Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą starość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2026

Lśnienie...

 




   Przed paroma dniami twarda skorupa powstała na śniegu pod wpływem siarczystego mrozu zamieniła się w lśniący lód. Pokryte tą szklanką drogi były śliskie i niebezpieczne. Chodzić trzeba było bardzo ostrożnie. A jeździć prawie się nie dało. A tymczasem dookoła na polach i łąkach rozciągały się lśniące, nietknięte ludzką nogą, nieprzebyte przestrzenie pokryte jednolitą warstwą lodu. Na wkroczenie w ten zmrożony ląd odważały się tylko nieliczne sarny, dziki, jelenie i lisy. Widać było niekiedy ich wyraźne ślady za płotem. Cóż. Także i w taką zimę zwierzęta muszą przecież znaleźć coś do jedzenia. Wygrzebać spod śniegu jakieś trawki, listki, robaczki i żołędzie albo dostać się do gospodarstw hodujących kury...



   Takoż i ja spróbowałam mimo wszystko wejść w ową lodowatą przestrzeń. Prowadziła mnie ciekawość i zew odkrywcy. Chęć zobaczenia z bliska a nawet dotknięcia tego dalekiego blasku, który delikatnie pełgał i nieustannie kusił spoza drzew oraz kęp suchych badyli.





   Wędrówka po tej lodowej skorupie była dziwnym, lecz ciekawym doznaniem. Stopa przebijała się z trudem przed twardą powierzchnię i z jeszcze większym trudem się wyciągała. Nie było nawet wiadomo jak dużo śniegu jest pod spodem. Szło się zatem ostrożnie, z namysłem. Noga zapadała się głęboko, aż uwolniony spod skorupy, zadziwiająco puszysty pod spodem śnieg dostawał się do butów. Chodząc tak miało się uczucie podobne do wędrówki po jakimś tajemniczym bagnisku. Wielka niewiadoma rozpościerała się dokoła. Biała, świetlista połać przyciągała, wabiła, wołała nieposkromionym lśnieniem. A jednocześnie coś mnie przed tym powstrzymywało. Nie chciałam niszczyć zwyczajnym chodzeniem owej wspaniałej płaszczyzny. Zaburzać swymi śladami tego idealnego trwania zimowej, lodowatej krainy. Pragnęłam owe przestrzenie uszanować, pozostawić nietkniętymi, jak do tej pory, niczym na obrazie, do którego widz nie ma realnego wstępu, lecz przecież może wędrować mocą wyobraźni....





   Udało mi się zrobić wówczas trochę zdjęć, zatem pokażę je teraz, bo obecna rzeczywistość wygląda już zupełnie inaczej. Tamto niezwykłe lśnienie zniknęło przysypane warstwą świeżego śniegu. Słońce schowało się za burzowymi chmurami i nie pozwala wydobyć z otoczenia tylu barw, błysków i tajemniczych cieni, co wówczas.





   Tak...Zima potrafi być co dnia inna. Zaskakiwać, przerażać, olśniewać, przyciągać albo odpychać. Ja fotografuję jej zmienne oblicza, bo tylko tyle mogę zrobić by zatrzymać choć przed chwilę to zmienne piękno, by pozwolić pamięci za jakiś czas wrócić do tych widoków, zastanowić się nad ową zmiennością, doszukać się w niej nowych znaczeń i przesłań.





   Podobno już wkrótce czeka nas przedwiośnie. Tak przynajmniej zapowiadają prognozy pogody. Czy tak będzie? Przekonamy się sami. Ale tym bardziej warto popatrzeć na ten zimowy spektakl, póki trwa, póki otwiera się ­przed nami kolejny jego akt.




   A propos zmian jakie zachodzą w naturze. Jesteśmy jej częścią, a więc i my tym zmianom podlegamy. Raz czujemy się tak a raz inaczej. Dzisiaj mamy wrażenie, żeśmy młodzi i silni, jutro czujemy, że starość zaczyna szarogęsić się w naszych ciałach i umysłach. Tak to jest i na nic bunty i zaprzeczanie. Na szczęście, czas malując na nas swoje piętno, nie zawsze tylko odbiera. Często też coś w zamian daje. Myślę, że to świadomość tego, co naprawdę w życiu ważne. To spokój wewnętrzny, który za tą świadomością idzie, bo zdajemy już sobie sprawę, że nie warto za wszelką cenę walczyć o uznanie opinii społecznej, nie warto się wszystkim przypodobać. Jedno co warto, to być sobą i cieszyć się sobą taką, jaką się jest. Doceniać to co jest. Widzieć w sobie i pielęgnować ten inny, niż kiedyś rodzaj lśnienia. Lśnienia, które pojawia się wraz z latami, z większą dojrzałością, z tym wewnętrznym uśmiechem i rodzajem pogodzenia z sobą samą, z innymi ludźmi, ze światem.




   Starzejąc się nadal potrafimy i czasem chcemy zaskoczyć czymś siebie i innych. Nadal lubimy pod zewnętrzną skorupą odkrywać w sobie i bliźnich nieznane dotąd głębie, przeglądać się w nich niby w kryształowych zwierciadłach. Nie zadowalać się tym, co widać na pierwszy rzut oka. Nie kostnieć w ustalonych raz na zawsze poglądach. Żyć, brać to życie z otwartymi oczami i z otwartym sercem. Patrzeć dalej, uważniej, wrażliwiej. Widzieć więcej, niż niegdyś. Nie dać się zwodzić pozorami. A gdy coś się w nas zamroczy uparcie wierzyć, że powróci owo cudowne lśnienie. To, za którym tak nieraz tęsknimy. To, którego nam brakuje, gdy coś nas boli, gdy się czegoś lękamy, gdy czujemy się bezradni. Tak dobrze jest wierzyć, że słońce schowane za chmurami jeszcze nie raz do nas powróci. I znowu ruszymy na wędrówkę po nieskończonych, pełnych tajemnic błyszczących połaciach życia...




   Przeczytałam niedawno artykuł o dziwacznej tendencji, obowiązującej dzisiaj wśród ludzi. To kult młodości. To obowiązek wyglądania młodziej, niż wskazywałaby na to nasza metryka. To konieczność ukrywania albo traktowania botoksem i operacjami plastycznymi swych zmarszczek i innych niedoskonałości pojawiających się wraz z wiekiem. Starość jest passe. Starość jest czymś wstydliwym, niechcianym, brzydkim. A przecież każdy dzisiejszy młody będzie prędzej czy później stary. Nie da się przed tym nigdzie uciec. No chyba, że w przedwczesną śmierć...




   Czy ta dzisiejsza niechętna postawa wobec starości wypływa z lęku przed nią? Czy może z nieumiejętności dostrzeżenia tego, co jest w życiu naprawdę ważne i kurczowego trzymania się pozorów? Z przykrością obserwuję niektóre celebrytki, piosenkarki i aktorki jak bardzo starają się kryć swój rzeczywisty wygląd, jak koniecznie chcą sprostać cudzym oczekiwaniom, modzie, presji otoczenia. Nie mają odwagi być sobą. Pokryte tonami makijażu, „poprawione”kolejnym zabiegiem wyglądają niestety jak karykatury samych siebie, jak pozbawione życia przerażające maski. I smutno mi, bo mam wrażenie, że niepotrzebnie sobie umniejszają, że postępując tak w pewien sposób ośmieszają siebie odnosząc odwrotny od zamierzonego efekt.




   Na szczęście wiele osób nie przejmuje się tym trendem kultu młodości i idealnego wyglądu. Żyją i biorą to życie jakim jest, godząc się z tym, na co nie mają wpływu i nie przejmując się tym, co sobie ludzie pomyślą. A przede wszystkim ciesząc się życiem takim, jakie ono jest. Tym nowym rodzajem lśnienia, które dostrzega się wraz z wiekiem. Blasku rodzącego się z doświadczenia życiowego, z głębszego zrozumienia innych ludzi, z dostrzeżenia ich wewnętrznego, niepowtarzalnego światła, a wreszcie z czasu, bezcennego czasu, który pozostał. Kimś takim była zapewne Małgorzata Braunek czy Magda Umer. Obie te cudowne kobiety miały w sobie w sobie nieprzemijającą urodę i prawdę. Cechy jakich próżno szukać u większości tych, którzy usilnie pragną być tacy jak dawniej....

   Poniżej link do artykułu o aktorce grającej niegdyś w serialu „Ptaki ciernistych krzewów” a obecnie ośmielającej się wyglądać na swoje lata...

https://www.msn.com/pl-pl/rozrywka/news/ma-68-lat-wyla%C5%82-si%C4%99-na-ni%C4%85-hejt-z-powodu-wygl%C4%85du-tak-odpowiedzia%C5%82a/ar-AA1UcZRl?ocid=msedgntp&pc=U531&cvid=69688a7cde5f495cb26c2def2b621141&ei=9




P.S.

   Hurra – dobra niespodzianka! Nasz biały piesek Jacuś czuje się o wiele lepiej. Wydaje się, że przełamał się w nim jakiś kryzys. Wrócił mu apetyt (znowu jest łakomczuszkiem, jak dawniej!). Ma więcej energii. Oczy mu błyszczą jakąś nową radością. I nie wygląda na to, by coś go bolało. Bardzo się tym cieszymy! Oby żył w zdrowiu jak najdłużej!:-)

   A ja zmuszona obfitym wypadaniem włosów ( po niedawnych stresach i licznych prześwietleniach) ścięłam je króciutko. Mam nadzieję, że to oraz stosowanie różnych odżywek pomoże im się wzmocnić. Ale nie biadam wcale nad tym ścięciem, bo nieźle się czuję z nowym wyglądem. Łatwiej o włosy teraz zadbać, umyć je i wysuszyć. Sprawić by lśniły czując w sobie dawno nieodczuwaną lekkość i moc!:-)




niedziela, 4 stycznia 2026

Psia starość...

 




...Niestety, prędzej czy później ta psia starość nieodwołalnie pokazuje swoje niewesołe oblicze. Psy, tak jak i my ludzie, doświadczają wszystkich dolegliwości i schorzeń związanych z podeszłym wiekiem. Pojawiają się prędzej czy później bóle w stawach, problemy z poruszaniem się, przewlekłe czy nagłe choroby, spadek sił i ochoty do zabawy, senność, brak apetytu, rezygnacja z tych aktywności, które do niedawna były zwyczajną codziennością. Co gorsza, u psów widać to wszystko wyraźnie, bo ma się porównanie widząc i pamiętając, jak jest i jak było kiedyś, zupełnie niedawno przecież. Przepełnia nas smutkiem fakt, że tak szybko przeleciało im u naszego boku całe ich życie. Zbyt szybko. Te kilkanaście lat minęło jak z bicza strzelił. I oto pewnego dnia zamiast tak wesołego dotąd, pełnego niezmożonej energii psiaka spogląda na nas posiwiały, posmutniały i wyraźnie zmęczony życiem stary pies.



   Piszę tu o naszym Jacusiu, który zamieszkał z nami już prawie jedenaście lat temu. Był wówczas radosnym psiakiem, potrafiącym godzinami biegać bez zmęczenia, uparcie starać się o względy naszej suczki Zuzi, polować na kury albo dokuczać kozom. I jak przystało na młodziutkiego psa mieć mnóstwo szalonych pomysłów na beztroskie dokazywanie i wygłupy. Bardzo zmienił się przez te lata. Dojrzał, zmądrzał, nauczył się ufać nam a także uśmiechać się po psiemu i bawić się z Zuzią a potem ze swoimi córeczkami Misią i Hipcią. Potrafił nas rozśmieszać, martwić i niepokoić, rozczulać i wzruszać. Zresztą większość z Was pamięta zapewne moje opowieści o Jacusiu. Dużo o nim kiedyś pisałam.





   Nie wiemy ile dokładnie ma on lat, bo gdy się u nas pojawił w 2015 roku równie dobrze mógł mieć dwa lata a mógł też mieć ich pięć. Tak czy siak to dzisiaj stary, kilkunastoletni pies, który ma prawo czuć się jak staruszek.




   I przyszło to, co miało przyjść. W Święta Bożego Narodzenia zaczął nam mocno niedomagać. Stracił apetyt, za to więcej pił wody. Widać było po nim, że coś go boli, bo przebiegało po nim charakterystyczne drżenie, podczas którego wydawał ciche pomruki. Najchętniej całe dnie by przesypiał a do ogrodu wychodziłby tylko na siku i zaraz wracał do domu. Zimno najwidoczniej mu nie służy. I tak jest także teraz. Ciepłe legowisko i spokój to jest to, czego Jacuś najbardziej pragnie a my staramy się mu to zapewnić. Od kilku dni jest pod opieką weterynarza. Dostaje antybiotyki i środki przeciwbólowe, ale nie bardzo wiadomo, co go właściwie boli. Wyniki krwi ma dobre. Nie stracił na razie na wadze. Nie ma podwyższonej temperatury ani właściwie żadnych poza tymi niewyjaśnionymi bólami i brakiem apetytu objawów chorobowych. Nadal miewa radosne, pełne entuzjazmu chwile. Nieraz jak gdyby nigdy nic wybiega do ogrodu z Hipcią i Misią by tam szczekać przy płocie i wpatrywać się w tajemnicze, leśne oddale. Po powrocie do domu najpierw dużo pije a potem podstawia grzbiet i pupę do głaskania. Uwielbia, gdy się go czesze, pieści, przemawia doń czule. Najbardziej jednak interesuje go po prostu długi, niezakłócony niczym sen...





   Nie wiem, czy będziemy jeszcze z Cezarym nadal próbować zgłębiać, co właściwie dolega Jacusiowi. Po pierwsze bardzo jesteśmy tu zależni od pogody. Może tak być, że gdy nas tu znowu śniegi zasypią, to nie damy rady dotrzeć do weterynarza. Od środy zapowiadają u nas ogromne śnieżyce. W razie czego mamy w domu tabletki rozkurczowe i przeciwbólowe, więc gdyby było z nim gorzej zawsze mogę mu je podać. Po drugie obawiam się, że jeśli zagnieździło się w Jacusiu jakieś podstępne raczysko, to w jego wieku wyleczenie może być już niemożliwe. Nie wiem, czy jest sens by niepotrzebnie męczyć pieska...Wciąż boleśnie przecież pamiętamy z Cezarym chorobę i śmierć naszej ukochanej suczki Zuzi, która po kilkumiesięcznej walce o nią, po męczarniach spowodowanych nieustępliwymi bólami nowotworowymi, nie doczekawszy operacji odeszła od nas w styczniu 2022 roku. Chcielibyśmy tego wszystkiego oszczędzić Jacusiowi. Ale chcielibyśmy także by był z nami jak najdłużej. To wszystko wymagać będzie od nas podejmowania na bieżąco różnych decyzji, może nawet tej najgorszej...




   Ale póki co Jacuś jest z nami. W chwilach, gdy nie śpi spogląda na nas z ufnością, podchodzi, macha ogonem, podstawia głowę do pieszczot i serdecznie reaguje na każde wypowiedziane doń słowo. Styczniowe słońce czule pieści jego śliczny, biały łebek i obiecuje kolejny pogodny dzień. A nasz kochany lawendowy Jacuś znowu układa się na swoim legowisku, wzdycha głęboko i spokojnie zasypia...







środa, 12 lutego 2025

Anielcia…

 


 


 

   Starość miewa różne oblicza. Pierwsze to pogodne, łagodne i spokojne, bo pogodzone z losem, bo pełne mądrości i doświadczeń życiowych, bo w otoczeniu kochającej rodziny a zwłaszcza wnuków. Drugie to smutne i gorzkie, bo samotne, zbędne, pełne bólu i bezradności, żalu za tym co bezpowrotnie minęło. Mało komu zdarza się ta pierwsza, sielankowa wersja schyłku życia. Choć większość z nas marzy i wyobraża sobie, iż taka właśnie będzie. Jednak okazuje się, iż mały mamy wpływ na to, co się z nami stanie. Jacy będziemy i jak poradzimy sobie z tą resztą przydzielonej nam przez Opatrzność egzystencji... Poniższa opowieść jest opisem zwyczajnej, tutejszej codzienności. Codzienności będącej udziałem wielu starszych ludzi na wsi…

 


   Trwał chłodny i słoneczny, lutowy poranek. Za oknem mróz po swojemu przyozdabiał Pogórze miliardami srebrzystych diamencików, ażurowych koronek i płatków lodowych kwiatów. Miotane powiewem wiatru strzępki szronu niby śniegowe gwiazdki opadały migotliwie z okolicznych drzew. Słonko wznosiło się coraz wyżej a niebo błękitniało wyraziście co sprawiało, że widok na krętą, znikającą wśród lasu drogę robił się coraz piękniejszy. Dopiero co byłam na zewnątrz by wsypać ptaszkom słonecznika do karmnika oraz zrobić kilka zdjęć a teraz rozgrzewając się kubkiem kawy trwałam w niemym zapatrzeniu na ten cud natury. Kolejna zima tutaj zachwycała mnie niezmiennie.

- Oby wiele jeszcze było takich zim przede mną i Cezarym – pomyślałam spoglądając z pełną troski czułością na męża stojącego przy piecu i pilnującego by się słonina odpowiednio przysmażyła na nową porcję smalcu.  Skwarki złociły się i pachniały bardzo apetycznie…

   Raptem z owego zapatrzenia wyrwał mnie głośny dźwięk telefonu.  Dzwoniła Anielcia - ponad osiemdziesięcioletnia sąsiadka z niedalekiego przysiółka położonego w głębokiej dolinie.

 

- Co tam u Was, Olusiu? Mróz bardzo dokucza? Jak się z Cezarym czujecie? – zapytała jak zawsze na wstępie zagajając serdecznie rozmowę. Odrzekłam, że różnie, raz lepiej, raz gorzej zdając sobie doskonale sprawę, iż na pewno nasze banalne dolegliwości mają się nijak do ogromu jej boleści i trosk. Wszak Anielcia od wielu już lat była wdową i póki jako tako radziła sobie sama z codziennymi obowiązkami nie było źle. Wprawdzie od dawna narzekała na serce, na bolące stawy oraz na protezy biodrowe, ale mimo wszystko chciało jej się jeszcze uprawiać przydomowy warzywnik, zasadzić a potem ukopać własnych ziemniaków, drewna pociupać do kuchennego pieca, kota – przybłędę nakarmić. Od kiedy pamiętała jej życie wypełniała ciężka praca w domu i na roli, opieka nad czworgiem dzieci, pomoc w wychowywaniu wnuków. To wszystko nadawało życiu sens i rytm. Dzięki wspólnej z mężem pracy a potem niewielkiej emeryturze było co do garnka włożyć, choć zdarzała się też taka bieda, że i jajko na wagę złota było. Nieraz do miasta kilkadziesiąt kilometrów na piechotę się chodziło, żeby sprzedać jagody albo grzyby nazbierane w sąsiednim lesie. Każdy grosz się liczył, zatem w pocie czoła wypracowywało się środki na skromny, ale samodzielny i uczciwy byt. W lepszych, spokojniejszych chwilach zdarzała się nawet chęć by niekiedy jakąś książkę przeczytać, z sąsiadkami się spotkać, o swoich sprawach poplotkować beztrosko. Czekać na codzienne wschody słońca i cieszyć się, że nadal można je oglądać… Tak mniej więcej było kiedyś. A dziś?

- A Ty, jak sobie radzisz, Anielciu? – zapytałam omalże pewna, iż nadal przebywa u swojej starszej córki w mieście. Ostatnimi laty bowiem mocno niedomagała i po kilku pobytach w szpitalu potrzebowała codziennej opieki. Dlatego więcej z córką niż u siebie siedziała.

- Jakoś tam sobie radzę. Muszę, przecież przeważnie sama tu jestem. Pokuśtykam trochę po obejściu. Jak mam siłę, to sobie coś ugotuję, a jak nie, to i kromka chleba z pasztetówką wystarczy. Staremu człowiekowi niewiele już trzeba – westchnęła z pełną goryczy rezygnacją.

- Ale na szczęście dwa razy w tygodniu przychodzi opiekunka z gminy. Zrobi zakupy, drewna z komórki naniesie, chwilę się po domu pokręci, o zdrowie zapyta i idzie. Nie tylko mnie ma przecież na głowie – dodała jak zawsze pełna zrozumienia i empatii dla innych.

- To u córki w mieście być nie chciałaś? Przecież tam centralne ogrzewanie mają, ciepło w domu i nie byłabyś sama…- odezwałam się od razu wyobrażając sobie siebie na jej miejscu.

- Córka schorowana. Sama więcej teraz po szpitalach niż w domu przebywa. To i nie będę jej sobą głowy zawracać jak tyle ma własnych kłopotów. A poza tym tam bardziej byłam sama niż tutaj… - szepnęła ze smutkiem.

 – Wzrok mi się ostatnio pogorszył i nie da rady już książek czytać a sprzątać tam i gotować córka zabraniała, żeby mi to na serce nie zaszkodziło…To i całe dnie bezczynnie tam siedziałam w okno się gapiąc, dawne czasy wspominając a tak w ogóle nie wiedząc co ze sobą zrobić, bo to przecież sama do miasta nie pójdę. Taki człowiek nieporadny się zrobił i tak mu dziwnie obco w tym wielkim świecie. Ludzie zrobili się też całkiem niż kiedyś inni. Ech! Trzeba mi było wracać tutaj. W ogóle za długo tam siedziałam – znowu westchnęła bezradnie i w tej chwili dała się słyszeć w jej głosie drżąca nutka tłumionych głęboko emocji.

- Wolę być u siebie. Powinnam być tutaj. Ten dom, ta ziemia, to całe moje życie. Każde drzewo w ogrodzie, każdy kawałek ziemi i lasu. Jak ja o to nie zadbam, to już nikt nie zadba. Ja tu wszystko znam i kocham. A właściwie to znałam…Bo i tu się całkiem popsuło. Ech, ludzie, to jak dzikie zwierzęta. Jak wyczują u kogoś słabość, to zaraz gotowi zagryźć, zabrać wszystko… - jęknęła z rozpaczliwą rezygnacją, pociągając raz po raz nosem.

- A co się stało? Ktoś Ci krzywdę Anielciu zrobił? – przypomniałam sobie, że już kiedyś staruszka opowiadała mi o sąsiedzie pijaku, co do spółki z mieszkającą nieopodal sąsiadką drewno Anielci z komórki bezczelnie podkradał.

- Jak byłam u córki w mieście sąsiad znowu włamał się do drewutni i zabrał stamtąd wszystko, co mogło mu się na coś przydać. Nie tylko drewno, ale w ogóle wszystko, co mógł sprzedać, żeby na wódkę grosz mieć! Istna hiena cmentarna! – pełna oburzenia zamilkła na chwilę, oddychała tylko spazmatycznie raz po raz przełykając łzy.

- Skorzystał, że nikt go nie mógł nakryć i wyniósł wszystkie narzędzia, piły, dłutka i śrubokręty, co to moim mężu zostały. Nawet siekiery nie zostawił! I do tego doszło, że jak mi się udaje kogoś nająć do porąbania drewna, to proszę, żeby ze swoją siekierą przyszedł, bo u mnie nic już nie ma! – załkała jak bezradne dziecko a ja pożałowałam natychmiast, że to telefoniczna a nie w cztery oczy rozmowa, bo wiedziałam, iż Anielci przydałoby się teraz zwyczajne przytulenie. Żadne słowa przecież nie wydawały się w tym momencie adekwatne…

- Zgłosiłaś to na policję? – zapytałam przypomniawszy sobie, że tak postąpiła kiedyś.

- Nie! Bo i po co? Nie mogę udowodnić przecież, że to on mi zrobił. Ten śmierdzący pijus w nos mi się śmieje albo dokucza, że jemu się wszystko należy a takie staruchy jak ja powinny już dawno na cmentarzu leżeć. A poza tym nastraszył mnie, że dom mi spali, jak na niego naskarżę… - wyszeptała z trwożliwym zawstydzeniem.

- A rodzina? Co na to Twoja rodzina? – odezwałam się, myśląc o tym, że przecież kilka kilometrów od Anielci mieszka jej najmłodsza córka, zięć i wnuki. I że na pewno w takiej sytuacji powinni jakoś zareagować. Pomóc jej. Obronić. Zaopiekować się.

- Ech, Oluniu! Oni czasu całkiem nie mają. Każdy swoim zajęty. Każdy tylko za pieniądzem goni albo po doktorach jeździ. Mówią, że powinnam w mieście u starszej córki siedzieć. Wtedy nie byłoby z niczym kłopotu. Dom na wsi by się sprzedało, grosz między nich podzieliło i szlus. Każdy by miał dobrze. Nie rozumieją tylko tego, jak bliskie jest mi to miejsce, jak żyć bez niego nie umiem. A mimo wszystko wciąż się chce człowiekowi żyć, choć nie za bardzo ma już po co i dla kogo – zwierzyła się z bolesną szczerością.

- I wiesz, Oluniu mnie się jeszcze czasem wierzyć nie chce, że bliscy mogą tak jakoś zobojętnieć, tak się oddalić. To się w głowie nie mieści, że choćby człowiek nie wiadomo, jak kochał, dbał, pieścił, pomagał, to na starość nic się z tego nie liczy, to nikt już tego nie pamięta. I człowiek staje się jak ten spróchniały, nie nadający się do niczego jak tylko do wycięcia pień. A przecież kiedyś był silnym drzewem, które bez żadnych warunków i ograniczeń dawało innym cień i schronienie. Ale taka widać już kolej rzeczy – szepnęła Anielcia znowu głęboko wzdychając.

   A ja przypomniałam sobie dawne opowieści Anielci o tym jak to kiedyś często pojawiały się u niej dzieci albo wnuki, żeby pomóc, zapytać, czy babci czegoś nie potrzeba, zatroszczyć się jakoś. Jak te najmłodsze wesoło biegały po ogrodzie rwąc pyszne papierówki i czereśnie. Jak wdrapywały się na kolana a babcia całowała ich rumiane policzki. Jak szyła im fikuśne fartuszki i sukieneczki. Jak piękne haftowała dla córek obrusy. Jak ciułała grosz do grosza, żeby im się do motoru albo samochodu dołożyć. Do tego wszystkiego wdzięczna za najdrobniejszy objaw starania i serdeczności piekła dla rodziny smaczne ciasta, z myślą o bliskich suszyła grzyby i jabłka nad kaflowym piecem, zapraszała na niedzielne obiady a także chętnie obdarowywała wnuki paroma groszami ze swej skromnej emerytury, płacąc im w ten sposób za naniesienie drewna, za zrobienie zakupów a nawet za sam fakt odwiedzin…

- Córki się zestarzały, pochorowały i nie mają już tyle sił, co kiedyś. Wnuki porozjeżdżały się w różne strony i rzadko w tych okolicach się pojawiają. Zostały prawnuki, ale dla nich te marne sto złotych, co im babka do kieszeni włoży, to tyle, co nic…Nie chce im się tu przychodzić. A jak już przyjdą, to zaraz wychodzą, tak się nudzą. Tylko by w swoje telefony i komputery patrzyły. Takie to teraz czasy. I chyba nie będzie już lepiej! – zamilkła całkiem już tym wszystkim zgnębiona.

- Może żeby w końcu było lepiej, to musi być jeszcze gorzej? – szepnęłam próbując skierować rozmowę na inne tory, na bardziej ogólne tematy.

- Bo to nie tylko Ty Anielciu mówisz o tym, że źle się wszędzie dzieje, że ludzie nie tacy jak kiedyś, że wszędzie wkrada się rozkład, demoralizacja, interesowność, lenistwo i brak szacunku dla tradycji oraz dla ludzi w podeszłym wieku. To zauważa wiele osób, nie tylko tych starych. W niedobrą stronę zmierza ta nasza rzeczywistość. Ale widocznie tak być musi. Najwidoczniej ten świat powinien spaść na samo dno, żeby się kiedyś odrodzić. Tak jak kiedyś imperium rzymskie upadło, tak i upadnie chyba nasza cywilizacja. A co będzie po nas? Czy nam dane będzie tego dożyć? – zapytałam retorycznie.

- Tobie Oleńka i Cezaremu pewnie tak, boście ode mnie młodsi. A ja muszę już tylko jakoś doturlać się do końca i tyle.  – odparła ze smutkiem.

- Jednak mimo wszystko chyba powinnyśmy się cieszyć, Anielciu, że dane nam było żyć w normalniejszych, niż dzisiejsze czasach! Bo nie wiadomo czego będzie musiała doświadczyć dzisiejsza młodzież! I jak sobie da radę z trudem życia, skoro całkiem jest do tego dawania rady nieprzystosowana – stwierdziłam wyobrażając sobie sytuację, iż ci zapatrzeni w telefony komórkowe młodzi ludzie musieliby wziąć się za tak ciężką pracę, do jakiej przyzwyczajeni byli niegdyś wszyscy mieszkańcy wsi, do jakiej przyzwyczajona była Anielcia, że musieliby zacząć szanować każdą kromkę chleba, każdą sztukę odzieży. Wszystko to, co im dzisiaj ot tak, pod nos jest podawane.

- Tak, chyba możemy się tym cieszyć… Tymczasem ja teraz znowu mam skierowanie do szpitala i nie wiem, ile mnie tam potrzymają. Ale może jak wyjdę, to już będzie wiosna? – zawołała nagle pełna radosnej nadziei Anielcia.

- I wiesz co, Oleńka? Ja na tę wiosnę tak czekam! Cieszę się na to słoneczko, co stare kości rozgrzeje, na te młode trawki i listeczki, na pierwsze główki żółciutkich podbiałów na skraju pola, na kobierce fioletowo-różowych miodunek w ogrodzie, na ten cudowny zapach ziemi budzącej się po zimie…- rozmarzyła się raptem staruszka, uspokajając się już zupełnie. I ja oddychając z ulgą po odejściu od trudnych tematów skwapliwie rozmarzyłam się razem z nią. Chwilę jeszcze szeptałyśmy o tych wspaniałych woniach i barwach wiosennych, o kluczach żurawi powracających z daleka, o porannych, ptaszęcych śpiewach i łopotach, o wiecznie żywych wspomnieniach z czasów, gdy miało się w sobie mnóstwo siły i chęci by żyć, by po prostu cieszyć się tym zwyczajnym życiem. Mówiłyśmy też o tym, że znowu to wszystko przyjdzie i będzie, jak zawsze co roku. Tylko trzeba do tego czasu dożyć. Nic więcej…

   Na koniec wymogłam na Anielci obietnicę, że jeśli będzie potrzebowała jakiejkolwiek naszej pomocy, to niech zaraz dzwoni a my z mężem postaramy się do niej przyjechać i zrobić, co będzie trzeba. Wzruszone pożegnałyśmy się serdecznie umówione na rychłe spotkanie. Może właśnie na wiosnę? Jak to mamy w zwyczaju przysiądziemy wówczas razem na wygodnej, ogrodowej ławce. Tej, którą, własnoręcznie zmajstrował kiedyś z modrzewiowych desek jej mąż. Spoczniemy tam, gdzie zawsze najwięcej miodunek i stokrotek kwitnie. Wystawimy twarze ku słońcu i nie będzie już nawet potrzeby nic mówić. Wystarczy nam ta dobra chwila, gdy będziemy mogły wspólnie chłonąć to światło, ciepło i wonne powiewy wiosennego wiatru…

 


  

sobota, 3 sierpnia 2024

Iskra…

 


 


   Na początku sierpnia wybraliśmy się z naszymi pieskami na cudownie rzeźki, poranny spacer po lesie. Spacer nieplanowany, ale nagle bardzo chciany, bo pragnieniem ożywionych psiaków spowodowany. A było to tak…



   Pewnego późnego popołudnia, tuż przed zachodem słońca wyszliśmy z mężem na sąsiednią łąkę by zobaczyć jak została skoszona. To ta sama łąka, po której wędrowałam ostatnio i podziwiałam na niej niezliczone kwiaty i zioła. Teraz wszystko leżało w długich, ściętych pokosach. Cudnie pachniało skoszoną trawą. Ta woń zawsze kojarzy mi się ze słodkim, soczystym arbuzem i  beztroskim dzieciństwem a więc automatycznie wprawia mnie w dobry, bliski serdecznemu wzruszeniu nastrój, przywraca odrobinę dawnej energii. Spokojnie doszliśmy z Cezarym aż do ściany lasu a wtedy dostrzegłam, iż od strony domu co sił w nogach biegnie ku nam duży, szary pies a konkretnie nasza Hipcia. Jakże z daleka do nieodżałowanej Zuzi podobna. Mamy kiepsko działający skobelek w furtce i najwidoczniej sprytna Hipcia jakoś otworzyła ją sobie łapą po czym skorzystała z okazji i pognała w naszą stronę. Ależ była szczęśliwa gdy do nas dopadła! A oczy świeciły jej się radośnie, całe były roziskrzone i widać było, że chętnie pobiegałaby sobie dłużej, pogoniłaby hen, hen po leśnych ścieżkach. Tylko czekała na znajome hasło. Było jednak za późno na taki spacer. Już za chwilę miało zacząć się ściemniać a chodzenie po ciemku po lesie moim zdaniem nie należy do przyjemności. Toteż szara psinusia wróciła z nami grzecznie do ogrodu, lecz w jej spojrzeniu znać było spore rozczarowanie.



   Radosne oczekiwanie a nawet nadzieję kilka chwil potem dojrzeliśmy także w oczach Jacusia oraz w niecierpliwej postawie Misi. Najwyraźniej, na skutek swobodnego wymknięcia się z ogrodu Hipci także stojącym przy płocie i przypatrującym się nam piesuńkom przypomniało się o leśnych przechadzkach. Obudziły się marzenia i chętki na odrobinę nieokiełznania oraz dzikiej wolności. A dawno już z psami nigdzie się nie wybieraliśmy głównie z uwagi na kiepskie samopoczucie Jacusia. No bo jakże tak? Hipcia z Misią miałyby wyruszać z nami na spacery podczas gdy biedny, niedołężny Jacuś musiałby potulnie siedzieć w domu? Byłoby to wielce wobec niego niesprawiedliwe. Zapłakałby się przecież biedaczek. Toteż od jakiegoś czasu w ogóle przestaliśmy na spacery z psami chodzić. Ogród jest wszak na tyle duży, że psy mogą się swobodnie wyhasać a Jacunia trzeba oszczędzać, żeby się nam staruszek całkiem nie rozsypał. Tak myśleliśmy oboje z Cezarym usprawiedliwiając też tym samym poniekąd naszą własną niechęć do dalszych wędrówek. Gorące lato, oblepiająca wszystko wilgoć oraz gryzące owady nie zachęcały wszak do zanurzenia się w knieje. Do tego, jak zdołaliśmy stwierdzić ostatnio kompletnie nie było w sąsiednim lesie grzybów. Mimo deszczowej pogody, mimo tropikalnego ciepła na naszych sekretnych miejscach nie rósł nawet najmniejszy prawdziwek, najlichszy kozaczek, najdrobniejszy maślaczek ani nawet muchomorek.  Nic dziwnego więc, że kilkukrotnie wróciwszy do domu umęczeni i zapoceni a do tego z pustymi koszykami w końcu daliśmy za wygraną i zrezygnowaliśmy z tak jałowych i frustrujących grzybobrań.



   Ale przede wszystkim Jacuś był głównym powodem naszego niechodzenia. Bo przecież kulał, ledwo chodził, szybko się męczył, widać było, że ogromnie trapią go reumatyczne dolegliwości. Bo po spacerach z wielkim trudem dochodził do siebie, coś go bolało i utykał na tylną nogę jeszcze mocniej. Do tego patrzył na nas ze smutkiem i cierpieniem w oczach tak jakby mówił, że przyszła kryska na Matyska i nic nie można już na to poradzić. No cóż…Każdego w końcu to dopada. Ta niemoc, ta słabość, ta bezradność, rezygnacja i boleść związana z wiekiem.



   Jednak, o dziwo, ciepłe lato sprawiło, że Jacusiowi najwidoczniej się polepszyło. Wygrzał stare kości, zregenerował się, przypomniał sobie o dawnych przyjemnościach i zapragnął znowu ich zażyć. Owa ochota do brykania nie mijała mu i trwał przy niej także następnego i jeszcze następnego dnia. Tańczył wokół nas niczym młodzieniaszek, dając do zrozumienia, że jest gotowy, że bardzo, ale to bardzo chce znowu wyruszyć w las, odwiedzić dawne dróżki i bezdroża, szybko biec przed siebie zapominając o wieku i przeszłych dolegliwościach. Nie sposób było tego ignorować, tym bardziej, że zarażał on swoim pragnieniem pozostałe psy i już wszystkie trzy namolnie skakały wokół nas prosząc o to samo.



   No więc dobrze. Postanowione! Chcieliśmy się przekonać, czy rzeczywiście Jacuś odzyskał siły. Czy wyprawa do lasu przyniesie mu więcej przyjemności, niż trudu. Czy stał się cud i biały piesek znowu był taki, jak niegdyś?




   Dlatego wczesnego sierpniowego poranka daliśmy naszym czworonożnym przyjaciołom sygnał do wymarszu. Wypowiedzieliśmy magiczne słowo: „Idziemy!”. Choć psy już wcześniej doskonale wyczuwały, że coś się święci. Wszak telepaci z nich znakomici. Podekscytowane natychmiast zaczęły biegać wokół nas jak oszalałe, popiskując i dysząc radośnie. Ich oczy zdawały się mówić: Nareszcie, nareszcie idziemy do lasu! Och, jak wspaniale! Jak cudownie! Jak się cieszymy! Niech to twa wiecznie!

   I wyruszyliśmy jak za dawnych czasów. Jacuś od razu pognał przed siebie. I biegł tak swobodnie, tak lekko jakby znowu miał nie kilkanaście, ale kilka lat. Za nim w szalonym biegu pruła Hipcia a na końcu nieco zdezorientowana Misia, której pomyliły się kierunki i najwidoczniej zapomniała, w którą stronę idzie się do lasu. Ale błyskawicznie sobie wszystko przypomniała, gdy tylko dobiegła do owej świeżo skoszonej łąki, gdy poczuła znajome zapachy i kiedy mogła napić się wody stojącej zawsze w wyjeżdżonym przez traktory rowie. 



   Hipcia nie omieszkała oczywiście wytaplać się w owej bajorowatej kałuży. I znowu przypomniała mi się Zuzia. Ona tak samo lubiła włazić do każdej wody i kłaść się w mule, błocie, w cuchnącym szlamie. I ziając uśmiechać się stamtąd szelmowsko. Natomiast Misia, jak to Misia choć czasem odbiegała kilkanaście metrów za psami, choć też z lubością brodziła po kałużach, to na ogół wolała być blisko mnie i Cezarego, najwidoczniej czując się wówczas pewnie i bezpiecznie.






   Tymczasem Jacuś biegał niestrudzenie dalej. Był taki jak dawniej. Ożywiony, niezmordowany, młodzieńczy. Z upapranymi błotem łapami, ale za to rozświetlony wewnętrznie. Jakby czas znowu stał się dla niego łaskawy. Jakby jego niedawna starcza niedołężność tylko nam się przyśniła. Oglądał się na nas i znowu gnał wwąchujac się co i rusz w jakieś interesujące tropy albo z ciekawością wsadzając biały łeb w chaszcze. Aż radość brała patrząc na to jego odmłodzenie, na przywróconą czarodziejsko energię i żywotność. Piesek nie omieszkał wykąpać się w kałuży, wytarzać w jakiejś padłej żabie, pogryźć ze smakiem pysznych trawek. I przybiegać do nas co jakiś czas by podzielić się swoim zadowoleniem i powiedzieć: Widzicie, kochani? Nie jest ze mną jeszcze tak źle! I świat jest taki piękny!



   Zgodziłam się z Jacusiem w zupełności. Sierpniowy las, pełen bujnej zieleni, pachnący butwiejącymi liśćmi, igliwiem i wodą otaczał nas tkliwym spokojem,  otulał pieszczotliwie, nie dając do nas przystępu dokuczliwym komarom i gzom. Gorąc nie dokuczał. Przyjemnie się chodziło i naprawdę dobrze było popatrzeć na szczęśliwe pyski naszych psiaków. Ucieszyć się ich radością. Zarazić ich młodością. Nie stawiać także i na sobie za wcześnie krzyżyka, bo przecież nawet spoglądając na tak pełnego werwy Jacusia można uwierzyć, że wszystko jest jeszcze możliwe…



   Po niespełna godzinnej przechadzce najwidoczniej mocno już zmęczone, ale nadal bardzo szczęśliwe psie towarzystwo grzecznie dało sobie przypiąć smycze i spokojnie powędrowało w stronę domu. Od razu po powrocie opłukałam psy prysznicem z węża ogrodowego, żeby zmyć z nich najgorsze błoto i brud. A one zadowolone otrzepały się energicznie a potem pokładły się w cienistych miejscach ogrodu żeby odpocząć po wędrówce i być może śnić o kolejnych, dalekich spacerach…








   A oto kolejny poranek. Za oknem monotonnie siąpi. Przyjemny chłodek zawiewa od ogrodu. Psy odsypiają wczorajszą wędrówkę. Także wczoraj większość dnia przespały. Wieczorem dostrzec było można, że kondycja Jacusia mocno spadła. Zmęczony po porannym spacerze nie miał siły ani ochoty biegać z Misią i Hipcią po ogrodzie. W ogóle nic mu się nie chciało i niestety, znowu trochę kulał. Najwidoczniej wrócił dawny, stary Jacuś…Cóż! Można się było tego spodziewać. Wszak na spacerze dał z siebie wszystko i dziwne byłoby, gdyby nie pojawiły się konsekwencje tak niezwykłego zrywu. Ale nie sądzę by Jacuniek żałował wczorajszych biegów po lesie, pojawienia się tej wspaniałej iskry beztroskiej młodości. Był przecież ogromnie szczęśliwy. Uwierzył w siebie. Poczuł znowu blask i smak życia. Myślę, iż takie chwile są bezcenne i dla nas ludzi i dla psów. O nich właśnie się pamięta i z tęsknotą je wspomina. Chociażby nawet miały się już nigdy więcej nie przydarzyć, choćby były tylko łabędzim śpiewem…




Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost