czwartek, 12 lutego 2015

Wyprawa w krainę słońca...Cz.4 - "Góry Flindersa"




   


   

   Wreszcie pokazały się zielone tablice informujące o bliskości miasteczek położonych w obrębie gór Flindersa. W miejscowości Hawker, ostatniej przed wjechaniem w dziki outback zatankowaliśmy do pełna samochód i już byliśmy gotowi na spotkanie z upragnionym celem naszej podróży – jednymi z najstarszych na świecie i najbardziej dzikich gór. 

 




   Łańcuchy górskie ciągną się tu przez nieomal 500 kilometrów. Najwyższym szczytem jest Saint Mary's Peak (1190 m n.p.m.). Park narodowy tych gór liczy sobie prawie tysiace kilometrów kwadratowych. Trzeba by tu spędzić parę miesięcy by zobaczyć wszystko co najważniejsze. My mieliśmy przed sobą zaledwie kilka dni zwiedzania…



   I oto one. Podobne do ciągnącego się w nieskończoność smoczego grzbietu i kolorowe jak najwspanialsza baśń fantasy grzbiety gór. Zarysowują się przed nami coraz wyraźniej.  Wytrzeszczamy oczy i rozdziawiamy w zachwycie usta, zupełnie zapominając o dotkliwym żarze uparcie lejącym się ze styczniowego nieba. Jakże zaskakuje nas koloryt i wielowarstwowa faktura tych wzniesień.  Z folderów turystycznych udało nam się dowiedzieć, iż mają one tak cudowne pomarańczowo – żółto - brązowe odcienie i niezwykłe kształty, gdyż zbudowane są z kolorowych skał osadowych, zawierających spore domieszki rud ołowiu i miedzi. Właśnie dzięki temu tworzą niesamowicie malownicze i niepodobne do żadnych innych ciągnące się w nieskończoność, wielobarwne łańcuchy. 


   Żyją tam dziesiątki tysięcy różnokolorowych kangurów, walabi, ogromnych strusi emu, kolorowych papug i wielkich orłów. Jest tam po prostu jak na ożywionej pocztówce z Australii. Wszędzie pomarańczowo-ziemiste drogi, skaliste ścieżki a wokół kolorowe przestrzenie porostów, buszu i eukaliptusów. A dookoła skaliste, rozpalone słońcem, buchające niezwykłymi barwami góry, niteczki wielokilometrowych, ekstremalnych szlaków, zwaliska liczących kilkaset milionów lat skał, grupy bujnych cyprysów, trawodrzew, akacji, skrubu, drzew gumowych i niteczki wyschniętych, biało-niebieskich koryt prastarych rzek. 




    Od kilku tygodni tam nie padało, więc wszystkie miejscowe potoczki i jeziora wyschły, ale podobno po deszczu wszystko to ożywa, błękitnieje od silnych, wzburzonych nurtów. Zmienia zupełnie nastrój i koloryt. Tworzą się mniejsze i większe jeziora. Barwami oszałamiają kwietne kobierce. My, będąc tam w najcieplejszym i najsuchszym sezonie letnim dostrzegliśmy po drodze zaledwie jakieś marne resztki wody w wielkim korycie rzeki, a od razu dodawało to głębi tej pomarańczowo złotej, suchej okolicy.



   Późnym popołudniem dojechaliśmy do Wilpena Pound, ogromnego, bo zajmującego powierzchnię aż 9 hektarów, przypominającego wielki krater meteorytowy, naturalnego amfiteatru otoczonego łańcuchami górskimi. Kiedyś był on miejscem zgromadzeń aborygeńskich ludów. Dziś pozostały tu po nich liczne pamiątki w postaci malowideł i rysunków naskalnych. W XIX wieku znajdowało się tutaj wielkie gospodarstwo liczące 120 tysięcy owiec! Nie potrzebowano żadnych zagród bo dwa pasma górskie w naturalny sposób wyznaczały wielkie pastwisko. Do dziś można tu zobaczyć dom rodziny Hill, która niegdyś prowadziła tę hodowlę. Kotlina Wilpena Pund nazywana jest małym rajem na ziemi, ponieważ wydaje się idealnym miejscem do pieszych wędrówek po buszu, obserwacji dzikich zwierząt, wspinaczek i przejażdżek kamienistymi korytami wyschniętych rzek. Najlepiej widać piękno Wilpeny oraz wiodącej do niej malowniczej drogi, gdy dotrze się na wzniesienie, gdzie jest punkt widokowy (Razorback Lookout). 




   Miejsca na nocleg poszukaliśmy na polu campingowym ośrodka wypoczynkowego Wilpena. Rozłożyliśmy namiot na różowo-piaszczystym terenie między eukaliptusami. W pobliżu mieliśmy sanitariat z porządnymi prysznicami i toaletami. A jedynymi naszymi sąsiadami byli bardzo kiepsko mówiący po angielsku, niezbyt towarzyscy Francuzi. A więc nie narzucaliśmy się im i chadzaliśmy swoimi drogami, ciesząc się wspaniałymi widokami dookoła, ciszą i bezludziem.





   Wieczorem udawaliśmy się natomiast do centrum naszego ośrodka wypoczynkowego, gdzie w skromnie, lecz ładnie urządzonej restauracji raczyliśmy się zimnym piwem oraz oferowanymi tamże egzotycznymi smakołykami, charakterystycznymi dla kuchni australijskiej. Były to grillowanie kawałki mięsa kangura, krokodyla i strusia podawane z frytkami oraz nieodłączną sałatką Coleslaw.
   Jak nam to smakowało? Prawdę mówiąc nie nadzwyczajnie! Mięso kangura jest zbyt  włókniste, suche i bardzo czerwone! Krokodyl zanadto tłusty i kurczakowaty. A struś prawie jak stary indyk! Ale lubiliśmy zawsze próbować wszystkiego, co się dało, nie wybrzydzając i poprzez dziwne, regionalne smaki poznawać w ten sposób pełniej krainę tęczy. A tak właśnie nazywają czasem Australię przybywający do niej cudzoziemcy. Dlaczego? Ponieważ prawie po każdym deszczu, czy byle mżawce, na niebie pojawia się tam cudownie wyrazista tęcza. I utrzymuje się długo, dając okazję takim jak my, domorosłym fotografom, do utrwalania jej po wielekroć w różnych fazach pojawiania się i zanikania. W górach Flindersa jednakże nie dane nam było ujrzeć tęczy, ponieważ przez czas pobytu w tamtych okolicach niebo trwało nad nami zupełnie bezchmurne i nie zapowiadało się by przed jesienią miało się to zmienić.



   A wracając jeszcze do naszych wieczornych odwiedzin w restauracji ciekawą dla nas rozrywką było wspólne z przebywającymi tam gośćmi oglądanie telewizyjnej relacji z rozgrywek meczy tenisowych na Australia Open. Jakże się tym Australijczycy podniecali! Jakież entuzjastyczne okrzyki wydawali, gdy któryś z ich ulubieńców powalał nieomal na łopatki swego przeciwnika.  Ich faworytem był wówczas rudowłosy Australijczyk Lleyton Hewitt. Naszym zaś działający niczym niezmordowany cyborg Rafael Nadal. Dzisiaj nie pamiętam już, kto wówczas wygrał. Wciąż jednak mam w pamięci pełne blasku oczy tamtych rozemocjonowanych Australijczyków, ich ogorzałe twarze i tę niepowtarzalną atmosferę przeżywanych wspólnie wzruszeń. Nie wiedzieliśmy jeszcze wówczas, iż za rok o tej porze sami będziemy śledzić na żywo tenisowe rozgrywki obserwując je z ekscytacją na położonych w pobliżu centrum Melbourne kortach. Na własne oczy widzieliśmy wówczas umięśnioną Serenę Williams oraz przystojnego Rafaela Nadala! Wokół nas szaleli rozemocjonowani ludzie. Pogryzali pop-corn i chipsy. Krzyczeli dopingując swych faworytów tak głośno, że nie słychać było własnego głosu. Zażarte potyczki trwały aż do nocy. A ciekawskie gwiazdy zaglądały na tą ludzką ciżbę poprzez ogromny, magicznie rozsuwany dach kortów.



   Pierwszego poranka spędzonego na górskim obozowisku wstaliśmy bardzo wcześnie obudzeni przez wlewające się nam do namiotu złociste światło świtu. Nie przejmując się wcale swobodnym, domowym negliżem powędrowaliśmy przed siebie w stronę pomalowanej na intensywnie pomarańczowe odcienie widocznej w oddali góry.


 Mijaliśmy pasące się wszędzie, nie zwracające na nas najmniejszej uwagi kangury oraz uśpione jeszcze namioty innych, odległych od nas obozowiczów. Powietrze było cudownie rzeźkie. Niebo bławatkowe. A ponad buszem kołowały papugi kakadu, galah i rozele, lśniąc czerwienią, żółcią, różem, zielenią i błękitem. Ptaki obsiadły także gromadnie suche gałęzie rosnących w pobliżu powyginanych od wichrów drzewek, kazuaryn, oraz wielkich eukaliptusów z gatunku drzew gumowych. 



   Nagle tę pełną słodyczy ciszę przerwały histeryczne chichoty szarobiałych kokabur, zresztą także należących do gatunku papug.  Pewnie się czegoś wystraszyły albo tylko chciały nam dać znać o swoim istnieniu. Zawirowało w powietrzu. Tuman kurzu wzniósł się wysoko. I po chwili nie było już widać w pobliżu ani jednej papużki…


   Wróciliśmy szybko do obozu i w kilkanaście minut potem mknęliśmy już przed siebie, chcąc zwiedzić jak najwięcej wabiących nas zewsząd swym czarem zakamarków gór Flindersa.



    Jadąc za znakami trafiliśmy do tajemniczego, aborygeńskiego wąwozu, zwanego Sacred Canyon, gdzie panowała kompletna cisza i jakiś nastrój monumentalnej wielkości oraz niepojętej, obcej magii. Pomarańczowe skały w kanionie pokrywały wykonane tysiące lat temu tajemnicze rysunki Aborygenów ze szczepu Adnyamathanha. Aby zrozumieć, co one przedstawiają i pojąć, iż był to swoisty kod komunikowania się między członkami plemienia trzeba przestudiować dokładnie tablicę z objaśnieniami tychże rysunków. Tablica postawiona była tuż przy szlaku. Zobaczyliśmy na niej proste, piktograficzne znaki: okręgi, ślimaczki, strzałki, półkola oraz kilkoma kreskami oddane podobizny ludzkie
   Studiowałam ją z szacunkiem i przejęciem, wyobrażając sobie jak niezwykłe życie toczyło się w tych okolicach setki, tysiące lat temu. Jak bardzo cywilizacja białych osadników wyrugowała stąd utrwalony przez tysiąclecia naturalny porządek rzeczy, zamieniając to i inne miejsca w przepiękny, oddany na pastwę często przypadkowych i nieświadomych rangi tego miejsca turystów park narodowy, przemierzających tę mityczną krainę w kolorowych autokarach i hałaśliwych autach z napędem na cztery koła...



   

    Chcę wierzyć jednak, że siła i duch Australii nie podda się do końca naporowi współczesnej kultury i technicyzacji. Wszystko to, choć tak przytłaczająco wszechobecne, zniknąć może tak szybko, jak woda w słonych jeziorach. I wróci stare, niezniszczalne piękno nieograniczonej niczym natury. Wrócą i odrodzą się w pełni ludzie z tej ziemi się wywodzący. A magia tych skał, dolin, jaskiń i rzek znów przemówi z całą wyrazistością. Ożyją mity, tubylcze sny, legendy i tradycje. Odezwie się znowu świat, który istniał tutaj ponad 40 tysięcy lat zanim nastały rządy białych, jakże aroganckich ludzi.



Mit



W tysiącach, milionach kropeczek,
w tych wirach i splotach skupienia
Wyłania się rzeka bez kresu, 
wokół czerwona trwa ziemia

 Przy skale srebrzysta jest ścieżka,
to wąż, który pełznie lękliwie
Bo dalej kołuje orzeł, rozgląda sięwokół wnikliwie

A stara kobieta klęcząca coś
szepcze wnukowi od świtu
I palce w farbie zamacza, wzór biegnie magiczny, wspaniały
Czerwienie, zielenie i biele, i
granat jak tło tego mitu
Staruszka spogląda przed siebie a potem szepcze – patrz, mały:
…Wąż błyska nową nadzieją i umknąć chce drogą krętą
A orzeł w niego wpatrzony przemierza krainę tę świętą 
Ucieczka trwa w nieskończoność i pogoń, co nie zna zmęczenia
Czy nigdy nie zmierzą się w walce? Czy spoczną w spokoju strumienia?
Lecz zobacz, już kula słoneczna wynurza się nad falami
A orzeł przysiada za drzewem, zasadzkę szykuje wężowi
Tam kaczek stado nadpływa, by bawić się promieniami
A widząc orła znikają, w błękitnej tajemnic toni
Lecz zguba czai się wszędzie, wąż skręca za wielkim drzewem…
-Co dalej babuniu będzie?
-Me palce to wiedzą, ja nie wiem… 
I śni się ta stara historia i żyją legendy i znaki
A stara kobieta na kamień nakłada magiczne swe plamki...



   Z innej tablicy natomiast dowiedziałam się, czym kiedyś odżywiali się przebywający w tych stronach Aborygeni. Jakież to przysmaki rodzi ta spieczona słońcem, fascynująca miedziano - żółta ziemia? Okazuje się, że w górach Flindersa natknąć się można na dziką odmianę pomarańczy zwaną przez lud z plemienia Yuras igą, a także na dzikie gruszki zwane maiaką. Rosną tam także drzewa Urti owocujące dzikimi brzoskwiniami. A z akacji nazywanej przez tubylców Nguri dało się pozyskiwać pożywne nasiona, które po utłuczeniu na mąkę nadawały się do wypieku chleba. Natomiast nektar z pałkowatych kwiatów trawodrzew po rozpuszczeniu w wodzie tworzył wyśmienity, słodki napój. Z kolei liście ogromnego, rosnącego nad brzegami rzeki czerwonego eukaliptusa Wida wykorzystywane były do sporządzania lekarstw na gorączkę i przeziębienia. W diecie tutejszych Aborygenów były oczywiście także zwierzęta: mrówki, cykady, dzikie pszczoły i ich miód, kangury, wombaty oraz ryby, które w sezonie deszczowym występowały w górskich rzekach w wielkiej obfitości…



   W innej części gór Flindersa widzieliśmy pozostałości opuszczonych sto lat temu siedzib ludzkich – pionierów osiedlających się tam w dziewiętnastym wieku. Były to małe, kamieniste, rozpadające się chaty dziewiętnastowiecznych osadników. Te ceglasto-gliniaste szczątki domów mają swoją ciekawą historię i ducha przeszłości, a są australijskimi zabytkami, bo przecież o inne zabytki trudno w kraju, który liczy zaledwie dwieście lat istnienia. Zwiedzaliśmy pozostałości po dawnych cmentarzach. Obejrzeliśmy też ruiny osady Kanyaka Homestead, gdzie istniał w XIX wieku najbardziej oddalony od stolicy stanu Adelajdy budynek poczty. Powodem osiadlania w tych dziewiczych okolicach była kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego (w miejscowości Leigh Creek) oraz złoża srebra,  rud ołowiu i miedzi.





   Kilkukrotnie wjeżdżaliśmy na wysokie szczyty, aby zachłysnąć się pięknem okolicy, tymi ciągnącymi się w nieskończoność oranżowymi górami albo widoczną w oddali niezmierzoną sawanną. Wierzyć się nam nie chciało, że może istnieć takie piękno, spokój, oszałamiający bezkres. I prawie nigdzie nie spotkaliśmy żywego ducha! Niekiedy tylko widywaliśmy w oddali jakieś znikające za linią horyzontu, pokryte pomarańczowym pyłem auto terenowe. A poza tym krążyliśmy łososiowymi w odcieniu, kamienistymi drogami tak bardzo dalekimi od cywilizacji, iż zastanawialiśmy się niekiedy, czy aby nie przenieśliśmy się w czasie i czy za chwilę nie wyskoczy nam na drogę jakiś nagi Aborygen z oszczepem, przeganiając nas zazdrośnie ze swych sekretnych miejsc!




   Zamiast rzeczonego Aborygena napotykaliśmy często grupki kroczących dostojnie strusi emu. Te ogromne ptaki popatrywały na nas uważnie i gdy próbowaliśmy się zbliżyć odbiegały na bezpieczną odległość, aby paść się na trawach i wyjadać spośród nich nasiona oraz owady. Ukryci bezpiecznie za krzakami fotografowaliśmy je aż do czasu, gdy znudzone odmaszerowały spokojnie w gęstwinę pobliskiego buszu. 



  Żałowałam, iż nie natrafiliśmy wówczas na ich okres godowy. Moglibyśmy wówczas wysłuchać ich charakterystycznych, buczących dźwięków a może i zaobserwować taneczne, miłosne podchody tak, jak w pobliżu Melbourne udało nam się po wielekroć być świadkami kangurzych zalotów. A propos godów, to przypomniało mi się wtedy, iż u emu to głównie samiec poświęca się wysiadywaniu jaj i opiece nad potomstwem, podczas gdy samica zajmuje się zdobywaniem pożywienia i pogaduszkami ze swymi siostrami i przyjaciółkami. Tak więc, modne obecnie „tacierzyństwo” nie jest jakimś oryginalnym pomysłem ludzi, ale rozsądnym wzięciem przykładu z zachowań tych największych na świecie, mądrych ptaków.


   Na naszym górskim campingu, gdzie spędziliśmy kilka nocy mieliśmy do czynienia z prawie zupełnie oswojonymi kangurami, które dały się głaskać, karmić i poić. Spoglądały nam ufnie w oczy. Cierpliwie pozowały do zdjęć a potem wciskały się do namiotu i gmerały w torbach w poszukiwaniu przysmaków. A były przy tym tak namolne i silne, iż z ogromnym trudem udawało się je wypchnąć z namiotu i odwrócić uwagę czymś na zewnątrz. Z tego wszystkiego żałowaliśmy, iż zaczęliśmy je częstować, bo wprost nie dało się odczepić od tych sympatycznych, lecz upartych torbaczy. 




   Byliśmy niczym dobrzy Mikołajowie dla tamtejszych spragnionych zwierzątek, bo szczodrze dokarmialiśmy kangury oraz okoliczne ptactwo naszym suchym pieczywem, nalewaliśmy im wody do miski, polewaliśmy spieczoną, złaknioną odrobiny wilgoci ziemię. Ach, jak te stworzenia się tym cieszyły! Ptaki zlatywały się gromadami i nie wierząc własnym oczom gremialnie piły wodę z miski. Chyba pierwszy raz w życiu miały możność pić z jakiegoś naczynia, bo najpierw nie wiedziały nawet, co to za przedmiot i do czego właściwie służy?! Okrążały raz po raz miskę, dziobały ją i usiłowały zajrzeć pod spód. Wreszcie ośmieliwszy się widocznie wszystkie po kolei wykąpały się w tej cudownie zimnej wodzie. Rozkoszowały się każdą kroplą i każdym okruchem bułki. Podskakiwały. Wyrywały sobie jedzenie z dziobków. Moczyły skrzydełka a potem rozpościerały je szeroko, rozkoszując się wilgocią. A my obserwowaliśmy ich igraszki z ogromną przyjemnością!




   Także i my, spędzając całe dnie w tym gorącym, suchym powietrzu korzystaliśmy z każdej nadarzającej się okazji by zaznać ożywczej kąpieli, czy przynajmniej spryskania twarzy chłodną wodą. Po zwiedzeniu kolejnych ruin domków osadników przysiadaliśmy pod ustawionymi na szlaku wiatami i polewaliśmy się wzajemnie kubkami zimnej wody, czerpanej z ogromnych, zaopatrzonych w kraniki baniaków, ustawionych tam zapewne dla takich jak my, przegrzanych turystów…
   Mimo upału góry Flindersa zdawały się nam cudownie ocalałym rajem. Krainą, którą dane nam było zaledwie delikatnie dotknąć, przeczuć, i na zawsze pozostawić nas w zachwycie, oszołomieniu i szacunku dla potęgi dzikiej, wciąż tajemniczej, nie zepsutej jeszcze przez człowieka natury…



* W następnym odcinku opiszę nasz powrót do domu...I to już będzie ostatnia część tej przydługiej, australijskiej opowieści...

16 komentarzy:

  1. Czytamy z Malzonkiem moim kochanym, ogladamy zdjecia, usmiechamy sie oboje rownoczesnie widzac kangurka jedzacego z reki :)
    Pozdrawiamy Was Olenko serdecznie dziekujac za nasz wieczor z Waszymi pieknymi wspomnieniami :)
    Orszulka z Robertem :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oboje z Cezarym jestesmy wzruszeni, że Ty Orszulko i Twój Robert zechcieliście spedzic z nami ten czas i przenieść sie wyobraźnia do gorącej, Południowej Australii. Dziekujemy Wam za to serdecznie! Trzeba przecież było poswiecić sporo czasu na przeczytanie i obejrzenie wszystkiego w tym poście. A chciaż miło mi sie snuje i spisuje te wspomnienia bo duszą przenoszę sie do tamtych chwil, to te moje opowieści nabieraja dodatkowego znaczenia, gdy jest ktos, kto je czyta i napisze potem o tym tak zyczliwy, jak Wasz komentarz!♥
      Pozdrawiamy Was bardzo serdecznie!:-))***

      Usuń
  2. Zazdroszcze Wam mozliwosci tak bliskiego obcowania z fauna australijska. Wszystko takie egzotyczne, strusie, papugi i kangury. A czy w tamtych okolicach nie ma misiow koala? A slawetne psy dingo?
    Znow dalas nam wielka porcje Australii do poczytania i obejrzenia. Dziekuje, Olenko :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misiów koala w tamtych okolicach nie ma. Natomiast psy dingo owszem są w Górach Flindersa, ale chyba w jego bardziej północnej stronie. My ich nie spotkaliśmy w naszych wędrówkach. Moze i dobrze, bo to przecież niebezpieczne drapieżniki.
      Cieszę sie Anusiu, ze czytasz moje wspomnienia i że Cię nie nudzą za bardzo. Dobrze mi sie to pisze i aż dziwię sie samej sobie, jak duzo rzeczy mi sie przypomina, gdy oglądam te zdjecia sprzed lat.
      Usciski gorące zasyłam!:-))***

      Usuń
  3. I ja po prośbie......
    Jeśli jest taka możliwość zimowa, to na kolejne opowieści czekam...
    Herbatkę z cytryną przynoszę, dziś jeszcze pączka i w świat z Wami wędruję....

    Pozdrawiam blogowo Waszą dwójkę, przygody niedostępne dla zwykłego człowieka podziwiając z życzliwością i uśmiechem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Alis! Jestem w trakcie pisania ostatniej części tej upalnej opowieści. A ponieważ australijskich wspomnień mamy oboje z męzem mnóstwo, to pewnie nie raz jeszcze cos w tym stylu sie na blogu pojawi. Szkoda przeciez, by tyle pieknych wspomnień marnowało sie to w szufladkach naszej pamieci i w komputerowych archiwach, prawda?
      Pozdrawiamy Cię oboje bardzo serdecznie i cieszymy się, że mamy w Tobie zyczliwą i wierną czytelniczkę!:-))
      P.S.
      A pączka by mi sie chciało, tak na sniadanko, do kawki...!:-))***

      Usuń
    2. :)
      szkoda, że nie mogę przez monitor Ci podać, bo u mnie 3 zostały..........

      Usuń
  4. Ufff... wreszcie udało mi się załadować ten wpis i poprzedni... internet mamy lichy, a jak jest tyle zdjęć, to w ogóle dramat...
    Ale jak to wspaniale, że jest tyle zdjęć! Jakie są niesamowite ;) Co prawda, zgadzam się z Magdą S., że to kraina Żar-Ptaka, ale... jak cudnie ogląda się Twoje wspomnienia, gdy za oknem wciąż brakuje słońca, ciepła ;)
    Kangury jedzące z ręki rozczuliły mnie, mają pyszczki bardzo podobne do owczych ;D
    Toście sobie sprawili wycieczkę... wyprawę nawet. I już chcecie wracać? Chcemy jeszcze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz Internet tez czasem urządza nam wielkie spowolnienie, wiec rozumiem dobrze o czym mówisz doga Inkwizycjo. Wkładam w te posty duzo zdjęc, ale przeciez to i tak tylko marny wycinek tego, co mamy w naszych archiwach! i za kazdym razem mocno sie zastanawiam, co z tego pokazac a co zachować w cieniu.
      Kangury w tamtym obozowisku były niesamowicie namolne! Momentami wręcz agrsywne - tak mocno dopominały sie o jedzenie! A pyszczki maja rzeczywiscie urocze. No i wygłaskałam je, w zwiazku z tym, wypiesciłam, bo jak wszystkie znane mi ssaki lubia być drapane za uszami!
      Tak, przed nami w tej opowieści juz tylko powrót. Zmęczeni już byliśmy juz tą wędrówką, a nasi obecni czytenicy czytaniem tych przydługawych postów. Ale jesli lubisz Inkwizycjo takie australijskie opowieści, to obiecuje, ze na pewno nie raz sie one tu jeszcze pojawią. Jak znowu najdzie mnie ochota na wspominki a czas będzie łaskawy...
      Oboje z męzem pozdrawiamy Cie gorącoInkwizycjo i zyczliwy uśmiech w przepiekne Góry Izerskie zasyłamy!:-))*

      Usuń
  5. Kangury w namiocie!:) Takie namolne kangurzyska skojarzyły mi się z naszymi rozpuszczonymi kozuchami :) Nie miałabym szans ich wyrzucić z namiotu!
    A wędrując tak przez Dreamtime, nie zaplątaliście się w ich sny? A może wyśniliście powrót?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie wszak jest snem. I tamta podróz jak sen dzisiaj mi się zdaje. Dziwne to wszystko...
      Uściski Madziu!:-))

      Usuń
  6. Surowe krajobrazy, wiek gór przyprawiający o zawrót głowy, zdawać by się mogło, że nic nie ma prawa tu żyć; a jednak prawowici mieszkańcy tych ziem doskonale dawali sobie radę; dzięki opisom i zdjęciom z wyprawy wędruję z Wami tam, gdzie nigdy nie będzie mi dane dotrzeć; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byliśmy tam latem - w najbardziej suchym okresie. Dlatego też góry te i ziemie zdawały się nieco nieprzyjazne i jałowe. Ale zimą zmienia sie tu diametralnie wszystko. Oglądałam zdjęcia i czytałam relacje z zimowych wypraw w Góry Flindersa - wtedy to raj pełen kwiatów, strumieni, zapachów i życia w każdej postaci.
      A Aborygeni dawali sobie radę w każdej sytuacji - wielotysięczne doświadczenie tubylców nauczyło ich tej sztuki. To my, biali, pozostawieni tam samym sobie sczeźlibyśmy na trzaskę....Ach! Fascynuje mnie wiedza i kultura Aborygenów. Mogłabym o nich czytać godzinami.
      Pozdrawiam Cię ciepło Marysiu, dziękując za merytoryczny, refleksyjny komentarz!:-)*

      Usuń
  7. Każda kraina ma przodków, którzy żyli zgodnie z naturą i radzili sobie doskonale. Ale czasem zdarza się tragiczna historia, gdy obcy zawłaszczają ziemię i dziesiątkują tubylców, traktując ich z pogardą a pozostałą resztę oswajają z alkoholem, zarażają przywiezionymi chorobami... Tak było z Indianami, Aborygenami, Murzynami, Tybetańczykami... Prawie zawsze arogancja białego czy żółtego człowieka, niszczyła mądrą, starą, bogatą kulturę. I mimo działań obecnych stowarzyszeń " to se ne wrati". Bardzo szkoda.
    Mimo piękności zdjęć i opisów jakoś smutno mi. I żal. I wstyd za białasów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz krysiu, spisując te wspomnienia sięgnełam znowu do dostepnej mi na temat Aborygenów literatury, obejrzałam parę filmów w necie i tez ogarnał mnie ten swoisty smutek...To taka bezradnosć, że nic sie nie da zrobić, poprawić. Świat toczy sie po swojemu i kieruje swoimi prawami czy raczej bezprawiem. Słabsi giną lub są spychani na margines. Dopiero po czasie przychodzi jakies opamięanie wzród butnych do tej pory zwyciezców. Przepraszaja nawet, tak jak premier Australii Kevin Rudd w 2007 przepraszał Aborygenów za wszystkie krzywdy. Słuchali go ze łzami w oczach...Ale ich krzywdy sie już nie zmaze, nie odwróci biegu czasów...
      Pozdrawiam Cie Krystynko ciepło, w zamyśleniu i dziękuję za mądry komentarz!***

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia