środa, 5 grudnia 2012

Kilka dni potem...czyli zimowe wędrowanie





    W kilka dni po naszym słonecznym spacerze po okolicznych wzgórzach wybraliśmy się na następną przechadzkę, tym razem już w zupełnie innej aurze.

   Zima zrobiła się prawdziwa! Tu u nas, u góry (mieszkamy ponad 420 m n.p.m.) śnieg, jak już spadnie, to trzyma się długo. I jest biały, czysty, na ogromnych połaciach nie dotknięty stopą ludzką. Niewinny, namalowany delikatnym pociągnięciem pędzla pejzaż. Gdybym miała sama namalować któryś z poniższych widoczków, pewnie użyłabym do tego farb akrylowych, które schną szybko, dobrze się mieszają i stwarzają możliwość powstania wielu odcieni bieli, błękitu i szarości.

   Dawno nie malowałam, a kiedyś bardzo lubiłam to robić (oczywiście po amatorsku). Jednak malowanie, tak jak i pisanie wymaga czasu, skupienia i swoistego, pełnego spokoju  natchnienia. Tymczasem tak dużo jest wciąż roboty w domu i w obejściu, że gdy wieczorem wreszcie przysiądę, wolna nareszcie od pilnych konieczności, to już mi się przeważnie nic nie chce poza czytaniem i słuchaniem muzyki. Ale wiem, że przyjdzie pora i znowu wyjmę z pudełka moje farby i pędzle. Rozłożę sztalugi i odpłynę w świat kolorów i świateł…


   Ostatnio słuchamy z Cezarym starych, polskich piosenek z lat 60, 70 i 80 – tych. Najpierw wprawia nas w ciepły, pełen poezji nastrój Marek Grechuta, potem Ewa Demarczyk, następnie oczarowują nas swym głosem Lucja Prus i Sława Przybylska. A wchodząc w klimaty lat osiemdziesiątych słuchamy Jacka Kaczmarskiego, Czerwonego Tulipana, Universu, Kayah i wspaniałej Budki Suflera. A kończymy te nasze seanse muzyczne wsłuchaniem się w ukraińskie czy rosyjskie piosenki i melodie.
   Pamiętacie może „Małą, błękitną chusteczkę”, „Katiuszę”, „Po dzikich stepach Zabajkału”? A jest tego o wiele, wiele więcej, bo i Żanna Byczewska i Wysocki i Okudżawa. Piękne, dwudziestowieczne pieśni rosyjskie, dumki i romanse pełne przestrzeni, słowiańskiej tęsknoty, rozmarzenia i mocy.

   W wolnych chwilach piszę niekiedy wielowątkową, długą, zimową w nastroju baśń. Lubię takie czarodziejskie, tajemnicze klimaty, pełne mrozu, chrzęszczącego śniegu, nagłych porywów wiatru i tajemniczych, ośnieżonych postaci, pojawiających się nie wiadomo skąd… Jak mogliście się domyślić, przepadam oczywiście za andersenowską "Królową Śniegu". 

    
    Mam w domu zbiorek baśni, ballad i wierszy rosyjskich W.A. Żukowskiego ze starymi, nastrojowymi, zupełnie innymi niż współczesne ilustracjami. Czasem je sobie podczytuję, oglądam, wędrując sobie gdzieś w nieprzebyte, mroźne tajgi i tundry, w krainę prostych, o czystym sercu, bohaterów (obrazki poniżej, to własnie ilustracje z tej książki).


   Lubię zimę – mam takie nieszkodliwe dziwactwo. Zimą urodziłam się ja i moja córka. Zimą świat wygląda magicznie i niewinnie. Łatwiej odnaleźć w sobie skupienie. Łatwiej wsłuchać się w pełną znaczeń ciszę w domu i za oknem.


   Zima kojarzy mi się z dzieciństwem, z prostymi zabawami na  śniegu, ze przemarzniętymi od szaleństw na sankach stopami, które potem mama kazała mi moczyć w zimnej wodzie a potem rozcierała, chuchała i grube, ciepłe skarpety na nie wkładała. Przypomina mi się też jak popełniałam największy grzech lat szczenięcych - objadałam się śniegiem! Wgryzałam się w świeże kulki, oblizywałam śniegowe gwiazdki zastygłe na gałązkach, chrupałam ze smakiem sople. Był to mój ulubiony smakołyk i wieczne pokuszenie, tak silne, że przeważnie nie słuchałam upomnień mamy i wciąż po kryjomu pożerałam go bez umiaru. Nie zdziwicie się pewnie, jak dodam, iż byłam dość chorowitym dzieckiem! Skąd mi sie brały te ciągłe zapalenia gardła i anginy?! No właśnie!



    Nie miałam też wówczas żadnych zastrzeżeń, co do czystości tamtego śniegu. A powinnam, bo te dziecięce lata spędzałam na Śląsku, w poblizu hałd, hut i kopalń.
   Nie dostrzegałam jednak nigdy w otaczajacym mnie krajobrazie brudu, szarzyzny ani brzydoty, tak kojarzącej sie przecież z robotniczym Śląskiem. Natomiast wszędzie było pełno placów zabaw, ogrodów, parków, ogródków działkowych, glinianek latem pełnych żab a zimą świetnych jako ślizgawki, dzikich łąk i lasków, tajemnych kryjówek wśród chaszczy, gdzie można się było bawić bez końca. Z takim wielkim sentymentem wspominam ten czas dzieciństwa i tak wiele żywych, związanych z nim obrazów noszę w duszy, że jak się tak czasami zamyślę i przeniosę do dawnych lat, to aż się potem z przykrościa i zdumieniem budzę w obecnym swym ciele dorosłej osoby.



    Nie za bardzo lubię być dorosła. Wciąż mam chętkę, by wziać sanki i pozjeżdżać z górki, albo porzucać się śnieżkami czy ulepić bałwana...I czasem robię to wszystko, nie przejmując się swym wiekiem ani opinią, którą ktoś może sobie wyrobić na mój temat. Nic to! - Jak mówił pan Wołodyjowski do Baśki ( nawiasem mówiąc zwariowany Hajduczek zawsze był jedną z moich ulubionych postaci literackich!).

   A propos Baśki Wołodyjowskiej, to mam takie swoje tajemne, bardzo osobiste zaklęcie, z nią właśnie związane. W chwilach, gdy jest mi ciężko, gdy wydaje mi się, że nie dam rady czegoś zrobić, że to mnie przerasta przypominam sobie tę scenę, gdy Basieńka uciekała przed Azją. Pamiętacie? Wokół zamarznięte połaci dzikich stepów, przepastne lasy, wilki, ziąb i przerażająca, zimowa samotność. A mała, dzielna Basia musiała brnąć poprzez te niekończące się przestrzenie do swego ukochanego Michałka. A pogoń była wciąż blisko! A Baska coraz słabsza, trawiona gorączką i nieludzkim zmęczeniem. Ale wreszcie posłyszała z dala żurawie studzienne w stanicy Chreptiowskiej. Dała radę! Doszła do domu! Uff!
   A moje zaklęcie na ciężkie chwile brzmi - Jak Baśka dała radę, to i Ty dasz, Oleńko. Dasz radę, bo inaczej Cię Azja złapie! - Tak straszę samą siebie, wczuwając się z jednej strony w położenie tej bohaterki literackiej a z drugiej, dopingując się i już wyobrażając sobie, jak zła byłabym na siebie, gdybym jednak nie dała rady, jakbym zawiodła siebie samą. Ten ewentualny zawód, ten wstyd przed sobą to mój "Azja"! Wiem, że to sumie jest śmieszne, ale  jednak prawdziwe!:-)




    No, ale wracajmy do chwili obecnej, do zimy 2012!  Wyobraźcie sobie, że nawet odśnieżanie sprawia mi przyjemność! Błyskawicznie się wówczas rozgrzewam. Dostaję zdrowych rumieńców na twarzy i napełniam się energią na dobrych, parę godzin. Także i Zuzia kocha zimę. Pierwszy, puszysty śnieg grudniowy powitała wytarzaniem się w nim i szaleńczym biegiem dookoła naszego stawiku. A w lesie gna przed siebie zawsze szczęśliwa i nieokiełznana, pasująca kolorystyką do otaczającego ją krajobrazu. A na ten widok usta same rozciagają się w uśmiechu, pełnym czułości i zachwytu dla tego naszego białego wilczka...



   Pięknej, nie męczącej ani nie utrudniającej zanadto życia zimy życzę Wam i sobie. I niech każdy dzień przynosi coś dobrego, coś, co wywołuje w sercu wzruszenie, uśmiech oraz ciepłe wspomnienie!

Uchu ha, uchu ha! Czy naprawdę taka ta zima zła?!

18 komentarzy:

  1. Nie moge Ci towarzyszyc w zachwytach zima, bo nigdy nie mialam z nia dobrych skojarzen. Z dziecinstwa nie mam rowniez zbyt rozowych wspomnien. Dla mnie zima to brak swiatla, krotkie dni, zimno i niebezpiecznie.
    Boje sie zimy, musze codziennie jezdzic autem, skrobac, odsniezac, grzac i slizgac sie po gololedzi.
    W ogole mam zwisly nastroj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy ma swoją ulubioną porę roku. Wiem, ze mało jest takich, jak ja, zimolubnych, ale trudno - z honorem poniosę ten sztandar dziwactwa!:-)

      A na kiepski nastrój najlepsza dobra książka i kojąca duszę muzyka.Może kieliszek wina w miłym towarzystwie?
      A może jakieś dobre wspomnienie?
      Uśmiech serdeczny zasyłam, jeśli to coś może pomóc:-))


      Usuń
    2. Za usmiech bardzo dziekuje, on zawsze rozjasnia zimowe mroki. Alkoholu nie pije, zreszta topic w nim smutki...?

      Usuń
    3. Są i tacy, co topią! Nie nam oceniać!
      Zresztą nie tyle o alkohol tu chodzi lecz o towarzystwo, w którym sie cosik tam pomału sączy.Może być i herbata malinowa - grunt, żeby dobra była i gorąca!
      A jak towarzystwo pogodne, to się ta pogoda troszeczkę człowiekowi udziela.
      Czasami właśnie na blogach szukamy takiej udzielającej sie pogody ducha. A czasem, wręcz przeciwnie, potrzebne nam zamyslenie, powaga, gorzka refleksja...
      Patrzę teraz na mojego psa, co to sobie dziarsko chrapie na łóżku i uśmiecham się pod nosem. Psinie to dobrze! Zero trosk!:-)

      Usuń
  2. taką zime Oleńko uwielbiam, zresztą ja chyba kocham każda pore roku o ile jest sie zadala od zgiełku wielkiego miasta...:) Szczypiący mróz w policzka to lepsze niż botox...:) a odśnieżanie to cudna forma gimnastyki...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hurra! Nareszcie znalazł się ktoś zimolubny!Już myślałam, żem sama, samiusieńka w tym swoim zimowym miłowaniu!
      A prawda,jak świetnie się człowiek czuje po takim zimowym spacerze na łonie natury?! Rozgrzany, zrelaksowany, rumiany jak rosyjska babuszka i głodny jak wilk!
      Dawać rosołu! - krzyczy od progu - a potem drepcze do kuchni i wcina aż miło!
      Uśmiechy rumiane zasyłam!:-))


      Usuń
  3. brakuje mi tego trzeszczenia pod butami i zamarzniętych nogawek od spodni....:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiaj już śnieg pod butami pięknie chrzęści, bo mróz, że ho, ho!:-)

      Usuń
  4. Ja tez lubie zime, ale taka prawdziwa, nie oszukana. Miastowa zima sie nie liczy:)
    My mieszkamy na przedmiesciach Chicago i ta zima niby taka prawdziwsza, ale to nie to, co na wsi.
    Staramy sie kazdego roku chociaz na kilka dni wyskoczyc do Michigan(to moj ukochany stan) gdzie snieg jest bialy i czuc zime pod stopami i od mrozu zatyka w piersiach:))) i gile sa do pasa:)
    Ladnie tam u Was Olu, a Zuzia cudna jest.
    Pozdrawiam Was serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to,to, to! Właśnie - zima w mieście jest zupełnie inna, niż ta na wsi albo na peryferiach miast.Tam mozna znaleźć prawdziwą czystość i rażącą w oczy biel. W mieście za duzo szarości, soli na drogach i dymów z kominów, któe zasypują śnieg popiołem.
      A gile już mi dzisiaj nie wisiały(, chociaż jeszcze nie do pasa), bom poszła kury karmić i chusteczki ze sobą nie wzięłam!A tam cudny mrozik!
      Na punkcie naszej Zuzi to oboje z mężem mamy lekkiego fioła, ale fioł to niegroźny, a Zuzia warta jest każdego dobrego słowa i pieszczoty!
      Pozdrowienia poranne z mroźnego Podkarpacie zasyłam!:-))

      Usuń
  5. Jedziemy dziś do chatki, zobaczę, jak tam zima na Pogórzu, i muszę kupić łopatę do śniegu; pozdrowienia ślę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze na tyle nie sypnęło sniegiem, by odśnieżanie stało sie pracą Herkulesową. Wystarczy parę machnięć łopatą i spokój.
      A na Pogórzu pięknie i baśniowo! Chatka na pewno malowniczo śniegiem przysypana!

      Serdeczne pozdrowienia dla Pogórzanki od Pogórzanki!:-))

      Usuń
  6. Jeżeli mogę zaliczyć ok. 40 lat, świadomego lubienia zimy, to proszę mnie wpisać na listę fanów.
    Od paru lat, moja miłość do zimy przygasa, chociaż zachwyt nad jej pięknem pozostał nienaruszony.
    Kto wie, może gdybym jeszcze kiedyś, rozdziewiczyła końskimi kopytami (końskimi, czyli, końskimi, nie moimi) śnieżne przestrzenie, to kto wie ...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Konie na śniegu to widok wspaniały! W ogóle te szlachetne zwierzęta dodają niezwykłego piękna każdej przestrzeni.Czasem mam tu mozliwośc obserwować je pasące się tutaj na zamglonej łące.Stoję i patrzę z rozdziawioną gębą i nic nie mówię. Nawet zdjęć nie cykam żeby tego cudnego zjawiska nie spłoszyć.
      A w zeszłym roku włąśnie zimą, po tutejszych polach kłusowali jeźdźcy z jakiegoś klubu. Poprzebierani byli w siedemnastowieczne kontusze, długie suknie obszyte futerkiem, w czapy z lisem...Jakbym obserwowała na żywo ucieczkę Heleny, Podbipięty i Zagłoby przed Bohunem!:-))

      Usuń
  7. ja tam na sanki bez problemu ..mimo swoich lat!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo w nas wciaz sa przecież te małe, psotne, radosne dziewczynki!:-))

      Usuń
  8. No właśnie zaczyna się zima 2015 roku pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia