czwartek, 12 września 2013

Bal na powitanie jesieni, cz.3 - "W cukierni pana Pierniczka"




   Od kiedy Joasia przychodziła prawie co dzień do cukierni pana Bazylego, zwanego przez wszystkich panem Pierniczkiem minęło mu jakoś zmęczenie i to dziwne, starcze odrętwienie w jakie popadł ostatnimi laty. Odłożył na razie sprzedaż cukierni, tłumacząc się rozczarowanemu tym, a gotowemu na jej nabycie piekarzowi Wacławowi, że jednak musi tę sprawę jeszcze dogłębnie przemyśleć.
Panu Bazylemu wróciły rumieńce na twarz oraz dawno zagubiona werwa w mięśnie.

- A może wcale nie jestem jeszcze taki stary? Może tylko mi się zdawało? – zastanawiał się nieraz spacerując po rynku miasteczka i przyglądając się z sympatią jego mieszkańcom.

   Od wiosny już kilka razy odwiedził Joasię i jej mamę w ich malutkim, skromnym mieszkanku. Za każdym razem przynosił ze sobą kawałek pysznego ciasta albo ukochane przez wszystkich pierniczki. Pojawiał się ze swoim ciepłym uśmiechem oraz opowieściami z dawnych, dobrych lat. Czas nie płynął kiedyś tak szybko. A ludzie mieli zdecydowanie więcej czasu dla siebie. Wieczorami lubili zbierać się razem, słuchając ciekawych historii i baśni opowiadanych przez starszych. A teraz? Ech, szkoda mówić! 

   Jakie to szczęście dla niego, iż mógł poznać tę rezolutną dziewczynkę oraz jej skromną, dobrą mamę. Ponieważ jego wzrok już nieco szwankował a żadne okulary nie pomagały uwielbiał gdy Joasia czytywała im na głos fragmenty ciekawych ksiażek przygodowych i podróżniczych oraz ukochanych przez wszystkich baśni. Niekiedy tak bardzo wciagała ich akcja tych opowieści, że potem bawili się w trójkę w odgrywanie najciekawszych scenek z  ulubionych lektur i na kanapie, niczym na tratwie ratunkowej opływali cały świat mierząc się po drodze z syrenami, rekinami i straszliwymi smokami. Oczy lśniły im wówczas pełnym emocji blaskiem a rumieńce na policzkach wskazywały na to, że wszystkim im bardzo się ta zabawa podoba. Tylko mama dziewczynki martwiła sie nieraz , by wesołemu cukiernikowi ten nadmiar iście dziecięcych szaleństw w końcu nie zaszkodził. Przecież miał juz swoje lata i powinien na siebie uważać. Jednak gdy tylko ośmieliła się zwrócić mu na to uwagę i odrobinę przystopować te wieczorne, beztroskie harce,  pan Pierniczek parskał niecierpliwie i tylko mocniej zawiazywał na głowie czarną opaskę, w której udawał groźnego pirata a potem rzucał się w odmęty, po błyszczący na dnie skarb Atlantydy!
   Matka Joasi, Barbara też na szczęście zupełnie doszła do siebie po przebytej chorobie i teraz ze zdwojoną mocą pracowała stukając codziennie przez wiele godzin swoją starą maszyną do szycia. Pan Bazyli patrzył z podziwem na tę drobną, delikatną kobietę, która tak dzielnie dawała sobie radę z utrzymaniem domu i z wychowaniem córeczki na mądrą, a przede wszystkim dobrą osobę. Nie mogła jej poświęcić tyle czasu, ile by chciała, ale Joasia nie narzekała. Pomagała mamie w czym tylko się dało. A to materiał w czasie cięcia przytrzymała. A to zmiotła ścinki kolorowych tkanin spod stoliczka. A to wyszukiwała odpowiedni odcień nici. I to właśnie dziewczynka była odpowiedzialna za donoszenie klientom zamówionego towaru. Kilka razy w tygodniu biegła więc do mieszkań w kolorowych kamieniczkach przy rynku i stukała do drzwi, by podać zapakowane w szary papier pakunki i odebrać za nie należność. Dlatego mnóstwo osób ją znało i lubiło. Jednak tak wiele tych zamówień na nowe rzeczy do uszycia nie było. Chociaż pani Barbara była wspaniałą, dokładną, pełną pomysłowości i kreatywności osobą, to gdzieżby wygrała z ofertą sklepową?! 

     W tych wielkich sklepach przecież wszystko można było dostać o wiele taniej. A to właśnie śmiesznie niska cena stanowiła dla potencjalnych nabywców najważniejszą zaletę. Cóż z tego, że była to przeważnie tandetna chińszczyzna z przyszytymi oszukańczo kolorowymi metkami z całego świata? Co z tego, że po pierwszym praniu ubrania rozciągały się, traciły kolor i szyk? Cena zwyciężała! Toteż pani Barbara ratowała się przeróbkami starych rzeczy. Rzadziej szyciem eleganckich kostiumów dla pań nieco szerszych w biodrach oraz czasami ślicznych fartuszków szkolnych dla dziewczynek. 
   Dlatego kobieta zdawała sobie sprawę, iż krawiectwo to na pewno nie jest zawód dla jej córeczki. Przecież świat zmieniał się bezustannie i odchodził coraz bardziej od rzemieślniczej rzetelności oraz indywidualizmu. Barbara cieszyła się, iż Joasia uczy się cukiernictwa u sympatycznego pana Bazylego. Zawsze to lepiej posiadać jakąś praktykę, umieć więcej i mieć w przyszłości możliwość wyboru zawodu a nie być zmuszoną do wykonywania dzień w dzień nielubianych, monotonnych czynności. Barbara była dumna ze swego wrażliwego, uczynnego dziecka. Na dodatek Joasia pilnie się uczyła, migiem czytała wszystkie nowości z biblioteki i nie poddawała się panującym obecnie modom na markowe ciuchy, szpan i techniczne nowinki z zagranicy. Zresztą i tak nie byłoby ich na nie stać, a więc matce ciężar spadał z piersi, iż córka nie domaga się żadnych nowoczesnych gadżetów i wystarcza jej to, co miały.
   A miały siebie. I to było najważniejsze dla matki i córki. Bo przecież jeszcze do wiosny tego roku pani Barbara ciężko chorowała i długo nie było pewności, czy kiedykolwiek jeszcze zasiądzie do swej maszyny do szycia. Nie pomagały żadne leki. W kobiecie z każdym dniem gasł blask i nie miała sił, by podźwignąć się z dna smutku i pustki, w którą popadła.
   Aż wreszcie czarodziejska Wiosna i Joasia przywróciły ją do normalnego życia. I znowu potrafiła się uśmiechać i widzieć w otaczającej ją rzeczywistości sens i barwy.

   Od dwóch tygodni krawcowa miała zdecydowanie więcej pracy, co bardzo ją cieszyło i dawało nadzieję, na chwilową przynajmniej poprawę ich skromnego bytu. Otóż w gospodzie "Pod złotym liściem" szykował się wielki bal i ludziom na gwałt potrzebne były jakieś odpowiednie na ten dzień kreacje. Paniom marzyło się by ubrać na tę okazję długie do kostek, kwieciste suknie. Najlepiej powiewne i miękkie czy też szeleszczące taftą jak z romansów dla dorastających panienek. A panowie potrzebowali barwnych koszul, zwężenia czy też poszerzenia długo nie noszonych eleganckich spodni czy całych garniturów. Nagle okazało się, że nic, co można było dostać w sklepach nie bardzo pasuje na taki bal. I mieszkańcom miasteczka odnalezionych myśli raptem przypomniało się, że mają u siebie wspaniałą krawcową, która prawie z niczego potrafiła zrobić naprawdę coś. I odnaleźli w sobie przy tej okazji dawne marzenia, wspomnienia oraz schowane na dnie szafy stare, niemodne ubrania, które przy odrobinie starania raz jeszcze mogły zabłysnąć.

  Także panu Pierniczkowi oczy śmiały się na myśl o balu. Ostatniego wieczoru odwiedziła go Gospodyni ze swym ukochanym Wędrowcem i długo siedzieli razem popijając kawę, zagryzając ją ciasteczkami i ustalając słodkie menu na planowaną przez nich wielką zabawę.
   Z boku stała Joasia, lukrująca pierniczki i ozdabiająca je orzeszkami a także kandyzowanymi owocami. Przysłuchiwała się z ciekawością rozmowom starszych i serce waliło jej młotem z wrażenia i przejęcia. Przecież jeszcze nigdy nie była na takim balu! Dużo tylko czytała o takich pięknych, dalekich od zwykłej rzeczywistości chwilach i jej samej marzyło się, by kiedyś, gdy dorośnie, zawirować w białej sukience pośród innych, odświętnie ubranych gości.

- Radzę Wam, moi kochani byście na ten wieczór przygotowali dla gości przede wszystkim dużo uśmiechu i serdeczności. Nie warto się tak przemęczać i wykosztowywać. Ludzie, jak się roztańczą i rozśpiewają, to nie w głowie im będzie jedzenie! – mówił jak zwykle prosto i uczciwie miły pan Bazyli, patrząc z przyjemnością na sympatyczne twarze Gospodyni i Wędrowca oraz dostrzegając jak bardzo są tym wszystkim przejęci.

- No tak!Ma pan oczywiście rację! – zaśmiał się Wędrowiec.
 -Na uśmiechu na pewno nam nie zbywa! – dodał ściskając serdecznie dłoń zapatrzonej w niego miedzianowłosej kobiety.
- Ale czymś poczęstować gości przecież trzeba. Już zaplanowaliśmy, co podamy jako główne dania. To będą pieczone kiełbaski, prawdziwki w śmietanie, chleb ze swojskim smalcem i z ogórkami kwaszonymi oraz zapiekane z ziołami chrupiące ziemniaczki. Nie mamy tylko pomysłu na ciasta – wyznała Gospodyni, patrząc z nadzieją w szare oczy cukiernika.

- No dobrze! Wobec tego upieczemy z Joasią pierniczków i kruchych ciasteczek, bo to zawsze ludziom smakuje i wygodnie się je. Przyda się też placek ze śliwkami. No i mnóstwo czekoladowych serduszek. Co Wy na to kochani? A Ty, co myślisz Joasiu? Damy radę? – pytał staruszek, zerkając z miłym uśmiechem na Joasię i przywołując ją ku sobie.

   Dziewczynka otarła dłonie w kolorowy fartuszek, który zawsze ubierała na siebie podczas pracy u pana Bazylego a potem z lekką nieśmiałością podeszła do dorosłych, przyglądając się ciekawie gościom cukiernika.

- Och! Z taką dużą, dzielną pomocnicą na pewno wszystko się uda! – zawołał wesoło na jej widok mężczyzna z sumiastym wąsem, zwany przez wszystkich Wędrowcem.
- Przecież widać, że robota aż pali się tej dziewczynce w rękach. Czy mógłbym spróbować chociaż jednego z tych zachwalanych pierniczków? – zapytał jeszcze, śmiejąc się przymilnie i z lubością zaciągając zapachem słodkich, korzennych wypieków.

- No pewnie! – zawołała dziewczynka i przyniosła całą tacę świeżo polukrowanych pierniczków, którymi zaraz wszyscy zaczęli się zajadać i zachwalać pod niebiosa ich niepowtarzalny smak i aromat.

- A jutro z rana zamierzamy wpaść do Ciebie i Twojej mamusi Joasiu! Też mamy pewną prośbę do was obu oraz oczywiście zaproszenia na bal – rzekła pełnym ciepła głosem Gospodyni i z przyjemnością zauważyła, jak wielką radość sprawiła tym dziewczynce.

   Po zmierzchu w miasteczku odnalezionych myśli niewielu mieszkańców wychodziło z domu. Ale w większości kamieniczek trwały już pełne entuzjazmu rozmowy o nadciągającym balu. Tymczasem w cukierni, pochyleni nad talerzem ze świeżutkimi, kruchymi ciasteczkami siedzieli blisko siebie serdeczni, przyjaźni ludzie i słuchali opowieści Pana Pierniczka o dawnych, dobrych czasach. O spełnionych i niespełnionych marzeniach mieszkańców miasteczka. O wspaniałych balach, rautach i przyjęciach. O wesołych, pełnych nadziei i radości ludziach, których teraz na świecie jakby coraz mniej. A może jednak nadal istnieją, tylko pochowali się w swych domach, jak smoki i krasnale w ciemnych pieczarach?  Tak sobie szeptali, rozprawiali, marzyli a wreszcie Joasia wyciągneła ze swego plecaczka wyszperaną w antykwariacie, pachnącą starym kurzem i jaśminową herbatą książkę i już po chwili zatonęli w kolejnej, facynującej lekturze.

   A kiedy nocny mrok granatową materią zupełnie spowił uliczki miasteczka stara wróżka Konstancja, siedząca dotąd w cukierni na obrazie u boku babki Eulalii i jak zwykle rozgrywajaca z nią późną partyjkę szachów nagle coś nieoczekiwanego wyszeptała do ucha przyjaciółki. Eulalia też miała wiele do powiedzenia w tym względzie. Ich tajemnicze szeptanki trwały dość długo. A uradowanym swym pomysłem staruszkom oczy lśniły mocniej niż lampy uliczne.Wreszcie obie cichutko zeskoczyły z obrazu i niezauważone przez nikogo, trzymając w dłoniach rąbki swych szerokich spódnic wyfrunęły przez okno, by zajrzeć do gospody "Pod złotym liściem". Tyle się tam miało dziać przecież! Najwyższy czas przyłączyć się do przygotowań!


25 komentarzy:

  1. Czy to nie jest ten sam Pan Pierniczek, który przekazał swoją cukiernię Joasi ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tenże sam. Tylko, że on nie przekazał cukierni a zamierzał Joasię wyuczyć, by może kiedys w przeszłosci mogła ją przejąć. Tak przynajmniej mi się wydaje, no chyba że już skleroza mnie ogarnia i ten tego!:-))

      Usuń
    2. Tak, tak posunęłam już ich historię do przodu.

      Usuń
  2. Niezwykle smaczna część opowieści. Oczami wyobraźni widzę skupionych ludzi w ciepłym, przytulnym kąciku w cukierni, gdzie rozchodzą się wspaniałe, korzenne zapachy, atmosfera jest serdeczna, a rozmowom i śmiechom nie ma końca:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesienią mam ochotę na ciepłe wnętrza,spotkania w serdecznym gronie, smakołyki i miło kojarzące się zapachy.To takie proste przyjemnosci, ale to własnie z nich skąłda sie życie ludzi prostych i zwyczajnych. takich jak mieszkańcy miasteczka. Takich, jak my własnie!:-))

      Usuń
  3. A ja znow wbrew, pod prad i w poprzek.
    No bo tak sobie czytam i z kazdym przeczytanym slowem bardziej zaluje, ze takie miasteczka, tacy ludzie to fantazja. O ile swiat bylby lepszy, gdyby ludzie kierowali sie sercem, wykazywali wiecej altruizmu, a mniej zawisci i chciwosci. Dlaczego nie ma dzieci, ktore nie zadaja dobr doczesnych, tylko rozumieja i kochaja? Dlaczego dorosli nie daja swoim dzieciom tyle milosci, zeby wystarczylo im za wszystkie lalki Barbie i zagraniczne ciuchy? Skad w ludziach tyle ponuractwa, bezinteresownej zlosliwosci, zamiast serdecznosci i usmiechu na twarzach?
    Olenko, Twoj cykl opowiadan budzi we mnie jakis bunt, ze nie moge miec takiego miasteczka, zyc w nim tak normalnie, tylko musze sie zmagac ze zlymi ludzmi, ktorych pelno na kazdym kroku? Brac sie za bary z przeciwnosciami, na ktore zupelnie nie mam wplywu.
    Chyba juz wyroslam z bajek, z romansow, ktore zawsze dobrze sie koncza, z pieknych wprawdzie, ale nierealnych opowiesci o dobrych ludziach. Nie ma takich!

    Mimo wszystko zycze Wam pieknych dni

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kazda wioska, miasteczko, miasto i jego dzielnica; spolecznosci mniejsze i wieksze skladaja sie z roznego rodzoju jednostek w przedziale od dobrych do zlych. Od nas samych zalezy, jakich ludzi zauwazamy, jakimi ludzmi chcemy sie otaczac, jakich spotykac, jakich nasladowac czy nagradzac; jakie wartosci uznajemy za szczegolne i takie, o ktorych warto powiedziec innym. Proces ciaglego przymierzania sie z innymi i sprzymierzania odbywa sie w codziennosci, od swiata, w naszych snach, w naszej fantazji... Swiat nie jest taki zly...

      Usuń
    2. Przepraszam: W zdaniu: "Proces ciaglego (....) w naszej fantazji...." nie 'od swiata' ale 'od święta'winno byc :).

      Usuń
    3. Też uwielbiam takie małe społeczności, gdzie jestem znana i rozpoznawalna. Chodzić do małych sklepików, gdzie obsługa wie, co lubię i co mi polecić, mieć blisko swoją fryzjerkę i pomocne sąsiadki, żeby w razie czego u kogo było zostawić np. klucze od mieszkania, kota, psa czy dziecko.

      Usuń
    4. Panterko! A ja, mimo że los nie raz dał mi kopa w cztery litery jeszcze chyba do końca nie wyrosłam z baśni i happy endów. A co więcej - bronię sie rękami i nogami by z nich kiedykolwiek nie wyrosnąć!
      Chociaz mam swoje powody do zmartwień, smutków, nerwów, złosci i bezradnosci to jednak staram sie wciaz widzieć jakieś światełko w tunelu. I udaje mi sie odnajdywac w otaczajacej mnie rzeczywistosci dobrych, prostych i serdecznych ludzi.
      I jeszcze chcę Ci powiedzieć, że mając bloga mozemy na nim tworzyc swoje światy, gdzie wyobraźni i marzeniom nikt nie stawia barier. I to my ustalamy w nich prawa i to my nadajemy im zycie.Cieszy mnie taka kreacja. Cieszę sie tym miasteczkowym światkiem. On uosabia moje marzenia a nierzadko rzeczywiste spotkania i obserwacje zachowan ludzi z prawdziwej rzeczywistości.Spotykam też oczywiście złosliwych, nieuczciwych, nieprzyjemnych ponuraków, malkontentów, fałszywców i chamów.Nie mam wpływu na to jakie osoby mieszkaja w moim otoczeniu. Staram sie jednak wyławiac tych, którzy niosą w sobie spokój, ciepło i poczucie humoru. I o nich pamiętac. I ich ciepłem sie grzać. Moze jestem naiwna, egzaltowana i irytująca z tym optymizmem i basniowym spojrzeniem na rzeczywistość, ale dzięki temu lepiej mi zyć. I chciałąm podzielic sie tym z Wami, moimi gośćmi. Ludźmi wrazliwymi i bliskimi mi a jednak dalekimi poprzez odległosci geograficzne oraz odmienne od moich problemy i spojrzenia na rzeczywistośc.
      Panterko droga!Czy po prostu nie możemy sie raz na jakis czas odstresować, zapomniec o wszystkim co nas boli i uwiera i po prostu pobiesiadować z usmiechem w gospodzie "Pod złotym liściem"?!!!:-)))

      Usuń
    5. Echo, dziewczyno droga!Patrzę na to wszystko podobnie! Często nie potrafimy zobaczyc w naszej rzeczywistosci jaśniejszych barw, chociaz one tam są i czekaja na odsłonę. Bo to, jaki jest świat zalezy często od naszego patrzenia na niego. Wszystko jest subiektywne. A w każdym miasteczku poza ludźmi przykrymi w zachowaniu są też ci mili, przyjemni i warci poznania.
      A jesli nawet nie umiemy ich dostrzec, to jest kwestią naszej wyobraźni i woli by mimo wszystko wiedzieć, że oni gdzieś tam jednak są.
      A blog daje wspaniała mozliwosc rozwinięcia skrzydeł wyobraźni i marzeń. Nie każdy musi sie zgadzać z moją wizją świata. Każdy ma swoją. Wynika ona z róznych doswiadczeń zyciowych. Z ogromu problemów i trosk, z którymi trzeba sie zmierzyc na codzień. Z poczucia bezradnosci, smutku i lęku wobec tego, co nas otacza. I z wielu jeszcze innych rzeczy. Dla mnie jedyną bronia w tym wszystkim jest własnie fantazja oraz patrzenie na rzeczywistosć w stylu Pollyanny i Ani z Zielonego Wzgórza. Widzieć wiecej dobra, niz jest go w istocie. Malować świat jasnymi barwami mimo naporu zła,nerwów, zgrozy, obaw i niemocy. Tak sobie radzę z życiem. Chociaz moje podejscie do rzeczywistości zapewne jest częstokroć odbierane jako infantylne, irytujące i nieprzystajace do pani w wieku balzakowskim, to tym niemniej tak ze mną jest. I niech bedzie dalej, bo to pozwala mi zyć i nie poddawać sie, gdy jest mi źle.
      A miasteczko odnalezionych mysli urodziło sie kiedyś, dawno temu w mojej głowie, gdy byłam bardzo smutna i potrzebowałam jakiejś tratwy ratunkowej. I tak kontynuuję sobie te opowieści przez lata a teraz dzielę się tym z Wami...

      Usuń
    6. Różo, gościu miły! I ja lubie to poczucie bezpieczeństwa oraz swojskosci, jakie zdarza się często w małych społecznosciach. Zawsze mieszkałam w wielkim mieście. Teraz od trzech lat moim światem jest mała wioska na Podkarpaciu.Jednak już od dawna marzyło mi sie takie własnie miasteczko, gdzie mozna mieć wszędzie bliskich znajomych, godnych zaufania sąsiadów i wielu przyjaciół.
      Taki własnie świat kreuję w moim nieco basniowym miasteczku odnalezionych mysli, ale w mojej wsi bywa podobnie(a przynajmniej ja tak to widzę), czym cieszę sie i odnajduję tu spokój, ciszę, dobrych ludzi oraz miejsce do bezpiecznego, godnego życia.I wierzę, że jest mnóstwo takich miejsc, że są jeszcze takie ciche, miłe miasteczka a w nim przyjaźni, uczciwi i godni zaufania mieszkańcy!:-))

      Usuń
  4. Zazdroszcze Ci, Olenko, tej umiejetnosci. Ja nie potrafie otworzyc swojej skorupy, w ktorej sie zamknelam, nie szukam ludzi, nie ufam im, bo zbyt czesto sie na nich zawiodlam. Dlatego przestalam lubic bajki i wierzyc w happy endy.
    Przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panterko kochana! Tu nie ma za co przepraszać. Przykro mi, że postawiłaś na ludziach a przez to pośrednio i na sobie kreskę.Przykro, bo na pewno nie jest Ci z tym dobrze.Przykro, bo nie wiem jak mogę pomóc. A bardzo bym chciała!
      Może nie ma w prawdziwym zyciu tak czystych, radosnych i beztroskich happy andów, jak w basniach, ale w wielu przypadkach, to my swoim nastawieniem malujemy rzeczywistość na jakieś kolory i nawet tam, gdzie jest błękit nieba bezpieczniej nam widzieć czerń. Własnie z obawy przed nowym zranieniem.I z tym swoim nastawieniem trzeba walczyć, jak z basniowym smokiem. Znaleźc w sobie gdzieś tam głeboko śpiacego rycerza i obudzic tego spiocha za wszelką cenę. Bo ta bestia z pieczary czasem jest niepozornym smoczusiem a wyolbrzymiana przez nasze nastawienie i obawy niepotrzebnie straszy nas po nocach.
      A czemu walczyć? Bo zycie trwa. I trzeba dać mu szansę. Starać sie mimo wszystko. Nie dla innych. Dla siebie.
      Piszesz Panterko, że nie szukasz ludzi. A blogi? Czy to nie jest szukanie jakiegos światełka w ciemnosci? Jakiegos rycerza i obrońcy przed samą sobą?

      Usuń
    2. Olenko, blog pisalam przez prawie dwa lata ot, tak sobie, do szuflady. Nie szukalam czytelnikow, nie czytalam innych blogow. Zostalam odkryta przez przypadek i za sprawa Anki Wroclawianki blogowisko mnie troche wciagnelo. Nie zabiegam o obserwatorow, nie chce wyroznien, komentuje, co mi lezy na sercu, a nie tak, jakby sie moglo podobac innym. Wiem, ze jestem dziwna i niekoniecznie popularna czy lubiana przez wszystkich, ale i to nie spedza mi snu z powiek. Nie mam nawet zamiaru sie zmieniac, za stara na to jestem.
      Miewam gorsze dni, a wtedy zdarza mi sie nieco wieksza jadowitosc w komentowaniu. Nie nalezy sie tym jednak przejmowac, bo to stan przejsciowy. Calkiem dobrze nie bedzie jednak juz nigdy.
      Bardziej cenie sobie chocby tylko jedna przychylna dusze od powierzchownej sympatii polowy blogowiska (to tak a propos tego, co napisalas powyzej, jestem szczerze wzruszona).

      Usuń
    3. Mysle, Panterko, ze chociaz jak wspominasz "blog pisałaś sobie do szuflady", ale jednak w internecie, gdzie każdy moze to sobie przeczytać. Czyli otwarta to i ogólnie dostepna szuflada.A posiadanie takiej szuflady zakłada, że jacys czytelnicy sie jednak znajdą. Inną jest sprawą czy przejmowałaś sie ich opinią, czy nie. Mysle, ze każdy w jakims tam stopniu sie przejmuje. A zwłąszcza osoby wrażliwe, zamknięte w sobie i myslące.
      Kochana koleżanko po piórze! Juz zdązyłam zauwazyc, że czasem twe komentarze bywaja ostre, do bólu szczere, by nie powiedzieć własnie "jadowite".To jest Twoim znakiem rozpoznawczym i nie mam nic przeciwko temu. Lecz znam już Twoją drugą połówkę ksiezyca - tę delikatną, wrażliwą, serdeczną i po prostu sympatyczną, toteż wiem, że jesteś rózna w zaleznosci od nastroju, samopoczucia, dnia. Ja zresztą też jestem rózna. I chyba w ogóle każdy.I mamy do tego prawo, bosmy nie manekiny, ale czujący ludzie.

      Podsumowując - bądźmy tacy, jacy jestesmy, nie siląc sie na sztuczne pochlebstwa i udawanie kogos kim sie nie jest, ale zauważajmy dobre prądy płynące od innych ludzi i uchylmy im w zamian maleńką chociaz szparke do drzwi naszych wnętrz. Bliskosc mie,dzy ludźmi to najpiekniejsza przeciez z mozliwych rzeczy na tym świecie.
      Samych dobrych rzeczy Ci kochana zyczę i ściskam mocno tę niedobrą kocicę!:-)

      Usuń
  5. Jednym tchem przeczytałam trzy części od razu:) I tak lubię, bo nie lubię czekać na coś co mi się podoba :)
    Ale i tak jeszcze sporo dni oczekiwania, bo ile jeszcze do jesieni. I teraz wiem za co ją lubię ... bo masz Oleńko więcej czasu na pisanie a ja na czytanie :)
    A wracając do miasteczka ... to moim zdaniem sami możemy wokół siebie stworzyć jego namiastkę. Skupić wokół siebie fajnych ludzi. Chodzić do sklepu w którym odpowiada mi panująca tam atmosfera. Można pożartować, pośmiać się. Zapraszać i odwiedzać ludzi nadających na tych samych falach. Przynajmniej my z mężem możemy już sobie na to pozwolić. Sami sobie jesteśmy szefami. A jak narzekamy to na własne życzenie. Bo organizujemy np. zawody psich zaprzęgów ... piszemy na to projekty... i wiadomo, że wtedy zaczynają się schody ... jak przychodzi je rozliczać. Ale przecież nikt nas do tego nie zmusza, chcemy to mamy.
    A tego spokoju to najpierw musimy szukać wewnątrz siebie, bo jak polubimy siebie to i polubienie innych, nawet z ich wadami, przyjdzie nam łatwiej. I lepiej będzię się nam żyło. I żeby nie wyszło, że nam to wszystko toczyło się z górki, nie, swoje w życiu też oberwaliśmy ... ale staramy się, przynajmniej ja ... szukać w ludziach dobrych stron i zawsze ich wytłumaczyć :) :) :)
    Ale się rozpisałam, tak jakoś tak to wyszło.
    Buziaczki z zalanej deszczem, mojej wioseczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nareszcie bardziej deszczowo się zrobiło, bo nie wiem, jak u Ciebie Miruś, ale u nas susza była w tym roku straszliwa!

      Dziekuję Ci za otwartą i szczerą wypowiedź na temat Waszego z meżem stylu zycia i w ogóle podejscia do rzeczywistości. To jest piękne - móc nareszcie być samym sobie szefem i wyznaczać prawa w swoim światku, zapraszać do niego podobnych sobie usposobieniem i wrazliwoscia ludzi, nie zmuszać sie do obcowania z obcymi, niesprzyjającymi nam osobnikami, których wszędzie mnóstwo się przewija.
      Do tego chyba każdy w zyciu dązy. Ale osiaga sie to niestety tylko cierpliwością, pracą, otwartością, przyjaznym podejsciem do samych siebie i innych.

      A najczęsciej dochodzi sie do tego wszystkiego w wieku rentowo-emerytalnym, kiedy człowiek nie musi juz ganiać codziennie do roboty, albo walczyć o każdy grosz. Mała, bezpieczna, codzienna stablizacja uspokaja nasze nerwy, leczy wiele frustracji i naprowadza mysli na przyjazne sciezki.
      Jesli ocali sie troche dziecka w sobie, to w wieku dojrzałym ono nareszcie ma szansę na ponowne zaistnienie. Nie w postaci zdziecinnienia,rzecz jasna, ale w formie bardziej luźnego, beztroskiego, życzliwszego i serdeczniejszego podejscia do świata i bliźnich. Nauczenia sie bycia szczęsliwym po prostu i zauważania w ludziach więcej dobra niz zła. A osiagnięcia takiego własnie stanu samej sobie i wszystkim z całego serca zyczę!
      Uściski ślę Ci Mirko gorące ze słonecznego dziś Podkarpacia!:-))

      Usuń
  6. Czytam i... to echo z lat dawnych. To se ne vrati, ale pisz, bo piękne i dobrze się czyta:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to niech się tak czyta nadal, Jaskółeczko droga!Niczego innego nie pragnę!:-)

      Usuń
  7. Bajki to mój świat. Kocham je. Kiedy tylko zacznę czytać od razu przenoszę się w ich czarowny, dobry świat. I tym razem dobro będzie górą, a to daje mi nadzieję i otuchę do życia tu, na jawie. Piękna jest Twoja opowieść, Olgo. Czytając ją często się wzruszam. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu droga! A ja dziękuję, że czytasz i odnajdujesz nawet w tym moim pisaniu jakieś powody do wzruszeń. To dla mnie najlepsza z mozliwych ocen tych moich basniowych w klimacie opowiadań. Mam nadzieje, ze ciąg dalszy nie rozczaruje Cię.
      Uściski serdeczne zasyłam dla rozmiłowanej w baśniach, tak jak i ja, ciepłej dziewczyny z Wrocławia!:-))

      Usuń
  8. Olu! Ja podobnie jak Anka Wroclawianaka kocham swiat bajek. Tak ciekawie przedstawiasz kazda z postaci ktore wezma udzial w balowej imprezie.
    Juz nie moge doczekac sie finalu i szukam balowych kiecek w swojej szafie aby chociaz wirtualnie przezyc ten bal.

    Zatancze z nimi jak nic, a co tam :)))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie sie ciesze, ze szykujesz sie juz do balu kochana czarownico Ataner! Ciekawa jestem Twojej kreacji! Ja wystapię oczywiście w mojej niebieskiej sukience w kwiatki, którą kiedyś pochwaliłam sie na blogu. Do tego stare, ale nadal wygodne pantofelki na obcasie. I będzie z przytupem!!!:-)))

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia