindersa. Są one oddalone od stolicy stanu South Australia - Adelajdy o około 400km. Dla nas było to około 1400 km z Melbourne. Wcześniej planowaliśmy jeszcze pojechać dalej, by zobaczyć największe, cyklicznie wysychające jezioro Australii - Lake Eyre, ale okazało się, iż jest ono teraz właśnie w fazie kompletnego wyschnięcia, a więc prawdopodobnie nie ma tam nic ciekawego do zobaczenia. Co innego byłoby, gdyby aktualnie znajdowałaby się w nim woda. Wówczas rozkwitałby tam raj dla ogromnej ilości ptaków i ryb a także prawdziwe El dorado dla fotografów. Natomiast w czasie wyschnięcia to po prostu ogromna, szaro biała połać, bez śladów życia. 





   Jadąc do gór Flindersa, jeszcze w Wiktorii, kilkadziesiąt kilometrów za Wycheproof mieliśmy możliwość zobaczenia kilku o wiele mniejszych, ale w sumie podobnych jezior.  Kompletnie wyschniętych, tkwiących niby ogromne, białe boiska pośród wielkiej pustki stepu, pól i uschniętych porostów. Największe pośród nich było Lake Tyrrell. Spacerowałam po położonym tuż przy nim mniejszym zbiorniku zwanym Sea Lake, z zachwytem przyglądając się krystalicznym grudkom soli, upodabniającym to niezwykłe jezioro do pokrytego wieczną zmarzliną akwenu dalekiej północy. Ale tam stale jakieś życie mroźne się toczy. Jakieś foki, reny, czy chociażby mewy krążą w pobliżu. Tutaj tylko martwota niezmierzona trwała. Pustka, spiekota i cisza jak po wybuchu bomby atomowej. Wszystko, co żyje potrzebuje przecież chociaż odrobiny wody. Tutaj nie było jej wcale. Dookoła panowała susza i towarzysząca jej solna, zabijająca wszystko biel. A obok trwały niemo wyschłe na wiór kłosy traw i rachitycznych drzewek. I tylko jakiś samotny kruk krążył nad nami, krakliwie i ponuro coś nam przepowiadając. Słuchając jego okrzyków dziwnie sucho w ustach mi się jakoś zrobiło i mróz przeleciał po krzyżu. Czym prędzej łyknęłam więc kilka łyków wody, ukrytej zapobiegliwie przed gorącem w naszej podróżnej lodówce. 


Na dnie wyschłego jeziora


Jak po śniegu, po dnie jeziora
Idę, sól chrzęści mi pod stopami
Miliard sopelków, kryształów
Białych pajęczyn aksamit

Kiedyś tu bujne kwitło życie
Ukryte pod wody tonią
Teraz jak księżyc – wszystko nagie
Wydane oczom i dłoniom

Jak szklana wata są ostre
Jak ptasi puch delikatne
Te labirynty solne
Te białe mchy naskalne

Tak można by iść niczym w transie
Przykucać co krok w olśnieniu
Nad koronkowym królestwem
Tajemnic w suchym strumieniu

Aż naraz krzyk słyszę kruka
Strażnika tej słonej krainy
Bym nie ważyła się szukać
Skarbów tej niby-zimy

Więc jeszcze zdjęcie ostatnie
Cofnęłam się w las namorzyn
A wierny strażnik ukradkiem
Wciąż mi nad głową krążył

Aż doszłam ku rozwidleniu
Tu ludzi świat, tam ocean
Wróciłam w swój los w zamyśleniu
Kruk cicho odleciał w bezczas...








    Zdecydowanie tak spieczone słońcem, prawie zupełnie pozbawione drzew tereny nie są dobrym do osiedlenia miejscem – pomyślałam a propos wcześniejszych rozważań o zakupie gospodarstwa w tych stronach.  Jednak, jak dowiedziałam się z folderów reklamowych, ten przygnębiająco suchy stan rzeczy zmienia się zupełnie zimą. Z opadów deszczu i dopływu wód podskórnych pojawia się długo wyczekiwana wilgoć i żywsza zieleń. Zlatują się ptaki. Schodzą jaszczurki, kangury i walabie. Solna kraina na chwilę ożywa i tworzy czarodziejski, pełen dźwięków i kolorów raj!



Gdzieś tam na horyzoncie widoczne były ciągnące się w nieskończoność czerwono brunatne pola uprawne. Kolor ziemi w Australii jest zaskakująco inny niż w Polsce. Mało tu czerni i szarości. Jest natomiast wiewiórkowa rudość, brudny róż, zgaszony fiolet, bordowy brąz, intensywny pomarańcz i wieloodcieniowa żółć. Dlatego na fotografiach i malarskich pejzażach wygląda to bardzo egzotycznie i malowniczo. Warzywa korzeniowe z takiej ziemi wyciągnięte i myte natychmiast oddają wodzie pokrywające je barwne pyły. Jakby się pisanki wielkanocne płukało! Ale to tylko pod warunkiem, że trafimy na warzywniak w stylu polskim, gdzie wszystko, co się kupuje jest brudne, bo niby przez ten naturalny brud przed zepsuciem chronione. Zazwyczaj jednak plony ziemi australijskiej sprzedawane są w stanie nieomal sterylnej czystości. Wystawione w sklepach ziemniaki, marchewki, buraki, pietruszki i selery wyglądają jak gotowe by od razu wrzucić je do garnka, czy nawet schrupać na surowo!

 





   A propos plonów ziemi, to irytujace było dla nas, że z Wiktorii do South Australii nie wolno przewozić żadnych owoców ani warzyw. Są tam ścisłe restrykcje z powodu jakiejś groźnej muszki owocowej, która podobno nawiedza cyklicznie uprawy Wiktorii. Musieliśmy więc przed granicą stanów pożreć, co się tylko dało, a czego się nie dało po prostu wyrzucić, bo kary za przewóz owoców i warzyw między stanami są kolosalne. A jeszcze na granicy okazało się, że nawet ziemniaki i cebule, które kupiliśmy w poczciwym warzywniaku na naszym osiedlu w Melbourne także podlegają zarekwirowaniu. Tak więc z żalem wrzuciliśmy te wiktuały do specjalnie w tym celu ustawionych przy posterunku granicznym koszy i zostaliśmy surowo pouczeni, że jest to konieczne i nie ma mowy o przymknięciu na coś oka. Oczywiście w pierwszym miasteczku za granicą South Australii kupiliśmy następne owoce, które już wolno nam było bez zbędnej nerwowości i pośpiechu jeść do woli…





Cz. 2 - Riverland




   Już wkrótce zachwycaliśmy się Riverlandem - krainą jezior i wspaniałych rozlewisk
Murray River oraz wtopioną w tę soczystą zieleń miasteczek takich, jak  Mildura, Renmark, Morgan, Berri i inne.  Stojąc na wysokiej skarpie widzieliśmy w dole turkusowe wstążki i niteczki tej zasilającej okoliczne tereny w wodę, największej w Australii rzeki. To przecież dzięki niej właśnie, dzięki naturalnemu i sztucznemu  doprowadzaniu wody do farm, pól, ogrodów i winnic każda miejscowość Riverlandu (a ciągnie się on przez dwa stany) jest krainą miodem i mlekiem płynącą. Zielonym, kwitnącym i owocującym bujnie terenem pełnym winorośli, drzewek pomarańczowych, mandarynkowych, jabłoni, oliwek, migdałów, śliwek, wszelkich innych owoców. 


  Wszystko to było tam bardzo tanie, świeże i po prostu pyszne. Zatrzymywaliśmy się więc ochoczo przy takich ciągnących się kilometrami plantacjach i uzyskując od miejscowych farmerów zgodę na samodzielne zbieranie owoców, rwaliśmy je radośnie. Rozgrzane słońcem pomarańcze wydzielały z siebie zniewalający, nieznany mi przedtem, intensywny aromat. A ich słodycz była wprost niebiańska! Obżeraliśmy się zatem niemożliwie tymi plonami ziemi australijskiej, a sprzyjała temu upalna pogoda oraz towarzyszące jej stałe pragnienie. Sok aż ciekł nam po brodach a lepiące się dłonie z braku wody oblizywaliśmy i ocieraliśmy w wilgotne chusteczki higieniczne.


- Ileż człowiek może w siebie zmieścić?!  - śmialiśmy się sami z siebie, popatrując na pełną reklamówkę pestek i ogryzków, które produkowaliśmy w ilościach masowych.
Ale takie w nas było dziwne nienasycenie, takie łaknienie by najeść się tymi dobrodziejstwami nareszcie do syta za wszelkie braki i tęsknoty siermiężnego socjalizmu, kiedy to takie egzotyczne owoce wydawały się niedosiężnym zupełnie cudem.


   Oszołomieni bogactwem barw i zapachów zatrzymywaliśmy się także często przy ulicznych straganach warzywno-owocowych. A w miasteczku Berri, gdzie ulokowanych jest najwięcej w Australii zakładów produkujących dżemy, soki i wszelkie przetwory warzywno-owocowe zachęceni niskimi cenami kupowaliśmy  ciepłe od słońca brzoskwinie, worki niełuskanych, świeżutkich migdałów, soczyste melony, arbuzy, awokado, śliwki i mango, świeżo wyciskane soki, musy, galaretki i lody sorbetowe. Na dobrą sprawę mogliśmy żywić się tylko tym, odpoczywając na jakiś czas od steków i kiełbasek. A więc korzystaliśmy z tego, zrobiwszy spore zapasy i z małymi wyjątkami, przechodząc na kilka dni na dietę frutariańską. Co, swoją drogą, świetnie nam zrobiło! Czuliśmy się lekko, zdrowo i młodo. 


   Tyle tylko, że musieliśmy bardzo często odwiedzać australijskie przybytki odosobnienia by pozbyć się nieustannego nadmiaru wody. A, nawiasem mówiąc, przydrożne toalety w Australii są w każdym stanie bez zarzutu. Bezpłatne, czyste, pachnące, zaopatrzone w biały papier toaletowy, mięciutkie ręczniki i pachnące mydełka. Nie ma mowy o jakimś zaniedbaniu czy też dewastacji. Council city zatrudnia ludzi, odpowiedzialnych za sprzątanie tych miejsc. I chyba nieźle im płaci, bo świetnie wywiązują się z powierzonych im zadań. Na dodatek sami Australijczycy, nie zepsuci jak my socjalistyczną mentalnością, gdzie wszystko należy do wszystkich, a więc tak naprawdę nic nie należy do nikogo, nie mają inklinacji do niszczenia, kradzieży, złośliwego zanieczyszczania i traktowania z pogardą czyjejś pracy.



   Tymczasem zbliżał się wieczór a my nie mieliśmy jeszcze pojęcia, gdzie spędzimy pierwszą noc naszej wyprawy. Nie było bowiem w naszym zwyczaju wcześniejsze rezerwowanie miejsc w motelach czy na polach campingowych. Przeważnie zawsze woleliśmy iść na żywioł i nocować tam, gdzie nam się najbardziej podobało albo też gdziekolwiek, gdzie po prostu było wolne miejsce. Niewybredni, potrafiący przystosować się do każdych warunków szukaliśmy czegoś dla siebie jeżdżąc od jednej do drugiej miejscowości urokliwego Riverlandu. Po kilku nieudanych próbach przycupnięcia gdzieś wreszcie udało się nam załatwić nocleg na polu namiotowym nad rzeką.



 Po szybkim rozłożeniu namiotu ( po kilku wyprawach doszliśmy już w tej czynności do jakiejś wprawy!) i po wzięciu chłodnego prysznica w pobliskim sanitariacie wyruszyliśmy na wieczorny spacer nad rzekę. Właśnie zaczynał się wspaniały zachód słońca. Gdzieś przepadło całe nasze całodzienne zmęczenie. Szliśmy tak odświeżeni i radośni mijając kolejne meandry dopływów Murray River i podziwiając przebłyskujące spoza drzew jezioro. Mijaliśmy żerujące między trawami białe papugi oraz czarno-białe, podobne do srok agresywne macpies.  Spomiędzy gałęzi eukaliptusów pierzchały chmary kokabur i różowych papużek. Na wysepkach tkwiły dostojnie zamyślone głęboko czarnopióre ibisy a przy brzegu kroczyły czerwonodziobe wrzaskuny. 



    Przyjemnie chłodne, wieczorne powietrze łagodziło moją spieczoną na czerwono skórę na twarzy. A grzejące nieustępliwie przez cały dzień słońce także zapragnęło już chyba wytchnienia, gdyż właśnie zanurzało się z przyjemnością w wodach pobliskiego jeziorka. Z wody sterczały kikuty lśniących złociście drzew...



   W szuwarach, przy ukrytych tam mostkach i trapach trwały zacumowane na noc łodzie, jachty i statki parowe. Świeciły się w nich światełka a przez prześwitujące gdzieniegdzie firanki widać było rodziny zajadające późne kolacje. Ponad taflą wody unosiły się ich śpiewy i śmiechy. Napływały zapachy grillowanych potraw i odgrzewanych zupek chińskich. Usiedliśmy sobie z mężem na jednym z takich trapów i wyciągnąwszy z plecaczka bułki z jajkami na twardo oraz pomidorami zajadaliśmy je patrząc na zmienne kolory spowitego zachodem nieba…


- A wiesz Oleńko, kiedy tak patrzymy razem na te statki to przypomniała mi się historia mojego znajomego z dawnych lat…szepnął Cezary, pożarłszy trzecią bułkę i popiwszy ją wodą mineralną.
- Opowiadaj, przecież nigdzie się nam nie śpieszy – odrzekłam oparłszy się wygodnie o plecy męża i z ulgą przymykając zmęczone oczy.

- Steve był bardzo dobrze sytuowanym developerem. W wieku czterdziestu lat miał kilka samochodów, domów z basenami oraz dobrze ulokowanych oszczędności. Do tego udane małżeństwo i dwoje dorosłych, wykształconych dzieci. Sam siebie nazywał szczęśliwym człowiekiem. Jednak jego sytuacja zmieniła się nieomal z dnia na dzień. Zbankrutował i popadł w straszliwe długi. Wówczas okazało się, iż jego kochająca rodzina kochała tak naprawdę tylko jego majątek i w tym trudnym dla Steva momencie oskubała go z czego się tylko dało, jemu samemu zostawiając marne ochłapy… - opowiadał pełnym emocji głosem Cezary a papugi nad nami, jak gdyby potakując mu rozwrzeszczały się upiornie a potem spłoszone własnym krzykiem odleciały na przeciwległą stronę jeziora.


- I co, stał się biedakiem? – zapytałam pełna współczucia, gdy już dało się cokolwiek powiedzieć po głośnym, wokalnym popisie australijskich ptaków.
- No wiesz Oleńko, na nasze realia to w dalszym ciągu miał dużo. Na tyle dużo by powziąć plan o zupełnej zmianie dotychczasowego życia i móc go wprowadzić w czyn. Otóż Steve ukończył kurs sternika a potem za wszystko co miał nabył statek rzeczny o napędzie parowym. Podobny do tego, jak ten tam, naprzeciwko…
- Och, to chciałabym być takim biedakiem – odrzekłam z przekąsem obserwując ów całkiem spory stateczek, oświetlony teraz pomarańczowymi promieniami gasnącego powoli słońca.


- Ale słuchaj dalej! – kontynuował Cezary – Otóż ten Steve samotnie wyruszył w podróż swojego życia. Pływał po Murray i Darling River. Spodobało mu się to ogromnie! Tym bardziej, że wedle odwiecznych, obowiązujących tu praw każdy żeglarz może zatrzymać się w dogodnym miejscu i zupełnie za darmo wyciąć sobie trochę eukaliptusów na opał. Tak więc napęd statku miał tym samym bezpłatnie. A jedzenie zdobywał w zamian za pracę, którą świadczył na rzecz różnych farmerów. A że nie bał się żadnej ciężkiej roboty i szybko się uczył, dlatego ludzie lubili go i szanowali.

- Czyli był szczęśliwy? – skwitowałam, przeciągnąwszy się sennie a potem położyłam głowę na kolanach męża i spojrzałam ciekawie w jego błyszczące wspomnieniami oczy.
- Niby tak, ale narzekał czasem na samotność. Marzył o prawdziwej miłości – westchnął a wydobywszy z kieszeni cygaro zapalił je i zaciągnął się nim z lubością. Wiedział, że lubię ten zapach a więc nie będę protestować.
- A marzenia, o dziwo, często lubią się spełniać! – zaśmiał się z lekką kpiną w głosie, potarmosiwszy przy tym figlarnie moją chłopięcą fryzurkę.
- To źle? – sapnęłam z udawanym oburzeniem.
- No cóż! Zależy dla kogo! Pewnego razu o świcie do łodzi Steva wsunęła się bezszelestnie wielce nim zauroczona miejscowa piękność.  Pochodząca z Filipin nauczycielka rysunku… - Cezary chrząknął i zamyśliwszy się na chwilę przerwał opowieść. Pykał i pykał tym swoim dymkiem, jakby zupełnie zapomniał o mnie.

- No mówże! Czemu przerywasz w najciekawszym momencie? – zawołałam wreszcie i zerwawszy się na równe nogi sprytnie wyjęłam mu z dłoni cygaro a uciekając z nim za pobliski eukaliptus wołałam chichocząc, że oddam mu je dopiero wtedy, gdy opowie jak rozwinęła się ta miłosna historia.
- No już mówię! Tylko oddawaj moje ostatnie, drogocenne cygaro, bo Ci gdzieś w chaszcze spadnie i pożar wywołasz – zdenerwował się mój mąż. A ja zważywszy na to, iż dużo racji było w jego słowach zwróciłam mu wypalony do połowy skarb a potem grzecznie usiadłszy obok czekałam na dokończenie tej coraz bardziej interesującej mnie historii.

- Spędzili razem jakiś czas, przeżywając ze sobą niezwykle płomienny i namiętny romans - kontynuował opowieść Cezary.
- Ale po mniej więcej miesiącu Steve zatęsknił za swoją błogą samotnością. Filipinka zamęczała go ponoć gadatliwością i zbyt wygórowanymi oczekiwaniami seksualnymi! Poza tym wciąż robiła niestosowne porównania między nim a jej byłym męzem. Oczywiście na niekorzyść Steva...
- Powrócił więc do wyspy, z której kiedyś przybyła do niego i grzecznie ją ze swego statku wyprosił! – zaśmiał się Cezary a jak na niego przystało, lubiąc się ze mną droczyć – dodał jeszcze zupełnie poważnym tonem
- Daj mi więc trochę wytchnąć, kobieto, bo różnie to może jeszcze z nami być!
- Ach Ty gadzie niewdzięczny! – zakrzyknęłam  - To siedź tu sobie sam! – pisnęłam i zzuwajac klapki wbiegłam do wody by z rozkoszą pobrodzić w ciepłych nurtach Murray River.

   A już za chwilę, trzymając się za ręce brodziliśmy razem a nasze nocne, wodne spacery widział tylko zadumany księżyc ukazujący nam spoza gałęzi eukaliptusów swe przyjazne i dyskretne oblicze…




Cz. 3 - Sucho, pusto i magicznie





   Po opuszczeniu Riverlandu wjechaliśmy w krainę żółto-oliwkowych pól, bezkresnych dróg, szczerej pustki dookoła, nieba niebieskiego jak ocean i słońca bezlitośnie jarzącego zewsząd. Widzieliśmy od czasu do czasu cudowne, malownicze wzgórza, pustynne stepy, bardzo podobne do afrykańskich, karłowate drzewka i wyschnięte na wiór połaci traw oraz porostów zwanych skrubem. I tak przez kilkaset kilometrów mijając po drodze maleńkie, z rzadka pojawiające się miasteczka oraz przydrożne motele czy puby. Każdy budyneczek, każda miejscowość były przyjemnym przerywnikiem w monotonii krajobrazu. A jeśli jeszcze w którymś z tych miejsc dało się znaleźć odrobinę cienia i wody oraz toalety, to skwapliwie się tam zatrzymywaliśmy, aby rozprostować kości i chociaż na chwilę odetchnąć od morderczej jazdy. Koniecznie trzeba było odpocząć od szumu samochodu, klimatyzacji prawie na okrągło w nim włączonej, czy też gorącego wiatru wdzierającego się do wnętrza i szarpiącego naszymi włosami, zatykającego uszy i nielitościwie wysuszającego gałki oczne.

 


   Droga przed nami i za nami była pusta. Wyglądało na to, iż jesteśmy jedynymi śmiałkami, którzy tamtego dnia postanowili przemierzyć bezludne przestrzenie gorącej, Południowej Australii. Nie raz zastanawialiśmy się, czy to przypadkiem nie jakieś nieznane nam święto narodowe? Może wszyscy Ozzie siedzą teraz wokół barbaque i zajadają grillowane steki, popijając je lodowatą colą? I tylko my, dwoje potępieńców, nie wiadomo po co pchamy się w ten futurystyczny krajobraz? 


   Aby się nieco rozerwać i zabawić w tej szczerej pustce wypełzaliśmy z zakurzonego jeepa i niby jaszczurki zasiadaliśmy na rozgrzanym asfalcie tej drogi do nikąd. Wpatrywaliśmy się w horyzont, czasem nawet i przez pół godziny nie dostrzegając żadnego pojazdu. No i cóż to za szalona rozrywka, gdy się losu w niczym nie prowokuje? Nawet sępów tam wszak nie było, które by się połasiły na nasze bezwstydnie wystawione na działanie promieni słonecznych członki!




   Wydaje się, iż sami Australijczycy też chyba mając czasami dość tej monotonnej przestrzeni robią, co mogą, by ją urozmaicić. I tak na przykład takim śmiesznym i pomysłowym wyróżnikiem trasy z Morgan do Burry było dziwaczne drzewo butów, stojące przy drodze właśnie pośród takiej niesamowitej pustki. Łysawa kazuaryna przy szosie niczym futurystyczna choinka rosła sobie obwieszona setkami starych butów. Wręcz owocująca rozmaitym obuwiem! A obok stało drugie wesołe drzewo, w zaczątku też już ciekawie udekorowane - starymi majtkami i kolorowymi szmatami! Salvador Dali nie powstydziłby się takich szalonych wizji! Skwapliwie zatrzymaliśmy przy nich jeepa, chcąc rozprostować kości i ucieszyć się tym niespotykanym widokiem. Żałowaliśmy, że nie mamy przy sobie zniszczonych już trampek czy chociażby kapci na zbyciu. Przynajmniej zostałby tam po nas jakiś ślad. Może do dzisiaj nasze trampki łopotałyby na wietrze i wołały nas do siebie z powrotem…? Bo może te zwariowane drzewka miały magiczną moc i właśnie po to te buty tam zawieszano, by kiedyś jeszcze móc tam wrócić…? Wtedy jednak nie przyszło nam to do głowy. Staliśmy tam chichocząc beztrosko, pstrykając fotografie, pijąc ciepłą już, niestety, wodę mineralną a następnie ładując się do rozgrzanego jak piekarnik jeepa i ruszając w dalszą drogę!



   Umęczeni upałem i mocno już od niego otępiali mknęliśmy przed siebie pragnąc dotrzeć do jakiegoś cienia, źródła czy choćby stacji benzynowej zaopatrzonej w toaletę z zimną wodą. Czasem podróżnikom tak niewiele do szczęścia potrzeba…Ot, spocząć, ochłodzić się, przysnąć na parę chwil…




   Z radością zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt kilometrów dalej w maleńkiej miejscowości Burra, gdzie po wizycie w centrum informacyjnym i przestudiowaniu tamtejszych folderów kupiliśmy sobie w miejscowym sklepiku świeże pieczywo a potem podążyliśmy na poszukiwanie skrawka zieleni i ochłody. Z rozkoszą przysiedliśmy nad jeziorkiem i dopływającą doń rzeczką, gdzie w cieniu płaczących wierzb pochłanialiśmy nasze wiktuały dzieląc się nimi z rodziną kolorowych kaczek przepływających obok. Niedaleko nas siedziały matki z małymi dziećmi w wózkach. Toczyło się ich zwyczajne, codzienne życie, którego obserwatorami i przypadkowymi uczestnikami stać się mogliśmy na około pół godziny…

 

- Jakie to swoją drogą dziwne - dumałam - że wszędzie są ludzie wraz z ich codziennymi troskami i radościami. Trzymają się swoich miejsc, rzadko kiedy wychylając stamtąd nosa i dziwiąc się takim, jak my podróżnikom, którym chce się pałętać po świecie walcząc z własnym zmęczeniem, wiatrem, kurzem i zniewalającym upałem. Tymczasem my, wchodząc na chwilę w ich rzeczywistość jesteśmy jak przypadkowi widzowie w kinie. Wpadliśmy na moment, nie rozumiejąc, o czym jest ten film, a tęskniąc za tym by go kiedyś jednak zobaczyć od początku do końca.

- Tyle jest niepowtarzalnych miejsc do zobaczenia, zachwycenia, dotknięcia, zachłyśnięcia się. Tyle ludzi do poznania. Lecz nie ma czasu. Trzeba dalej biec. Płynąc z nurtem przeznaczonej sobie rzeki...Toczyć swoją historię, dotykając zaledwie strzępów, odprysków tego, co najważniejsze… 



- Po co właściwie tak mkniemy, szukając guza…? A nie lepiej to osiąść gdzieś i mieć święty spokój…? Ale przecież na odpoczynek jeszcze przyjdzie pora! Jeszcze zdążymy zatęsknić za tym wszystkim. Za tą wolnością trampów, za magiczną drogą wołającą nas i zapraszającą by pędzić wciąż dalej i dalej… - wzdychałam sobie, zanurzając dłonie w nurcie rzeczki i obserwując mknące przed siebie suche kawałki eukaliptusowej kory. A potem uniósłszy głowę wpatrzyłam się w gałęzie stareńkiego, ale całkiem nieźle trzymającego się eukaliptusa rosnącego na przeciwległym brzegu rozlewiska…



Eukaliptus

O czym rozmyślasz? 
Jakie historie w Twoim poszumie
Mknęły wraz z nurtem spokojnych rzek
Może się znajdzie ktoś, kto umie
Z kawałka kory wyczytać dźwięk
Czyjegoś łkania, akord bezradny
Krzyku niezgody, jęku, gdy marł
Eukaliptusie w strzępy odziany
Trwasz pełen wiary, choć wokół żar
Tak łatwopalny, a nieulękły
Ocalasz jądro, choć ronisz łzy
Zarosną drogi, ludzkie rozterki
Miną, lecz nadal trwać będziesz Ty

Jedną gałązkę Twoją zabiorę
Zatrzymam chwilę, gdy gnał mnie wiatr
Spękaną swoją uleczę korę
Wspomnieniem z minionych lat…



  Postanowiłam przejść się trochę i obejrzeć mini park przylegający do rozlewiska rzeki. Spacerowałam nieśpiesznie między eukaliptusami i pojedynczymy brzozami. Patrzyłam na dzieciaki, bawiące się w chaszczach w berka. Nagle za jednym z drzew ujrzałam małą ławeczkę. Siedziała tam jakaś przygarbiona postać kobieca. Nieruchoma jak rzeźba a przecież żywa. Emanował z niej nieokreślony chłód a może napięcie...? Dyskretnie odeszłam dalej, nie chcąc jej przeszkadzać, ale w pewnym momencie coś kazało mi sie odwrócić i raz jeszcze na nią spojrzeć. Patrzyła na mnie. W jej oczach był bezbrzeżny smutek, rozpacz i...lęk tonącego, który nie ma się czego uchwycić. Aż zadrżałam na ten widok, ale nie umiałam odwrócić od niej oczu. W owej nieznajomej kobiecie była jakaś dziwna bliskość. Jakbym widziała samą siebie sprzed wielu lat. Jakbym dotykała najbardziej intymnego, lecz odsuwanego w mroki niepamięci wspomnienia.
Są takie chwile w życiu, gdy ból potrafi oddalić człowieka tak bardzo od spraw tego świata, ze choćby wokół mieniły się najcudniejsze kolory, śpiewały najbarwniejsze ptaki i wabiły najdalsze przestrzenie, to człowiek trwa znieruchomiały, niezdolny zrobić zupełnie nic. Przykryty nie dającym się unieść kloszem swej gorzkiej samotności.

   Stałam jak wmurowana. Serce biło mi jak oszalałe a po policzkach płynęły łzy...Tymczasem nieznajoma kobieta westchnąwszy ciężko wstała i szybko oddalając się parkową alejką wkrótce zniknęła mi z oczu...
   Wytarłam twarz rękawem koszuli. Rozejrzałam się półprzytomnie. Wokół jak gdyby nigdy nic toczyło się życie. Eukaliptusy szumiały i rozsiewały wokół swoją upajającą woń. Ich kora szeleściła pod stopami. Dzieciaki chichotały i uganiały sie jak przedtem. W oddali Cezary karmił kaczki naszymi bułkami. A matki kołysały wózkami, chcąc przedłużyć drzemkę swoich osesków i mieć jeszcze trochę spokoju...




   I znowu ruszyliśmy w drogę. Znowu przed siebie.  Wierny jeep odpoczął a i my nabraliśmy dość sił. Tyle jest przecież jeszcze dzisiaj do zobaczenia. Przecież ten czas podróżowania jest jak skarb. Nie mam wpływu na fale smutku przelewające się między ludzkimi sercami. Nie  mogę zrobić w tym momencie nic ponadto, jak jechać dalej. Na nieustannej podróży polega przecież ludzkie życie. To banalne, ale przecież jakże prawdziwe stwierdzenie...



   Tymczasem mapa rozłożona na moich kolanach obiecywała same cudowności. Wędrowcy nie mają czasu do stracenia, gdy dziesiątki kilometrów szos czekają na przemierzenie…Do wymarzonych gór Flindersa było coraz bliżej. Niebo nad nami ubrało się w muślinową sukienkę i tańczyło powiewając śnieżnobiałymi koronkami, bufkami, falbanami i wyzierającymi spod spodu lśniącymi srebrzyście haleczkami…Podziwialiśmy je zafascynowani i zdumieni, że jest ono tak bardzo inne, niż wszystkie widziane do tej pory nieba…Czy w te odświętne barwy ubrało się specjalnie dla nas, na nasze powitanie…?




   Do zboczenia z wyznaczonej trasy zachęcił nas w pewnym momencie znak informujący o magnetycznym wzgórzu położonym w pobliżu nazwanej z aborygeńska miejscowości Orroroo. Chcąc sprawdzić jego działanie na naszym jeepie, pomknęliśmy między porośniętymi suchymi trawami wzgórzami na poszukiwanie tej graniczącej z cudem przygody. 


   O tym, że dotarliśmy do celu poinformował nas odpowiedni znak, przedstawiający magnetyczną podkowę i objaśnienia co do tego, jak należy postępować w tymże miejscu. Odpowiednio poinstruowani wjechaliśmy do wyznaczonego punktu i zatrzymaliśmy się tuż przed wjazdem na wzniesienie, wyłączając samochód, biegi nastawiając na luz i zostawiając w spokoju hamulec. Nagle poczuliśmy coś w rodzaju gwałtownego szarpnięcia i nasz jeep, mimo wyłączonego silnika w mocno tajemniczy sposób zaczął powoli wjeżdżać pod górę. Popatrzyliśmy na siebie z Cezarym z lekkim niedowierzaniem. 





- To chyba jakiś cud! – zawołałam, kręcąc się na siedzeniu niespokojnie i usiłując wypatrzeć jakieś aborygeńskie duchy, które pchają nas pod górę, śmiejąc się w kułak z naszych ogłupiałych min.

- Cudów nie ma! – odrzekł poczerwieniały z podniecenia Cezary a tymczasem samochód sam z siebie zatrzymał się na szczycie pagórka.

- Zjedziemy sobie teraz tyłem i spróbujemy wjechać jeszcze raz! Zobaczymy, czy ta sztuczka znowu podziała?! A może to wszystko tylko nam się zdawało? – zawołał i już po chwili znowu auto jak gdyby nigdy nic cichutko i wytrwale wspinało się na wzniesienie.

- A wiesz, że w Polsce też jest takie niezwykłe miejsce? Byłam kiedyś w Gorcach, czy może w Pieninach na górze Wżdar. Tam piłeczki pingpongowe same toczą się pod górę! – poinformowałam męża podekscytowana.

- Na pewno jest na to wszystko jakieś naukowe wytłumaczenie! – odrzekł lekko zdezorientowany Cezary.

- To pewnie tylko takie złudzenie optyczne! Może ta góra wcale nie jest u góry, tylko na dole? – zawołałam z głupia frant i jak się okazuje wcale nie byłam tak daleka od prawdy. Wyczytałam potem w Wikipedii, że takie zjawiska tłumaczy się właśnie różnicą miedzy postrzeganiem terenu a rzeczywistym jego położeniem. Tłumaczenie tłumaczeniem, ale ja nadal nie jestem pewna jak to wszystko działa i czemu w pewnych miejscach na ziemi (a jest ich mnóstwo!) dzieją się tak dziwne, nieomal czarodziejskie rzeczy…
   A poza tym uważam, że w podróży nic nie przytrafia się przypadkiem. Mieliśmy odwiedzić ten magnetyczny punkt i dotknąć magii tej ziemi. Miałam spotkać tamtą kobietę o magnetycznie smutnych oczach i dotknąć jakże ludzkiego bólu tej krainy...





Cz. 4 - "Góry Flindersa





   


   

   Wreszcie pokazały się zielone tablice informujące o bliskości miasteczek położonych w obrębie gór Flindersa. W miejscowości Hawker, ostatniej przed wjechaniem w dziki outback zatankowaliśmy do pełna samochód i już byliśmy gotowi na spotkanie z upragnionym celem naszej podróży – jednymi z najstarszych na świecie i najbardziej dzikich gór. 

 




   Łańcuchy górskie ciągną się tu przez nieomal 500 kilometrów. Najwyższym szczytem jest Saint Mary's Peak (1190 m n.p.m.). Park narodowy tych gór liczy sobie prawie tysiace kilometrów kwadratowych. Trzeba by tu spędzić parę miesięcy by zobaczyć wszystko co najważniejsze. My mieliśmy przed sobą zaledwie kilka dni zwiedzania…



   I oto one. Podobne do ciągnącego się w nieskończoność smoczego grzbietu i kolorowe jak najwspanialsza baśń fantasy grzbiety gór. Zarysowują się przed nami coraz wyraźniej.  Wytrzeszczamy oczy i rozdziawiamy w zachwycie usta, zupełnie zapominając o dotkliwym żarze uparcie lejącym się ze styczniowego nieba. Jakże zaskakuje nas koloryt i wielowarstwowa faktura tych wzniesień.  Z folderów turystycznych udało nam się dowiedzieć, iż mają one tak cudowne pomarańczowo – żółto - brązowe odcienie i niezwykłe kształty, gdyż zbudowane są z kolorowych skał osadowych, zawierających spore domieszki rud ołowiu i miedzi. Właśnie dzięki temu tworzą niesamowicie malownicze i niepodobne do żadnych innych ciągnące się w nieskończoność, wielobarwne łańcuchy. 


   Żyją tam dziesiątki tysięcy różnokolorowych kangurów, walabi, ogromnych strusi emu, kolorowych papug i wielkich orłów. Jest tam po prostu jak na ożywionej pocztówce z Australii. Wszędzie pomarańczowo-ziemiste drogi, skaliste ścieżki a wokół kolorowe przestrzenie porostów, buszu i eukaliptusów. A dookoła skaliste, rozpalone słońcem, buchające niezwykłymi barwami góry, niteczki wielokilometrowych, ekstremalnych szlaków, zwaliska liczących kilkaset milionów lat skał, grupy bujnych cyprysów, trawodrzew, akacji, skrubu, drzew gumowych i niteczki wyschniętych, biało-niebieskich koryt prastarych rzek. 




    Od kilku tygodni tam nie padało, więc wszystkie miejscowe potoczki i jeziora wyschły, ale podobno po deszczu wszystko to ożywa, błękitnieje od silnych, wzburzonych nurtów. Zmienia zupełnie nastrój i koloryt. Tworzą się mniejsze i większe jeziora. Barwami oszałamiają kwietne kobierce. My, będąc tam w najcieplejszym i najsuchszym sezonie letnim dostrzegliśmy po drodze zaledwie jakieś marne resztki wody w wielkim korycie rzeki, a od razu dodawało to głębi tej pomarańczowo złotej, suchej okolicy.



   Późnym popołudniem dojechaliśmy do Wilpena Pound, ogromnego, bo zajmującego powierzchnię aż 9 hektarów, przypominającego wielki krater meteorytowy, naturalnego amfiteatru otoczonego łańcuchami górskimi. Kiedyś był on miejscem zgromadzeń aborygeńskich ludów. Dziś pozostały tu po nich liczne pamiątki w postaci malowideł i rysunków naskalnych. W XIX wieku znajdowało się tutaj wielkie gospodarstwo liczące 120 tysięcy owiec! Nie potrzebowano żadnych zagród bo dwa pasma górskie w naturalny sposób wyznaczały wielkie pastwisko. Do dziś można tu zobaczyć dom rodziny Hill, która niegdyś prowadziła tę hodowlę. Kotlina Wilpena Pund nazywana jest małym rajem na ziemi, ponieważ wydaje się idealnym miejscem do pieszych wędrówek po buszu, obserwacji dzikich zwierząt, wspinaczek i przejażdżek kamienistymi korytami wyschniętych rzek. Najlepiej widać piękno Wilpeny oraz wiodącej do niej malowniczej drogi, gdy dotrze się na wzniesienie, gdzie jest punkt widokowy (Razorback Lookout). 




   Miejsca na nocleg poszukaliśmy na polu campingowym ośrodka wypoczynkowego Wilpena. Rozłożyliśmy namiot na różowo-piaszczystym terenie między eukaliptusami. W pobliżu mieliśmy sanitariat z porządnymi prysznicami i toaletami. A jedynymi naszymi sąsiadami byli bardzo kiepsko mówiący po angielsku, niezbyt towarzyscy Francuzi. A więc nie narzucaliśmy się im i chadzaliśmy swoimi drogami, ciesząc się wspaniałymi widokami dookoła, ciszą i bezludziem.





   Wieczorem udawaliśmy się natomiast do centrum naszego ośrodka wypoczynkowego, gdzie w skromnie, lecz ładnie urządzonej restauracji raczyliśmy się zimnym piwem oraz oferowanymi tamże egzotycznymi smakołykami, charakterystycznymi dla kuchni australijskiej. Były to grillowanie kawałki mięsa kangura, krokodyla i strusia podawane z frytkami oraz nieodłączną sałatką Coleslaw.
   Jak nam to smakowało? Prawdę mówiąc nie nadzwyczajnie! Mięso kangura jest zbyt  włókniste, suche i bardzo czerwone! Krokodyl zanadto tłusty i kurczakowaty. A struś prawie jak stary indyk! Ale lubiliśmy zawsze próbować wszystkiego, co się dało, nie wybrzydzając i poprzez dziwne, regionalne smaki poznawać w ten sposób pełniej krainę tęczy. A tak właśnie nazywają czasem Australię przybywający do niej cudzoziemcy. Dlaczego? Ponieważ prawie po każdym deszczu, czy byle mżawce, na niebie pojawia się tam cudownie wyrazista tęcza. I utrzymuje się długo, dając okazję takim jak my, domorosłym fotografom, do utrwalania jej po wielekroć w różnych fazach pojawiania się i zanikania. W górach Flindersa jednakże nie dane nam było ujrzeć tęczy, ponieważ przez czas pobytu w tamtych okolicach niebo trwało nad nami zupełnie bezchmurne i nie zapowiadało się by przed jesienią miało się to zmienić.



   A wracając jeszcze do naszych wieczornych odwiedzin w restauracji ciekawą dla nas rozrywką było wspólne z przebywającymi tam gośćmi oglądanie telewizyjnej relacji z rozgrywek meczy tenisowych na Australia Open. Jakże się tym Australijczycy podniecali! Jakież entuzjastyczne okrzyki wydawali, gdy któryś z ich ulubieńców powalał nieomal na łopatki swego przeciwnika.  Ich faworytem był wówczas rudowłosy Australijczyk Lleyton Hewitt. Naszym zaś działający niczym niezmordowany cyborg Rafael Nadal. Dzisiaj nie pamiętam już, kto wówczas wygrał. Wciąż jednak mam w pamięci pełne blasku oczy tamtych rozemocjonowanych Australijczyków, ich ogorzałe twarze i tę niepowtarzalną atmosferę przeżywanych wspólnie wzruszeń. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, iż za rok o tej porze sami będziemy śledzić na żywo tenisowe rozgrywki obserwując je z ekscytacją na położonych w pobliżu centrum Melbourne kortach. Na własne oczy widzieliśmy wówczas umięśnioną Serenę Williams oraz przystojnego Rafaela Nadala! Wokół nas szaleli rozemocjonowani ludzie. Pogryzali pop-corn i chipsy. Krzyczeli dopingując swych faworytów tak głośno, że nie słychać było własnego głosu. Zażarte potyczki trwały aż do nocy. A ciekawskie gwiazdy zaglądały na tą ludzką ciżbę poprzez ogromny, magicznie rozsuwany dach kortów.



   Pierwszego poranka spędzonego na górskim obozowisku wstaliśmy bardzo wcześnie obudzeni przez wlewające się nam do namiotu złociste światło świtu. Nie przejmując się wcale swobodnym, domowym negliżem powędrowaliśmy przed siebie w stronę pomalowanej na intensywnie pomarańczowe odcienie widocznej w oddali góry.


 Mijaliśmy pasące się wszędzie, nie zwracające na nas najmniejszej uwagi kangury oraz uśpione jeszcze namioty innych, odległych od nas obozowiczów. Powietrze było cudownie rzeźkie. Niebo bławatkowe. A ponad buszem kołowały papugi kakadu, galah i rozele, lśniąc czerwienią, żółcią, różem, zielenią i błękitem. Ptaki obsiadły także gromadnie suche gałęzie rosnących w pobliżu powyginanych od wichrów drzewek, kazuaryn, oraz wielkich eukaliptusów z gatunku drzew gumowych. 



   Nagle tę pełną słodyczy ciszę przerwały histeryczne chichoty szarobiałych kokabur, zresztą także należących do gatunku papug.  Pewnie się czegoś wystraszyły albo tylko chciały nam dać znać o swoim istnieniu. Zawirowało w powietrzu. Tuman kurzu wzniósł się wysoko. I po chwili nie było już widać w pobliżu ani jednej papużki…


   Wróciliśmy szybko do obozu i w kilkanaście minut potem mknęliśmy już przed siebie, chcąc zwiedzić jak najwięcej wabiących nas zewsząd swym czarem zakamarków gór Flindersa.



    Jadąc za znakami trafiliśmy do tajemniczego, aborygeńskiego wąwozu, zwanego Sacred Canyon, gdzie panowała kompletna cisza i jakiś nastrój monumentalnej wielkości oraz niepojętej, obcej magii. Pomarańczowe skały w kanionie pokrywały wykonane tysiące lat temu tajemnicze rysunki Aborygenów ze szczepu Adnyamathanha. Aby zrozumieć, co one przedstawiają i pojąć, iż był to swoisty kod komunikowania się między członkami plemienia trzeba przestudiować dokładnie tablicę z objaśnieniami tychże rysunków. Tablica postawiona była tuż przy szlaku. Zobaczyliśmy na niej proste, piktograficzne znaki: okręgi, ślimaczki, strzałki, półkola oraz kilkoma kreskami oddane podobizny ludzkie
   Studiowałam ją z szacunkiem i przejęciem, wyobrażając sobie jak niezwykłe życie toczyło się w tych okolicach setki, tysiące lat temu. Jak bardzo cywilizacja białych osadników wyrugowała stąd utrwalony przez tysiąclecia naturalny porządek rzeczy, zamieniając to i inne miejsca w przepiękny, oddany na pastwę często przypadkowych i nieświadomych rangi tego miejsca turystów park narodowy, przemierzających tę mityczną krainę w kolorowych autokarach i hałaśliwych autach z napędem na cztery koła...



   

    Chcę wierzyć jednak, że siła i duch Australii nie podda się do końca naporowi współczesnej kultury i technicyzacji. Wszystko to, choć tak przytłaczająco wszechobecne, zniknąć może tak szybko, jak woda w słonych jeziorach. I wróci stare, niezniszczalne piękno nieograniczonej niczym natury. Wrócą i odrodzą się w pełni ludzie z tej ziemi się wywodzący. A magia tych skał, dolin, jaskiń i rzek znów przemówi z całą wyrazistością. Ożyją mity, tubylcze sny, legendy i tradycje. Odezwie się znowu świat, który istniał tutaj ponad 40 tysięcy lat zanim nastały rządy białych, jakże aroganckich ludzi.



Mit



W tysiącach, milionach kropeczek,
w tych wirach i splotach skupienia
Wyłania się rzeka bez kresu, 
wokół czerwona trwa ziemia

 Przy skale srebrzysta jest ścieżka,
to wąż, który pełznie lękliwie
Bo dalej kołuje orzeł, rozgląda sięwokół wnikliwie

A stara kobieta klęcząca coś
szepcze wnukowi od świtu
I palce w farbie zamacza, wzór biegnie magiczny, wspaniały
Czerwienie, zielenie i biele, i
granat jak tło tego mitu
Staruszka spogląda przed siebie a potem szepcze – patrz, mały:
…Wąż błyska nową nadzieją i umknąć chce drogą krętą
A orzeł w niego wpatrzony przemierza krainę tę świętą 
Ucieczka trwa w nieskończoność i pogoń, co nie zna zmęczenia
Czy nigdy nie zmierzą się w walce? Czy spoczną w spokoju strumienia?
Lecz zobacz, już kula słoneczna wynurza się nad falami
A orzeł przysiada za drzewem, zasadzkę szykuje wężowi
Tam kaczek stado nadpływa, by bawić się promieniami
A widząc orła znikają, w błękitnej tajemnic toni
Lecz zguba czai się wszędzie, wąż skręca za wielkim drzewem…
-Co dalej babuniu będzie?
-Me palce to wiedzą, ja nie wiem… 
I śni się ta stara historia i żyją legendy i znaki
A stara kobieta na kamień nakłada magiczne swe plamki...



   Z innej tablicy natomiast dowiedziałam się, czym kiedyś odżywiali się przebywający w tych stronach Aborygeni. Jakież to przysmaki rodzi ta spieczona słońcem, fascynująca miedziano - żółta ziemia? Okazuje się, że w górach Flindersa natknąć się można na dziką odmianę pomarańczy zwaną przez lud z plemienia Yuras igą, a także na dzikie gruszki zwane maiaką. Rosną tam także drzewa Urti owocujące dzikimi brzoskwiniami. A z akacji nazywanej przez tubylców Nguri dało się pozyskiwać pożywne nasiona, które po utłuczeniu na mąkę nadawały się do wypieku chleba. Natomiast nektar z pałkowatych kwiatów trawodrzew po rozpuszczeniu w wodzie tworzył wyśmienity, słodki napój. Z kolei liście ogromnego, rosnącego nad brzegami rzeki czerwonego eukaliptusa Wida wykorzystywane były do sporządzania lekarstw na gorączkę i przeziębienia. W diecie tutejszych Aborygenów były oczywiście także zwierzęta: mrówki, cykady, dzikie pszczoły i ich miód, kangury, wombaty oraz ryby, które w sezonie deszczowym występowały w górskich rzekach w wielkiej obfitości…



   W innej części gór Flindersa widzieliśmy pozostałości opuszczonych sto lat temu siedzib ludzkich – pionierów osiedlających się tam w dziewiętnastym wieku. Były to małe, kamieniste, rozpadające się chaty dziewiętnastowiecznych osadników. Te ceglasto-gliniaste szczątki domów mają swoją ciekawą historię i ducha przeszłości, a są australijskimi zabytkami, bo przecież o inne zabytki trudno w kraju, który liczy zaledwie dwieście lat istnienia. Zwiedzaliśmy pozostałości po dawnych cmentarzach. Obejrzeliśmy też ruiny osady Kanyaka Homestead, gdzie istniał w XIX wieku najbardziej oddalony od stolicy stanu Adelajdy budynek poczty. Powodem osiadlania w tych dziewiczych okolicach była kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego (w miejscowości Leigh Creek) oraz złoża srebra,  rud ołowiu i miedzi.





   Kilkukrotnie wjeżdżaliśmy na wysokie szczyty, aby zachłysnąć się pięknem okolicy, tymi ciągnącymi się w nieskończoność oranżowymi górami albo widoczną w oddali niezmierzoną sawanną. Wierzyć się nam nie chciało, że może istnieć takie piękno, spokój, oszałamiający bezkres. I prawie nigdzie nie spotkaliśmy żywego ducha! Niekiedy tylko widywaliśmy w oddali jakieś znikające za linią horyzontu, pokryte pomarańczowym pyłem auto terenowe. A poza tym krążyliśmy łososiowymi w odcieniu, kamienistymi drogami tak bardzo dalekimi od cywilizacji, iż zastanawialiśmy się niekiedy, czy aby nie przenieśliśmy się w czasie i czy za chwilę nie wyskoczy nam na drogę jakiś nagi Aborygen z oszczepem, przeganiając nas zazdrośnie ze swych sekretnych miejsc!




   Zamiast rzeczonego Aborygena napotykaliśmy często grupki kroczących dostojnie strusi emu. Te ogromne ptaki popatrywały na nas uważnie i gdy próbowaliśmy się zbliżyć odbiegały na bezpieczną odległość, aby paść się na trawach i wyjadać spośród nich nasiona oraz owady. Ukryci bezpiecznie za krzakami fotografowaliśmy je aż do czasu, gdy znudzone odmaszerowały spokojnie w gęstwinę pobliskiego buszu. 



  Żałowałam, iż nie natrafiliśmy wówczas na ich okres godowy. Moglibyśmy wówczas wysłuchać ich charakterystycznych, buczących dźwięków a może i zaobserwować taneczne, miłosne podchody tak, jak w pobliżu Melbourne udało nam się po wielekroć być świadkami kangurzych zalotów. A propos godów, to przypomniało mi się wtedy, iż u emu to głównie samiec poświęca się wysiadywaniu jaj i opiece nad potomstwem, podczas gdy samica zajmuje się zdobywaniem pożywienia i pogaduszkami ze swymi siostrami i przyjaciółkami. Tak więc, modne obecnie „tacierzyństwo” nie jest jakimś oryginalnym pomysłem ludzi, ale rozsądnym wzięciem przykładu z zachowań tych największych na świecie, mądrych ptaków.


   Na naszym górskim campingu, gdzie spędziliśmy kilka nocy mieliśmy do czynienia z prawie zupełnie oswojonymi kangurami, które dały się głaskać, karmić i poić. Spoglądały nam ufnie w oczy. Cierpliwie pozowały do zdjęć a potem wciskały się do namiotu i gmerały w torbach w poszukiwaniu przysmaków. A były przy tym tak namolne i silne, iż z ogromnym trudem udawało się je wypchnąć z namiotu i odwrócić uwagę czymś na zewnątrz. Z tego wszystkiego żałowaliśmy, iż zaczęliśmy je częstować, bo wprost nie dało się odczepić od tych sympatycznych, lecz upartych torbaczy. 




   Byliśmy niczym dobrzy Mikołajowie dla tamtejszych spragnionych zwierzątek, bo szczodrze dokarmialiśmy kangury oraz okoliczne ptactwo naszym suchym pieczywem, nalewaliśmy im wody do miski, polewaliśmy spieczoną, złaknioną odrobiny wilgoci ziemię. Ach, jak te stworzenia się tym cieszyły! Ptaki zlatywały się gromadami i nie wierząc własnym oczom gremialnie piły wodę z miski. Chyba pierwszy raz w życiu miały możność pić z jakiegoś naczynia, bo najpierw nie wiedziały nawet, co to za przedmiot i do czego właściwie służy?! Okrążały raz po raz miskę, dziobały ją i usiłowały zajrzeć pod spód. Wreszcie ośmieliwszy się widocznie wszystkie po kolei wykąpały się w tej cudownie zimnej wodzie. Rozkoszowały się każdą kroplą i każdym okruchem bułki. Podskakiwały. Wyrywały sobie jedzenie z dziobków. Moczyły skrzydełka a potem rozpościerały je szeroko, rozkoszując się wilgocią. A my obserwowaliśmy ich igraszki z ogromną przyjemnością!




   Także i my, spędzając całe dnie w tym gorącym, suchym powietrzu korzystaliśmy z każdej nadarzającej się okazji by zaznać ożywczej kąpieli, czy przynajmniej spryskania twarzy chłodną wodą. Po zwiedzeniu kolejnych ruin domków osadników przysiadaliśmy pod ustawionymi na szlaku wiatami i polewaliśmy się wzajemnie kubkami zimnej wody, czerpanej z ogromnych, zaopatrzonych w kraniki baniaków, ustawionych tam zapewne dla takich jak my, przegrzanych turystów…
   Mimo upału góry Flindersa zdawały się nam cudownie ocalałym rajem. Krainą, którą dane nam było zaledwie delikatnie dotknąć, przeczuć, i na zawsze pozostawić nas w zachwycie, oszołomieniu i szacunku dla potęgi dzikiej, wciąż tajemniczej, nie zepsutej jeszcze przez człowieka natury…






Cz. 5 - Powrót nad oceanem





   

   To między innymi tamten niemiłosierny upał i wynikające z tego zmęczenie zdecydowało o tym, iż nie będziemy kontynuować naszej drogi na południe i nie dotrzemy do jeziora Eyre, a być może i dalej, do samej świętej góry Uluru – najważniejszego dla Aborygenów miejsca w Australii. Pocieszaliśmy się wówczas, że może kiedy indziej, w bardziej sprzyjającej porze znowu uda nam się wyruszyć w tamte strony. Niestety, los przy naszej wydatnej pomocy zdecydował zupełnie inaczej…



   A już w drodze powrotnej ( a wracaliśmy ma się rozumieć - dla urozmaicenia - inną drogą niż jechaliśmy przedtem) odwiedziliśmy w portowe miasto nadoceaniczne Port Augusta. Miasto pełne współczesnych Aborygenów.


   Spacerując ulicami Port Augusty i pochłaniając wielkie porcje wściekle słodkich lodów zerkaliśmy dyskretnie na tubylców tak po prostu krążących między sklepami, rodzinnie zajadających lody, czy siedzących na krawężnikach i nonszalancko popalających papierosy. Aborygeni przeważnie ubrani byli w klapki-japonki albo też przemieszczali się zupełnie boso. Na sobie mieli jakieś powyciągane koszulki i byle jakie gatki. Zdecydowanie lepiej by wyglądali tak jak niegdyś - nadzy, z bumerangiem albo tubą didgeridoo w dłoniach, wymalowani w tajemnicze kropeczki… Ale cóż - cywilizacja zmienia i unifikuje wszystko. A oni chcąc nie chcąc musieli się dostosować. Ale chyba mają wciąż tego samego ducha, swoistą dumę i niezależność, bo widać to było w ich spojrzeniach oraz w sposobie poruszania się. Patrzyli wyzywająco, albo wręcz przeciwnie, wzrokiem niewidzącym, jakby świat wokół istniał niby nie warta zauważenia mgła. Mimo powyciąganych koszulek made in China mieli w sobie prawdę i moc…Jedni kruczoczarni, inni rudzi albo blondyni - bo takie kolory włosów nie są wśród nich niczym dziwnym. Niektórzy o pięknych, szlachetnych, jakby wyrzeźbionych z z mahoniu twarzach. A niektórzy znowu o fizjonomiach przerażająco brzydkich, lecz niepospolitych, pierwotnych a schowanych za pogardliwym, zblazowanym uśmieszkiem…. 


   Niezwykle to wszystko było dla mnie fascynujące, bo w Melbourne niezbyt często widywałam Aborygenów. Niestety, nie odważyłam się zrobić im w Port Augusta ani jednego zdjęcia, ponieważ Aborygeni nienawidzą tego. Fotografowanie twarzy jest dla nich często jakimś nieprzekraczalnym tabu. Beztroskim zabraniem im kawałka duszy. Pogardliwym, przedmiotowym wręcz potraktowaniem. Może gdybym spytała o pozwolenie, to któryś z nich by się na pozowanie zgodził. Nie miałam jednak na tyle odwagi a z szacunku dla nich robić zdjęć z ukrycia nie chciałam. Zresztą czas nas gonił. Trzeba było ruszać w dalszą drogę.



   Po krótkiej jeździe zatrzymaliśmy się  w pobliżu zatoki w Port Augusta olśnieni niezwykłym, opalizującym na różowo kolorem wody w słonym jeziorze utworzonym po lewej stronie szosy biegnącej nad oceanem. Widok był wspaniały, natomiast zapach starego, zepsutego sera docierający z tego akwenu do naszych nozdrzy kazał nam czym prędzej wsiadać w jeepa i uciekać z tego smrodliwego miejsca byle dalej stamtąd!



   Następnym przystankiem była mała miejscowość Port Germein, szczycąca się posiadaniem najdłuższego na świecie, drewnianego molo, mierzącego niegdyś prawie 2 kilometry a dzisiaj około 1,6 km. Wybraliśmy się oczywiście na przechadzkę do samego końca tego biało-niebieskiego pomostu. Po drodze mijaliśmy kąpiące się w przybrzeżnych wodach dzieciaki a spragnieni ochłody także zanurzaliśmy od czasu do czasu stopy w turkusowych płyciznach zatoki. Tam, gdzie było głębiej stali wytrwale rybacy i wyławiali co chwilę fantastycznie niebieskie, wielkie kraby. Tych krabów jest tam tak wiele, że raz w roku odbywa się w Port Germain święto „crabbingu”, czyli połowów tych niezwykłych skorupiaków. 



   Kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzieś za masteczkiem zwanym Port Pirie, już na pożegnanie zatrzymaliśmy się raz jeszcze i po raz ostatni ochłodziliśmy nogi w oceanicznych wodach spokojnej Zatoki Spencera. Przed nami była już tylko bardzo długa, męcząca droga powrotna.
 





Nazajutrz  po powrocie w liście do rodziny pisałam:

 Jadąc już dalej bez ustanku koło pierwszej w nocy dotarliśmy wreszcie do Melbourne po tej obfitującej w wiele wrażeń, emocji i atrakcji, tygodniowej podróży. A tak tym wszystkim byliśmy nabuzowani, podnieceni, że usnąć udało nam się dopiero około wpół do czwartej! W sumie przejechaliśmy wówczas ponad trzy tysiące kilometrów, zatrzymując się wielokrotnie po drodze na zobaczenie czegoś, na sfotografowanie, na spacer, na odpoczynek, na nocleg. Przedłużyliśmy naszą podróż o jeden dzień, bo to są naprawdę rozległe przestrzenie i nie sposób zobaczyć nawet jednej tysięcznej wycinka tej krainy w ciągu tego czasu. A chciałoby się tak podróżować i podróżować bez końca! To wciąga jak narkotyk, chociaż jest jednocześnie męczące, z powodu straszliwego upału i monotonii podróży.
   Przeciętnie temperatura oscylowała wówczas wokół 40 stopni a czasem słupek na termometrze skakał nawet do ponad 50 stopni Celcjusza!
 Jednak mimo wszystkich niedogodności taka bezkresna wędrówka to za każdym razem wspaniała, pełna emocji i niepowtarzalnych przeżyć przygoda…”

   Skończyłam czytać stary list i spojrzałam na białe przestrzenie za podkarpackim oknem. Gdy zaczynałam spisywać wspomnienia z tej gorącej podróży lutowa mgła cichą, senną rzeką płynęła ponad koronami drzew, wplatała się między bezlistne krzewy i cieniste parowy…Odcinała nas zupełnie od świata dając złudzenie, że nie istnieje wcale reszta rzeczywistości. Cała reszta jest przecież tylko dziwnym, kolorowym snem. Kartką w przeczytanej dawno temu książce… Kartką, którą dopiero przewrócę, przeczytam…Teraz kończę moją opowieść. Zniknęła mglistość za oknem, nastała pora przedwiosennego, ostrego niczym w Australii słońca. Jednak strzępy mgły pozostały w duszy. Zawsze już chyba tam będą. Dziwna nieokreśloność…Jestem tutaj. I jestem tam. Wrastam w tę mgłę i w tamto słońce, w tutejszy chłód i w tamten upał, w nieustraszony wiatr, który krąży po świecie i szepcze, że wszędzie jest blisko, a wszystko, czego mi trzeba mogę dotknąć, że mam to w zasięgu uczuć, wyobraźni i snu…



    Patrzę na tamte kolorowe zdjęcia sprzed lat. Nieuchwytna wirujesz w słonecznych wspomnieniach Australio. Muśnięta tylko wycieczkami w Twe niezmierzone przestrzenie, podróżami w wielobarwne oddale, codziennym, zwykłym życiem oraz nieustanną ambiwalencją uczuć zostałaś tam i we mnie…Szamanko. Nie dajesz się zapomnieć…

Szamanka

Australia to samotność ubrana w barwy piękna
To muszla szczerozłota, która na dwoje pękła
To przestrzeń nieodkryta, czy trzeba ją odkrywać?
Im dalej, tym goręcej i pustki wielkiej dywan

A w pustce głuche szepty, w dzikości tkwiąc odwiecznej
Wabią wędrowców ku sobie mitami, wizjami, wierszem
W ten busz idź, w tę woń tajemnicy i nie patrz za siebie bo po co?
Papugi Ci krzyczą nad głową, jaszczurki swym srebrem migocą

A gdzieś tam deszczowe lasy, paprocie wielkie jak drzewa
Horyzont niedościgły, didgeridoo rozbrzmiewa
A między rozgwiazdami, w oceanicznej otchłani
Potwory szaleją z głębin, okrutny turkus mami

Kraina nieokiełznana i niepodległa czasowi
Uśmiecha się jak szamanka, jej magii nie da się złowić
Ubrana w woalkę sekretów, pachnąca obietnicą
Leciutko biegnie przed siebie i woła wędrowca...w nicość...


     






1 komentarz:

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia