...Za oknem mglisto, chłodno, wilgotno. Natura otula się we wszystkie odcienie sepii. Trwa chwilowa, lutowa odwilż. Duże ilości ciężkiego śniegu zalegają jeszcze na polach i poboczach dróg, lecz coraz większe widać już połaci ubiegłorocznej trawy i błota. W domu ciepło od opalanego drewnem pieca, na którym powolutku pyrka zupa fasolowa na wędzonce. A ja doglądając jej od czasu do czasu siedzę przy kuchennym stole i czytam sobie nieśpiesznie, z lubością i tkliwością w duszy...
Lubię wracać do książek po wielekroć już przeczytanych, tak jak do muzyki wiele razy już słuchanej czy też do filmów kiedyś oglądanych. Wracam do nich jak do starych, dobrych przyjaciół, po których wiem, czego się spodziewać, którzy dadzą mi w danej chwili to, czego właśnie potrzebuję. Wystarczy jakiś impuls, jakieś odżywające ni stąd ni zowąd wspomnienie, leciutka nutka wzruszenia czy tęsknoty szepczącej coś w duszy i oto sięgam znowu do dzieł, które nigdy mi się nie znudzą, które potrafią przenieść mnie wyobraźnią i emocjami tam, gdzie czułam coś mocno i wyraźnie. A czucie to oznaczało przeważnie spokój, wzruszenie, zamyślenie, oddalenie od tego, co jest a przybliżenie do tego, co chciałabym by było. Rzadko potrafią dać mi to obecnie czytane książki, nowo poznane piosenki , utwory muzyczne czy filmowe dzieła. Owszem, zajmują oczy, ducha i serce przez jakiś czas, ale większość po zapoznaniu się z nimi ulatuje gdzieś bez śladu jakby ich nigdy nie było. A te dawne są i będą niby góry, które chce się oglądać i podziwiać, na które wciąż i wciąż chce się w swoim tempie wspinać, pamiętając emocje towarzyszące wspinaczce oraz wspaniałe widoki rozpościerające się po drodze. Podobnie bywa też z ludźmi. Im jesteśmy starsi, tym bardziej doceniamy swoje stare znajomości i przyjaźnie. Są sprawdzone przez lata, dają pewność dobrych relacji i nie zapowiadają rozczarowujących zaskoczeń. Zatem zazwyczaj podtrzymujemy je myślą, słowem i czynem, bo stanowią dla nas prawdziwe, bezcenne bogactwo. Trwają niby schronienie, do którego miło się wraca by się ogrzać, odetchnąć, porozumieć nawet bez słów. Oczywiście bywa też tak z nowo poznanymi osobami. Niekiedy udaje się spotkać ludzi, którzy stają się nam prawie tak bliscy, jak ci znani od dawna. Jednak to raczej rzadkie sytuacje. Wyjątki potwierdzające ogólną regułę.
Czy owa chęć powrotów do tego, co się już zna i lubi świadczy o starzeniu się, o skostnieniu umysłu, o tak częstej u starszych osób skłonności do zanurzania się we wspomnienia, bo tylko tam czują się swobodnie i bezpiecznie, tylko tam czas zatrzymał się dla nich w takiej formie jaką akceptowali, w jakiej czuli się na swoim miejscu? Być może...Wiele starzejących się ludzi lubi przenosić się myślami w przeszłość, a nieraz zamęczać otoczenie wspominaniem minionych czasów, opowieściami tyle razy już słyszanymi, że aby nie umrzeć z nudów wpuszcza się je jednym a wypuszcza drugim uchem. Jednak jeśli chodzi o mnie, to od kiedy tylko pamiętam, lubiłam sięgać po to, co już znałam i ceniłam, odnawiać starą znajomość oraz pogłębiać ją. Może zatem zawsze byłam taka młoda - stara...?
Myślę, że każdy z nas ma takie swoje ulubione utwory, które nigdy się nie nudzą i w których mimo wielokrotnego czytania, oglądania albo słuchania poza spodziewanymi doznaniami zawsze można znaleźć coś nowego. Wraz z upływem lat patrzymy na te same treści trochę inaczej, bo sami się zmieniamy, bo po nowemu postrzegamy pewne rzeczy, bo nagle potrafimy ujrzeć i docenić coś, nad czym kiedyś nasza uwaga zbytnio się nie skupiała. Dlatego nie sądzę, iż stratą czasu jest sięganie do dawniej czytanych książek. A wręcz przeciwnie. To dla mnie dowód, że potrafię zrozumieć i odczuć więcej niż kiedyś, więcej oraz inaczej. A choć coraz częściej nawiedzają mnie ponure myśli o nieuchronnym starzeniu się i otępieniu umysłu, o objawach demencji czy z nagła pojawiającej się i długo utrzymującej mgły mózgowej, to owe nowe spostrzeżenia pojawiające się w trakcie lub po lekturze, owe świeże doznania i wzruszenia trochę owej degeneracji mózgu przeczą. Taką przynajmniej mam nadzieję. I desperacko staram się jej trzymać, bo czegoś przecież trzymać się trzeba.
Ostatnio przytargawszy z gminnej biblioteki pokaźny stos nowych lektur odłożyłam je na regał bez większego zainteresowania. Jakoś odechciało mi się wgryzać w nowe historie, poznawać nowych bohaterów. Na samą myśl o tym odczuwałam znużenie i niechęć. Spojrzałam na te piękne, lecz nazbyt krzykliwe okładki obiecujące nie wiadomo jakie cuda w środku i westchnęłam z irytacją. Coś się we mnie najwidoczniej w tamtej chwili zacięło albo i znarowiło.
Jakoś nie mam chęci by wsiadać do tych kolorowych aut sportowych i w szaleńczej jeździe doświadczać ekscytacji na ostrych zakrętach dróg aby już nazajutrz pamiętać z tego raczej niewiele albo zgoła nic – pomyślałam.
Wszystko już było. A to co jest jakże często z tamtego się wywodzi, będąc zaledwie lichą kalką, imitacją, desperackim usiłowaniem bycia nietuzinkowym...
Tak niewiele zdarza się naprawdę chwytających za serce i dających do myślenia, ważnych, oryginalnych treści. Niestety! Większość to fast food. Ot! Zjeść, strawić i już za chwilę znowu czuć się głodnym, bo w tym sztucznym jedzeniu było wszak bardzo mało odżywczych składników – szepnęłam na widok owego imponującego stosu dzieł literackich z biblioteki.
Ale człowiek wciąż szuka...Naiwnie goni za mirażem. Nie traci nadziei, że znowu napotka prawdziwe olśnienie...
Jednak teraz tak naprawdę marzy mi się podróż w czasie... Wyjście na spotkanie mnie dawnej i skonfrontowanie ze mną obecną. Bo przecież wciąż się zmieniam. Czegoś nowego doświadczam. Lekcja życia trwa...
Dawno temu dotarło do mnie, że nie potrzebuję nigdzie daleko jeździć ani przenosić się cieleśnie gdziekolwiek, także i do dawnych czasów. Wszystko dzieje się przecież w głowie...W małej kropli wody mieszczą się całe światy. Wystarczy by moja wyobraźnia gdzieś mnie przeniosła. Jeszcze raz, jeszcze raz... - omiotłam uważnym spojrzeniem ustawione na regale książki – klasyki, stare, serdeczne przyjaciółki. Czułym wzrokiem prześlizgnęłam się po „Nocach i dniach”, „Lalce”, „Mistrzu i Małgorzacie”, „Ziemi obiecanej”, „Nad Niemnem”, „Zbrodni i karze”, „Annie Kareninie”, „Władcy pierścieni”... Nadal jednak nie odczułam w sobie wyraźnego odzewu. Nadal nie decydowałam się na wejście do magicznego powozu, po brukowanym trakcie mającym potoczyć się hen w wabiącą dal. Popatrzyłam zatem wyżej i uśmiechnęłam się, bo wreszcie dostrzegłam to, ku czemu serce mocniej zabiło. Lekko zawirowało mi w głowie i przeniosłam się w jakieś odmienne rejony istnienia. Otaczała mnie inna od mojej rzeczywistość w kolorach sepii. Uniosłam leciutko rąbek aksamitnej sukni. Poprawiłam woalkę przy kapeluszu oraz cieniutkie mitenki na dłoniach. A potem z ufnością wstąpiłam na pierwszy stopień karety mającej zawieźć mnie w głąb znanej i bliskiej sercu opowieści...
Bo oto ona sama nie wiem jak delikatnie dała mi znak, zatem skwapliwie wyłuskałam ją spośród innych. A wyłuskawszy z miejsca zapragnęłam wrócić do tego grubego tomu, który od kilku lat ufnie stał na półce i pokrywając się kurzem cierpliwie czekał aż znowu nabiorę ochoty by się weń zanurzyć. Oprawiony w ciemny, skóropodobny materiał, bez żadnych ilustracji i zbędnych ozdób wabił nienarzucającym się, cichym i subtelnym urokiem staroświeckiej, niemodnej historii. I natychmiast przypomniało mi się, co jedna z jej głównych bohaterek – Marynia Pławicka mówiła o różnicy między pamięcią a wspomnieniem:
„ Bo pamięć to jest skład, w którym leży przeszłość, a wspomnienie ma miejsce wówczas, gdy się do tego składu schodzi, żeby coś wydobyć.”
Owym składem, do którego tak skwapliwie weszłam, ową karetą, którą miałam ochotę pojechać w bliskie duszy rejony była tym razem. „Rodzina Połanieckich”, powieść autorstwa Henryka Sienkiewicza wydana w 1894 roku. Tak, wiem. Dla wielu osób to niewarta lektury ramota, nudne, staroświeckie czytadło, pełne archaizmów, opisów przyrody i dziewiętnastowiecznych realiów. Rozwlekły romans podlany nieznośnym sosem ckliwości, romantyzmu, pozytywizmu a na dodatek odwołania do naiwnej idei panslawizmu oraz mesjanizmu chrześcijaństwa. Można na tę powieść popatrzeć w ten sposób, jednak dla mnie to coś znacznie więcej. To ogrom treści dających do myślenia, do porównania z czasami i ludźmi współczesnymi, do sposobności przejrzenia się w refleksjach bohaterów niczym w lustrze. To wejście do zaprzyjaźnionego, pełnego bliskich znajomych domu. To sposobność przeżycia czegoś, co człowieka czymś pozytywnym wypełnia, oddala od obecnych trosk i lęków. To niezwykła podróż w głąb siebie. A właśnie to jest dla mnie najważniejsze w każdej lekturze. Nie tyle dzianie, lecz owo wgłębianie się w psychikę bohaterów, a do tego wspólnota refleksji z nimi, bliźniaczych skojarzeń, wzruszeń, podobieństw niektórych doświadczeń...Książka obfituje w głębokie i ciekawe przemyślenia jej głównego bohatera, Stanisława Połanieckiego i to stanowi jej ogromną przewagę nad ekranizacją utworu Sienkiewicza, świetnym moim zdaniem serialem nakręconym w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Także i do tego serialu czasem wracam a muzyki W. Kilara mu towarzyszącej z upodobaniem i zachwytem słucham.
Czy i Wy lubicie sięgać po stare, dobre czytadła? A jeśli tak, to po jakie? Ciekawa jestem jakie wywołuje to w Was emocje i uczucia? Jaka książka jest dla Was przyjaciółką, do której tęsknicie, gdy jej dawno nie odwiedzacie i do której po wielekroć wracacie...?
Masz podobne przemyslenia do moich. Wracam do autorow, nie calkiem do ksiazek, ktore przeczytalam ale do tych, ktore z jakichs powodow nie przeczytalam. Lubie fantazje ale bardzo wybiorczo. Daruje sobie latwe ksiazki, lekkie i przyjemne (mdle). Lubie tez nowosci, eksperymenty czy nowatorstwo tematyczne. Slowem: czytam tak jak w mlodosci. Moze wiecej jednak slucham niz czytam ale to jest to samo. Ksiazka jest ksiazka bez wzgledu na nosnik.
OdpowiedzUsuńPiękny post. Podpisuję się pod nim razem z Tobą. Ja też sięgam po stare, już przeczytane książki i robię to z przyjemnością. Niestety, często one mi przypominają, że moja pamięć już niedomaga, bo książkę odkrywam jak nową, nigdy dotychczas nie czytaną.
OdpowiedzUsuńCzytam dużo, rzeczy " stare" i nowe, ale niezmiennie wracam do Orzeszkowej i Rodziewiczówny.
OdpowiedzUsuń