poniedziałek, 9 września 2013

Bal na powitanie jesieni, cz.2 - "Pani Teresa"




   Mieszkanka domu z czerwonymi dachówkami, Pani Teresa jak zwykle czuje lęk przed nadciągającą jesienią a po niej zimą. Boi się nadchodzącej z nimi chłodnej melancholii, poczucia samotności i powracającej fali wspomnień o Nim.
Ma tylko swojego wiernego, lecz przecież starego już kota, który wiernie dotrzymuje jej towarzystwa i spogląda wnikliwie w oczy, wyczytując z nich wszystkie jej uczucia oraz rozumiejąc dobrze kolory duszy. I właściwie to dobrze im razem przy kominie o szarej godzinie...
   Pani Teresa jesień swego życia spędza pracowicie. Tak pracowicie, jak tylko się da. Robota zagłusza myślenie oraz tępy, nawracający ból w sercu. Tęsknotę.
Kobieta sprząta ludziom mieszkania, dorabiając w ten sposób do skromnej emerytury urzędniczej. A że jest porządna, wytrwała i dokładna ma dość dużo zleceń. Ostatnio dowiedziała się od pani Emilii, żony piekarza Wacława, iż ognistowłosa właścicielka gospody „Pod złotym liściem”-  Hanna ma zamiar urządzić bal na przywitanie jesieni.

- Pewnie chce rozruszać jakoś klientelę i przyciągnąć nowych gości do swej gospody. Jej interes nie kręci się najlepiej. Ludzie zbiednieli, posmutnieli, zamknęli się w sobie i w większości wieczorami siedzą w domu zamiast spotykać się i bawić gromadnie, jak dawniej… - pomyślała pani Teresa, pucując okna w salonie piekarzowej. Przed oczami miała zwłaszcza jeden, ważny dla niej wieczór, który spędzała z Nim w pachnącej sosnowym drzewem i rozgrzanej ogniem z kominka gospodzie.  Tańczyli, wtuleni w siebie bezpiecznie, zapominając o całym świecie. Na skrzypkach przygrywał im cudnie rosyjskie romanse jeden z utalentowanych gości Gospodyni(zresztą dawna, wielka miłość Hanny). A potem pili czerwone, grzane wino, patrzyli głęboko w swe oczy i chcieli, by ten moment trwał wiecznie.
   Chwilę potem pani Teresie runął cały świat na głowę. Aleksander cichym, drżącym z tłumionych emocji głosem powiedział żonie o strasznej diagnozie, o której sam wiedział już od jakiś dwóch tygodni. O swej chorobie, przed którą nie ma ratunku. Patrząc serdecznie w jej oczy mówił o czasie, który im został i powinni go spędzić możliwie jak najpiękniej.
- Razem, póki się da. Jeszcze tyle cudownych dni przed nami – wyszeptał z wiarą i mocą.

Ale to „razem” nie trwało wcale tak długo, jak sobie zaplanował. Zimę spędzała już samotnie…

- Gdyby Gospodyni nie poświęcała tak wiele uwagi temu przybyłemu nie wiadomo skąd mężczyźnie, temu Wędrowcowi a zajmowała się więcej swą gospodą, to na pewno jej interes lepiej by szedł! – ni stąd ni zowąd stwierdziła w duchu, wyżymając ścierkę i z trudem łapiąc oddech, bo znowu ta uparta drzazga w sercu przypomniała o sobie.

- Skąd u mnie takie złośliwe myśli?! – zgromiła siebie zaraz potem – Przecież ta kobieta nigdy nie miała szczęścia do mężczyzn. Kilku ich się tu przewinęło a żaden nie zagrzał długo miejsca przy jej boku. A biedna Hanna też przecież ma prawo do chwili radości i zapomnienia. I powinna próbować, póki jest jeszcze młoda i ma w sercu chociaż cień nadziei na miłość. Ja przynajmniej swoją w pełni przeżyłam. I mam dobre wspomnienia. To naprawdę dużo. Tylko trzeba jeszcze przywyknąć do samotności tak samo, jak przywyka się w końcu do starości – mruknęła, wzdychając ponuro i przysunąwszy sobie krzesło usiadła na nim ciężko, zapatrzywszy się na przechadzających się po rynku nielicznych turystów.

- Takie piękne miasteczko a popada w zapomnienie. Więdnie, jak niezauważony przez nikogo delikatny, parkowy kwiatek. Kolejka już się tu nie zatrzymuje. Autobusy prawie puste. I tylko ludzie wciąż do pracy i z pracy. Chyba nikt już tu wierszy nie pisze. Nikt nie śpiewa tych wspaniałych, melodyjnych piosenek z dawnych lat... – westchnęła, oparłszy czoło o chłodną ścianę.

I znowu wróciła myślami do właścicielki gospody, Hanny. Córki jej serdecznej koleżanki z dawnych, szkolnych lat, Doroty. Ile się kiedyś razem nabiegały po dzikich ogrodach i nad rzeką. Ile się nachichotały z Dorotką, zerkając w głąb studni przy rynku. Pamięta, jak brały się za ręce i tańczyły beztrosko wśród kropel z fontanny a Tereska naśmiewała się z grubiutkiej koleżanki, która usiłowała nawet wycinać hołupce.

- „Ta Dorotka, ta malusia, ta malusia
   Tańcowała dokolusia, dokolusia…! – podśpiewując, szczupła Tereska dokuczała tamtej a potem piszcząc uciekała przed rozeźloną dziewczynką aż do parku.

Potem dorosły a ich drogi rozeszły się i tylko z rzadka spotykały się właśnie w gospodzie, która od pokoleń należała do męża Doroty.
Hanna odziedziczyła gospodę po rodzicach, którzy zginęli młodo w tragicznym wypadku samochodowym. Po tym fakcie miasteczko długo nie mogło otrząsnąć się z fali plotek i bolesnych rozmyślań o podstępnym, niesprawiedliwym losie.

- Skąd, mimo smutków i tragedii w życiu, skąd mimo tylu sercowych zawodów, jakich doświadczyła ta kobieta znajduje w sobie tyle radości i ufności, by urządzać bale? Czy to tylko naiwność i  egzaltacja? A może to właśnie dowód dojrzałości i niezatapialnej umiejętności cieszenia się życiem? – zapytała siebie samą pani Teresa, zabierając się za ciąg dalszy zleconej roboty. Ale jakoś jej to dzisiaj nie szło. Znów spojrzała na dobrze stąd widoczną studnię przy rynku. Kiedyś, jako młoda dziewczyna wierzyła, że studnia potrafi spełniać życzenia.
- I chyba to moje największe spełniła… - zaszeptało coś w jej głowie, a nieoczekiwana łza głębokiej ulgi spłynęła po policzku.

Obok studni przechodziła właśnie jakaś kobieta. Szła pogodnym, tanecznym krokiem a jej fioletowo-błękitna spódnica falowała jak radosny strumień. W dłoni niosła opuszczoną do ziemi, kolorową parasolke i pozwalała by strumienie cichnącego właśnie deszczu obmywały jej twarz. Pani Teresa przysłoniła oczy dłonią, bo rozbrykane promienie słoneczne, gotowe właśnie przebić się przez chmury i pomalować świat tęczą zaświeciły prosto w szyby, które myła, oślepiając ją na chwilę więc nie bardzo mogła teraz rozpoznać, któż to spaceruje tak lekko.

- Ach, to przecież Gospodyni! Gdzież ona idzie? – zdziwiła się pani Teresa, dostrzegając ze zdumieniem, iż rudowłosa kobieta puka do drzwi stojącego naprzeciwko domku z czerwonymi dachówkami.

- Czyżby szukała mnie? – zdumiała się a upewniwszy się, iż tak jest w istocie odchrząknęła i schrypniętym głosem zawołała:

- Pani Hanno, Haniu! Tu jestem! U piekarzowej!

Gospodyni usłyszawszy jej nawoływania uśmiechnęła się szeroko i trzymając w dłoni jakiś zielony, podłużny prostokąt papieru zbliżyła się do balkonu piekarzowej.

- Dzień dobry pani Tereso! Jaka tam ze mnie pani! Przecież zna mnie pani od dziecka! – odkrzyknęła pogodnie, wycierając wierzchem dłoni mokrą od wrześniowego deszczu twarz.

- Mam do pani dwie sprawy. Czy mogłaby pani zejść do mnie na moment? Ubłociłam kalosze i nie chcę tam piekarzowej nabrudzić – poprosiła Hanna, wiedząc o tym, że drugiej takiej pedantki jak piekarzowa Emilia w miasteczku nie ma. A teraz stała pod oknem żony piekarza i zadzierając wysoko głowę patrzyła z podziwem na wzorowo wypucowane okna.

- Już schodzę! – pani Teresa wytarła dłonie w fartuch, poprawiła chustkę na głowie i jak mogła najszybciej podążyła do płomiennowłosej, sympatycznej kobiety na dole.

- Droga pani! Otóż chciałabym serdecznie prosić o rzecz następującą. Po pierwsze potrzebuję pomocy w gruntownym sprzątaniu po remoncie, który kończę właśnie w mej gospodzie.
- Bo widzi pani, urządzam wkrótce u siebie bal na powitanie jesieni i chciałabym by było wówczas u mnie jak najpiękniej. To dla mnie bardzo ważne – dodała Hanna, ni z tego ni z owego oblawszy się rumieńcem.
- Pewnie będziemy z gośćmi w większości biesiadować na zewnątrz. O ile pogoda dopisze, oczywiście! Jednak, gdy się ochłodzi albo w razie deszczu gospoda musi być gotowa na przyjęcie wielu zaproszonych, miłych memu sercu osób.
- Czy znalazłaby pani trochę czasu by na początku przyszłego tygodnia pomóc nam nieco z porządkami? Słyszałam, że nikt w miasteczku nie zrobi tego lepiej i dokładniej niż pani, kochana pani Tereso! – Gospodyni uśmiechnęła się niezwykle miło a pani Teresa zrozumiała, iż w ustach tamtej to nie jest żaden pusty komplement, lecz wypowiedziana szczerze, pełna podziwu opinia. Dlatego kiwnęła od razu głową, chętnie zgadzając się na pomoc w sprzątaniu gospody.

- Rzecz jasna, zapłacę ile tylko sobie pani zażyczy. Dobrze wiem, że sprzątanie po malowaniu to trudna i żmudna praca – powiedziała jeszcze tamta i zanim pani Teresa zdołała cokolwiek odpowiedzieć Hanna uściskała ją serdecznie i patrząc jej prosto w oczy szepnęła:

- A ta druga moja prośba jest taka, by zechciała pani przyjąć zaproszenie na ten bal. Będę bardzo szczęśliwa mogąc panią gościć i posłuchać wraz z innymi pani pięknego śpiewu!

Pani Teresie aż zakręciło się w głowie z wrażenia.

- A skąd Ty Haniu wiesz o tym, że ja śpiewam? A właściwie śpiewałam kiedyś, dawno temu. Bo teraz już głos nie ten. I w ogóle nie bardzo już się chce – wyjąkała spłoszona a nawet wzburzona odezwaniem tamtej kobieta.

- Mama mi wiele razy o tym opowiadała. Podobno śpiewałyście sobie razem w dzieciństwie a potem należała pani nawet do jakiegoś zespołu muzycznego i występowaliście nie raz w dawnych czasach w naszym parkowym amfiteatrze! – tłumaczyła się szybko gospodyni nieco zmieszana wzburzeniem tamtej.


Pani Teresie mnóstwo gorączkowych, rozlatanych myśli przebiegało w tym momencie przez siwą, okrytą kwiecistą chustką głowę.

- Przecież odkąd Jego nie ma już nie śpiewam, bo dla kogo i po co? Przecież ludziska śmialiby się ze mnie, gdybym się odważyła znów publicznie wystąpić. To nie ma najmniejszego sensu. Jestem już stara. Nie mnie pchać się na bale, na występy. Wygłupiać się! – krzyczało coś w niej trwożliwie. A wówczas szalony wiatr znienacka porwał z jej głowy chustkę i dmuchnął śmiało w pukle gęstych, popielatych, jak jesienna mgła włosów. Zawirował nimi odważnie. Wziął je w w roztańczone,  szalone sploty.  Dodał im głębokiej barwy. Zaszumiał w głowie jak mocne wino. Nagle zrobiło jej się ciepło i dziwnie radośnie. Jakiś ciężar zniknął z piersi. Jakiś dawno zapomniany, migotliwy blask młodości wniknął w duszę. A czarodziejski, niepokorny wiatr rozwiał też nieoczekiwanie dla niej samej stado uparcie dręczących myśli i obaw. I wówczas spontanicznie uściskała zapatrzoną w nią z podziwem młodą kobietę, biorąc z jej rąk zieloną kopertę z zaproszeniem.

- A zresztą! Dlaczegóżby nie? Przyjdę na Twój bal i spróbuję znowu zaśpiewać! Dziękuję Ci Haniu, że o mnie pomyślałaś! – wyszeptała a zaraz potem, wracając już na górę do swych obowiązków, uśmiechała się sama do siebie, nucąc sobie cichutko popularną melodię z dawnych lat:

- „Jak szybko płynie życie, jak potok płynie czas. Za rok, za dzień, za chwilę, razem nie będzie nas…”

   A po chwili odchrząknęła i jej śpiew popłynął z pełną mocą. Dźwięcznie. Radośnie. Jak woda w wzburzonym strumieniu aż przechodnie przystaneli zdumieni pod domem piekarza, dziwiąc się odkąd to niczym nie wyrózniająca się dotąd piekarzowa Emilia tak pięknie umie śpiewać?!

20 komentarzy:

  1. Hanna wydaje się być ożywczym powiewem dla mieszkańców. Czekam na ciąg dalszy :) Druga część też bardzo się mi podoba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za pozytywną opinię.No to jedziemy z trzecią częścią!:-)

      Usuń
  2. Ja takze czekam na dalszy ciag opowiesci...
    Serdecznosci
    Judyta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję, ze jesteś i czytasz Judyto!:-)

      Usuń
  3. Juz nie moge doczekac sie samego balu i jestem bardzo ciekawa ile jeszcze kobiet zaprosi Hanna na uroczystosc powitania jesieni. Mam nadzieje, ze rowniez bedzie opowiadanie o Hannie.

    Usciski dla Jaworkow:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opowiadanie o Hannie zawarte jest w kilku innych poprzednich opowiadaniach toczących się w miasteczku odnalezionych mysli. A głównie w "Szkicu".
      Jaworki przesyłaja całusy dla szalonych wędrowników amerykańskich!:-)

      Usuń
    2. I cos waznego przegapilam:( Musze siegnac do archiwum - jakies podpowiedzi:)

      Usuń
    3. Kochana! Zajrzyj pod tego linka:

      http://wewanderers.blogspot.com/2013/05/szkic.html

      Usuń
  4. Kangurki kochane, nie komentuje dzisiaj, bo leb mi peka, jestem straszliwie przeziebiona i nie moge myslec. Ale bylam tu.
    Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękne. Takie ciepłe, spokojne. I ta melodia z dawnych lat "Ta Dorotka...." MNie też śpiewano tę piosneczkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I mnie mama śpiewałą tę piosenkę. I jeszcze parę innych, równie słodkich. Ach, gdzie te czasy?!:-)

      Usuń
  6. Ten bal dla każdego będzie znaczący jak widać:) Ciekawa jestem co jeszcze się wydarzy.
    Widocznie dla każdego to będzie ponowne odkrywanie siebie samego i być może sięgnięcnie do własnego wnętrza po to, co wydawałoby się, stracili:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego bym własnie pragneła, by mieszkańcy miasteczka odzyskali siebie, jakieś światło wewnętrzne i radośc.By mogli sie zarazić tym od Hanny. Czy sie uda? Zobaczymy!:-)

      Usuń
  7. Achhh! Nigdy nie przestawajmy śpiewać, tańczyć, zaglądać do studni...
    i nigdy nie uzależniajmy swojego dobrego samopoczucia
    od tej drugiej osoby - od niego, od niej...
    Nie schodźmy z tego powodu na boczny tor, nie traćmy wiary w siebie,
    nie dajmy zżerać się tęsknocie.

    Wirtualnie wpraszam się na ten bal! ;)))
    Już szykuję sukienkę z liści, wianek z kasztanów i grzane wino
    z goździkami i cynamonem. Już suszę płatki późnoletnich róż,
    aby rozsypać je wokół świec na stole.
    I już czekam na niespodzianki, które na bal wymyślisz Ty, Olu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Mar!Cudownie, ze wpraszasz sie na bal, bo taki mam własnie zamysł, by były tam osoby bliskie memu sercu, wyobraźni i wrażliwości.
      Przybądź kochana ze swymi cudownościami czarodziejskimi i ciesz sie tym wszystkim, co będzie!:-))

      Usuń
  8. Czy Hanna jest wróżką i czarodziejką? Niesie ludziom radość. Ciekawe co będzie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hanna ma światło w sercu i bardzo pragnie sie tym światłem podzielic z innymi. Tylko czy da sie tak zrobić? Czy jej magia jest na tyle silna? Czy ludzie nie za bardzo zamkneli sie w swych suchych kokonach codziennych zmartwień i lęków o byt? Zobaczymy...

      Usuń
  9. Z niecierpliwością czekam na kolejne posty. Jakie niespodzianki szykuje Hanna Katarzynie i Teresie ?
    Jaki będzie bal w gospodzie ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wpadłaś do mnie Zofijanko:-)
      Pragnę by bal był czarodziejski i niezapomniany, wnoszący cos nowego w zycie oraz w mysli wszystkich mieszkańców miasteczka oraz innych miłych gości. Czy tak rzeczywiście będzie? To sie okaże wkrótce...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia