niedziela, 4 listopada 2012

Czy musimy kisić kapustę...?




    Od kiedy mieszkamy na wsi nauczyliśmy się wielu pożytecznych rzeczy. Potrafimy już rąbać i piłować drewno, budować płoty, rozbierać stare budynki, murować, kosić kosą, przekopywać ogród, robić przetwory na zimę, układać panele podłogowe, błyskawicznie rozpalać w piecu …wyliczać by tak można godzinami. Niektórych z tych rzeczy nauczyliśmy się sami, niektóre podpatrzyliśmy u sąsiadów. 

   Mamy dobrych sąsiadów – serdecznych, życzliwych, pomocnych. Często wpadamy do siebie na chwilę albo spotykamy się po pracy. Gościmy się wzajemnie i miło spędzamy razem czas. Dzielimy się tym, czego mamy w nadmiarze: owocami, kwiatami, ziołami itp. Wyświadczamy sobie różne przysługi. Jest jednak kilka spraw, które nas różnią, świadczą o naszej inności, obcości a nawet dziwności. Oni to zazwyczaj akceptują, tolerują a przynajmniej nie dają otwarcie do zrozumienia, że ich drażnimy czy gorszymy. Jesteśmy za to wdzięczni i cieszymy się, że w tej ukrytej wśród wzgórz wiosce trafiliśmy na takich właśnie ludzi.

   Niedziele spędzamy na długich spacerach. Niekiedy sprzątamy albo wykonujemy jakieś drobne prace remontowe w domu – zawsze jednak tak dyskretnie i cicho, by nikogo nie drażnić ani nie prowokować. Podkarpacie jest regionem bardzo konserwatywnym i prokatolickim. Tutaj niedziela jest naprawdę dniem świętym. Na wsi w tym dniu się nie pracuje a przynajmniej nie robi się tego otwarcie – nie wypada i już. Są, rzecz jasna, wyjątki od tej reguły. Na przykład wolno zebrać z pola siano, gdy prognozy zapowiadają nazajutrz ulewne deszcze. A poza tym niedziela, nie niedziela – zwierzętom i ludziom trzeba przygotować jedzenie, nakarmić, naczynia potem pomyć, posprzątać.

   Nie przepadamy za hucznymi zabawami, mocno zakrapianymi alkoholem (a zwłaszcza pędzoną domowymi sposobami księżycówką). Biesiadami przy stołach zastawionych prawie jak na wesele. Zdecydowanie wolimy kameralne spotkania przy kieliszku wina i domowym cieście. Jednak czasami uczestniczymy w tych biesiadnych imprezach by podtrzymywać dobre stosunki z sąsiadami, których szanujemy, lubimy i w niczym nie chcemy ich urazić. Pijemy wówczas mniej niż inni, starając się nie ulegać żadnym namowom w tej kwestii. Czasami i my organizujemy takie wystawne przyjęcia, korzystając wówczas z okazji by pochwalić się gościom jakąś oryginalną potrawą czy nietypowym wypiekiem. A gdy humory wszystkim dopisują śpiewamy razem aż echo niesie się po wsi! Wniosek? Lubimy się bawić, ale nie trzeba nam do tego opróżnianych w ilościach nieprzeliczonych butelek samogonu.

   Jesienno-zimowe wieczory na wsi są długie i ciemne. Rozjaśniają je tylko światła sąsiednich domów i serca przyjaznych, będących blisko ludzi. Doceniamy to i staramy się zasłużyć na ich szacunek i sympatię.
   Nie próbujemy jednak być tacy sami. Upodobnić się za wszelką cenę. Sprostać wszystkim oczekiwaniom ani wyznaczonym przez tradycje i pory roku obowiązkom czy obyczajom. Mamy swoje słabości i dziwactwa, będące nieusuwalnymi naleciałościami po tak niedawnych, „miastowych” czasach. Nie chcemy się ich wyzbywać, ale jednocześnie nie chcemy ich tu kultywować i propagować…

   Nie kisimy na zimę w ilościach hurtowych kapusty. Bo i po co, gdy jemy jej niewiele? (oj, słabe wątroby i żołądki mają ci miastowi!).
   Nie przychodzi nam z łatwością zabijanie, „zacinanie” kogutów. Odwlekamy ile tylko możemy ten dzień, pamiętając zanadto dobrze poprzednie takie „cięcia”.
   Wpuszczamy na pokoje ( a czasami, o zgrozo! –  do łóżka!) nasze koty i psa, czerpiąc z ich towarzystwa dużo ciepłej radości i spokoju. Psy tutejszych zazwyczaj mają swoje miejsce przy budzie na łańcuchu albo w małym kojcu. Koty urzędują w stodołach i budynkach gospodarczych (coraz częściej zazdrościmy im tego, że nie muszą codziennie wymieniać piasku w kuwetach!)


   Lubimy czasami posiedzieć przy komputerze. Posurfować po ciekawych stronach. Popisać coś czasem. Podzielić się opiniami. Podyskutować na tematy polityczne i światopoglądowe. Bujać myślami i rozmowami w obłokach, odlatując troszkę w ten sposób od otaczającego nas pragmatyzmu życiowego. Nikt z naszych tutejszych znajomych nie podziela tej pasji.
   Z przyjemnością spacerujemy godzinami z naszym psem po okolicach szukając nowych dróg i widoków. I wciąż napotykamy tubylców zdumionych i rozśmieszonych tym naszym łażeniem bez konkretnego celu.

Docierają czasami do nas plotki i wyssane z palca pogłoski na nasz temat. W małych społecznościach wszyscy znają wszystkich i jakakolwiek inność nie umknie niczyjej uwadze. To cóż, że o nas gadają? Póki te historie nie krzywdzą nas w żaden sposób uśmiechamy się tylko i wzruszamy ramionami, robiąc dalej swoje…

   Czujemy się tu szczęśliwi. Czujemy się u siebie. Czy musimy więc koniecznie kisić kapustę na zimę?





  

30 komentarzy:

  1. Poczytałam z przyjemnością Twój post , no chyba jeszcze długo będziecie nowymi co ma swoje dobre i złe strony , mnie również nie bawią zakrapiane imprezy a i tak jesteśmy domatorami i nigdzie nie chadzamy.
    Nie wiem Olgo czy doczytałaś , ale serdecznie zapraszam Cię do mnie po wyróżnienie :) Twojego bloga :)
    Pozdrawiam wieczorową porą Ilona

    OdpowiedzUsuń
  2. Ilonko! Jakże miło jest spotkać kogoś o podobnym usposobieniu i podejściu do życia! Nie wiem czemu, ale czuję w Tobie mnóstwo ciepła i zrozumienia...
    A co do bycia nowym, takim troszkę stojącym z boku, to bywa się nim nie tylko w świecie rzeczywistym, ale i tym wirtualnym. Czytam, przyglądam się, obserwuję, rozmyślam, pogdakując sobie cichutko. Czekam tu cierpliwie aż trafią tu podobne do mnie "kurki" i pogdaczemy sobie razem...

    Ciepły, poranny uśmiech zasyłam i jeszcze raz serdecznie dziękuję za wyróżnienie na Twoim blogu!

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  3. Oto jestem, zgodnie z umowa. I nie zaluje, ze tu wpadlam. Zostane na dluzej, jesli pozwolisz.
    Szczerze powiedziawszy, troche sie dziwie, ze wrociliscie po emigracji do Polski, moze do Australii nie wszystka prawda docierala, ale skoro znalezliscie swoje miejsce i, jak piszesz, jestescie tam szczesliwi i spelnieni, moze dziwic sie nie powinnam.
    Ja wiem jedno, do Polski nigdy nie wroce, bo to nie jest ten kraj, ktory zostawilam i za ktorym bolesnie tesknilam. Tu jest moj dom, moje dzieci, moje miejsce. Tutaj tez umre.
    Ja rowniez marze o domku na wsi, ale niekoniecznie w katolickiej do przesady Polsce, gdzie tacy sceptycy, skandalisci i niedowiarki, jak ja, nie maja czego szukac. Czasem trudno klasc uszy po sobie, widzac, co tam sie wyprawia.
    Zreszta po blisko cwiercwieczu normalnosci, trudno byloby mi przestawic sie na polskie realia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozsiądź się gościu miły wygonie i bez pośpiechu. W Kosztowej czas leci powoli i nic się musi. Może nie potrafimy dłużej siedzieć w jednym miejscu? Nie zamykamy też drogi powrotnej lub być może wybierzemy coś zupełnie w przeciwieństwie do obecnego zasiedlenia. Wcześniej pisałem, że wybraliśmy „biedne” życie „na życzenie” bez jakiejkolwiek presji tudzież sugestii osób trzecich. Szczęśliwi będziemy w każdym miejscu na ziemi, jeśli dane nam będzie bycie razem. Popatrz ile zależy od nas samych. Mamy własną autonomię, sami ustawiamy kąt żagla na naszym życiu. Jest to gwarancja dotarcia do właściwego portu. Nieraz małe lub większe burze potrafią zakłócić obrany rejs na czas ich trwania. I należy je wkalkulować, jako konieczne, by ponownie cieszyć się życiem. A dziwić się możesz i my to uszanujemy. Życie każdego z nas jest inne, odmieniane przez osobiste doświadczenia. I gdybyś zapytała; co mam z nim zrobić, to bezradnie rozłożyłbym ręce.
      ...„Katolicka do przesady Polska”... Nie przeszkadza nam, stoimy z boku dostrzegając „zalety i wady”, bez bezpośredniego odnoszenia się do tematu. Ludzie potrzebują różnych wartości i staramy się nie dociekać do źródła zapotrzebowania. Tym samym nie ingerujemy w ich autonomię. Ha... Nie musisz przestawiać się na polskie realia, niech pozostaną równoległe.

      Dobrego wieczoru życzę.

      Usuń
  4. a ja zatęskniłam jak szalona teraz...właśnie za tą katolicką Polską, gdzie niedzielę się celebruje i nie mówię tu o wizycie w kościele, mówię tu o niedzielnym obiedzie, o wizycie u wujka i cioci, o pogaduszkach przy stole, o zapachu świeżo upieczonego ciasta, o dświetnej sukience babci.Tęsknie własnie za taką "katolicka" Polską i wiem, ze ciezko ją odszukac w tym tłumie kolorowych marketów, zaganianych ludzi, ktozy niedziele spędzają na zakupach, u fryzjera, u dentysty czy tez przed komputerem i telewizorem. Jawory Kochane:) nic złego nie ma w życiu po swojemu na uboczu, dzieki temu zyskujecie na atrakcyjności i pewnie czesto o was we wsi plotkują i pewnie często kręcą głowami, ale nic nie szkodzi, bo kazda wies musi miec swoich dziwaków...:-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będąc jeszcze w Australii też tęskniłam za tą tradycyjną, zatrzymaną w czasie, odświętną jakby Polską. To nasza tożsamość, nasza ciepła bliskość, nasze oparcie, gdy czujemy się boleśnie obco, mieszkając za granicą. Tęsknota emigranta to także uczucie, które potrafi czasowo wyeliminować z pamięci te rzeczy, których woli nie pamiętać...Dopiero w momencie podejmowania decyzji o powrocie wraca wszystko i kotłują się w mózgu wszystkie za i przeciw.
      Jestesmy tutaj,w podkarpackiej wiosce i żyjemy pośród tej mieszaniny starego i nowego świata, dodając do tego swój własny sposób na życie. Ktoś tu niedawno ładnie napisał, że "wszystko" ma się w sobie - nieważne, gdzie się jest. I jest w tym jakaś prawda. A jednocześnie nigdy nie można mieć wszystkiego. Zawsze jest jakiś brak i niezaspokajalna niczym tęsknota. Wiedzielismy, że tak będzie wyjeżdżajac z Australii...
      Serdeczne pozdrowienia!

      Usuń
  5. Przyszłam pogdakać razem z Wami :)
    Bliskie mi są Wasze głosy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry Magdo! Czasem na początku dnia ma się w głowie dziwny misz masz,jakieś nieokreślenie, niepozbieranie ( ja mówię wtedy, Ze mi jeszcze zółteczko nie wlazło!)i szuka się jakiegoś nastrojenia, melodii,energii, która uporządkuje i nada rytm dniu.Czasem pomaga w tym mocna kawa a czasem takie ciche "pogdakanie", z kimś czującym podobnie...Ja dzisiaj kurki, kotki i pieska nakarmiłam. W piecu zapaliłam. A teraz gdaczę sobie tutaj, swojego żółteczka szukajac...
      Pozdrawiam ciepło i dobrego dnia życzę!

      Usuń
  6. Ja też zostanę, jeśli pozwolicie, bo podoba mi się, że nie kisicie kapusty:-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja pozwolę sobie dopisać się pod ujętą w słowa przez Anię także moją myślą. :)

      JolkaM

      PS. Nadal badam częstotliwość wpisów. Ale że się robi późno, to chyba jeszcze ze dwa przeczytam i powrócę do Was w wolnej chwili.

      J.

      Usuń
  7. Witaj Aniu! Miło Cię u nas powitać! Zapraszamy do dalszego "nie kiszenia" kapusty wraz z nami!

    Zajrzę do Ciebie niebawem a na razie serdeczne Pa, pa!

    Ola

    OdpowiedzUsuń
  8. Olenko i Czarku, zapraszam do siebie na blog, cos tam na Was czeka.

    OdpowiedzUsuń
  9. Wyhodowałam w tym roku 5 główek kapusty, no i znalazły się poszatkowane w kamiennym garnku, na zdrową surówkę do obiadu; kiedyś nasza sąsiadka z góry pyta swojego męża: Janek, a dlaczego oni tak chodzą? mają samochód przecież; pozdrawiam serdecznie Łażących Po Okolicy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak się ma i lubi kapustę, to pewnie że bezsensem byłoby jej nie zakisić. Jak się lubi łazić bez celu a nogi, póki co zdrowe i żądne ruchu, to bezsensem byłoby nie chodzić. I niechta się ludziska dziwują na zdrowie!:))
    A samochodzik benzynowy żarłok, niech jak najczęściej odpoczywa...

    Pozdrowienia od łazików dla łazików!

    OdpowiedzUsuń
  11. Cieszę się niezmiernie, że znalazłam Waszego bloga:-))) Bo my też do niedawna byliśmy na wsi "nowi". Po czterech latach, niezauważenie "wrośliśmy" w ziemię i ludzi. I chyba już jesteśmy "swoi". Chociaż nasze koty i psy też polegują na łóżkach ( ale u naszych wiejskich sąsiadów też się to zdarza, choć nie u wszystkich rzecz jasna :-))). Pojawiły się przyjaźnie, wspólne zainteresowania i pasje. I nawet gdybym wygrała 50 baniek w totolotka za nic bym naszej wsi nie opuściła. Bo gdzie znajdziemy takich sąsiadów? Nigdzie zapewne...I akceptują naszą "inność", i pracę nie na roli.
    Pozdrawiam serdecznie!
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próg w drzwiach wejściowych został przekroczony, więc i my mamy powody do radości. Witam Asię i Wojtka, niech ino schylą głowy, bo są niskie i przy tym niestandardowo szerokie. Jestem średniego wzrostu i wchodząc do budynku gospodarczego zawsze muszę się w pół głowy pochylić. Długo zastanawiałem się nad motywacją takiego standardu, aż pewnego dnia, no właśnie tego pamiętnego dnia, kiedy nabiłem sobie solidnego guza zrozumiałem. Przecież to pomieszczenia dla żywicieli gospodarzy i to im należy oddać pokłon. Od tej pory zawsze noszę czapkę, oczywiście w tutejszym stylu z daszkiem. A obyczaje, no cóż czasem piękne w swej frywolności po paru kieliszkach, a czasem takie zwyczajne i oczywiste, że wydają się być nasze. „Bo gdzie znajdziemy takich sąsiadów” – tuż za płotem w internetowym świecie.

      Serdeczności zasyłamy...

      Usuń
  12. Podoba mi się Wasze podejście, żeby zostać sobą, choć wszyscy w koło robią inaczej. W koncu to jest najważniejsze, żeby zawsze być w zgodzie z własnym "ja" :)

    A tak przy okazji chciałam poinformować, że postanowiłam wyróżnić Wasz blog: http://justine-abroad.blogspot.nl/2012/11/wyroznienie-czyli-czego-jeszcze-o.html i zaprosić do zabawy, jeśli tylko masz na to ochotę! ;)

    Pozdrawiam
    Justine

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dear Justine, jak widać wygodnie rozsiadłaś się w przynależnym fotelu i pozwól, że zapytam – czy napijesz się z nami herbatki na bazie kwiatów czarnego bzu? Z tym naszym „ja” nie zawsze nam wychodzi i niespecjalnie bronimy go. Czasem bezwzględnie skopane prosi się o przytulenie, a to udaje małego kociaczka, który chętnie schowałby się za pazuchę. Na pewno jesteśmy dziwakami dla autochtonów i niestety oni nie zawsze pasują w nasze ramy. Ale był to świadomy wybór i to nas „kręci”, bo przecież życie bez tego byłoby takie szare. Zgodnie z zasadą: „Nie wywoźmy błota na bagna”.
      Wiesz, w sprawie wyróżnienia jest nam bardzo serdecznie i ciepło. Tak samo dziękujemy i tak samo przyjmujemy. Ech... Musimy pogłówkować, więc prosimy o czas. I nie bądź na nas zła. A ciekaw jestem, co widzisz, kiedy unosisz oczy w górę? Dotyczy zdjęcia w profilu.

      Ciepłych marzeń.... herbatka z kwiatów czarnego bzu... Ech...

      Usuń
    2. Mmmm... oj tej herbatki to bym na pewno nie odmówiła. W takim razie trzymam mocno kciuki za Wasze "ja", niech się nie daje (choć doskonale to rozumiem). Zła nie mogłabym nawet być, w końcu sama napisałam na blogu, że przymuszać nikogo zamiaru nie mam, bo trochę to łańcuszkowate, ale wyróżnienie co bądź się należy :)

      Pozdrawiam ciepluchno (a te oczy z profilu to pociągu wypatrywały ;))

      Usuń
  13. O wyniesieniu się na wieś marzę dniami i nocami. Mam trochę obaw, czy sił wystarczy, ale jednego się boję - ludzi. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi - czy na otwartych i życzliwych, czy tych, co zaglądają pod pokrywkę, komentują i po wsi ploty rozsiewają. Żeby się nie zniechęcić wmawiam sobie, że tych dobrych ludzi jest więcej, a w małych społecznościach przywyka się do tego, że trzeba innym pomagać, by taką pomoc zyskać w razie potrzeby. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Nawet najbardziej wariackie marzenia spełniają się! Tylko trzeba je systematycznie dopracowywać! W czasie „pierwszego dnia” nie potrafiliśmy wnieść samodzielnie materaca do domu, a bieganie po schodach przyprawiało o zadyszkę. Obecnie nie mamy z tym problemu, a bieganina po schodach to czysta przyjemność. Co prawda rozrosłem się tu i ówdzie, a i bicepsy nabrały połysku. Po paru miesiącach wytężonej pracy nie mogłem utrzymać garnuszka w dłoni i musiałem pomagać sobie drugą ręką. To nic, to nic... Zimą mięśnie tężały, a wczesną wiosną powróciły do normy po kolejnym wysiłku ponad możliwości. Zdecydowanie gorzej jest z psychiką pod naciskiem „rzeczy do zrobienia”. Nie podołamy, to nic, to nic powinno rozbrzmiewać dookoła. Jest też satysfakcja z najdrobniejszych osiągnięć, która nie zawsze w pełni rekompensuje powstałe zawirowania. Zawsze wpierałem mojej obecnej żonie, że ludzie są najpierw źli, a dopiero potem dobrzy. Bez rezultatu! Wiejski pies ugryzie, jeśli wyczuje, że boimy się. Tylko bardzo „zły pies” bez wyczucia ugryzie pomimo braku naszych obaw. Jest ich mało, więc i prawdopodobieństwo jest małe. Nie zastraszaj się. Ludzie są podobni niezależnie od miejsca zamieszkania. Poza tym zadeklaruj wszem i wobec autonomię. Bez wizy ani rusz. Pomaganie i wzajemne wspomaganie się jest piękne. To taki mały powrót do natury.

    Już dobrej nocki życzę...

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie musicie kisić, ja też nie kiszę. Zjadam jednak, bo lubię, a dają mi ci, co kiszą, w zamian za inne dobra, które mam ja, a oni nie. I tak sobie żyjemy pospołu. Będę Was odwiedzać, jeśli pozwolicie. Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "I tak sobie żyjemy pospołu" - bardzo podoba mi się to zdanie. Jakże celnie wyraziłaś w nim sens naszej egzystencji na wsi. Żyć sobie pospołu z miejscowymi, nie narzucać się nikomu ze swoimi zwyczajami i nawykami, życ razem a jednak zachować swoją autonomię i swoistość.
      Pozdrawiam Cię ciepło Owieczko, dziękuję za odwiedziny i zapraszam byś jeszcze kiedyś zawitała w nasze progi!

      Usuń
  16. Raczkujący blog? Domek no może i mały, ale ogród iście pałacowy (chyba, że zdjęcie tak sprytnie zrobione : )) Maleńka Olga ?, z twoich tekstów wyłania się Olga siłaczka. Zwabiłaś, oto jestem bo świat twój dziwnie podobny do mojego. Nie kiszę kapusty ale bardzo lubię ją jeść. Spaceruję bardziej może celowo, a to na grzyby, a to orzechy, jakąś gałąź targam do domu lub niosę kawałek końskiego ogrodzenia. Za to konno jeżdżę bez celu, byle wrócić przed nocą, choć i nocą się jeździło. Miałam rudego kota, ukochanego, niezastąpionego, który mieszkał za mną nad ciepłym morzem...ale to już zupełnie inna historia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Łucjo! Ten domek na zdjęciu powyżej nie jest nasz. Myślę, że podpis mógł nieco mylić. Zmieniłam go i teraz wiadomo już na pewno, że to domek, który kiedyś zobaczylismy w Australii i tak się nam spodobał, że zapragnęlismy mieć też jakąś chałupkę, ukochaną, własną...
      A co do naszych spacerów, to też chadzając tu i ówdzie czasem przy okazji coś znajdujemy i targamy do domu; a to grzyby, a to gałęzie, a to owoce leśne.
      Twój rudy kot pewnie byłby szczęśliwy na ws?.Mógłby biegać swobodnie i tropić myszy po polach i lasach...Myślę, że dużo mogłabyś o swoim ukochanym kocie opowiedzieć...
      Moje rude koty - bracia bliźniacy - to też ciekawa historia. Historia na inną opowieść...
      Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  17. wpadam na herbatkę z bzu, zostało coś jeszcze?

    OdpowiedzUsuń
  18. Jest i herbatka i konfitury z owoców czarnego bzu. Nieco cierpkie, wytrawne, barwiące usta i jezyk na fioletowo. Pyszne do herbatki! I zdrowe - pełne antyoksydantów!
    Mniam, mniam.....

    OdpowiedzUsuń
  19. Ają u2ielbiam kiszoną kapustę i mogę ją jeść codziennie choć nie powinnam bociśnienie i tarczyca ale co tam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też czasem miewam na nią ochotę, ale szkodzi mi, niestety...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia