W świecie idealnym nie ma cierpienia, złości, chorób, nieszczerości i obmowy. W świecie idealnym wszyscy beztrosko uśmiechają się do siebie, bo nie ma żadnych powodów do zmartwień. Nawet pogoda zawsze jest piękna. Sielankowe życie upływa zatem na rozrywkach, przyjemnościach, hobby i zabawach...
Czy chcąc żyć w świecie idealnym powinniśmy oddalać od siebie wszelkie złe wiadomości, smutki, zgryzoty i zmartwienia, udawać że ich nie ma? Czy to wystarczy? Czy niezagłębianie się w trudne tematy pozwoli nam ocaleć w jakiejś banieczce niezakłóconej niczym szczęśliwości? Jednak jeśli wszyscy odwrócą się od tych trudnych tematów, to kto je za nas załatwi, kto rozwiąże piętrzące się wszędzie problemy? A może same magicznie znikną?
Mamy z mężem taki zwyczaj, że czytając poranne wiadomości i ciekawe teksty w necie dzielimy się spostrzeżeniami i uwagami. Jednak ponieważ od jakiegoś czasu złych wiadomości wydaje się być coraz więcej i coraz więcej dostrzegalnych gołym okiem absurdów często nie potrafimy już nawet tego wszystkiego skomentować. Poprzestajemy na porozumiewawczych spojrzeniach i przygnębionych westchnieniach. Bo coraz mniejsza w nas wiara, że będzie lepiej. I pojawia się pytanie: skoro nic sami nie możemy z tym zrobić, to czy w ogóle powinniśmy się w to emocjonalnie angażować? Zatem angażujemy się coraz mniej, choćby po to by nie psuć sobie humoru. Jednak nadal nie potrafimy przyjmować z obojętnością tego, co się dzieje, odwracać się od świata i zajmować się wyłącznie tym, co dotyczy nas samych oraz tutejszego życia. Choć przecież coraz bardziej podeszłe lata powinny nas do tego usposabiać. I tu polecam Wam interesujący artykuł do przeczytania traktujący o zmianach w zachowaniu i postrzeganiu problemów u starszych ludzi:
To nie „zdziadzienie” ani obojętność. Psychologia ujawnia, co naprawdę dzieje się w głowie seniora
A wracając do marzenia o istnieniu świata i życia idealnego. Czy w ogóle możliwe jest gdzieś takie życie? Przecież nawet w baśniach prędzej czy później pojawić się musi jakiś negatywny bohater, jakieś smutne zdarzenie, groza, lęk i niesprawiedliwość. Musi, bo inaczej akcja utknęłaby w miejscu i byłaby to opowieść o niczym. Nudna, płytka, niewarta sięgnięcia po nią, bez happy endu i morału. Tak to przynajmniej wyglądałoby z boku, bo może dla bohatera tejże baśni byłby to upragniony scenariusz życia bez problemów i zmartwień. Dzień podobny do dnia. Powtarzalny, bezpieczny, przewidywalny, lecz jednocześnie nijaki...
Od razu przypomina mi się książka A. Huxleya „Nowy, wspaniały świat” i film oparty na niej. Widać tam właśnie niby w soczewce takie sztucznie stworzone szczęśliwe społeczeństwo. Społeczeństwo, któremu w sukurs przybywa najwspanialszy wynalazek ludzkości: soma. Soma - cudowny lek uwalniający od wszelkich ewentualnych smutków i zwątpień. Narkotyk aktywujący w ludziach nowe pokłady zadowolenia z tego, co jest.
Lecz czy członkowie takiego społeczeństwa przypominają jeszcze prawdziwych ludzi z krwi i kości? Ludzi potrafiących odczuwać coś mocniej i głębiej? Umiejących i chcących rozumieć innych, współczuć im, postawić się na ich miejscu? Nie. Takim jak oni wystarczy ślizganie się po powierzchni. Dla nich nie istnieją negatywne uczucia, takoż i nie ma w nich tych pozytywnych. Wszystko wydaje się jałowe, nieskażone głębszą myślą i uczuciem. Ludzie niczym cyborgi. Rzeczywistość tak idealna, że aż dystopijna. Każdy żyje osobno, lecz wszyscy są do siebie podobni. Tak samo radośni, tak samo puści. Związki międzyludzkie płaskie. Empatia, altruizm, umiejętność poświęceń to nic nieznaczące hasła. A jeśli ktoś śmie wyłamać się z tego schematu skazywany jest na banicję, na nieistnienie w nowym, wspaniałym świecie...
Zachęcam Was do przeczytania następnego ciekawego artykułu zalinkowanego poniżej.
Self-care weszło za mocno. "Umarł ci ojciec? Nie mam zasobów dla twojego smutku" | naTemat.pl
Znajdują się w nim rozważania o tym, w jakiej kondycji psychicznej i moralnej znajduje się nasze społeczeństwo. Żyjąc tu na cichym Pogórzu Dynowskim, z dala od wielkomiejskiej cywilizacji nie obserwuję jeszcze w otoczeniu tak negatywnych, jak opisywanych w owym artykule zjawisk. Jeszcze tu nie dotarły tak nowoczesne wynalazki współczesnej ludzkości jak asertywność czy pozytywne wibracje. A być może już tu są, tylko ja ich jeszcze nie dostrzegam zanurzona w świecie starych, sprawdzonych znajomości, powtarzalnej i zależnej tylko od pór roku codzienności, pośród tradycyjnie pojmowanych ról społecznych i powinności wobec innych ludzi, wynikających chociażby z poczucia sprawiedliwości, solidarności, przyzwoitości a przede wszystkim katolickiego miłosierdzia.
Czytając polecany powyżej tekst dowiedziałam się, że w ostatnich latach jako społeczeństwo oraz poszczególne jednostki społeczne bardzo zmieniamy się na niekorzyść. W imię ocalenia swojego kruchego szczęścia, nie chcemy się pochylać nad cudzymi sprawami, problemami, wikłać w czyjeś smutki i tragedie. Wszak z takim trudem zdołaliśmy osiągnąć jakąś harmonię, jakiś pozorny spokój. Dlaczego ktoś śmiałby go nam zakłócać swoimi niewesołymi zwierzeniami, obciążać nas nimi ? Dlaczego my mielibyśmy poświęcać dla kogoś swój drogocenny czas, myśli i uczucia? Krótkowzrocznie wolimy udawać przed samymi sobą, że da się żyć w oderwaniu od tych problemów, od trudnych tematów, że one nas nie dotyczą i dotyczyć nie będą. Wystarczy o nich nie słuchać, nie wiedzieć a wszystko będzie w porządku a piękny, dobry świat będzie nam dawał w prezencie tylko bajecznie kolorowe chwile...Wystarczy tylko o tym, co negatywne i niepokojące nie mówić, nie słyszeć, nie pisać, nie napełniać naszą energią niepożądanych zjawisk. A wówczas one znikną, jakby nigdy ich nie było. A całe zło przestanie istnieć. I nastanie raj na ziemi. Uśmiech już na stałe przylepiony do twarzy.
Czy na dłuższą metę da się istnieć w ten sposób? A co będzie, gdy jednak w naszym życiu zacznie się coś sypać? Zdrowie, kontakty międzyludzkie, pozycja finansowa? Czy w naszym otoczeniu ostatnie się wtedy ktoś, kto będzie chciał nas wysłuchać, pomóc, skoro my wcześniej nie byliśmy skłonni do wysłuchania innego człowieka? Skoro egoistycznie odsuwaliśmy go od siebie niby zadżumionego? Może teraz nam nie będzie komu się zwierzyć, komu wypłakać i trzeba będzie szukać innego pocieszenia, wypełniacza naszej samotnej codzienności, czegoś, co choć na chwilę pozwoli odetchnąć, zapomnieć o smutku, pustce i beznadziei? Ach, gdzież jest owa upragniona soma? Jej okruchy, marne namiastki znaleźć można dzisiaj tylko w mediach społecznościowych, w grach komputerowych, w zakupoholizmie, operacjach plastycznych, w obżarstwie, alkoholizmie i narkomanii itp., itd....Ale pewnie w przyszłości pojawi się znacznie więcej takich pocieszaczy, czarodziejskich leków jakże potrzebnych w naszych dziwacznych czasach, w naszej samotności...
Bo samotność wbrew wszelkim staraniom, modom i wynalazkom staje się coraz dotkliwsza...U starych i u młodych. Zainteresował mnie a nawet wstrząsnął obejrzany wczoraj na kanale zero felieton filmowy na temat degeneracji stosunków międzyludzkich, na temat malejącej ilości tradycyjnie pojmowanych romantycznych związków a zastępowania ich przez te nawiązywane między człowiekiem a sztuczną inteligencją...
Wynika z niego, iż dzisiejsza młodzież nie potrafi i nie chce się angażować. Woli mieć nieskończony, nieograniczony wybór między potencjalnymi, wyszukiwanymi w necie partnerami. Rosną wobec nich wyśrubowane wymagania. Coraz więcej jest singli, coraz mniej rodzin i dzieci. I narasta też smutek, bezradność, bo w tym sztucznym, cukierkowym świecie pozorów nie wypada się wychylać, nie wypada iść pod prąd. Pragnąć czegoś więcej, niż krótki niezobowiązujący small talk, błaha rozmowa o niczym, imponowanie sobie wzajemnie tym, co się posiada albo tym jak się wygląda. Jeśli nie potrafisz się dostosować, to cię zakrzyczą, wyśmieją, zadepczą a w najlepszym razie zamilczą. Lepiej już człowieku, gdy mimo wszystko jest ci źle, oddal się gdzieś, gdzie nikt cie nie zobaczy. Zwiń się w kłębek i wykrzycz się tam zdrowo albo popłacz sobie do woli. A w każdym razie nie pchaj się ze swoją toksyczną zgryzotą między tych pogodnych, pięknych ludzi. Nie niszcz im dobrego dnia aby tobie nikt go kiedyś nie zniszczył. Popłaczesz trochę i na pewno ci przejdzie. I zrozumiesz w końcu, że świat jest cudowny, wręcz idealny. To ty nie pasujesz do niego ze swoją ponurą miną. Ze swoim niepozbieraniem, zagubieniem, milionem pytań bez odpowiedzi. A jak ci i płacz nie pomoże, to odpal kompa i kup sobie nową sukienkę, kosmetyk, cokolwiek.... Albo wyślij migoczące serduszka do kogoś na komunikatorze. I ciesz się, jak takie same dostaniesz w zamian. No i będzie dobrze. Bo przecież musi być dobrze!
Ech! Po co ja właściwie piszę ten tekst? Wszak nie ma w nim nic odkrywczego a poza tym na blogach bardziej ceni się pogodne, dające uśmiech i nadzieję teksty, niż te poważne i powodujące niepożądany dyskomfort? Przecież blogi to także ucieczka od problemów, to część świata idealnego, którego nie powinno się zaburzać. Jednak we mnie wciąż kołacze się nadzieja, że warto. Warto dzielić się myślami, nawet jeśli są niewesołe. Warto polecać ciekawe teksty do przeczytania albo filmy do obejrzenia i do wspólnego przedyskutowania. Warto, bo moim zdaniem trzeba robić wszystko by jakkolwiek opóźnić tryumfalne nadejście „Nowego, wspaniałego świata” A. Huxleya, o ile już nie jesteśmy w tym świecie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje!