niedziela, 11 listopada 2012

Sekret naszego domu, Cz.3 - "Sen"







   Po wypowiedzeniu, a właściwie pełnym emocji „wysapnięciu” z siebie ostatniego zdania Wandzia umilkła. I my milczeliśmy poczuwszy się wtedy dziwnie niepewnie. Mimochodem zerknęliśmy do przedpokoju, skąd prowadziły drzwiczki wiodące na strych. Nosiły one ślady uszkodzenia. Zamykało się je na zagięty gwóźdź – zamek i klamka tkwiły w drzwiach już tylko jako smętne atrapy…
   Za oknem tymczasem robiło się coraz bardziej ciemno. Była druga połowa września i wieczór zapadał z każdym dniem szybciej. Dzień był pochmurny i chłodny a teraz wzmógł się wiatr i szarpał blachami, którymi pokryty był nasz dach.

- To musiało być okropne przeżycie dla Władzia – powiedziałam cicho, przerywając to pełne zgrozy i przygnębienia milczenie.

 - Oboje to przeżyliśmy! – westchnęła sąsiadka – Był człowiek, nie ma człowieka…
 - Na szczęście miałam w domu krople nasercowe, więc zaraz Władysia  i siebie poratowałam…

- Wiesz Wandziu, trudno mi o to pytać, będąc tutaj, pod tym dachem, ale skoro już tyle wiemy, to proszę, powiedz jeszcze czy te plotki o straszeniu w tym domu są chociaż odrobinę wiarygodne…? – popatrzyłam w napięciu w oczy naszego gościa

- Już mówiłam, że ja tam w takie głupoty nie wierzę! No, ale są tacy, co się upierają, że dziwne rzeczy tu widzieli i słyszeli. Śmiejcie się jednak z tych bajań, bo to ci sami pijaczkowie je rozpowszechniają, którzy tu ze Stasiem pili. A pić wcale nie przestali, to i nie dziwota, że po pijaku jakieś omamy miewają i przywidzenia! Nie mają już meliny u Stasia to często tu po krzakach, naprzeciw domu Staszkowego wysiadują i wspominają go, w ciemne okna się wpatrując…. – kręcąc głową z politowaniem i lekką ironią mówiła sąsiadka

- Pewnie masz rację, Wandziu kochana, ale żeby skończyć już ten temat powiedz nam proszę,  co oni tutaj widzieli… - ciągnęłam ją za język, chcąc wiedzieć wszystko i być przygotowaną na wszystko …w razie czego!

- Nie mów, lepiej nic nie mów Wandzia, bo się ta moja Ola będzie bała w nocy do ubikacji wyjść i będę musiał z nią wstawać! – zaśmiał się, trochę jednak zbyt nerwowo, jak na mój gust, Cezary

- A gdzie się tam będzie bała! Toż to dorosła kobieta i chyba w bajki miejscowych moczymordów nie uwierzy?! – zawołała, śmiejąc się także Wandzia, a potem, klepiąc mnie po ramieniu dodała – Ja tam niczego podejrzanego tu nie widziałam, a przecież mieszkam naprzeciwko. To i bać się nie ma czego, a tylko modlić za spokój duszy tego biednego Staszka i tyle!

- Dobrze, dobrze! Modlitwa modlitwą, ja jednak chcę wiedzieć jakie historie opowiadają Ci ludzie.  Jak mi nie powiesz, to się będę domyślać Bóg wie czego i będzie jeszcze gorzej! – prosiłam uparcie, nie zważając na znaczące kopnięcia pod stołem, które serwował mi co chwilę Cezary

 - Najwięcej to gadał Janek Kowalczyk, dawny, Stasiowy kumpel od kieliszka! Janek tu las niedaleko ma i często tam po drzewo jeździ. Mówił, że parę tygodni po śmierci Staszka przystanął na moment pod tą wielką lipą, co to obok Waszego domu rośnie i zapatrzył się w okna strychu. Ot, ciekawy był, czy co tam się nie poruszy. Wiecie, moi kochani, ludzie to czasem widzą to, co chcą widzieć!  - przerwała znowu sąsiadka patrząc w ledwie widoczne przez okno zarysy naszej starej, ogromnej lipy.

- I opowiadał, że najpierw usłyszał dziwne miauczenie kota dochodzące nie wiadomo skąd. Potem nagle wiatr zimny znienacka powiał. A raptem gałąź lipy spadła mu prosto na głowę, aż mroczków dostał! – sapiąc z podniecenia, kontynuowała opowieść Wandzia

 - No to się chłopina wystraszył. Konia popędził i odjechał stamtąd czym prędzej. A potem opowiadał, że to duch Staszka go tą gałęzią rąbnął i on już więcej tamtędy nie pojedzie. Tylko naokoło, polami!

 - A czemu Staszek miałby mu krzywdę robić? Przecież skoro razem kiedyś pili to pewnie się kolegowali! Co Staszek miał przeciw niemu? – zapytałam od razu, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie postępowania „ducha”.

 - Wszyscy wiedzą, że Janek mu pieniądze był winien! I to dużo pieniędzy! Na traktor nowy kiedyś pilnie gotówki potrzebował, to go naiwny Staszek wspomógł. A tamten do oddawania był nie skory! Wciąż tylko Stasiowi oczy mydlił, że pożyczkę w banku weźmie i spłaci wszystko, co do grosza. Ale nijakiej pożyczki nie wziął a tylko wciąż u Stasia przesiadywał i razem z innymi pił, pił i pił. Za Stasiowe pieniądze przeważnie!

   I znowu zaległo między nami ciężkie milczenie. Byliśmy z Cezarym tutaj nowi i właściwie nic nie wiedzieliśmy o panujących we wsi stosunkach międzyludzkich. Weszliśmy w nową dla siebie rzeczywistość. W obcy kosmos cudzych historii, emocji, interesów jawnych i ukrytych. Każdy mógł nam powiedzieć cokolwiek, a my w labiryncie tutejszych układów i powiązań musieliśmy albo brać wszystko na wiarę, albo po prostu przyjmować wszystkie opowieści ostrożnie, z dystansem.
Jeszcze nie raz przyjdzie się nam na tej wsi gubić w tych wszystkich historiach, nazwiskach oraz miejscowych nazwach i obyczajach. I chociaż postanowiliśmy tu żyć i wrastać w ten świat, to w takim jak ten momencie czuliśmy się tu tylko jak obserwatorzy, jak widzowie w teatrze. Taki stan zdarzać się nam miał w przyszłości wiele razy. A mimo to czuliśmy jakąś ciepłą przynależność do tego miejsca i rosnącą chęć poznawania go coraz dogłębniej…

 - I więcej już nikogo tu nic nie straszyło? – zapytałam, odetchnąwszy głęboko. W duszy czułam jednocześnie ulgę, że to tylko tyle i jakby lekki żal, że nic więcej…

- A gdzież tam! Pełno było takich opowiastek! – wykrzyknęła sąsiadka, lubując się widocznie naszym rosnącym zainteresowaniem

 - Bronek od Przybyłów mówił kiedyś, że światło migające w oknie na strychu widział. I czuł, że coś tam na niego z góry patrzy. No to poszedł, i że niby odważny taki, z głupia frant do drzwi zapukał. A w domu coś żałośnie zamiauczało tylko, dziecka głosem jakby zapłakało, a potem cisza nastała i to światełko migać przestało!
 - No właśnie! A co się stało z kotem Stasia? Może go kto przypadkiem w domu zamknął i biedna kocina z głodu tam umierała? – zawołałam, przypomniawszy sobie o kocie – przybłędzie, którym ponoć zaopiekował się kiedyś Staś

 - A gdzież tam! Ten Iksiński, co to w spadku wszystko odziedziczył kilka razy dom przeszukał dokładnie. W każdy zakamarek zajrzał i nic. Ja też tam byłam. Kiciałam i kiciałam, kotka przywołując. Kawałek kiełbasy dla niego w kuchni na podłodze położyłam. A na drugi dzień, jak poszłam sprawdzić czy zjedzona to znalazłam ją przez myszy nadgryzioną, a obok pełno mysich kupek leżało. Kota ani śladu!  - rzekła pewnością w głosie sąsiadka, a potem jeszcze dodała – Zdawało się im to miauczenie i tyle. A kota pewnie po śmierci Staszka jakiś lis zjadł czy jastrząb. Mało to takich rzeczy się tutaj zdarza?!

 - Byli też tacy, co ponoć samego Staszka widywali. A właściwie cień jego, zarys gdzieś w lesie albo w wysokich trawach. I zarzekali się, że to prawda, że z nikim innym go pomylić nie mogli, bo Staś chłopem był postawnym, w barach szerokim. I zawsze trochę przygarbiony chodził a głowę lekko na bok, przekrzywioną trzymał. I przeważnie w swoje czarne, flauszowe palto się ubierał. Albo w samej koszuli latał, jak już z nim gorzej było…i takiego go właśnie widywali za życia. Taki też im się niby po lesie jako duch zwidywał.
Tyle tych przeróżnych bajań, moi drodzy, o nim prawią, że tak po prawdzie wychodzi mi na to, że jak nic, lubią się przechwalać. Nudzi się zwyczajnie chłopom i zamiast do jakiejś roboty się wziąć język sobie po próżnicy tylko strzępią! – orzekła autorytatywnie sąsiadka i naciągnąwszy beret na uszy wstała do wyjścia

- Kochani! Na mnie już najwyższa pora! Miło się siedziało i rozmawiało. Teraz Wy musicie do nas wpaść. Serdecznie zapraszamy! A ty się Oleńko nic nie bój. Śmiej się z tych historii. Przecież mądra kobieta z miasta jesteś, co to się wystraszyć byle czym nie da! – Wandzia przytuliła mnie i wycałowała gorąco, potem pożegnała się równie serdecznie z Cezarym i poszła.

   Po wyjściu sąsiadki popatrzyliśmy na siebie z mężem, sami nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. On najchętniej by wszystko zbagatelizował, przeszedł nad tym do porządku dziennego, jako nad czymś, co było, minęło i nie ma żadnego wpływu na nasze życie. Zresztą dlatego też wcześniej nie powiedział mi o pogłoskach krążących na temat byłego właściciela naszego domu.
   Nie miałam o to do niego żadnych pretensji, bo wiedziałam, że chciał dla nas obojga jak najlepiej. Trzeba się było po prostu z problemem bolesnej historii mieszkańców tego domu jakoś uporać. Nie dać się jej zdominować, przygnębić, pozwolić by odebrała nam napęd i entuzjazm do działania.
   To teraz tylko nasz dom. My będziemy w nim tworzyć swoją własną opowieść. Przeszłość pozostanie przeszłością. A biedny Staszek, jeśli patrzy gdzieś tam na nas z góry, na pewno nie ma nic przeciwko temu żeśmy tu zamieszkali. Był nieszczęśliwym lecz przecież dobrym i rozumnym człowiekiem, widzi więc, że nowi mieszkańcy jego domu nadają mu życie, wnoszą akcent tak potrzebnej temu miejscu radości i wolności.

   Jednak ta przeszłość wyłaziła do nas wciąż ze wszystkich kątów. Nie dało się od niej opędzić. Co otworzyliśmy jakąś szufladę, to zmierzyć się musieliśmy z tysiącem drobnych pamiątek z dawnych lat. Były tam ogromne pęki kluczy, które nie pasowały do żadnych drzwi. Zdjęcia nieznanych nam osób. Zegarki, których czas dawno już stanął w miejscu. Drobne karteluszki pełne pisanych maczkiem zapisków o wydatkach i zyskach. Stare książeczki modlitewne, z podkreślonymi kopiowym ołówkiem wersami. Brzytwy o wyszczerbionych ostrzach. Wreszcie kawałki sztucznych, plastikowych protez z osadzonymi w nich srebrnymi zębami…

   Wciąż przed nami było sprzątanie strychu. Kiedyś wydawało mi się to pracą tytaniczną lecz przy dużej dozie wysiłku i cierpliwości jednak możliwą do wykonania. Teraz doszedł do tego ciężar wiedzy o tym, co się tam wydarzyło i co już na zawsze chyba naznaczyło owo miejsce grozą i smutkiem.

   Odkładaliśmy więc to sprzątanie strychu ile się tylko dało. Mnie natomiast zaczęły męczyć jakieś dziwaczne sny.
 Śniło mi się, że przebiega po mnie kot i chce bym go wypuściła na dwór (wtedy jeszcze nie mieliśmy naszych kotów, przywieźliśmy je od rodziny kilka tygodni potem). W tym śnie wstawałam i nie świecąc światła szłam po omacku do drzwi. Otwierałam je lecz kot nie wychodził. Siadał w progu i głośno mruczał. Wpatrywał się w mrok i trwał tak jak wmurowany, nie chcąc wrócić do domu ani wyjść na zewnątrz. A kiedy delikatnie go wypychałam, pragnąc jak najszybciej wrócić do łóżka, kot opierał się z całej siły. Wreszcie zdecydowanym ruchem brałam go na ręce i wystawiałam za próg. I kiedy już miałam zamykać drzwi słyszałam gdzieś z głębi podwórza  ciche kroki i czyjeś cichutkie, bardzo dalekie nawoływanie: kici, kici, kici…..

   Pamiętam, że ciarki przechodziły mi wtedy przez całe ciało. No, bo kto mógł w nocy chodzić wokół domu i nawoływać mojego kota…? Serce zaczynało mi bardzo mocno bić i chciałam się jak najszybciej znaleźć w bezpiecznej sypialni. Pobiec do Cezarego, wcisnąć się bezpiecznie pod kołdrę i nie myśleć już o dziwnych, nocnych odgłosach. Ale nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Nie umiałam wejść po schodach. Nie umiałam wydobyć z siebie głosu, chociaż próbowałam wołać z całych sił : Czarek, Czarek!
Z moich ust wydobywał się tylko cichy pisk a serce waliło jak oszalałe.

   I wtedy budziłam się w ramionach Cezarego, który tulił mnie i powtarzał wciąż i wciąż: Obudź się Oleńko, obudź się, to tylko sen….




 Zakończenie tej histori już wkrótce...

  

42 komentarze:

  1. Olgo bardzo przejmująca historia , moja babcia mówi że żywych trzeba się bać a nie zmarłych , ale ja się ich niestety boję .
    Ściskam Cię niedzielnie dzielna dziewczyno Ilona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uważam, że to żywych bardziej trzeba się bać niz zmarłych. Boimy się tego, czego nie rozumiemy. A gdy już zrozumiemy pojawia sie współczucie, chęć pomocy i żal, że tak mało możemy...
      Też Cie pozdrawiam, moja utalentowana stylistko fryzur i poetko swojej codzienności!

      Usuń
  2. Nooo, bardzo to wszystko ciekawe, chociaz pelne grozy i tajemnicy. Ale Ty sie, Olu, nad nami znecasz! Dawkujesz napiecie, jak lekarstwo zawierajace trucizne.
    Nie wiem, jak wytrzymam do zakonczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to po prostu piszę na bieżaco, z doskoku. Tak, jak czas mi na to pozwala. A mam go niewiele,dlatego też dzielić muszę opowieść na części.
      Ale chyba ma to swój urok, bo czekanie, albo gonienie króliczka jest czasami lepsze niż sam króliczek!:)))

      Usuń
  3. Ale historia...Znów będę niecierpliwie czekać. Mam już swoje scenariusze dalszego ciągu Twej opowieści. Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to naprawdę ciekawa jestem czy to, co Ci po głowie chodzi będzie podobne do tego, co opiszę w następnej części?! Myślę, że masz intuicję oraz niezłą wyobraźnię (no i piekny, poetycki styl pisania - czytałam u Ciebie na blogu co nieco...)!Toteż wcale bym się nie zdziwiła, gdybyś zgadła jak się to wszystko rozwinie...

      Uściski serdeczne!

      Usuń
  4. Czyta się to jak najlepszą powieść:-)))I tylko na dalszy ciąg człowiek czeka... Ja tam nie wiem, ale do dziś pamiętam - miałam wtedy ze 3 latka. Poszłyśmy z Babcią na dół do sąsiadów. Babcia wdała się w dyskusję z panią Dankowską a ja siadłam sobie w kuchni, na stołeczku. A naprzeciwko mnie siedział pan Dankowski. W białej koszuli, krawacie i czarnym gajerze. Szczupły, siwy i uśmiechnięty. Jak zawsze. Tylko ten gajer... Jak już wracałyśmy do domu zapytałam Babci, czemu pan Dankowski był taki milczący. A Babcia na to - dziecko kochane, co ty mówisz. Przecież pan Dankowski już tydzień jak umarł... A ja to do dzisiaj pamiętam...
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to od dawna wiem, że zwięrzeta i dzieci wiedzą i widzą więcejod nas - dorosłych lecz trochę już "ociemniałych"!Gdzieś po drodze, w trakcie dorastania tracimy intuicję, wrażliwość, niewinność i to sławetne trzecie oko. Przypuszczam, że naprawdę wiele przez to tracimy.I moze wcale byśmy się tak nie bali rzeczy nadprzyrodzonych, bo one byłyby dla nas tak samo oczywiste jak wschód i zachód słońca...
      Tymczasem mnie dreszcz przeszedł, gdy przeczytałam o panu Dankowskim....
      Ach, lękliwa ze jednak mnie dusza, choć zafascynowana tym, co niepojęte!

      Ola

      Usuń
    2. No właśnie, gdybyśmy zawsze widzieli, to byłoby to normalne i nikt by się tego nie bał.
      Dzieci się nie boją, ale pijani już tak. Alkohol i narkotyki uszkadza energetyczną zasłonę, która oddziela nas od świata astralnego i w dodatku przyciąga wszystko co najgorsze.

      Usuń
    3. Poczytałam u Ciebie wczoraj troszkę o ciałach astralnych i przyznam, że bardzo mnie to zainteresowało i co nieco wyjaśniło kwestię pozostania duchów na tym padole łez...

      Usuń
  5. Ale wiesz, pamiętam, że się go w ogóle nie bałam. On po prostu tam siedział - jak zawsze, z tym swoim uśmiechem. Nigdy więcej już nic takiego mi się nie przydarzyło. Może po prostu dorosłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poniżej odpowiedź dla Ciebie Asiu - coś źle mi się wpisała - sorry!
      A jeszcze nawiązując do moich ukochanych baśni, to jakże często pojawia sie w nich motyw dorastania jako okaleczenia nas z pewnej wrażliwości. I tu znowu przypomina mi się najmłodsza latorośl, którą zajmowała sie Mary Poppins. Jakze cudownie rozumiało to niemowlę mowę ptaków, jakie cuda potrafiło wokól dostrzegać. A potem, niestety, jak inni dorosło i na te cuda "oślepło".

      Usuń
  6. To troszkę tak, jak z umiejętnością latania u Wendy z Piotrusia Pana...Ale wciąż są sny o lataniu,dodające skrzydeł marzenia, nagłe i lekkie jak motyl zachwycenia i olśnienia. I to też jest piękne!:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dawno już nie czytałam tak ciekawej opowieści , ciekawam co z kotem ,mam nadzieję że się wyjaśni:)
    Też wierzę że dzieci i zwierzęta "widzą" więcej , a ponoć koty to mają stały kontakt z tamtym światem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyjaśni się, tylko muszę siąść na dłużej przy komputerze i napisać kolejną część.

      Wydaje mi się, że niektórzy, bardzo nieliczni dorośli, też zachowali tę, jakże cenną umiejętnosc dostrzegania rzeczy i zjawisk niedostrzegalnych dla zwykłych smiertelników...Spotkania z takimi osobami to zawsze ogromne, duchowe przeżycie!

      Usuń
  8. A to ciekawe...
    Poczekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OK! Fajnie, że Cię to wciągnęło i chce Ci się czekać!
      Hej, hej!:)))

      Usuń
  9. Olga, ależ Ty pięknie piszesz...:) Staszek pewnie szczęśliwy, ze w jego domu zamieszkali tak zacni ludzie..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wspaniale by było, gdyby tak właśnie było! Należy mu się przecież jakaś radość, jakiś uśmiech za całe jego smutne życie...
      Naprawdę bardzo się cieszę, że spodobało Ci się to, jak piszę...
      Dziekuję za miłe słowa!:)))

      Usuń
  10. Ożeż! A jednak straszy... I kotek się wmieszał. No, no, się zapowiada zakończenie...

    Pozdrówka Gospodarzom Nawiedzonego Domu (jednak wierzę, że nawiedzonego... pozytywnie). :)

    JolkaM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie mogę napisać, bo zdradziłabym zakończenie!:)))
      Dziekujemy za pozdrowienia i zasyłamy je również Tobie, Jolu!:)))

      Usuń
    2. :) Cała przyjemność po mojej stronie. W tym także przyjemność oczekiwania na zakończenie opowieści.

      J.

      Usuń
    3. Pst! To nie przeszkadzam. :)

      J.

      Usuń
    4. Już zaraz, tylko jeszcze ostatnie poprawki, żeby byków nie było!:)

      Usuń
  11. Bardzo wciągnął mnie Twój blog i dlatego chciałabym Cię nominować do Liebster Blog ,jeśli masz ochotę to zapraszam do zabawy:)

    http://krolowamargo12.blogspot.com/2012/11/nominacja-liebster-blog.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Margo! Dziękuję za to wyróżnienie.Doceniam to, że pomyślałaś o naszym blogu i chciałaś go w ten sposób uhonorować. Zajrzę do Ciebie i zobaczę co wiąże się z ową nominacją...

      Usuń
  12. Mam nadzieje, ze te sny minely rownie szybko jak sie pojawily.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja od wczesnego dzieciństwa miewam dziwne, czasami bardzo męczące, a czasami cudownie bajeczne sny. Jedne mijają, drugie się pojawiają...Tak już chyba musi być!Bez tego nie byłabym taką, jaką jestem...

      Usuń
    2. Olu, ponoc sny sa odzwierciedleniem naszej duszy, mysli. A te bajeczne sa najpiekniejsze.
      Nasze sny sa tylko nasze, bardzo czesto ich nie pamietamy, wielka szkoda.
      Z niecierpliwoscia bede czekala na ciag dalszy, pozdrawiam Was serdecznie:)

      Usuń
    3. Sny to temat - rzeka. Nie ma chyba na tym świecie mądrego, który by potrafił na 100% wyjaśnić ich znaczenie i przesłanie. Wciąż tylko domysły, przeczucia, krążenie wokół tematu...Chyba najważniejsza jest w tym wszystkim intuicja.

      I my Cię pozdrawiamy miła Ataner z dalekich Stanów!:)))

      Usuń
  13. Pieknie tutaj u Was,bede czesto przychodzic w odwiedziny z mojej wloskiej,dalekiej krainy/rymek sie ulozyl/...Pozdrawiam serdecznie.Martina.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, przychodź i pobądź z nami Martino!Bardzo miło nam Cię tu gościć!
      Zapraszamy serdecznie!:))

      Usuń
    2. Juz jestem,pieknie piszesz...To prawda.Pozdrawiam

      Usuń
    3. Witaj ciepło Anonimowa Damo! Czy możesz zdradzić ktoś Ty?!:-)))

      Usuń
  14. No to czekam na zakonczenie tej historii. Wciagnelam sie w czytanie tak, ze przestraszyl mnie dzwiek dobiegajacy z kuchni. Zapomnialo mi sie, ze wlaczylam piekarnik i on tak strzela...

    OdpowiedzUsuń
  15. Och, sorry że tak Cię tym opowiadaniem przestraszyłam, ale jednocześnie fajnie, iż aż tak się wciągnęłaś, że się nawet zwykłego piekarnika przelękłaś.To taki mały plusik dla mojego pisania!:))

    OdpowiedzUsuń
  16. I ja również chciałabym dorzucić jakiś mały plusik do Twojego pisania :)
    A jest nim, wyróżnienie, nominacja, jak zwał tak zwał, w każdym razie Zapraszam :)

    http://livparanormalne1.blogspot.it/2012/11/czekajac-na-klucz.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana Mag!Ślę uściski i ciepłe pozdrowienia!:)))

      Usuń
    2. A dziękuję bardzo i nawzajem :)))

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia