wtorek, 23 kwietnia 2013

Niewierny Tomasz, czyli Turecki zwany Rudolfem




   Był raz sobie kot, który jak na kota przystało lubił chadzać własnymi drogami. Natomiast między tym chadzaniem stawał się Wielkim Śpiochem czy też Wielkim Pieszczochem. Lubił psa zwanego Zuzią i nigdy przed nim nie zmykał, w przeciwieństwie do innych kocich domowników, strachajłów i mięczaków. Zuzia szanowała go za to i nigdy nie ganiała po podwórzu ani nie nosiła go w pysku, jak zwykła to czynić z pozostałym kociarstwem. Pana kotów, Cezarego irytowało niekiedy to, że chyba jego żona Olga za dużo kotom jeść dawała, bo myszy się im nie chciało łapać, a nawet się ich bały, o czym można się było przekonać, gdy pewnego ranka na widok myszy w kurniku kot Antek zwiewał aż się kurzyło!  Dziwna to była reakcja, jak na kota, lecz są pewnie rzeczy, o których się kocim i ludzkim filozofom nie śniło a do nich właśnie należała owa niezrozumiała, sromotna ucieczka. Być może Antek przeraził się wygórowanymi oczekiwaniami względem niego i doznał tak wielkiej tremy w poczuciu ciążącej nad nim odpowiedzialności, że wolał zwiać? Trudno czasem zrozumieć koty...

   Pani kotów, Olga bardzo rozpieszczała wszystkie swe koty, ale Tureckiego lubiła najbardziej za jego inteligencję, odwagę i upór w zdobywaniu miejsca na jej kolanach oraz za sympatyczne, nieomal psie usposobienie. Szanowała kocie prawo do tajemnego, nocnego życia uskutecznianego po wiejskich stodołach, drewutniach, szopach i strychach. Czasem widziała, jak jej koty przemykają się po ogrodzie i biegną do pobliskiego lasu, gdyż i tam można było zawsze coś ciekawego znaleźć. Za ptaszkami poganiać, krety nocami śledzić, wylegiwać się na mchu czy też wspinać po najwyższych drzewach by złapać soczystego trzmiela czy gigantyczną muchę. Życie wiejskich kotów jest zupełnie inne, niż miejskich. Chodzą gdzie chcą, robią co chcą i używają miejscowych rozkoszy, ile tylko się da!Wolne, nieulękłe, gdy trzeba dzikie, nieokiełznane a innym znów razem czułe i pieszczotliwe.

  Koty Olgi niekiedy całymi nocami wraz z wszystkimi okolicznymi kocurami obradowały na sobie tylko wiadome tematy. Rozsiadały się na żerdkach i belkach w starym, wypełnionym sianem strychu i w tak zacisznym, pachnącym miejscu wiodły ze sobą spory i filozoficzne dysputy. Natomiast kotki przyglądały im się ironicznie i przyczesywały cierpliwie łapkami swe uszka, wiedząc, że gdy czas mędrkowania minie, kocury i tak będą leżeć wiernopoddańczo u ich stóp. Wszelkie strychowe spory i dyskusje przerywało zazwyczaj pojawienie się jakiejś myszki, nietoperza, czy nornicy. Wtedy okazywało się, który z panów kotów jest najszybszy i najsprytniejszy a kocie damy oceniały ich samczą atrakcyjność, obserwując ich szybkie skoki, podchody i błyskawiczne dopadanie gryzonia. Tak, czy siak rzadko kiedy, to kocur właśnie potrafił pierwszy złapać myszkę. Prym w ich łapaniu wiodły zawsze mniejsze od nich, ale o wiele szybsze i cierpliwsze kocice. Potem w try miga zjadały swe ofiary, aż chrzęściły kostki, popatrując przy tym z tryumfem na oblizujące się łakomie kocury.

  Po prawie trzech latach tak miłego oraz zgodnego pożycia w domu i obejściu Jaworów, poprzedzielanego incydentalnymi awanturami o obsikiwanie kątów przez koty i znaczenie terenu, czyli domowych ścian przyszła sroga zima. Było mroźno i śnieżnie, jednak to w niczym nie przeszkadzało kotom w uczestniczeniu w kocich amorach na polach i w stodołach. Kotki wydzierały się romantycznie całymi nocami i niestrudzenie przyzywały swoich wiejskich amantów. Na ich zew nie mogły pozostać obojętne trzy kocury Olgi – Antek, Czarnuszek i Turecki. Podążyły zatem w konkury, prężąc namiętnie swe lśniące ogony i długie wąsy. A ponieważ wszystkie trzy były wyjątkowo przystojne i wypasione, kotki patrzyły na nich łaskawym okiem i nie skąpiły im swych wdzięków. Co jakiś czas kocury znikały na parę dni, by pojawić się wreszcie w postaci strudzonych, lecz zaspokojonych kochanków, czy wychudzonych i posiadających liczne rany po potyczkach z innymi kocurami bohaterów.
Takoż było i z Tureckim – lśniącym wiewiórkową prawie rudością pięknym kocurem, o mądrych, przenikliwych oczach filozofa a sympatycznym usposobieniu pluszowej przytulanki.

   Jednak pod koniec lutego Turecki wyszedł z domu przed wieczorem i nie pojawił się przez kilka następnych tygodni. Jego pani martwiła się o niego, ale była pewna, iż któregoś dnia znów się pojawi, jak to było zawsze w jego zwyczaju. Jednak zima minęła, nastała słoneczna wiosna a Tureckiego nadal nie było. Czyżby coś mu się stało? Mało to jastrzębi polujących na wszystko, co się rusza? Mało lisów, kun i bezpańskich psów? Antek, Czarnuszek i Szarusia zajęci swoimi sprawami w ogóle nie zauważali nieobecności krewniaka. Codziennie układali się z lubością na kolanach swojej pani i mruczeli tam słodkie i beztroskie, kocie mruczanki.

   Aż pewnego dnia do Olgi i Cezarego przybył w odwiedziny mieszkający w sąsiednim przysiółku, zaprzyjaźniony z nimi rzeźbiarz Anatol. I tak od słowa do słowa zgadało się o tym, że czwarty z domowych kotów przepadł dawno temu nie wiadomo gdzie. Wtedy Anatolowi oczy zabłysły nagle tajemniczo i uśmiechnął się do gospodarzy.

- Widziałem waszego Tureckiego! – oznajmił tryumfująco – Wasz rudy kocur mieszka od jakiegoś czasu w domu tego pijaczka z mojego przysiółka,Romanka.
- No co Ty mówisz?! Tak daleko? – wykrzyknęła wstrząśnięta tą informacją Olga – To nie może być nasz kot!
- Och, ale to na pewno on! – klepiąc się po kolanach, zawołał Anatol – Przecież dobrze go pamiętam. Nikt we wsi nie ma tak mocno rudego, ufnego i mądrego kota, jak Wy! Wszystkie okoliczne dzieciaki mają tam z nim pełno radości! Pieszczą go na okrągło a on między nimi jest jak jakiś basza! Ale najbardziej to łazi za Romankiem!
- Ale jak on tam zaszedł? Przez takie mrozy i śnieżyce? Przecież koty mają takie delikatne, nieodporne na zimno łapki!– zdumiała się Olga a Cezary w duchu przyznał jej rację.
- Tam jest w okolicy kilka ślicznych kotek. I to do nich wszystkie kocury ciągną jak niedźwiedzie do miodu! – zaśmiał się rzeźbiarz, który sam będąc starym, lecz wielce przystojnym jeszcze kawalerem pewnie dobrze rozumiał te romantyczne, cykliczne kocie amory.
- A Romanek dobrze się nim zajmuje. Karmi go i na rękach często nosi. Kocur się w nim wprost zakochał i na krok go nie odstępuje! – dokończył swą opowieść Anatol, wziąwszy tęgiego łyka kwasu buraczanego, którym został poczęstowany.

   Olga doświadczyła wówczas istnego pomieszania uczuć. Z jednej strony odczuła ulgę, że jej kotek żyje i żadna krzywda mu się w tę zimę nie stała. Jednak z drugiej strony było jej najzwyczajniej w świecie przykro, że ulubiony kocurek zupełnie o niej zapomniał i tak łatwo zmienił obiekt swych uczuć na mało w jej mniemaniu atrakcyjnego miejscowego pijaczka.
- Pewnie biedny Turecki zapomniał drogi powrotnej do domu i choćby nawet chciał, to nie może teraz wrócić – usprawiedliwiała kocurka.
Anatol i Cezary litościwie nic nie odrzekli. Zmienili temat i zaczęli dyskutować o samochodach terenowych, które były ich wspólną, wielką pasją. Natomiast Olga zaczęła rozmyślać o tym, co jej należy w tej sytuacji czynić. Postanowiła koniecznie odzyskać Tureckiego i już następnego dnia wyruszyć do sąsiedniego przysiółka po tego kociego włóczykija.

   Jak pomyślała, tak zrobiła. Namówiła do wspólnej wyprawy Cezarego i Zuzię po czym malowniczą wstęgą polnej drogi powędrowali wzgórzami do odległego przysiółka. Słońce grzało niemiłosiernie. Lasy modrzewiowe zieleniły się delikatnie. A ponad ich głowami cały czas krążyły natrętne muszki i bąki.
Wreszcie doszli do drewnianej chatki rzeźbiarza, która sąsiadowała z domkiem Romanka. Olga, nie tracąc czasu, bezustannie przyzywając swego kota, ruszyła na obchód stodoły Romanka, gdzie spodziewała się znaleźć Tureckiego. Jednak nie odpowiadał na jej wołanie. Wyszła zatem na drogę poniżej, gdzie akurat z pola powracał rzeczony Romanek, natomiast tuż przy jego nodze, towarzysząc mu jak pies, maszerował raźno zadowolony z zycia, rudy kocur. Olga przysłoniła dłonią oczy, bo słońce zupełnie ją oślepiało. Przykucnęła i znowu zaczęła magiczne kicianie, tak dobrze znane jej wszystkim czterem kotom.
- Jeśli to rzeczywiście Turecki – myślała – to przecież pozna mnie i przyjdzie. Taką przynajmniej mam nadzieję…

   Kot usłyszał wreszcie jej głos. Popatrzył na nią uważnie a potem podszedł niespiesznie, ocierając się serdecznie o jej nogi i wystawiając grzbiet do głaskania. Uszczęśliwiona wzięła go na ręce. Wtuliła twarz w jego puszyste futerko i najchętniej rozpłakałaby się teraz z wielkiego wzruszenia. Ale oto zbliżał się życzliwie uśmiechnięty Romanek, który widząc tulącego się do niej kota zawołał wesoło:
- Och patrzcie, jaki to pieszczoch z tego mojego Rudolfa!
Olga szybko otarła spocone oczy i uśmiechnęła się miło do mężczyzny, mówiąc:
- Ależ to mój kot! Nazywa sięTurecki. Zginął mi prawie dwa miesiące temu i właśnie dowiedziałam się od Anatola, że pan go przygarnął.
- Acha! No to ja już wszystko rozumiem. Rudolf często mnie odwiedzał, ale ostatnio jak przyszedł, to już został. Tej zimy umarła moja stara kotka a zostało mi po niej sporo suchej karmy, no to miałem czym karmić Rudolfa. Wymościłem mu pudełko  sianem i dobrze mu było w mojej stodole– mówił tamten przyglądając się z czułością przytulonemu do Olgi kotu.
- Niech się pani nie gniewa, że go Rudolfem nazwałem, ale on taki rudy, że mi to imię pasowało – dodał jeszcze a na znak tego, że tak jest w istocie wyszeptał miękkim, pieszczotliwym głosem – Rudolf, Rudolfek, no chodź do mnie na chwilę, chodź Rudolf! – a Turecki, słysząc to nawoływanie wysunął się zdecydowanym ruchem z objęć Olgi by podążyć do swego nowego opiekuna i mruczeć, ocierając się teraz z kolei o jego nogi.

Olga poczuła wówczas w sercu ukłucie zazdrości oraz przykrości a jednocześnie wdzięczność dla tego mężczyzny, że tak dobrze zajął się jej kotem i nie dał mu zimą zginąć.
- No to ja już teraz nie wiem, co mam robić – westchnęła ze smutkiem – Widzę, że kotkowi dobrze jest z panem i wcale nie ma ochoty ze mną wracać do domu.
- Ależ proszę go wziąć, bo ja miałbym w lecie z nim problem! – zawołał Romanek, wręczając jej mruczącego Tureckiego  - Latem idę na długo do szpitala i nie miałby się tu kto kotem zająć. Już się o niego martwiłem. A tak, to mu się krzywda nie stanie! – mówił, gładząc kotka po główce i patrząc na niego tkliwie.
- No to go wezmę, tylko mam nadzieję, że kot nie będzie miał nic przeciw temu – szepnęła Olga – Ale bardzo, bardzo panu za opiekę nad nim dziękuję!  - dodała już głośno - Proszę nas odwiedzać, kiedy tylko będzie pan chciał. Turecki, to znaczy Rudolf na pewno się z pana odwiedzin bardzo ucieszy! Gorąco zapraszamy do nas!
- A pewnie, że tam do państwa wpadnę! – zawołał Romanek, machając jeszcze na pożegnanie dłonią i patrząc z ciężkim westchnieniem w kierunku oddalającej się kobiecej sylwetki.

   Cezary, który do tej pory konwersował ze stojącym nieopodal Anatolem podszedł z machającą ogonem Zuzią do Olgi i kota. Zuzia obwąchała uważnie Tureckiego, on ją i najwidoczniej poznali się bez najmniejszych wątpliwości. Kocur mruczał uszczęśliwiony i wtulał się ufnie w ramiona Olgi, która szepcząc wciąż jego imię unosiła go w stronę oddalonego o kilka kilometrów domu.

   Kilkaset metrów dalej humor kota diametralnie się zmienił. Stał się nerwowy, niespokojny, zaczął się wyrywać. Raz po raz oglądał się za siebie i najwidoczniej bardzo martwił go fakt, że oddalają się od chatki jego przyjaciela Romanka. Na nic zdały się uspokajające szepty Olgi, na nic jej pieszczoty i głaskania. A kiedy jeszcze pracujące na polu dzieci zaczęły go przyzywać imieniem Rudolf, to jakby tygrys w niego wstąpił. Podrapał swą panią do krwi w wielu miejscach a nawet z całej siły ugryzł. Niczym piskorz wił się w jej ramionach i wczepiał pazury w skórę i ubranie. A ona płacząc, uparcie niosła go dalej, marząc o tym, by ta droga powrotna skończyła się jak najszybciej.

W pewnym momencie jednak nie była już go w stanie utrzymać. Poddała się. Zgnębiona postawiła Tureckiego na poboczu drogi i powiedziała:
- Wygrałeś kocie! Nie chcesz ze mną iść, to trudno. Wracaj do Romanka!
Ale postawiony na twardym gruncie kot stał się nagle niezdecydowany. Spoglądał to na nią, to na pozostawiony w tyle przysiółek i sam już nie wiedział co począć. Chwilę to trwało, aż wreszcie uspokoił się i podszedł do Olgi, znów patrząc ufnie w jej oczy. Zrozumiawszy, że widać kot podjął jakąś decyzję ponownie wzięła go na ręce i powędrowała polną drogą w palącym, kwietniowym słońcu. Po kolejnym kilometrze takiej wędrówki w kota znowu jakby diabeł wstąpił. Niestety, powtórzyła się poprzednia szarpanina i drapanie. Z policzka Olgi płynęła krew, z oczu łzy, z nosa smarki a z całego ciała pot. Kot był niezmordowany w swej szaleńczej szamotaninie. Na szczęście właśnie mijali dom sąsiadki, więc Cezary pobiegł tam i przyniósł zaraz płócienny worek, do którego oboje z Olgą wpakowali zwariowanego kota i w ten sposób już bez przeszkód donieśli go do domu.

   W domu Turecki został wypuszczony z worka dopiero w kuchni. Chodziło o to, by natychmiast dostrzegł znajome, ulubione kąty, miseczki z jedzeniem i mlekiem oraz wylegujących się na krzesłach kocich krewniaków. Lekko ogłupiały przebywaniem w worku kot rozejrzał się uważnie po pomieszczeniu a potem jak gdyby nigdy nic podszedł do miseczki z mlekiem i wychłeptał całą jej zawartość. Następnie wskoczył na parapet, gdzie usiadł na ulubionym, znajomym kocyku i zajął się toaletą swego nieco zmierzwionego futerka.
W tym czasie Olga przemywała swe liczne, zadane przez Tureckiego rany, wodą utlenioną. Potem wykończona i spragniona wypiła litr wody i padła na fotel by wreszcie odpocząć po tej morderczej wędrówce. Czarny kot natychmiast skorzystał z okazji i wszedł na jej kolana, zwijając się tam w rozkosznie rozmruczany kłębek. Turecki rad by także spocząć na ciepłych kolanach, ale widząc, że miejsce jest już zajęte prychnął oburzony na Czarnusia i odszedł na drugi fotel, gdzie zapadł w długi, błogi sen…Czy śniły mu się wszystkie dzisiejsze, szaleńcze przejścia? Czy może we śnie coś postanowił?

   Wieczorem, gdy Olga zajęta była zamykaniem kur w kurnikach nagle zauważyła, że Zuzia biegnie za czymś w kierunku płotu. Wydało jej się, że tuż przed Zuzią mignęła ruda sylwetka kota. I rzeczywiście! To Turecki przeskoczył przez płot i przeszedłszy przez przyległy doń ogródek, nie oglądając się za siebie podążył zdecydowanie polną drogą w kierunku sąsiedniego przysiółka. Olga podbiegła do płotu i zakiciała kilkakrotnie. Serce biło jej jak oszalałe a w oczach pojawiły się nieposłuszne łzy. Kot jednak nie obejrzał się nawet. Biegł przed siebie a jego złociste futerko lśniło w oddali jak błędny ognik. Wreszcie drobna, ruda sylwetka Tureckiego zniknęła jej z oczu gdzieś za linią pobliskiego wzgórza. Ostatnie promienie zachodzącego słońca oświetlały zupełnie pustą drogę a Olga długo jeszcze stała przy płocie rozmyślając o swoim niewiernym kocie, który odszedł w wiadomym kierunku. A czy wróci? Czas pokaże…

30 komentarzy:

  1. ...doskonały i prawdziwy przykład na to, że kocury mają drogi swe i płoty i...bezgranicznie wierne nie są....
    Lata temu miałam kotkę, przez 14 lat nie odchodziła od domu dalej niż na 100 metrów...muszę przyznać, że była wzorem kociej wierności:)
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeżywałam to wszystko wczoraj wczoraj,gdy sie to działo.Dzisiaj jednak zrozumiałam, że psychika kocia jest bardziej skomplikowana niz sądziłam a Turecki ma prawo byc z tym, z kim czuje się lepiej.To wolna, niezależna istota!A kiedy zatęskni, o ile zatęskni - wróci. Tu zawsze będą na niego czekały otwarte drzwi!
      Pozdrawiam wieczornie!:-)

      Usuń
    2. ...możesz mieć rację, ja tylko jedną kocicę miałam, a o panach kotach takie a nie inne opinie (tylko) słyszałam...gdyby byłaby to dyskusja o psiakach, to...OOOO, napisałabym elaborat :)
      Serdeczności :)

      Usuń
    3. Ja też wiem więcej o psach, bo zawsze jakiś w moim domu był. Kotkę miałam kiedyś dawno temu, w czasach miejskich - bieluśką, wierną, ukochaną. Zresztą kotki w ogóle są czulsze i wierniejsze niż kocury. Z kobietami rodu ludzkiego tez jest chyba podobnie!:-))
      Sciskam porannie!

      Usuń
    4. ...i z suniami też :) Dziewczyny górą :)
      Serdeczności i miłego weekendu!

      Usuń
    5. Trzymajmy sie zatem i doceniajmy wzajemnie!
      Pięknej pogody na weekend Ci życzę Meg!:-)

      Usuń
  2. Co za łajza z tego Tureckiego ;) Ale takie już są te kocury...
    Mój ojciec kiedyś wspominał, że mieli kiedyś takiego kota, który u nich zimował, a pozostałą część roku spędzał na innych placówkach :))) Zaczynały się chłody, kot meldował się na zimowisku :))
    Widocznie Twój Turecki z tej samej "rodziny" pochodzi.
    Co nie zmienia faktu, że trochę smutno zabrzmiała Twoja opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koty mają prawo chadzać własnymi drogami i kierować się swoimi prawami.Musze uszanować te kocie prawa i nie martwić sie o Tureckiego. To mądry i miły kot, który potrafi, jak widać, zjednywać sobie ludzkie serca. Nie zginie więc w tym wiejskim, sielskim świecie!
      A że opowieść trochę smutna...? Cóż,to zrelacjonowana na bieżaco z naszego życia historia. A zycie to nie tylko koci, koci łapci...
      Pozdrowienia zasyłam!:-)

      Usuń
  3. Piękne opowiadanie...
    Koty i ich wybory są nieodgadnione,
    ważne ,że jest wszędzie kochany...
    Mam nadzieję ,
    że kotkowi nic się nie stanie przez te wędrówki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myslę, ze skoro zima sobie poradził, to i teraz nic mu sie nie stanie. Ma wszędzie przyjaciół. Wszyscy go lubią. A on najwidoczniej nie przepada za konkurencją w osobie innych moich kotów. Wybrał sobie Romanka, bo tam króluje niepodzielnie. A że mi sie teraz serce trochę ściska, to nic. Duzo jest przecież w zyciu takich historii. A każda z nich czegoś nas uczy...

      Usuń
  4. No to Ci Turecki pokazał pazurki...Kocurowi pewnie bardziej podoba sie miejscówka gdzie może być Królem Absolutnym, u Was musiał sie dzielić miłośćią i obejściem. Moze latem przyjdzie do Was na urlop:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak uważam! Turecki potrzebował być jedynym, niepodzielnie panującym kotem.U mnie jest istna kociarnia i brak czasu na pieszczenie godzinami każdego kotka z osobna. A Romanek ma duzo czasu. jest samotnym, nigdzie nie pracującym mężczyzną. pasuje do niego kot-filozofQ. A widziałam, że Romanek naprawdę sie do kotka przywiązał.Serce Tureckiego bije teraz żywiej dla tamtego mężczyzny. Może latem, podczas nieobecnosci Romanka, odwiedzi nas...?

      Usuń
  5. moje nigdzie nie pójdą na szczęście...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domowe koty z kolei nie wiedzą, co to wolne, beztroskie wędrówki po polach i lasach. Nie zaznają nigdy tej swobody, dzikości i radości...

      Usuń
  6. Nie byloby takich problemow z kocurkiem, gdyby od razu zostal wykastrowany, nie mialby ciagotek do kotek i siedzialby spokojnie na czterech literkach w domu. Nie moglby zostac sprawca narodzin kolejnych malych kandydatow na bezdomki. I w ogole pewnie bylby spokojniejszy.
    A nieszczesna Olenka nie ronilaby lez goryczy.
    Buziaczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A niekoniecznie właśnie! Jedna z moich sąsiadek, osoba także z pochodząca miasta sprowadziła się tu parę lat temu z siedmioma wykastrowanymi kotami. Do tej pory zostało jej pięć. A dlaczego? Nawet te wykastrowane łazikują i biegają gdzie chcą. Tak po prostu jest na wsi. Takie jest kocie, bliskie naturze zycie.A co do bezdomków, to pewnie rodzi sie ich sporo, ale tu na wsi koty są przygarniane i dokarmiane po stodołach i szopach. Ludzie naprawdę lubią i cenią koty, bo wciaz jest tu problem z myszami i szczurami a mądre kociska potrafia zrobic porzadek z gryzoniami.
      A Oleńka popłakała i przestała. Takie jest życie - raz słodkie, raz gorzkie. Prawdziwe po prostu. A prawa kocie nie są tak bardzo dalekie od ludzkich. Ludzie tez porzucaja sie wzajemnie i cierpią, nie mogac byc z tymi, których naprawdę kochają...
      Serdecznie pozdrawiam wieczorem!:-)

      Usuń
    2. Przychylam się całym sercem do wypowiedzi Pantery, bo fakt, że wykastrowane też łazikują, ale nie przyczyniają się do narodzin setek (tyle może spłodzić kotów jeden kocur rocznie) nowych kocich nieszczęść.
      Napisane jak zwykle świetnie.

      Usuń
    3. Aniu droga! Spodziewałam sie z Twojej strony własnie takiej wypowiedzi. Wiem, że w tych sprawach jesteś pryncypialna i nieprzejednana, bo zmagasz sie z problemem nadmiaru niechcianych kociaków na codzień. Wiesz, co mówisz. A bezdomny kot w mieście to obraz nieszczęścia i bezradności. Na wsi az tak strasznie to nie wygląda.Ale przemyslę jeszcze ten temat.
      Serdeczne mysli Ci zasyłam!:-)

      Usuń
  7. To maly zdrajca! Olu, wlasnie wczoraj sobie o Tobie pomyslalm i o zaginionym kotku, a tu taka opowiesc. No coz, smutna historia ale tak to juz jest z tymi naszymi zwierzakami. Koty to indywidualisci i niestety chadzaja swoimi sciezkami.
    Nie placz juz Olenko, otrzyj oczy. Najwazniejsze, ze Turecki przezyl te zimowe eskapady i znalazl nowy przyjazny dom.
    Usciski przesylam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję Ci kochana Ataner za pamięć i ciepłe, życzliwe słowa pocieszenia.Też cieszę się, że Turecki zyje i ma sie dobrze. A że nie chce być juz z nami...Widocznie za dużo tu było kotów a on miał chęc by być jedynakiem.Nic nie mogę na to poradzić poza pogodzeniem sie z tym i uszanowaniem woli kota, który ma prawo być tam, gdzie mu lepiej. Najwazniejsze, by był tam szczęsliwy. A jest! Widziałam to wczoraj na własne oczy!
      I ja ściskam Cię serdecznie!***

      Usuń
  8. Niewdzięcznik i uparciuch. Nie chciał być jednym z wielu, chciał być hołubiony, chciał być Panem.
    Smutne, że tak Cię zostawił.
    Dobrze mu tam będzie. Nie martw się.
    Życzę Ci zdrowia Oleńko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za serdeczne słowa i pocieszenie Zofijanko. Smutno mi nadal, bo jednak wierzyłam we wzajemnie wierną miłość między mną a moimi zwierzętami. Ale życie jest inne i koty mają najwidoczniej inne usposobienia niż na przykład psy, które przeważnie przywiązują sie aż do grobowej deski. Cóż, Turecki ma prawo postepować zgodnie ze swoimi wyborami. Muszę to uszanować. Najwazniejsze, że nic mu nie jest i że jego nowy opiekun kocha go.
      Serdeczne pozdrowienia zasyłam!:-)

      Usuń
  9. Czytałam z zapartym tchem!

    Drogę z powrotem zna, więc sam zadecyduje,
    czy i kiedy wróci.
    Ulga, że ma się dobrze, smutek, że gdzie indziej...
    Przytulam Cię Oleńko w tym smutku, wiem, co czujesz.

    Gdy mieszkaliśmy jeszcze w poprzednim miejscu,
    600 km stąd, jedna z moich kotek (wysterylizowana)
    przepadła. Nagle pojawiła się po 5 miesiącach!
    Oczom nie wierzyłam! Skakałam ze szczęścia!
    Ale pobyła parę dni i znów znikła... tym razem na dwa miesiące.
    Podejrzewamy, że właśnie też przemieszkiwała gdzieś
    u kogoś w okolicy, jednak wracała.

    Gdy wróciła za drugim razem - byliśmy na trzy tygodnie
    przed przeprowadzką. Zastanawiałam się, jak ją zatrzymać,
    aby była w dniu wyjazdu, bo przecież jeśli nie
    zabierzemy jej ze sobą i wróci potem, nas już tam nie będzie.
    Rozważałam nawet zamknięcie jej w pokoju, bo moje koty
    mają zawsze zainstalowane małe wahadłowe drzwiczki,
    przez które wchodzą i wychodzą kiedy chcą.

    Ale stało się coś dziwnego! Koteczka nie ruszała się na krok!
    Jakby czuła, że coś się święci, widząc w domu niezwykły
    ruch, kartony, pakowanie. Ona wiedziała!
    Przez trzy tygodnie wychodziła tylko do ogrodu
    na trawkę i natychmiast wracała do domu, i obserwowała.

    Była kotem, który najłatwiej zniósł zmianę miejsca
    i podróż. Ona chciała jechać! Jechała bez żadnego
    sprzeciwu, podczas gdy pozostała piątka darła się
    jak opętana przez całą drogę (były rozdzielone na dwa
    samochody). Jeden kocur zaraz po przeprowadzce uciekł
    przez taras na pierwszym piętrze i nigdy nie wrócił.
    Wcześniej bardzo płakał i widać było, że tęskni
    za poprzednim domem, że nijak nie może się przystosować
    do zmiany miejsca. Pewnie ruszył na poszukiwanie domu...
    Serce boli mnie do dziś :((

    Dziwne stworzenia z tych kotów...
    Pięć ich mam, a każdy inny i o każdym można by godzinami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Mar, dziwne stworzenia z tych kotów...Twoja kotka miała jakis szósty zmysł, wyczuwając zbliżającą sie przeprowadzkę i czując, że to decydujący moment w jej zyciu. Po prostu chciała być z Wami - niezależnie od miejsca. A ten Wasz drugi, zaginiony kotek bardziej jednak kochał poprzedni dom i nie umiał sie odnaleźć w nowym.Rózne potrzeby, rózne usposobienia kocie. Ale i ludzie przecież są przerózni. Tylko my za często oceniamy ich własną miarą...

      Ten ból w sercu, ktory masz do dziś i ja pewnie będę miała przez lata. Moze jeszcze kiedyś Turecki do mnie zawita? Moze ja odwiedzę go u Romanka? A może ta historia będzie miała jakieś zupełnie nieprzewidywalne rozwinięcie? Zobaczymy....

      Tak, czy siak za bardzo się do zwierząt przywiazujemy i cierpimy potem, gdy znikają, czy też odchodzą na zawsze. Ale nie potrafimy się nie przywiązywać i nie traktować ich prawie jak dzieci.My i nasze zwierzęta to rodzina i cięzko jest, gdy jakis członek tej rodziny przepada...Chciałabym nabrać trochę dystansu i odrobinę wewnętrznej twardości oraz zgody na to, co niesie los.Coś takiego mają przewaznie w sobie mieszkańcy wsi. Oni pewne rzeczy przyjmują jako nieuniknione, oczywiste, od nich niezależne, zdeterminowane siłami mądrej matki natury.

      A wracając do Tureckiego - niech po prostu będzie szczęsliwy i spokojny w swoim nowym domu. Życzę mu tego z całej duszy!
      Ciepłe mysli zasyłam do Ciebie Mar!:-)))

      Usuń
  10. Czytając o kocie, cały czas myślałam o odchodzeniu dzieci ...
    Nie o takim ostatecznym zdrowym odejściu dziecka, które dojrzało do samodzielnego życia. O takim codziennym oddalaniu się i odnajdywaniu nowych światów, atrakcyjniejszych niż dom.
    Weronika dosyć wcześnie zaczęła ten proces ...

    Moje kozy zawsze wracają ze swoich wędrówek. Oprócz dwóch, które natychmiast zwiały do starego stada :)
    Mam natomiast psa rasy niewiernej, który poszedłby i pojechał samochodem z każdym. Czy później by wrócił, kto to wie?
    Pozdrawiam pięknie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabawnie zabrzmiało określenie :pies rasy niewiernej"!:-)
      Może on po prostu samochodem uwielbia jeździć i to o pojazd chodzi a nie o kierujących owym pojazdem?
      A swoją drogą, ileż to jest ludzi rasy niewiernej?! Takich, co to przychodzą, odchodzą, wracają jak bumerangi, głowę zawracają, obiecują i znowu odchodzą, nie pozwalają o sobie zapomnieć i ranom sie zagoić. Dorosłe, niebieskie ptaki...

      A co do oddalania naszych dzieci, to jak zwykle masz niebanalne skojarzenia z tematem głownym postu. W sumie, to chyba dobrze, że dzieci znajdują sobie te inne niz nasze światy, bo przecież gniazdo rodzinne jest tylko czasowo ich ostoją i przystanią. Zdrowiej jest szukać sobie tych dalszych światów i pomału zaczepiać w nich nitki swych pajeczyn rodzącej sie niezależności. Gorzej byłoby czepiać sie gniazda rodzinnego i nie chcieć go nigdy opuścić ze strachu przed kosmosem obcych światów.A i takich dzieci jest duzo, a nawet jakby coraz więcej ostatnimi czasy...
      Tylko dla matek zawsze to odchodzenie, oddalanie sie od nich dzieci jest bolesne, bo dowodzi przemijania wspólnego,matczyno-dziecięcego świata i ostatecznego przecinania pępowiny.
      Ściskam Cię serdecznie!

      Usuń
  11. Oleńko wzruszająca opowieść prawdziwa o waszym kotku, który niecnota poszedł do innego domu by tam się zadomowić.Wróci jak Romanek pójdzie do szpitala. Póki co będzie z nim bo widać pokochał go. Byłam u przyjaciółki trzy dni połaziłam , oczy nacieszyłam jeziorem i lasem wokół. przylaszczki w końcu zakwitły.Wynik będę mieć w poniedziałek. Puki co czekam , i snuję się czasami po domu, zajmuje się wnusią to mam większość czasu wypełnioną.Pozdrawiam Was serdecznie, buziaczki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój niewierny kot okazał się wielkim indywidualista i uparciuchem - trudno!
      Wiosną nalezy wiosennie czas spędzać, czyli jak najwięcej na łonie natury przebywać i cieszyc oczy zielenią a twarz wystawiać do słońca. Fajnie, że miałaś takie przyjemne ostatnie dni. Długo na to czekałaś przecież!
      Niech jak najwiecej będzie takich właśnie przyjemnych dni a wyniki badań dobre!
      Serdeczne usmiechy zasyłamy!:-)

      Usuń
  12. A już myślałam, że Turecki zginął a z niego niezła spryciula.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale od tej pory zdarza mi sie tęsknic za nim...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia