piątek, 10 stycznia 2014

Scenki z życia Henryczka - cz.3. "Repatriacja"






…Łatwo było powiedzieć – wyjeżdżamy! Jednak po początkowej fali euforii zaczęły pojawiać się nieoczekiwane wątpliwości i przeszkody. Bo naprawdę ciężko pożegnać się na zawsze z domem rodzinnym, dorobkiem całego żywota, z cmentarzem, na którym leżało tylu krewnych, z bliskimi sercu zakątkami a także z pozostającymi na miejscu przyjaciółmi. Ta daleka, nieznana Polska kusiła dostatnim, spokojnym życiem, nowymi perspektywami zawodowymi a nade wszystko większą wolnością.  Była jednak dziwnie obca…Mityczna i nierealna. Będąca zbieraniną nieznanych sobie ludzi o dziwnych dla Kresowiaków nawykach, tradycjach i obyczajach. Krainą z wyśnionej, lecz bardzo dalekiej planety…

- Chciało się jechać! Bardzo chciało! Jednak w bezsenne noce serce dudniło ni to oczekiwaniem wielkiej odmiany losu, ni to panicznego lęku przed nią – opowiada Henryk i widać, że trochę się nawet wstydzi tamtych uczuć i dziecinnych, jego zdaniem, wątpliwości.
- Miałem już prawie osiemnaście lat! Pragnąłem czegoś w życiu dokonać. Uciec od biedy, poniżenia, tych wszystkich codziennych niemożności. Znaleźć prawdziwe szczęście!- błękitne oczy Henryka zalśniły w rozmarzeniu. Po chwili jednak otrząsnął się ze swych serdecznych wizji i gwałtownie spoważniał.  Najwidoczniej przypomniał sobie coś, z czym do tej pory nie umiał się pogodzić.

- Okazało się jednak, że nie cała moja rodzina zamierza przesiedlać się za Bug. Najstarszy brat, Eugeniusz kilka lat po wojnie ożenił się z Rosjanką i nie wiadomo, czy to pod wpływem żony, czy też znajomych przeistoczył się w zażartego komunistę. Związek Radziecki stał się jego prawdziwą ojczyzną a słowo Polska poza politowaniem nie wzbudzało w nim żadnych żywszych uczuć. Ileż to razy przyjeżdżał do nas, do domu, by agitować i przekonywać, jakaż to świetlana przyszłość czeka nas w Kraju Rad, o ile zmienimy poglądy i podporządkujemy się we wszystkim nakazom partii! – Henryk uśmiecha się z przekąsem i mamrocze:

- Aż wstyd opowiadać o takim bracie! Ale tak było! Tak właśnie było!
- Jak on płakał w 1953 po śmierci Stalina! Upił się i ryczał jak osioł, że chyba przyjdzie mu gardło sobie poderżnąć, bo nijak teraz mu żyć bez ojca narodu, bez gwiazdy przewodniej!
- Nawet będąc na emeryturze, w latach dziewięćdziesiątych, kiedy te wszystkie niesamowite zmiany polityczne dokonywały się w krajach byłego bloku socjalistycznego, Eugeniusz nic nie zmądrzał! I wieszczył w listach, które czasami słał do mnie z Leningradu, wielki powrót i ostateczny tryumf wspaniałej idei komunistycznej! W swym mieszkaniu, na specjalnym ołtarzyku trzymał portrety Lenina i Stalina. I chyba modlił się do nich! – żachnął się Henryk przepełniony uczuciami nieutulonego żalu oraz irytacji w stosunku do fanatycznego brata.

- Poza Gienkiem także młodsza ode mnie o rok siostra Felicja nie chciała, a raczej nie mogła wtedy z nami wyjechać. Niedawno wyszła za mąż i była w dość zaawansowanej ciąży. Jej mąż miał dobrą posadę w urzędzie i roiły mu się wielkie plany pięcia po szczeblach kariery urzędniczej. Mimo wszystko Felusia marzyła o tym, że jak trochę dziecko odchowa, to wkrótce do nas w Polsce dołączy. Była bardzo blisko związana z drugą siostrą, Krysią. Papużki nierozłączki, na nie mówiono. Nie wyobrażała sobie życia z dala od niej, od kochanych rodziców…

- Biedna Felusia! – Henryk westchnął i otarł załzawione nagle oczy.
- Tak się z nami żegnała długo! Tak szlochała, gdy wszyscy siedzieliśmy już na swoich tobołkach w wagonie kolejowym! Jej zapłakana twarz to ostatnie, co pamiętam stamtąd…
-  Felicja nigdy nie przyjechała za nami. Urodziła tam kilkoro dzieci. Owdowiała. Z trudem wiązała koniec z końcem. I co jakiś czas słała do nas pełne tęsknoty listy. A w połowie lat osiemdziesiątych nagle zmarła na serce…

 Mężczyzna oddycha ciężko. Wstaje i łyka jakieś leki na uspokojenie. Uśmiecha się przepraszająco:
- Wszyscy w rodzinie mamy problemy z sercem. Ja po zawale. Brat Grześ po dwóch. Krysia też narzeka na kłucia w klatce piersiowej i kiepskie krążenie krwi. A te wszystkie wspomnienia otwierają stare rany i budzą dawne zgryzoty – mówi ze smutkiem, lecz niedługo potem ściskając pocieszająco moją dłoń oświadcza:

- Jednak jak obiecałem, że wszystko ci opowiem, to opowiem! Nie martw się o mnie Oleńko!  Wierz przecież, że my Kresowiacy mamy skłonności do przesadnego roztkliwiania się i zbytniej wylewności!

- Dobrze! Wróćmy więc do początku tamtego exodusu z 1957 roku…Jak to było? Ile czasu trwała podróż? – pytam ponownie ośmielona i znów jak zaczarowana wsłuchuję się w melodyjnie brzmiący, ciepły głos Henryka.

 - Tamtego dnia wiele osób w wagonie pochlipywało – przypomina sobie starszy mężczyzna  -  A jakiś chłopak grał na harmonii patriotyczne, polskie melodie. Śpiewaliśmy razem i patrzyliśmy przez okno na zmienne krajobrazy, na coraz mniej znane strony. Żal serce ściskał, gdy mijaliśmy jakąś wioskę tak bardzo do naszej podobną albo las zupełnie taki sam, jak ten w tyle zostawiony…

- Było nas w wagonie około trzydziestu osób a każdy zabierał ze sobą wszystko, co miało dla niego jakąkolwiek wartość i mogło się w nowym miejscu przydać. Ubrania, garnki, pościel, książki, zegary, centryfugi, rowery, jakieś meble…W ostatnim składzie pociągu, w wagonie towarowym jechały zwierzęta gospodarskie. Często dobiegało nas stamtąd ich muczenie, beczenie, kwiki, rżenie i pianie…Nie było wśród nich głosu naszej krowy. Ją oraz konia sprzedaliśmy przed wyjazdem, decydując się rozpocząć w ojczyźnie zupełnie inne, niż dotąd życie. Bardziej miejskie niż wiejskie i co ważniejsze, wolne od ograniczających nas do tej pory kajdan kolektywizmu. A właśnie z tym kojarzyły nam się polskie PGR-y.

- I wreszcie po mniej więcej trzech tygodniach takiej jazdy dotarliśmy do Polski! – podsumowuje Henryczek i przenosi się w myślach do tamtych pierwszych chwil w ojczyźnie.

- To było do niedawna niemieckie, pomorskie miasto Prabuty. Pusto jakoś i szaro mi się tam zdawało. A może to tylko dzień był taki zachmurzony? Sam nie wiem…
-W Prabutach zakwaterowano nas w obozie dla repatriantów, usytuowanym w jakimś dużym, obskurnym budynku. W wieloosobowych salach. Mieliśmy czekać na ciąg dalszy podróży. Już do ostatecznego miejsca przeznaczenia. Jedni planowali pozostanie gdzieś w tamtych okolicach, na Pomorzu. Inni wybierali się na Śląsk albo Mazury. Tylko my nie wiedzieliśmy, co mamy z sobą począć? Gdzie się udać? Nikogo tu przecież nie znaliśmy…

- To władze polskie nie wyznaczały wam miejsca osiedlenia? Nie pomagały w odnalezieniu się w tej nowej dla was rzeczywistości? – pytam, pamiętając o filmowej sadze Chęcińskiego opisującej dzieje Pawlaków i Kargulów.
- Owszem, kierowały nas do miejscowości, w których istniały możliwości osiedlenia się, przejęcia ziemi, czy całej gospodarki. Mnóstwo jeszcze było wówczas w kraju opustoszałych po wysiedlonych Niemcach terenów. Jednak w naszym przypadku istniał dziwny stan zawieszenia. Zaraz ci powiem, dlaczego – odrzekł tamten i zasępił się przez moment.
- A swoją drogą, jakaż szkoda, że nie wypytałem w swoim czasie dokładniej moich rodziców o tamte sprawy. Teraz mam problem z poukładaniem tego wszystkiego logicznie w głowie – dodał, wzdychając bezradnie.

… Na długo przed wyjazdem z Wileńszczyzny moja mama rozpoczęła intensywne starania o ustalenie miejsca pobytu jej zaginionego w czasie okupacji brata.
- To taka pełna niejasności historia. Znam tylko jej fragmenty, marne strzępki…
- Brat mojej mamusi, Zenek jako jeniec trafił w czasie wojny do Stalagu. Stamtąd pisywał listy. Korespondencja trwała aż do czasu, gdy śmiertelnie obraził się na swoją matkę, czyli babkę moją, która nie zdołała wysłać mu do obozu ciepłych ubrań i koców.
- Nie wiem, czy babka nie chciała mu pomóc, czy bieda taka panowała, czy po prostu nie było możliwości wysłania takiej paczki. Wiem tylko, ze Zenek przestał pisać a babka przestała o nim wspominać…
- Wiem, nie powinno się źle mówić o zmarłych, ale moja babka była naprawdę dziwaczną, kłótliwą i egoistyczną kobietą. Sprzedawała jajka a za pieniądze w ten sposób uzyskane kupowała sobie cukierki. Potem trzymała je w zamkniętej na kluczyk drewnianej skrzynce, która stawiała zawsze wysoko na szafie żebyśmy my, dzieciaki nie mogły się dostać do jej bezcennej zawartości…Pod koniec lat czterdziestych zachorowała na raka żołądka. Przechodziła niewyobrażalne męczarnie. Dom pełen był jej krzyków, jęków i przekleństw…Jedynym, co ją znieczulało i na chwilę uciszało był alkohol. Upijała się więc do nieprzytomności i zasypiała w stodole na sianie.
- Pamiętam taki dzień, gdy nie było skąd i za co zdobyć bimbru. Babka przy mojej pomocy dokaraskała się jakoś do studni i tam, wprost z kolejnych, wyciąganych przeze mnie wiader, piła lodowatą wodę…
- Heniuś! Heniu kochanieńki!Wnuczusiu najmilejszy!  – zawodziła – Ja tobie wszystkie cukierki dam. I czekoladę, co ją mam schowaną na czarną godzinę. Tylko ty zdobądź dla mnie choć butelczynę, chociaż kieliszek gorzałki. Błagam! – jęczała, ściskając mnie mocno za rękę i nie potrafiąc zaznać ani chwili ukojenia…

- No i co się z nią stało? – wstrząśnięta jego zwierzeniem pytam wreszcie nieśmiało, przerywając kolejną, dłuższą chwilę milczenia, w czasie której Henio oddychał ze wzburzeniem i na przemian bezradnie splatał i rozplatał palce.
- Kilka dni potem babka umarła. Pod siennikiem jej łóżka odkryliśmy zlepione w jedną, ohydną masę ogromne ilości cukierków i czekoladek oraz zawinięte w chustę listy od Zenka.
- Parę dni po jej pogrzebie, moja mama poprzez Polski Czerwony Krzyż rozpoczęła starania o odnalezienie wuja. Nie wiadomo czemu wierzyła, miała wręcz pewność, że wuj żyje i wreszcie się do niej odezwie…
- Jednak lata mijały i wciąż nie udawało się trafić na choćby najmniejszy jego ślad …

- Wreszcie, trzeciego dnia pobytu w obozie w Prabutach, podczas cudownie obfitego śniadania, na które uraczono nas chlebem z masłem, rozpływającą się w ustach pasztetową i przepysznym salcesonem dostarczono nam do stołówki tak długo wyczekiwany list.

- To cudownie odnaleziony wuj Zenek pisał z kaszubskiego miasteczka, że zaprasza nas wszystkich do siebie…

22 komentarze:

  1. Ilez tragedii ludzkich sie wtedy rozgrywalo, ile starych drzew zostalo powyrywanych z korzeniami, ile ukochanych wlasnych domow pozostawiono na pastwe losu... Nagle ojczyzna stala sie obcym krajem, ktorego wladza byla nieprzychylna innostrancom. Wysniona po nocach Polska tez zmagala sie z powojenna bieda, wiec nie oczekiwala "ruskich" z otwartymi ramionami. Znam wiele podobnych historii.
    Czekam niecierpliwie na ciag dalszy.
    Sciskam Was mocno, Kangurki :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy z nas zna wiele podobnych historii...Przekazywanych zazwyczaj z ust do ust. A potem powoli zapominanych. Dlatego spisałam tę opowieśc. Żeby przetrwałą dłużej...

      Usuń
  2. Prababcia przyjeżdżając do Białowieży jako wdowa repartiantka z trojgiem dzieci nawet nie zostawiła za sobą grobu Pradziadka, bo cały cmentarz został przez bolszewików zrównany z ziemią... czołgami...

    Czekam na kolejną część!
    pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszne, że nawet cmentarze niszczyli! W historii Henryczka nie ma aż tak drastycznych rzeczy...

      Usuń
  3. Piękna, wzruszająca opowieść. Nawet babki mi szkoda, że tak bardzo przegrała życie!
    Czekam na kolejny odcinek i pozdrawiam Cię Olu bardzo cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle jest nieszczęść na świecie, tyle cierpienia, bezradności i biedy. I tak, każdego żal...A co z nami będzie kiedyś? Nie wiadomo...

      Usuń
  4. Wspaniała relacja. Jak każda poprzednia. Nie mogę się doczekać na ciąg dalszy. Tak żałuję, że nie nadstawiałam bardziej ucha, gdy jeszcze żyło tak wielu z tych, którzy tego doświadczyli... Jednak strasznie wstrząsnął mną ten fragment o babce. Z różnych powodów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W życiu każdego jest wiele takich wyrazistych, mocno przezywanych momentów, które potem długo sie pamięta, ale nie zawsze chce sie o nich opowiadać. To zbyt boli, zbyt mocno dotyka najintymniejszych strun wspomnień...

      Usuń
  5. Straszne to były czasy i straszne ludzkie losy.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Beatko. Dobrze, że minęły. Ale co przed nami...? Los pokaże...

      Usuń
  6. Straszne z tymi cukierkami. To mi się kojarzy z chorobą. Potrzeba słodyczy. Teść chował cukierki wysoko ale teść był bardzo dobrym człowiekiem. Niedostępnym nie wylewnym ale pomagającym wszystkim którzy potrzebowali i kochającym rodzinę. Pamiętam jak na wczasach pracownica tkalni której szefem był teść mówiła o kierowniku że zawsze nam młodym pomagał rozumiał, mówił tylko powiedz prawdę nie uśmiercaj kolejnej babci rozumiem młodość. :) A te cukierki to jedyna słabość. Dziś myślę że związana była z chorobą, na którą zresztą zmarł. Piękny człowiek i też niełatwe życie.
    Czekam na kolejne odcinki z ciekawością. Serdecznie ciepło pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słabości, to rzecz ludzka. Każdy je ma. Czasem jednak słabości przemieniają sie w dręczące obsesje. Wówczas otoczenie ocenia nas surowo, nie rozumiejąc skąd sie to bierze i dlaczego z tym nie walczymy...
      Zobacz Elu, jak mocno pamięta się takie rzeczy - czyjeś dziwactwa, słabości, lęki...

      Usuń
  7. Hmmmm zastanawiam sie czy państwo nie mieszkacie w gminie Fredropol;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prosze poczytać kilka starszych postów. Tam piszę o naszych podkarpackich, górzystych okolicach!

      Usuń
  8. Gromadzenie, magazynowanie to często choroba starszych ludzi. To taka ich przypadłość....
    Smutna historia, ciężki los.
    Mam nadzieję, że przyjdzie taki dzień, kiedy cierpienie się skończy.... Czekam na historię wujka.
    Buziaki.
    Zima podobno idzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Zofijanko!Idzie ta zima, ale jakos bardzo wolno! Pewnikiem jednak gdy juz dojdzie, to na długo z nami zostanie. I dobrze!:-)
      Cierpienie jest jak fala. Przychodzi i odchodzi. A między tym chwile ulgi i prostego szczęścia. i zapomnienie o tym, co bolało i dręczyło. Jak dobrze, że są te dobre chwile, dni, tgodnie całe...
      Całuję!

      Usuń
  9. A pamiętacie serial "Boża Podszewka".Też losy polskiej rodziny z Wileńszczyzny.Świetna rola Danuty Stenki.z tym chowaniem np.cukierków,to
    ludzie,którzy "przeszli" jakąś traumę np dr.w serialu "Dom" też kawałki chleba zawsze miał w kieszeni,bo w obozie niemieckim panował głód.
    Zostaje "coś" w człowieku i dopiero w takich wspomnieniach się dowiadujemy jak ciężko było naszym przodkom kiedy panowała wojna,okupacja
    terror.Też czekam na cdn.Pozdrawiam M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam oczywiście oba te seriale. A najlepsza z tego wszystkiego jest książka, na której podstawie nakręcono film "Boża Podszewka".
      Cięzko było ludziom. Tyle cierpienia. Tyle diametralnych zmian w ich zyciu. A oni jak zabaweczki w rękach losu, polityki, historii.
      A co czeka nas w przyszłosci? Jak my sie zachowamy, gdy przyjdą cięzkie, dramatyczne nawet chwile? Obyśmy nigdy nie musieli sie o tym przekonywac!
      Pozdrawiam!

      Usuń
  10. Zawsze bardzo wzruszaja mnie takie historie, no zryczalam sie jak bobr. Mam tylko nadzieje, ze Henryk odnalazl sie w polskiej odmiennej rzeczywistosci i nigdy juz nie byl glodny.
    Czekam na ciag dalszy , i mos usciskow przesylam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Ataner, ze czytasz tę opowieść i wzrusza Cię ona. Zastanawiałąm się, czy ją tu publikowac, bo kogo dziś obchodzą tamte czasy...? Ale skoro znalazło sie paru czytelników, to chyba dobrze zrobiłam publikując opowieśc o życiu Henryczka.
      Ściskam mocno!:-)

      Usuń
  11. Smutna,wzruszająca a jednak niosąca nadzieję na lepsze jutro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla repatriantów Polska była nieznaną, obcą, przerażającą dość wyspą a jednoczesnie ocaleniem...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia