poniedziałek, 26 listopada 2012

Wszystko, co dasz radę zjeść!





 - Czarek, a pamiętasz jak byliśmy w tej chińskiej restauracji w City? – zapytałam  z głupia frant mego podrzemującego lekko męża, który ilekroć rzuca palenie popada w dziwaczny stan pół snu, pół jawy

- Co, co mówiłaś? – nagle obudzony poruszył się gwałtownie i przetarł nieprzytomne oczęta

- No wiesz, o jedzeniu mówiłam… - odparłam przebiegle, wiedząc, że w fazie odwyku moje szczęście ma zaiste koński apetyt

- A co byśmy zjedli? – nabrał wigoru Cezary i rzeźko wstał z fotela, ziewając przy tym donośnie

 - W lodówce są kanapki z salami. Możesz zjeść, jak jesteś głodny. Nawet Ci je chętnie przyniosę. Ale przedtem powiedz mi, czy pamiętasz co i za ile zjedliśmy kiedyś w tej fajnej chińskiej knajpce w centrum Melbourne? – kontynuowałam temat, bom przecie obiecała, że napiszę o australijskich smakołykach i kulinarnych  pozytywnych zaskoczeniach, które spotkały nas w kraju psów dingo.

- Mówisz pewnie o tej restauracji „All what you can eat”? – zapytał już tym razem całkiem przytomnie Cezary
- O ile pamiętam, to na osobę płaciło się tam około 17 dolarów. A co jedliśmy? Cuda, cudeńka! Ale po co pytasz? Przecież masz lepszą pamięć ode mnie!

   A ja rzeczywiście powoli przypominałam sobie wszystko. Patrząc w roztargnieniu, jak moje „ wygłodzone biedactwo” pochłania kolejną kanapkę z wędliną zobaczyłam nas, sprzed kilku lat, jak siedzimy w chińskiej knajpie i jak wariaci pożeramy ogromne ilości jedzenia.
   Lokale typu „All what you can eat” to wynalazek w sam raz dla takich jak my, łakomczuchów. Otóż za niewielką opłatą możesz tam nawcinać się do woli. Można zjeść tyle, ile da się radę zjeść! Na tym właśnie polega idea tych restauracji. Nie mam pojęcia, czy występują one w innych krajach, ale w Australii są dość popularne.
Kelnerzy wciąż tylko donoszą kolejne dania. Miseczka za miseczką. Talerz za talerzem. A wszystko pyszne. A wszystko pięknie podane. A jak to było w owej chińskiej knajpce? Już opowiadam.
   Najpierw wniesiono zupę jarzynową z makaronem sojowym. To było danie bardzo sycące i właściwie po nim można się już było poczuć najedzonym. Ale przecież nie wypada poprzestać na zupie, skoro można a nawet należy zjeść jeszcze mnóstwo, czekających w kolejce potraw!
   Potem wjechały cudne pierożki. Przed naszymi oczami pojawiła się mnogość pierogów z maki ryżowej z przeróżnymi nadzieniami i sosami. Na słono i na słodko. A wszystko w plecionych, bambusowych miseczkach (takie miseczki dają możliwość odgrzewania potraw nad parą).
   Następnie na stole objawiły się kurze łapki w sosach sojowym, ostro-kwaśnym oraz łagodnym, grzybowym. Danie to wyglądało nieco dziwacznie, ale my, jako wędrowcy nie wzdragający się przed niczym odważnie spożyliśmy owe odnóża. I co? Oj, dobre to było bardzo!
   Jak już zmogliśmy łapki, to śliczna Chinka przyniosła pieczoną kaczkę w sosie śliwkowym z chrupiącym apetycznie między zębami sezamem. Do tego, rzecz jasna, ryż. Na szczęście prócz drewnianych pałeczek dano nam do dyspozycji także widelec i łyżkę. Nie jesteśmy zbyt dobrzy w operowaniu tradycyjnymi, chińskimi patyczkami!

   Po kaczce popatrzyliśmy na siebie z Cezarym bardzo wymownie. Nasze brzuchy były pełne i nieprzyzwoicie wprost wydęte. Nasze oczy jednak wciąż jeszcze by jadły i jadły, tym bardziej, że pracowita kelnereczka właśnie lawirowała zgrabnie między stolikami, donosząc nam czarki z kolejną zupą i z zatopionymi w niej chrupiącymi kawałeczkami bambusa, kurczaka i kukurydzy.
   Mój przewód pokarmowy był boleśnie przepełniony. Oddychałam szybko, czując dziwną senność i ociężałość w rozciągniętym do granic możliwości żołądku. Stęknęłam i  dyskretnie rozpięłam zamek błyskawiczny w spódniczce. Z zazdrością popatrywałam na męża, który dzielnie podnosił pokrywkę następnej, podanej mu miseczki…Dobiegał z niej niezwykły, ciekawy zapach. To było coś jakby cytryna w połączeniu z pieczenią wołową oraz z jakimiś nieznanymi mi ziołami.

- Może jednak spróbujesz? – zapytał mój ukochany, podnosząc do ust wąski pasek mięsa, pachnący apetycznie cytrusami
- Zobacz, jakie to pyszne… - kusił nadal, śmiejąc się z mojej zbolałej miny

Ale ja mogłam już tylko pić herbatę jaśminową, którą w zgrabnych, porcelanowych imbryczkach donoszono nam już kolejny raz. Pić chciało się niemożebnie! I marzyło mi się też jakieś łoże w stylu rzymskim, gdzie mogłabym wyciągnąć znużone obżarstwem członki i w tej wygodnej pozycji ewentualnie kosztować kolejnych smakołyków.  Bo, oczywiście, nie był to jeszcze koniec uczty!
   Na stole pojawiły się właśnie maleńkie, zgrabne ciasteczka i owoce. A więc, chociaż bardzo już cierpiąca, poświęciłam się i skosztowałam anyżowego ciastka oraz nieznanego mi smacznego owocu ( do tej pory nie wiem, co to było – miało biały, słodki miąższ a nakrapiane było czerwonymi plameczkami i smakowało delikatnie kwaskowato i orzeźwiająco  – może ktoś z Was jadł coś takiego i wie, co to?)

   Wreszcie i Cezary miał dość. Ze smutkiem ogarnęliśmy wzrokiem wnętrze pełnej gości restauracji. Ludzie wcinali, aż im się uszy trzęsły! Pewnie mieli już wielokrotną zaprawę w pochłanianiu takich mas jedzenia. A my, biedactwa, dysponowaliśmy zaiste, zbyt mało rozciągliwymi żołądkami.
    Gwar śmiechów, rozmów a nawet głośnego siorbania dochodził nas z sąsiedniego stolika. Przyjrzeliśmy się dyskretnie tym ludziom. Było to grono przyjaciół w wieku około trzydziestu lat, reprezentujących różne rasy i typy osobowości. Rubaszny blondyn w jednej ręce trzymał rumiane, kurze skrzydełko a drugą przytulał kruczowłosą, milczącą piękność o polinezyjskiej urodzie. Jego kolega z przeciwka – czarnoskóry przystojniak podobny do Willa Smitha, mlaszcząc i siorbiąc pił zupę wprost z czarki. Ruda dziewczyna, wyglądająca mi na Irlandkę śmiała się głośno, ukazując przy tym wielkie, zdrowe zęby.

A my, z uwagi na dobijające nas przejedzenie, musieliśmy już, niestety, opuścić to wesołe, nie znające umiaru towarzystwo i powlec się ociężale do naszego samochodu, który niebacznie zostawiliśmy bardzo daleko, bo aż kilka przecznic stamtąd!

- Czaruś! Może byśmy zjedli po zupce chińskiej? – moje wspomnienia zakończyły raptem donośne burczenia, dobywające się z wnętrza mego brzucha.

 - No pewnie! Głodnego pytają! – zawołał z entuzjazmem mój ślubny i dodał rzeczowo
- Jak się dosypie do chińskiej zupki trochę suszonej pietruszki i prawdziwków, to zrobi się z niej wspaniała potrawa! Prawie jak w prawdziwej, chińskiej restauracji!:-)
 

26 komentarzy:

  1. Tez mamy takiego dyzurnego Chinczyka niedaleko nas. Mozna jesc u niego dwojako, albo normalnie zamawiac, albo tzw.bufet, czyli za stala oplata jesz, ile mozesz. Tyle, ze obowiazuje samoobsluga, bierze sie z podgrzewanego bufetu, co i ile sie chce.
    Zawsze wydaje mi sie, ze zjem wiecej, ale i moj zoladek nie rozciaga sie w nieskonczonosc. Czasem rezygnuje ze sniadania, zeby miec wiecej miejsca na te chinskie pysznosci, ale nie przynosi to pozadanego skutku. No nie da sie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie teraz uświadomiłaś mi, że szwedzki stół to, to samo. Je się, ile się chce.
      A my z Cezarym bardzo rzadko jadaliśmy w restauracjach, dlatego też tamten raz zapamiętałam tak wyraźnie.
      I o ile pamiętam, to wówczas po powrocie do domu waga pokazała mi o dwa kilo więcej! Czyli musiałam potem odkupić swoje obżarstwo jakimś codziennym, niemiłym wyrzeczeniem w rodzaju rezygnacji z chleba czy pysznej, nowozelandzkiej czekolady....

      Usuń
  2. oj tak...bufetowe jedzenie u chińczyka....u nas tez bardzo popularne w czasie lunchu. Płacisz 5-10 funtów i jesz ile chcesz. Narobiłaś mi Olga takiego smaka na kaczkę, że juz nie moge..hehe....nikt tak dobrze nie przygotuje kaczki jak chińczycy, ale nie ci z HongKongu bo oni to z wnetrznościami gotuja fujj..;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My się ostatnio raczymy dość często rosołem z kaczki. Ma intensywny, oryginalny smak i jest bardzo sycący, z uwagi na kaczy tłuszczyk.Ale na pieczoną kaczkę też mam chętkę, taką z chrupiącą skórką, prażonym sezamem i z rodzynkami w środku...:-))

      Usuń
  3. A mi smaka narobilas na dim sum, bo oboje z Mausem przepadamy za tymi pierożkami :) nawet miałam juz je dziś kupić... intryguje mnie ten owoc. może dragon fruit? nigdy nie jadłam więc strzelam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, że to mógł być ten dragon fruit? Obejrzałam sobie własnie jego zdjęcia w necie i chyba rozpoznałam podejrzanego! Tylko kropeczki ma czarne a ja pamiętałam czerwone - to jednak chyba moja pamięć ma jakieś luki, a może tamtejsze obżarstwo zaćmiewało mi poprawne widzenie...
      A dim sum pyszne są jak licho!:-))

      Usuń
  4. Fajnie jest to powspominać. ja byłam ostatnio u takiego chińczyka w Holandii i faktycznie: pęc można:) Lubie chińskie jedzonko, ale nie za często. Poza tym, ja raczej wszystko lubię, co po mnie widać:(
    Świetnie piszesz Olgo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej! Widać, nie widać - już coraz mniej się tym przejmuję. Człowiek jest jak gąbka. Raz nabiera ciałą, raz je traci. Nie jest nudno!
      A jedzenie to jedna z podstawowych przyjemności oraz największy nałóg! No bo zobacz, palenie rzucisz i jakoś żyjesz (C.powiedziałby obecnie, co to za życie:-)
      Ale jedzenia nie rzucisz,bo zejdziesz rychło z tego padołu, stając się kościstym przysmakiem dla robaczków!:-))

      Usuń
  5. My tez jestesmy zarloczkami, ale niestety moj p. nie preferujue knajpowego jedzenia wiec gotujemy sami.
    Prowadzimy raczej taka tradycyjna polska kuchnie, chociaz ja lubie eksperymentowac i czesto z przyjaciolmi odwiedzamy rozne egzotyczne restauracyjki.
    Knajpy- bufety staram sie omijac, bo tam to faktycznie obzarstwo na calego.
    Ja tez jestem rosolowym narkomanem, tak jak Twoj Cezary:))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I my zazwyczaj przyrządzaliśmy sobie posiłki w domu czy też na świeżym powietrzu. Było taniej i zdrowiej.A rzadko robiliśmy sobie wypady do jakiejś knajpki, żeby popróbować innych smaków i po prostu odpocząć od domowych garów!
      Także i w AU rosół był naszym ulubionym daniem. A żeby dostać odpowiednią, rosołową kurę nie wahaliśmy się jechać nawet dwudziestu, trzydziestu kilometrów, do dobrze zaopatrzonego w świeży drób sklepu.
      Pozdrowienia dla wielbicielki rosołków! Może razem stworzymy klub "wesołych rosołowców?!:-))

      Usuń
  6. Dobrze, że mnie tam nie było. Umarłabym z przejedzenia. Fajnie tak smakować różności. Zapisz do klubu "wesołych rosołowców" i mnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łakomstwo to zguba ludzkości, ale jakże przyjemna to zguba...:-))
      A o klubie "wesołych rosołowców"może pomyślę więcej w wolnej chwili, bo czemuż by ta szczytna idea nie miała się oblec w ciało?!
      Hej!))

      Usuń
  7. W mojej okolicy, nie ma czegoś takiego i dobrze :)
    Ale w hotelach szwedzki stół to norma i biorąc tylko po okruszku tego i tamtego, czuję się jak wieloryb na plaży. Jedzenie nie do przejedzenia, ile to ludzi można by tym wykarmić ? :)
    A chińskie jedzenie, ale takie dobre, to baaardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto zgrzeszyć takim obżarstwem, by potem było co wspominać.Niekiedy nawet rusałki mają chęć by choć na chwilę zaznać rozkoszy bycia foczkami...Nie da się żyć samą wzniosłą myślą - a szkoda...
      A chińszczyzna bywa naprawdę znakomita. Warto by było się co nieco od skośnookich poduczyć.Oczywiście za wyjątkiem użycia w kuchni jako przyprawy psów, kotów, mózgów małp i zgniłych jajec!:-))

      Usuń
  8. Bardzo niebezpieczne sąsiedztwo dla naszych talij, i w nałóg można wpaść; właściwie to nie znam za bardzo chińskich potraw, ostatnio zrobiłam sobie kapustkę kim-czi, ale to nawet nie chińska, tylko koreańska; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto spróbować innych, nowych smaków. To taka podróż po świecie zmysłów. To dodanie kolorytu codzienności. A że talia troche na tym cierpi? Wszystko ma swoją cenę! Grunt, że dusza w błogostanie!
      Serdeczności!:-)

      Usuń
  9. Heh, przy takich okazjach zawsze przeżywamy mocniej fakt, jak wielu potraw już nie byliśmy w stanie zmieścić, niż to, co udało się spałaszować! I oboje jesteśmy mistrzami w "jedzeniu oczami" :DDDD

    Cezaremu życzymy siły i uchylamy z szacunkiem kapelusza.


    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedzenie oczami jest bardzo dobre dla zdrowotności naszych brzuchów i utrzymania młodzieńczych figur.
      Są i tacy, co żyją ponoć samym światłem! Ci,pewnie nie mają żadnych problemów z włanianiem dowolnych ilości fotonów a potem nie cierpią też w procesie ich trawienia!:-)DDDD

      A Cezary cierpi lecz trwa nadal w swym szczytnym postanowieniu. I z braku nikotyny je, śpi, śpi, je...Niekończąca się historia!
      Cieszymy sie, żeście znów tu zawitali i głos wyraźny dali!
      Pozdrowienia!

      Usuń
  10. Na życie światłem się nie zgadzamy!!! Jedzenie to nie tylko odżywianie ale i frajda, zresztą z Waszego tekstu wynika, że świetnie o tym wiecie!


    Przed Cezarym chylimy kapelusza jeszcze niżej, bo my w takich razach nie tylko jemy i śpimy, śpimy i jemy, ale potrafimy też skakać do gardła :(


    Pzdr.

    PS. Jesteśmy święcie przekonani, że to najgłupszy ze wszystkich trapiących ludzkość nałogów, co nie zmienia faktu, że równie trudny do wyleczenia jak inne...

    OdpowiedzUsuń
  11. Co do skakania do gardeł, to i to zapewne nastąpi - w następnej fazie odwyku!Nie raz to przerabialiśmy a węc już teraz drżę przed owym nieuchronnym czasem powarkiwania!:-)

    A jedzonko kochany i kochać nie przestaniemy, gdyż coś z tego życia przecież mieć trzeba! Jest wprawdzie sporo takich "cosiów", ale pobudzają one zupełnie inne zmysły.
    Hasło dnia zatem! - Nie pozostawiajmy żadnego zmysłu odłogiem!:-))

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja właśnie pożarłam sporo kruchych ciasteczek, pieczonych wczoraj z Zosią. Musiałam się upewnić, czy dobrze wyszły.
    Pysznie opowiadasz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak cudne są wspomnienia i ...marzenia o przyszłych rozkoszach stołu.
      Witamy serdecznie w naszych progach!:-)

      Usuń
  13. Witajcie,ja też jestem smakoszem rosołków co tydzień gosci on na naszym stole pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj! Bo rosół to magiczna zupa i uzalezniająca i lecznicza. Jak tu wiec jej nie lubić?
      Pozdrawiamy!:-)

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia