Przeczytałam
dziś wydane na początku ubiegłego wieku piękne opowiadanie Elizy Orzeszkowej
pt. „Panna Róża”. Dotarłam do niego za
sprawą nieocenionej w podrzucaniu mi interesujących linków p.Gosi, wieloletniej czytelniczki bloga „Pod
tym samym niebem”. Droga Gosiu, miałaś świetny pomysł by podzielić się ze mną
swoim odkryciem! Dziękuję Ci serdecznie!:-)
Nie sądziłam, że trącąca już dzisiaj myszką,
przepojona pozytywistycznym rozumieniem świata proza Orzeszkowej potrafi mnie dzisiaj
czymś zaskoczyć, zauroczyć i wzruszyć. A jednak! W czasach licealnych
zachwycałam się jej „Nad Niemnem”. Ale to było kiedyś i nie oczekiwałam, że
znowu rozsmakuję się w charakterystycznym stylu tej pisarki, w słownictwie i sposobie
prowadzenia narracji. Jednakże opowiadanie pt. „Panna Róża” dotknęło jakiegoś czułego punktu w mej duszy. Dzisiaj
umiem dostrzec więcej. Trzeba nieraz bowiem przejść swoje koleje losu i czegoś
bolesnego w życiu doświadczyć aby umieć więcej zrozumieć, potrafić się głębiej wczuć
w jakąś postać literacką, a w tym przypadku w położenie tytułowej panny Róży –
przedwcześnie postarzałej, niedocenianej przez domowników pracowitej rezydentki
XIX –wiecznego, wiejskiego dworku.
Biedna panna
Róża…Zanadto uczuciowa, romantyczna, przesadnie wierna i wrażliwa, niepasująca
zupełnie do pełnego pragmatyzmu i chłodu otoczenia, do ludzi, dla których liczy
się to co widać, a nie to, co w środku, do zakochanej w sobie pani domu, do siedzącego
pod jej pantoflem gospodarza…
Nieciekawa panna
Róża… Zawsze w niemodnej, beżowo-burej sukience. Skromnie uczesana (a przecież posiadająca
burzę wspaniałych włosów, których nikt nie dostrzega). Cicha, łagodna, nijaka, bardziej
do cienia, niż do żywej istoty podobna. Zawsze nad jakąś pracą pochylona. O
innych stale dbająca. Dla siebie zostawiająca tylko drogocenne wspomnienia,
niewygasłe wciąż uczucie do byłego narzeczonego…
Dziwaczna panna
Róża…Nie udająca nikogo, nazbyt poważna, nie potrafiąca się nikomu odciąć, stale
wycofana, nie próbująca nawet dostosować się choćby pozornie do otoczenia zakochanego
w gierkach, zabawach czyimś kosztem, w papuzich barwach i wystawnym przepychu.
Są tacy ludzie, którzy choćby nawet chcieli nie potrafią być inni niż są, nie
umieją naginać się do oczekiwań innych. Prowadzi ich jakaś wewnętrzna siła,
światło, które pozwala im wytrzymać obojętność czy niechęć otoczenia. Choć tak
skromni i nierzucający się w oczy często cechami charakteru i wrażliwością
wyrastają ponad otoczenie. Nie rozpychają się łokciami. Nie krzywdzą nikogo aby
tylko osiągnąć swoje. Po prostu są czemuś wierni. Po prostu postępują uczciwie.
Od początku opowiadania czujemy, że panna Róża jest właśnie kimś takim. Cicha
bohaterka pośród pospolitego, lecz uważającego się za wytworne oraz godne
podziwu, towarzystwa. Bursztyn wśród zwyczajnych szkiełek…
Końcówka
opowiadania przynosi wreszcie pewien rodzaj zadośćuczynienia za upokorzenia
będące dotąd udziałem panny Róży. Jest nią wstyd i poczucie winy domowników,
którzy dzięki opowieści zakochanego w Róży sąsiada, Seweryna Dorszy nareszcie zaczynają
patrzeć na nią innym okiem i rozumieć a nawet podziwiać jej postępowanie. Jest nim
także atak furii obsesyjnie zazdrosnej o Różę pani Izabeli Januarowej. Jest
chęć uszanowania i złożenia hołdu pannie Róży przez dzieci pana Januarego,
których serca poruszyła opowieść sąsiada, dzięki któremu zrozumiały jaki
nierozpoznany dotąd skarb żył tuż pod ich bokiem. Brzydkie kaczątko nareszcie
zmienia się w łabędzia…
Osoba panny Róży
kojarzy mi się z ciotką Justyny Orzelskiej, Martą z „Nad Niemnem”. Także skromną,
pracowitą istotą, która krzątała się przez całe życie po gospodarstwie i dbała
o wygodę innych, poświęcając swoje szczęście i zdrowie dla rodziny, która jej właściwie
nie dostrzegała. W finale powieści docenił ją w końcu rodzony brat. Podziękował za dotychczasowy trud i poprosił
Martę o pozostanie z jego rodziną, z nim. Tym samym nareszcie przywrócił jej
rację bytu. Sprawił, że w smutne oczy jego siostry wrócił dawny blask…
Ubogie,
pozbawione pozycji i majątku rezydentki były w dziewiętnastym wieku stałym
elementem dworków szlachecko-ziemiańskich. W czasach, gdy jedyną możliwością
zdobycia szczęścia dla kobiety mogło być wyjście za mąż i urodzenie dzieci te
samotne, starzejące się istoty ośmielały się liczyć tylko na łaskawy chleb u
krewniaków, na rolę przyzwoitek, guwernantek albo niedocenianych,
przepracowujących się na śmierć gospodyń domowych.
Czasy się zmieniły,
lecz chyba każdy z nas poczuł się w życiu podobnie do Marty czy panny Róży.
Samotny pośród ludzi, niezrozumiany, wyalienowany, pogardzany, szykanowany a nawet zaszczuty, wyśmiewany i obmawiany,
oskarżany o niepopełnione winy, będący solą w oku dla innych, zawadą dla ich
egoistycznych pragnień i poczynań. Bywa tak w pracy, w rodzinie, w szkole, w jakimkolwiek
środowisku, którego jest się częścią a od którego wciąż się odstaje. Jednak nie
każdy z nas miałby w sobie tyle siły co panna Róża by nie załamać się, by umieć
sobie zbudować jakiś klosz ochronny z głębokiego, wewnętrznego przekonania, że choć
inni mają nas za nic, my mimo wszystko znamy swoją wartość, swoje przeznaczenie
i robimy to, co do nas należy. A mimo poniżania, dokuczania, spychania w niebyt
nadal to robić będziemy. Bo jesteśmy wolni wewnętrznie i nie damy sobie tej
wolności odebrać. Bo jeśli uleglibyśmy otoczeniu i zmienili się na jego obraz i
podobieństwo, stracilibyśmy siebie i ten rodzaj szczęścia oraz spełnienia,
który wypływa z wierności samemu sobie. Pamiętacie „Pannę Nikt” Tomka Tryzny
albo nakręcony na podstawie tej powieści film Wajdy pod tym samym tytułem?
Główna bohaterka chcąc zyskać poklask i przyjaźń podziwianych przez siebie
koleżanek tak bardzo je naśladuje, że aż gubi własne „ja” oraz więź ze swoim
środowiskiem. Staje się marnym odbiciem lustrzanym zagubionych w świecie mamony
i pozorów żałosnych istot, które niegdyś tak podziwiała. I okazuje się, że to co
z oddali wyglądało na fascynujące, wspaniałe, dające wstęp do lepszego,
ciekawszego świata z bliska okazuje się pustką, rozpaczą, nie wiodącym donikąd poszukiwaniem
namiastki jakiegokolwiek szczęścia…
Panna Róża nie
staje się panną Nikt. W oczach rodziny i znajomych staje się nareszcie Panną
Kimś, dzięki szczęśliwemu zakończeniu opowiadania. Sprawiedliwość
tryumfuje. Jednak w życiu nie zawsze tak
bywa. Czasem nie doczekujemy się happy endu i mimo usilnych starań nie
potrafimy odmienić biegu rzeczy. Sprawić by ktoś przejrzał na oczy i potrafił
dostrzec naszą prawdziwą wartość.
Jak pisze
Orzeszkowa : „Czasem na nieznanem dnie
czyjegoś serca leży w ukryciu taki brylant, że niech się przed nim i
Książę-Rejent z angielskiej korony schowa! Tylko że samo jedno widzi go oko
Boskie…”. A czytany przez pannę Różę fragment „Psałterza Dawidowego” w przekładzie
mistrza Jana Kochanowskiego zdaje się tę
prawdę potwierdzać:
„W
Tobie ja samym, Panie, człowiek smutny,
Nadzieję kładę; Ty racz o mnie radzić.
Nieprzyjaciel mój, jako lew okrutny,
Szuka mej duszy, aby ją mógł zgładzić...
Z jego paszczęki, jeśli, o mój Boże,
Ty sam nie wyrwiesz, nikt mnie nie wspomoże«.
...»Boże, przed którym tajne być nie mogą
Myśli człowiecze, w Twej stając obronie,
Nadzieję kładę; Ty racz o mnie radzić.
Nieprzyjaciel mój, jako lew okrutny,
Szuka mej duszy, aby ją mógł zgładzić...
Z jego paszczęki, jeśli, o mój Boże,
Ty sam nie wyrwiesz, nikt mnie nie wspomoże«.
...»Boże, przed którym tajne być nie mogą
Myśli człowiecze, w Twej stając obronie,
Przed
żadną nigdy nie ucieknę trwogą,
Bo szczere serce w Twojej jest zasłonie
O, sprawiedliwy Sędzio, Ty każdego
Sprawnie obdzielasz, wedle zasług jego«...
Bo szczere serce w Twojej jest zasłonie
O, sprawiedliwy Sędzio, Ty każdego
Sprawnie obdzielasz, wedle zasług jego«...
P.S.
Gosia wysłała mi linka do opowiadania Orzeszkowej w wersji audiobooka, świetnie
przeczytanego przez Danutę Stenkę: https://www.youtube.com/watch?time_continue=1294&v=8_FEqch86Oc
Później przeczytałam także dostępne tutaj to samo
opowiadanie: