czwartek, 15 listopada 2012

Wielofunkcyjna stodoła, nie mająca sobie równych...




 


Kupiliśmy dom, budynek gospodarczy, stodołę i na dodatek przewiązkę. Ale dzisiaj będzie o stodole, o niezaprzeczalnym uroku i możliwościach adaptacyjnych. Była przestrzenna. Jedynie trzeba było uważać na obsuwające się dachówki. To nic, to nic...
 

 Nasz tutejszy hydraulik szumnie nazwany przeze mnie Mecenasem przez dwa miesiące nie potrafił zamontować ubikacji do podobno istniejącej instalacji kanalizacyjnej! Była stodoła, więc nauczyliśmy się „chodzić za stodołę” i to powiedzenie funkcjonuje do dzisiaj. Ha.. A tu jak na złość jesień obnażyła swoje srogości. Planowanie już mieliśmy w jednym palcu, gorzej było z wykonawstwem, ale sami zobaczcie...

 
  Oto nasza ubikacja. Proste i funkcjonalne urządzenie współgrające z naturą. Obsługa ręczna, bezpieczna i oszczędna. Nie wymagała podłączenia do sieci energetycznej, zero zużycia wody, rozkład powolnie naturalny, super wentylacja dzięki znacznej przewiewności. Najnaturalniej było w dni deszczowe. Poprzez przewiewny dach woda lała się prosto na głowę. Dopiero po czasie przejrzałem taktykę Mecenasa. Dyktował nam nie tylko warunki, ale i był to sposób na zniewolenie i uzależnienie klienta od jego wspaniałomyślności. Niestety historia powtarza się, bo okazuje się, że Mecenasów mamy w Polsce w każdym niemal urzędzie, zakładzie usługowym, sklepie i mógłbym wymieniać wspaniałomyślnych za nasze pieniądze bez końca. Nasz Mecenas miał wyostrzony słuch. W krótkim czasie poznał wszystkie krótkoterminowe plany. I zamiast wykonywać robotę każdy nasz pomysł ripostował poprzez własną kieszeń godzinami. A my naiwni traktowaliśmy go, jak człowieka. Ale do czasu...


Stodoła była z nami około roku. Służyła dzielnie jako podręczny magazyn bez limitu objętościowego. Przez pierwszą zimę „robiła” za garaż. Jednak z trwogą patrzyliśmy, jak wypełnia się manelami przynoszonymi z innych bardziej zagraconych pomieszczeń. Służyła też za przystań dla paru nietoperzy...

Zdzichu, to był nasz etatowy pomocnik do wszystkiego. Chudy, żylasty i pełen kiepskich żartów. Ale z tym można żyć, lecz najgorsze to, że był pijaczyną na utrzymaniu mamusi. Hojnie opłacany stawiał się punktualnie trzy razy w tygodniu(a mógł sześć razy) na godzinę ósmą. Przez następne pół godziny jadł z nami śniadanie głośno prowadząc swoje wywody i zawzięcie przy tym mlaskając. Potem szliśmy do roboty i dzielnie pracował do jedenastej popijając wcześniej gdzieś schowane piwo. Dokładnie w tę magiczną godzinę zabierał się do wiejskiego sklepu odległego około kilometra na „drugie śniadanie”.

-Idę na „bączka” i bułeczkę z kiełbaską oznajmiał za każdym razem. 


Kolejna płatna przerwa! No dobra, chłop miał swoje wymogi i trzeba było pozytywnie ustosunkować się do nich. Przyznam, że „ustosunkowania” często przechodziły przez zaciśnięte zęby. Jak Bóg dał, to wracał parę minut po dwunastej i robota wrzała od nowa, choć dla mnie był to ciąg dalszy.

Od nowa do godziny czternastej powtarzałem w myślach mając nadzieję, że może tego dnia popracuje dłużej. Niestety były to tylko mrzonki. Kolejna magiczna godzina rządziła się swoimi prawami i Zdzichu dobrze już pijany zabierał się do swojego siedliska. I teraz miałem problem. Czy przyjdzie jutro czy za zarobione pieniądze dopije się do nieprzytomności?
Zawziąłem się i pewnego dnia przetrzymany został do godziny siedemnastej. Patrzyłem, jak jego twarz z czerwoności przechodzi w kolor szaro- popielnikowy. Ręce trzęsły się nieporadnie, a wzrok nie mógł zatrzymać się w jednym punkcie i latał wkoło trzysta sześćdziesiąt stopni nieujarzmiony. Żałowałem „zawzięcia się” i nigdy więcej podobna akcja z mojej strony nie miała miejsca. Zrozumiałem, że chłop ma swoje niepisane prawa i trzeba je uszanować.

Podjęta została decyzja o rozbiórce stodoły. Bardzo odważna i nie do końca sprecyzowana. Kolejne fazy miały być ustalane na bieżąco.
  
 Zdzicha nie mogłem zatrudnić do tej roboty. Był bardzo wrażliwo - lękliwy na „wysokości”, a przecież to  ja mam autentyczny lęk wysokości ,i nawet podczas oglądania filmu często nogi uginają się pode mną! Nikogo też zdolnego do rozbiórki nie było w pobliżu. Tak, więc wybór padł na Olgę i Cezarego. Podpisaliśmy kontrakt bezwarunkowy. Albo my albo stodoła!


Pożyczyłem długą drabinę od sąsiadki. Rozpoczęliśmy od zrzucania stuletniej dachówki na ułożone kopce siana. Olga zbierała je i układała w stosy, które widać w głębi na zdjęciu. Po rozebraniu trzech czwartych dachu opadliśmy z sił. Przecież było tego kilka ton. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa i wystąpiły dziwne zawirowania głowy. Sponiewierani zdecydowaliśmy na dwutygodniowy urlop. Uwierzcie, jak trudno nam było powrócić do rozpoczętej pracy. Ambicje nowo osiedlonych wzięły jednak górę. Wraz z ostatnią spadającą dachówką doznaliśmy niewiadomej ulgi, tak jakby samozadowolenia. Dziwne uczucie, którego nie rozumiemy do dzisiaj. 
 Przez kilka następnych dni dumnie patrzyliśmy na niebo poszatkowane łatami (łaty, to te poziome, wąskie deski). Dachówki, co do których mieliśmy niejasne plany trzeba było przenieść w inne miejsce. I znowu kilka ton przeszło przez nasze ręce.

Z werwą i podziwem patrzyłem na konstrukcję, która miała przetrwać setki lat wedle budowniczych. Kolejne tony drewna połączone na „zacinkę” i trzydziestocentymetrowe gwoździe. Kilka dni poświęciłem na opracowywanie planu. Oprócz zapału nie było w nim logiki i problem sprowadzał się do tego, „gdzie tu ugryźć” na początek. No dobra, trzeba zacząć od dachu. Wymyśliłem, że pół dachu powinno wlecieć do środka stodoły. Piętnaście krokwi z jednej strony dachu podciąłem od środka i z wielkim hukiem pierwsza połowa wylądowała na ziemi. Uff.... 
 
 Przez parę kolejnych dni drewno było sortowane, cięte i czterokilogramową siekierą rąbane na opał. Krokwie zachowaliśmy w całości na przyszłe „pomysły”. Co zrobić z resztą? Przecież prawie cała konstrukcja stała nieustraszona. My niby też!


Tego dnia obudziłem się zły. Bardzo zły. Nie zjadłem śniadania i wyszedłem popatrzeć na makabrycznie sterczące kikuty. Decyzja była szybka. Należy podciąć każdy pionowy pal pod nienaruszoną jeszcze połową dachu. Kiedy doszedłem do ostatniego to zawahałem się. Wszystko trzeszczało, delikatnie przechylając się w stronę trzech jabłoni. Ostatni pal został podcięty do połowy. Odłożyłem piłę i sięgnąłem po siekierę. Ostatnie uderzenie i zwiastun końca w postaci niesamowitego jęku rozpostarł swoje skrzydła ponad Kosztową. Przyznam, że uciekałem z miejsca zbrodni bardzo szybko. Niesamowity huk i trzask towarzyszył mi przy każdym kroku. Obejrzałem się i byłem dumny z siebie. Mam stodołę na ziemi. Uff....
 
  W szybkim czasie zebrało się kilka osób. Sąsiedzi i kilku będących na pobliskich polach. Gratulacje i okrzyki.... Boże, jaki ja byłem dumny z siebie! Najlepszy komplement dostałem od dalszego znajomego: „ty jesteś nasz”! Chwilę pogadali, po czym każdy powrócił do swoich zajęć. Zostałem sam na sam ze stosem powalonych bali. I robota od nowa. Sortowanie, cięcie i rąbanie. I Olga pomagała mi dzielnie, niewiele przy tym mówiąc....

Pociętym drewnem paliliśmy przez całą zimę. Zachowane bale posłużyły do budowy ogrodzeń dla kur, bramek i furtek. Dużo z nich zostało z przeznaczeniem na dalsze projekty.

Ale to nie koniec...
Pozostały „pecki”. Są to słupki podporowe zrobione z kamieni rzecznych i zalane betonem. Wpuszczone w ziemię dość głęboko. Ogromne i ciężkie jak postumenty pomników! Dokładnie nie pamiętam, ale było ich chyba czternaście. 
 
Rozbiłem ponad połowę z nich przy użyciu młota, młotka i przecinaka. Teraz dokładnie rozumiem pracę kamieniarzy! W końcu poddałem się. Na szczęście za kilka dni przejeżdżała obok nas koparka, ta sama, która zimą o dziesiątej w nocy kopała dół na szambo. Dogadaliśmy się szybko. Kierowca koparki wielką łychą wygrzebał pecki i złożył na naszej autostradzie, zbudowanej z wszelkiego gruzu z domu, ogrodu i przewiązki. No, a że chłop chciał zarobić, to wymyśliłem by wykopał nam sadzawkę!

I oto ona. Jak każdy z projektów niedokończona czeka na lepsze czasy.

 
 Olga i Cezary dali radę z rozbiórką stodoły. To nic, to nic.... że projekt nie jest dokończony. Przecież one wszystkie zazębiają się i trzeba robić „przekładki”. To tak, jak w życiu, są sprawy ważne i ważniejsze. Nieznoszące zwłoki i te natychmiast konieczne.


Poza peckami na terenie stodoły znajdował się ponad stukilowy głaz. Niby głaz, jak głaz! A jednak bardzo ważny dla powojennej historii tej zagrody. Ale o tym kiedyś.... To temat na osobny post!



23 komentarze:

  1. Nooo, Cezary, gratuluje samozaparcia i talentu rozbiorkowego. Tylko... dokad bedziecie teraz "za stodole" chodzic, skoro stodola zniknela? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj „Różowa” Pantero. Stodoły, co prawda nie ma, ale powiedzenie zostało. Odnośnie talentu... zgodnie z pewną filozofią każdy z nas jest posiadaczem „wszystkich talentów” w sensie możliwości/umiejętności. Potrzebny jest zapalnik z krótkim lontem, o czym przekonałem się będąc zmuszony do robienia rzeczy, o których nie miałem pojęcia i wykonując je po raz pierwszy! Więc i Ty byłabyś zdolna do rozebrania stodoły gdyby taka konieczność zaszła. Pozdrowienia z zaciemnionego już Podkarpacia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mozliwe, tylko kto wlazlby za mnie na ten dach? Bo ja mam lek wysokosci i zadna sila, ani koniecznosc nie zmusilyby mnie do tej akrobacji ;)
      Nie chce sie chwalic, ale sie pochwale, a co! Sama umiem sporo zrobic i to nie tylko typowo babskich robotek, ale i meskie zadania nie sa mi obce.

      Ale podziwiam, podziwiam!

      Usuń
    2. Akrobacja w wykonaniu Cezarego była tym bardziej imponująco odważna albowiem i Cezary ma straszliwy lęk wysokości(powyżej napisał o tym zresztą)! Siłą swej woli oraz dla wyższej potrzeby (oj, wysoka była ta nasza stodoła, że hej!)wlazł na sam szczyt niejeden raz. Łaził po tej ażurowej konstrukcji jak jakiś spiderman a ja spoglądałam z lękiem i niedowierzaniem z dołu, nie mając nawet pod ręką żadnego materaca, gdyby spadł...
      Wniosek? Istnieją szczególne okoliczności, w których potrafimy pokonać swe największe słabości.A czas próby nadchodzi czasami w najmniej spodziewanym momencie!A czy mu po tych wyczynach lęk wysokości znikł? Chyba tylko trochę zmalał. Tę szokującą terapię trzeba by chyba wobec tego kontynuować - aż do skutku!He, he...
      Pozdrowienia od akrobaty i jego asystentki!:-)

      Usuń
    3. Smiejcie sie, smiejcie! Tu nie ma NIC do smiania!
      Wejsc to moze bym i wlazla, ale z powrotem pewnie strazaki by mnie sciagali na ziemie, bo zostalabym tam, przyspawana do belki.

      Usuń
    4. Dla Ciebie postawimy stodołę od nowa, byś mogła poćwiczyć. Ja w tym czasie zrobię przyśpieszony kurs na dzielnego strażaka. To wszystko tylko wgląda tak źle. Najważniejsze by zacząć, a potem idzie gładko. No, nie całkiem gładko, ale idzie...
      A może zrobisz kurs na dzielną „strażaczkę”? Nie będziesz potrzebowała niczyjej pomocy, bo my zgodnie z wiejskim trendem zdzieramy skórę!

      Pozdrowienia dla Różowej...

      Usuń
  3. alez pięknie wyglądał ten szkielet stodoły!!! Ja bym zasadziła tam winogron i postawiła ławe ze stołem na środku, zeby sobie przez ten szkielet, popijając kawusie oglądać niebo......yyychhh.....alez sie rozmarzyłam...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkielet stodoły był makabryczny. Wiadomo, że zdjęcia kłamią. Powycinane i podrasowane skrywają prawdę. Szkoda, że nie znałem Waszych marzeń wcześniej, bo moglibyśmy dobić interes. Mam kupczą duszę i jak cena jest odpowiednia, to dobijam targu. Tylko, że w czasie transportu drewno mogłoby rozpaść się do reszty. Kiedyś ma być ławeczka nad naszym bajorkiem i przeróżniaste trawy. Będzie cicho, spokojnie i tylko rechot żab i plusk 42 rybek będzie niepokoił bezgłos. Zapraszamy na kawusię ... a może herbatkę z czarnego bzu? A marzenia nic nie kosztują, trzeba je tylko ciągle dopracowywać.

      Pozdrowienia ze spokojnej wsi...

      Usuń
  4. Wy jesteście tytanami pracy! Czy wcześniej też tak dużo fizycznie pracowaliście, czy to dopiero na Waszej wsi dostaliście taki wycisk? Gratuluję i rozumiem satysfakcję Cezarego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to jesteś mieszkanką Wrocławia? Piękne miasto. Spędziłem we Wrocławiu 10 lat, tych podobno najpiękniejszych! Ha... A potem zapragnąłem żyć...
      Pisaliśmy już wcześniej, że wybraliśmy biedne życie na życzenie. Oparte w większości na samodzielnej pracy rąk. Lekka przesada z „tytanami”. Z naszych opowieści wiecie tylko o sprzątaniu strychu i rozwalaniu stodoły. To jest mniej więcej 9.78% tego, co do tej pory zostało zrobione, choć tak naprawdę to nie nic nie widać... wszystko jeszcze przed nami!
      Tak, oczywiście, że pracowaliśmy fizycznie. Mam taką definicję na prywatny użytek. Wstawanie rano, robienie zakupów, poruszanie się od stołu do lodówki, itp., zaliczam do „tytanicznej” pracy codziennej. Lecz my zapragnęliśmy czegoś innego i nie rozumiemy obecnej sytuacji, jako „wycisk”. Poza tym robimy, co chcemy i kiedy chcemy. Czy nie jest to wspaniałe?

      Dziękuję za gratulacje i zrozumienie. Nie byłem we Wrocławiu ileś tam lat, pewnie zmienił się....?

      Usuń
  5. Nooo nie, no nie! Jak Wy, takie stodolczysko rozebraliscie, to juz nic Wam nie straszne.
    Wcale nie dziwi mnie to, ze byliscie dumni jak okoliczni sasiedzi bili Wam brawo i wlaczyli do swojej spolecznosci.
    Nawet nie jestem w stanie wyobrazic sobie jaka to byla dluga i zmudna praca. I Ola, ta kruszynka noszaca dachowki, czapki z glow!

    A takich Mecenasow i p. Zdzichow trzeba omijac szerokim lukiem, teraz trafic na fachowca, to prawie tak jak wygrac w lotka:)
    Pozdrawiam Was slonecznie z Wietrznego Chicago:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Tamta zaprawa przy stodole i strychu była bardzo przydatna dla mego rozwoju fizycznego!Maleńkiej Oli wyrobiły się mięśnie do tego stopnia, że niczym watę na patyku unosi teraz co ranka wielkie wiadra z wodą i karmą dla kurek!
    Cezary też ma teraz bicepsy na schwał i mówi, że lepiej późno niż wcale.
    Kiedyś rozwijaliśmy bardziej mózgi, ale ileż można?Toż czaszka też ma jakąś ograniczoną pojemność!
    I wiesz co Ataner? Myślę, że całe życie uczymy się siebie i rozwijamy jakieś nowe zdolności. Tylko muszą sie pojawić sprzyjające ku temu okoliczności. A jeśli się same nie pojawiaja i ma się dość stagnacji, to się ich szuka i prowokuje rzeczywistość do jakiejś zmiany. Tym właśnie był powrót z Australii do Polski!
    Pozdrowienia serdeczne dla autorki świetnych, "gadzich" dialogów małżeńskich!:-)))

    OdpowiedzUsuń
  7. Podziwiam determinację i pracowitość. Nasz biedna stodółka też wyzionęła ducha, a na jej miejscu stoi nowa, ale jeszcze nie całkiem stodoła, bo nie ma ścian. Jako wiata prezentuje się całkiem dobrze i pewnie trochę w tej formie postoi. Przez trzy pierwsze lata takoż za stodołę trzeba było za potrzebą chodzić. Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, te nasze stodółki! Czasami tęskno nam za naszą, bo naprawdę przydatna była. Ale jednocześnie przeszkadzała, bo było wielgachne, stało w beznadziejnym miejscu, zasłaniając nam widok na las a na dodatek w wielu miejscach sypało sie już ze starosci. Na nową na razie nie ma czasu, ani miejsca...
      Owieczko - Aż dziw, żeście się nie poprzeziębiali tu i ówdzie przez trzy (!!!) lata za nią uczęśzczając! Podziwiam!
      Ciepłe pozdrowienia zasyłamy!

      Usuń
  8. A wydawać by się mogło, że cóż prostszego, jak rozebrać starą stodołę. Co innego zbudować nową. Tymczasem okazuje się, że nie brookliński most, lecz rozebrać stodołę, to jest dopiero coś. Dzielni jesteście ludzie, i pracowici.

    Pozdrawiam Was, tytani pracy. :)

    JolkaM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tacy tytani wcale! Mamy czasem takie "ataki" pracowitości i weny twóczej a potem to opada i pogrążamy sie w codziennych, żmudnych, ale już nie tak spektakularnych czynnościach.
      Uściski serdeczne dla Ciebie Jolu!

      Usuń
  9. Cezary patrząc na Twoje zdjęcie na tych belkach an dachu aż mnie coś w gardle łaskocze , podziwiam ,za chiny ludowe nikt by mnie tam nie zapędził.
    Kawał roboty odwalone ,brawo ,ale pewnie jeszcze dużo przed wami.
    Z resztą na wsi zawsze jest co robić:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konieczność jest najlepszym „lekiem” na wszelkie dolegliwości. Niestety, ale cierpię na autentyczny lęk wysokości. Pierwsze próby pozbycia się miały miejsce naście lat temu. Jechałem samochodem bardzo wąską i kamienistą drogą na znacznej wysokości. Po jednej stronie spad w dół około 300 metrów. Pomimo, że patrzyłem tylko na drogę, to sama świadomość takiej sytuacji paraliżowała ręce, a szczególnie nogi. Mogłem jechać tylko do przodu. Kilkakrotnie zatrzymywałem się, by opanować strach. Udało się. W następny weekend kolejna wyprawa. Było znacznie lepiej, nie znaczy, że dobrze. Każda kolejna wyprawa zaczynała się podobnie. Strach malał z czasem.
      Podobnie było z rozbiórką stodoły, choć była to maksymalna wysokość 7 metrów. Powoli, powoli i jest prawie dobrze. Najgorzej było na krańcach stodoły gdzie zbutwiałe drzewo uginało się pod moim ciężarem. Niejednokrotnie trzymałem się jedną ręką, a w drugiej trzymałem piłę łańcuchową.
      Nie ma rzeczy, których nie da się wykonać, jeśli nasze ciało wspomaga zaprogramowany duch. A roboty.... mamy rozłożone na kolejne 5 lat.

      Usuń
  10. Będę śledzić Wasze losy bo mój los maluje mi podobną historie;) z tym że ja z Irlandii planuje powrót w te rejony, pozdrawiam Klaudia

    www.sielskieklimaty.blogspot.com
    www.canvasandpebbles.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj u nas Klaudio! Cieszymy sie, że wpadłaś i dodałaś sie do grona naszych obserwatorów:-))
      Decyzja o powrocie do Polski to jedna z najważniejszych decyzji w naszym zyciu. Wcześniej trzeba było rozważyć wszelkie za i przeciw. Niełatwo było. I nawet po powrocie nie skończyły się nasze wątpliwości czy na pewno dobrze zrobiliśmy.Ale tak to już jest z człowiekiem - zawsze czegos mu brak i nigdy nie potrafi docenić do końca tego, co jest.
      Będziemy trzymać kciuki, by powiodły się Twoje zamierzenia i byś rozczarowywała się potem tylko pozytywnie.
      Postaramy się zaglądać na Twoje blogi.
      Pozdrawiamy!

      Usuń
  11. No, no odważny ten Cezary. Stodoła na zdj3ciu wygląda jak pajęczyna lubazurowa serwetka pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja też zdecydowałabym się na rozbiórkę stodoły. Budynek na wsiach traci na znaczeniu, nie tylko dla osób bez gospodarki. No, sporo roboty przy kamieniach, ale tak kiedyś budowano fundamenty, żeby były mocne.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia