sobota, 29 grudnia 2012

Podróż noworoczna, Cz.2 "Ku nocy"




   Było już grubo po piątej po południu a my wciąż nie mieliśmy pojęcia, gdzie ostatecznie przyjdzie nam dzisiaj zanocować. Humory nam jednak dopisywały, mimo iż nawet zapasy żywnościowe na drogę zostały już przez nas pochłonięte i w brzuchach mocno burczało. A przecież oboje jako łakomczuchy i niezłe żarłoki do tej pory kiepsko znosiliśmy uczucie głodu.
Po początkowym moim wybrzydzaniu na australijskie jedzenie, teraz się wręcz w nim rozsmakowałam, niestety ze szkodą dla mojej figury i co za tym idzie, małych rozmiarów moich ubrań. I kiedy jeszcze kilka lat temu na zdjęciach, przedstawiających moją osobę widać było kobietę w miarę kształtnie zbudowaną i elegancką, to teraz fotografie przedstawiały zadowolonego z życia, rumianego grubaska, zazwyczaj uczesanego w parę filuternych warkoczyków w stylu Pippi Langstrumpf.  Czyżbym z wiekiem nie tylko tyła, ale i młodniała? – uśmiechałam się czasem na widok takiej odmienionej Oli i, o dziwo, nawet nie bardzo przejmowałam się swoim przytyciem. Jeszcze zdążę się odchudzić i wyrzec wszelkiej tak miłej żołądkowi kaloryczności. Już nie raz i nie dwa w tym życiu dzięki swojej silnej woli i uporowi zmieniałam gabaryty i rozmiary ubrań. A teraz po prostu, porzucając na jakiś czas swe nieodłączne, neurotyczne humory i poczucie winy, cieszę się życiem i wszystkim tym, co się z nim wiąże. Także i jedzeniem...Mmm – czy aby nie wszystkie grubasy właśnie w ten sposób się usprawiedliwiają...?

A wracając do tego wtorkowego, pogodnego wieczoru, spędzonego, jak na razie, w drodze, to po prostu szkoda też nam było teraz czasu na zatrzymywanie się i szukanie jakiegoś miejsca na piknik. Zresztą w ważnych chwilach człowiek dostaje od swojego organizmu dodatkowy zastrzyk adrenaliny a co za tym idzie siły, dzięki której robi i waży się na rzeczy zadziwiające. A myśmy chcieli gdzieś dzisiaj za dnia dojechać i tyle. Skromny przecież, ale wymagający wytrwałości plan.

Nie chcielibyśmy za nic przecież zostać bez dachu nad głową a wokół nas ciemna noc, kangury, jaszczurki i węże...Mieliśmy wprawdzie ze sobą nasz namiot i śpiwory, ale przecież nie wolno w Australii rozbijać ich byle gdzie, a tylko w ściśle wyznaczonych do tego miejscach. Porządku strzegą w najbardziej nawet dzikich rejonach, a zwłaszcza w parkach narodowych tutejsi „rangerzy” – czyli ktoś w rodzaju strażnika przyrody i leśniczego oraz szeryfa w jednej osobie. I gdyby nas taki ranger złapał, to nie dość, że by przegonił, to pewnie i jakiś mandat wlepił...

   Zresztą, prawdę mówiąc, strach byłoby rozbić namiot gdzieś na dziko. Zdarzają się wciąż w Australii bandyckie napady na turystów, zdarzają się tajemnicze zaginięcia... No a do tego wszystkiego tego dnia już nie bardzo mieliśmy siłę i ochotę na wszystkie te czynności związane z rozbijaniem namiotu, pompowaniem materaca itp. Niekiedy oboje z Cezarym stawaliśmy się po prostu bardzo wygodniccy i leniwi(może to kwestia naszego wieku albo braku wprawy w campingowym stylu podróżowania i życia?). A wieczorami nie chciało się nam już nic poza odpoczynkiem w schludnym, wyposażonym we wszystko, co potrzeba turyście, motelu. Toteż właśnie, dlatego nasz namiot do tej pory tylko raz był użyty zgodnie ze swym przeznaczeniem i stało się to w warunkach, gdy już absolutnie nie było żadnego wyjścia i żadnej innej możliwości zanocowania. Było to jakiś czas temu w Castelmaine, ślicznym, górniczym miasteczku położonym w pobliżu Ballarat, około 200 km od Melbourne.  Nieświadomi tego, że w okolicy właśnie odbywał się jakiś festiwal muzyczny pierwszy raz bezskutecznie szukaliśmy wówczas noclegu w motelach. Wszystko było zajęte przez entuzjastów muzyki i innych turystów a dni, jako że była to wczesna wiosna, były jeszcze krótkie i szybko się zmierzchało. Ostatecznie, więc ucieszyliśmy się wówczas, gdy cudem udało nam się znaleźć miejsce na polu namiotowym i spaliśmy wtedy jak susły pod dachem namiotu szczęśliwi, że mamy gdzie przyłożyć na noc głowy do poduszki.


A tymczasem nadal był wtorek trzydziestego dnia grudnia, noc zbliżała się coraz bardziej, a my mknęliśmy szybko do następnego na naszej trasie miasteczka – Edenu, położonego już po stronie New South Wales. Podobno miasteczko to nie jest tak popularne w sezonie letnim jak Mallacoota, a więc tam jest jakaś szansa na znalezienie dla nas i naszego rumaczka ustronnego, przyjaznego miejsca na nocny postój.
Zawsze ciekawe było dla mnie przejechanie granicy stanu i wychwytywanie jakichś widocznych różnic pomiędzy owymi stanami. Teraz też wydało mi się, że z miejsca takie różnice widzę. Na przykład tutaj rzuciły mi się w oczy inne oznaczenia tablic drogowych. Z wiktoriańskich zielono-białych zmieniły się w biało-niebieskie. Niedaleko też po przekroczeniu granic stanu dostrzegliśmy przy drodze prześliczny, zachęcający wprost do odwiedzin budyneczek, mieszczący w sobie ubikację publiczną. Tak ładnych przybytków nie widziałam dotąd w Wiktorii, mimo iż przyzwyczajona byłam do ich wszechobecności i higieny wnętrz.


A tymczasem przed nami już był Eden i chociaż zaiste rajskie tam były widoki, to jednak wolnych miejsc w motelach także nie było i tym samym okazało się, że nie dla nas te cuda na ziemi. I znowu tylko w przelocie oglądaliśmy tamtejsze zabudowania i plaże. Na kilku polach campingowych, gdzie zajrzeliśmy w poszukiwaniu wolnego domku campingowego znowu powitały nas tylko tłumy ludzi i bezradnie rozkładane przez właścicieli owych pól ręce. „Przepraszam, ale wszystko już zajęte. Może jutro, pojutrze, coś się zwolni, ale dziś, niestety... – No cóż, jutro i pojutrze to my już będziemy bardzo daleko stąd i tylko bladym wspomnieniem będzie to edeńskie miasteczko, znane między innymi z tego, że kiedyś odbywały się tutaj masowe połowy wielorybów, a do dzisiaj jest  muzeum poświęcone wielorybnictwu właśnie. O tym wszystkim dowiedziałam się z gromadzonych skrzętnie folderów turystycznych, bezpłatnie wykładanych we wszystkich punktach informacyjnych w mijanych przez nas miastach. Podobno do tej pory, w okresie wiosennym wieloryby nadal podpływają w pobliże Edenu, stanowiąc nie lada atrakcję turystyczną. Na szczęście nikt już dziś w Australii na wieloryby nie poluje i nareszcie, przynajmniej na wodach terytorialnych tego kraju mogą wieść swoje rajskie, spokojne życie. Jaka szkoda, że podobny los nie jest ich udziałem na wodach terytorialnych Japonii! I wciąż opinia publiczna jest szokowana widokiem rzezi tych ogromnych, pięknych ssaków...

Ale oto wkrótce zacznie zmierzchać a my oraz nasz wierny rumak - jeep nadal nie mamy pojęcia czy i gdzie zanocujemy tego dnia. Ale już przed nami następne, maleńkie miasteczko, w którym znowu jest jakaś nadzieja i szansa na nocleg. To Pambula i jej  oblicze oświetlone zbliżającym się ku zachodowi słońcem.
Jedziemy już teraz bardzo wolno, by nie przegapić niczego ważnego, żadnego napisu informacyjnego o wolnych miejscach. Mijamy kilka moteli, ale tam świecą się, ku naszemu rozczarowaniu, napisy głoszące „no vacancy” (brak wolnych miejsc). A więc nawet nie ma po co tam wchodzić i pytać. W końcu, w samym centrum miasteczka natrafiamy na pub połączony z hotelem. I chociaż nie są to może dla nas jakieś wymarzone warunki, bo z pobliskiej restauracji dobiegają ostre wonie jakiejś smażeniny a z pubu głośne rozmowy tamtejszych gości, to jednak z radością lokujemy się w malutkim pokoiku motelowym i możemy z ulgą nareszcie odetchnąć i odpocząć już po tym bardzo długim i męczącym dniu.


Ale myliłby się, kto by sądził, że natychmiast poszliśmy owego wieczoru grzecznie do łóżeczka! Otóż my po błyskawicznym wstawieniu do pokoju naszych maneli zapragnęliśmy napić się zimnego i orzeźwiającego piwka, bowiem nie ma nic lepszego po długiej podróży na przepłukanie znużonego australijskim kurzem gardła, jak szklanka lodowatego piwa. Taka tutejsza szklanka do piwa nie ma jednak nic wspólnego z polskim kuflem. Jest mała, wąska na dole a rozszerzana ku górze i mieści się w niej chyba tyle samo, co w zwykłej szklance. Nie da się, więc taką ilością piwa upić, a zresztą australijskie piwo z reguły jest bardzo jasne i dość słabe.
A więc posiedzieliśmy sobie oboje z rozkoszą przy kontuarze pubu, przy naszych wilgotnych od chłodu szklanicach, popijaliśmy pyszny, złocisty napój i obserwowaliśmy australijskich bywalców tegoż przybytku, którzy takoż jak my sączyli swoje piwo, palili na tarasie pubu papierosy i wiedli długie, przeplatane żartami i głośnymi śmiechami rozmowy. Patrzyłam na ich osmalone wiatrem i słońcem twarze, na kowbojskie kapelusze z szerokim rondem, na kraciaste, zawinięte nad łokciem koszule i myślałam sobie, że pewnie niewiele się tu przez ostatnie stulecie zmieniło.

Zresztą sama Australia mało się zmienia zewnętrznie w porównaniu z wiecznie rozbudowującą się, zindustrializowaną i pożerającą własne przestrzenie Europą. W Australii prawdopodobnie tam, gdzie kiedyś były pastwiska, tam są też i dzisiaj. A lasy eukaliptusowe szumią tak samo mocno, chociaż co parę lat są trawione przez żarłoczne płomienie pożarów. W Australii wręcz rygorystycznie przestrzega się wszelkich zasad, dotyczących ochrony środowiska i genetycznej czystości rodzimej roślinności. Natomiast mało dba się chociażby o europejskie w swym rodowodzie drzewa. Bez pardonu i zmiłowania wycina się lasy modrzewiowe i świerkowe i naprawdę coraz większą rzadkością stają się one w pejzażu australijskim.
Rozrastają się oczywiście miasta i miasteczka ( chociażby tak, jak wspomniana wcześniej Mallacoota), ale peryferia miast i samo country wciąż pozostaje niezmienne.

A tymczasem nasze piwka już były wypite i trzeba było postanowić, co począć dalej z tak cudownie rozpoczętym wieczorem. Nie chciało się nam jeszcze spać, więc postanowiliśmy, że skoczymy jeszcze na wieczorny spacerek do położonej nieopodal Merimbuli, ulubionego miejsca wypoczynkowego Australijczyków. Co w niej aż tak urzeka, że gotowi są przemierzać te ogromne odległości? Co sprawiło, że także i mój mąż wspomina je jako najpiękniejsze w Australii, zobaczone dotąd przez niego miejsce?
Byłam tego wszystkiego ciekawa i niecierpliwie wypatrywałam przez otwarte szeroko okna samochodu pierwszych zabudowań Merimbuli.


Podczas, gdy wjeżdżaliśmy do owego miasteczka właśnie zaczynał się pomarańczowo-czerwony zachód słońca i ukazywał nam wody ogromnego jeziora, a właściwie dwóch jezior( Top Lake i Merimbula Lake), jako mieniące się złotem i szlachetnym granatem zaczarowane, nierzeczywiste przestrzenie. Niecierpliwie, bo spieszyło nam się do robienia zdjęć, przejechaliśmy zatem przez most, łączący ze sobą przedzielone wodami jezior miasto i zaparkowaliśmy pojazd na betonowym nabrzeżu. Tego dnia chmury dodawały niezwykłego uroku wszelkim pejzażom, natomiast tu, w Merimbuli ich odbicia na wodzie wyglądały wręcz bajecznie. A tymczasem miasteczko, malowniczo usytuowane na okolicznych wzgórzach odbijało delikatnie swymi oknami ostatnie błyski słońca i wyglądało jak żywcem wyjęte z baśni, albo ze starej, retuszowanej pocztówki. 


Ogromne eukaliptusy, wyrastające spoza widnokręgu prześwietlały się przez zachód słońca czarną koronką gałęzi i gałązek. A my przyglądaliśmy się temu wszystkiemu i zapisywaliśmy naszymi aparatami fotograficznymi te ulotne, niepowtarzalne momenty oraz kolory. Na nabrzeżu, przed nami stali nieruchomo wędkarze, którzy, niczym mosiężne statuetki wrośli na zawsze w ten pejzaż. Pachniało rybami i wodą rzeczną, a tutejsze świerszcze grały zapamiętale swój wieczorny koncert. I nie chciało się nam za bardzo stamtąd odchodzić, ale ponieważ zachód nadal malował zmienne barwy na niebie a chmury nadal przemieszczały się po nim tworząc fantastyczne kształty, postanowiliśmy pojechać na drugi brzeg jeziora i stamtąd zrobić jeszcze kilka fotografii.


I znowu zostaliśmy zauroczeni spokojem, łączącej się tu z zatoką rzeki i znów wpatrzeni w rozległe, lśniące srebrem i fioletem wody staliśmy na molo i bez końca fotografowaliśmy to wszystko. I tak aż do zupełnego zmroku, do pogrążenia się wody w cieniu i w atmosferze  słodkiego, nocnego odpoczynku...

A tymczasem nasze wyposzczone żołądki rozgłośnym burczeniem dawały o sobie coraz silniej znać i stwierdziliśmy, że przecież nam ta Merimbula nie ucieknie, że będziemy ją jeszcze mogli podziwiać jutro, już za dnia. A teraz, skoro potrzeby ducha zostały tak wspaniale zaspokojone, to cokolwiek należy się także naszym wygłodzonym ciałom.
A co by tu zjeść wieczorem w tym wczasowo-rybackim siole? Oczywiście nasze ulubione fish and chips, dobre na każdą okazję i prawie wszędzie smakujące podobnie, bo sporządzane według tej samej receptury. Nie raz obserwowaliśmy jak się tutaj smaży rybki i nawet sami nauczyliśmy się jak je sobie przyrządzać w domu. Nic trudnego – rozrabia się mąkę z jajkiem i wodą i w tej zawiesistej panierce nurza się dokładnie filety ryb a następnie wrzuca do gorącego oleju. Po kilku minutach wyjmuje się je z tej kąpieli rumiane i chrupiące. Jednym słowem - pyszne! Wprawdzie podczas naszych podróży po różnych rejonach Australii zdarzyło się nam kilkakrotnie zjeść rybkę przesmażoną, przypaloną lub przesoloną, ale były to zazwyczaj niechlubne wyjątki od reguły. Reguły głoszącej, że jest to danie dobre, szybkie i w miarę tanie.
Szybko znaleźliśmy w Merimbuli sympatyczną smażalnię ryb, w której zamówiliśmy dwie porcje naszego ukochanego smakołyku a po dziesięciu minutach oczekiwania pałaszowaliśmy go wraz z nieodłącznym tutaj, jako dodatek do ryb, sosem tatarskim. Tym razem z naszymi rybkami i frytkami wszystko było w porządku. Smakowały tak, jak należy, przyrządzone były znakomicie, zatem cieszyły nasze żołądki ogromnie.
Od czasu do czasu zagadywał do nas kucharz z owej smażalni i opowiadał, że przez cały rok zwykle jego smażalnia świeci pustkami a cały zarobek dokonuje się tutaj właśnie latem, gdy tłumy głodnych turystów zawalają nieprzeliczonymi rzeszami spokojne zazwyczaj miasteczko. I rzeczywiście - przez te kilkanaście minut, gdy zaspokajaliśmy swój głód kilkanaście osób złożyło swoje zamówienia w smażalni. Jednak wszyscy poza nami zabierali swoje pudełeczka z jedzeniem ze sobą i odjeżdżali gdzieś w dal swymi cudownie błyszczącymi w światłach neonów, drogimi samochodami. Merimbula nie jest, bowiem miejscem wypoczynkowym dla każdego. Trzeba mieć spory zapas gotówki w kieszeni lub w znaczny sposób uszczuplić swoją kartę kredytową by spełniać tu wszystkie swoje wczasowe zachcianki. Droższe, niż w mijanych dotąd miejscowościach są tutaj noclegi. A widać to było nawet z zewnątrz po merimbulskich, w europejskich stylu wybudowanych domach wczasowych i noclegowych.
Na szczęście dla nas ryby z frytkami kosztowały tu niewiele więcej niż w Melbourne, więc najedzeni i zadowoleni wstaliśmy wreszcie od jedynego, ustawionego przed smażalnią stolika i podążyliśmy w stronę czekającego na nas wiernie jeepa. Jeszcze tylko wstąpiliśmy do czynnego całą noc supermarketu – Safeway’a, by kupić dla Cezarego jego ulubione cygara - Amanda. Wiem, wiem – on nie powinien palić a ja nie powinnam temu jego paleniu sprzyjać. Jednakże cygara Cezarego pachną tak słodko a on rozkoszuje się nimi z takim wdziękiem i radością, że naprawdę trudno sobie odmówić tej wspólnej przecież przyjemności. Zresztą pali teraz naprawdę rzadko i mało tylko te swoje ulubione, grube cygara. Wygląda wówczas jak jakiś pewny siebie, przystojny, tajemniczy, amerykański mafioso. A to nieodmiennie budzi mój uśmiech, zachwyt i wzruszenie... 

Wracamy już teraz szybko do hotelu i kończymy ten długi dzionek spokojnym, paleniem cygara, błyskawicznym prysznicem a potem już mocnym snem w pokoju hotelowym w Pambuli. I śpimy jak zabici po tej całodziennej podróży. A snu nie zakłócają nam ani żadne zapachy, ani dźwięki. Za oknem świat odpoczywa przed jutrzejszym, pełnym niespodzianek i kolorów dniem. Przed ostatnim dniem 2008 roku...


22 komentarze:

  1. jeżeli robisz u siebie takie fish&chips to polecam do panierki zamiast wody użyć piwa...:) Taka ryba smakuje jak marzenie..:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, że robię! Spróbuję metody z piwem. Tylko o dobrą rybę jakos teraz w Polsce jakby trudno! Wszystkie mi się ostatnio trakcie smażenia rozpadaja i przylepiają do dna patelni. I powstaje dziwaczny gulasz zamiast chrupiącego smakołyku! Brr! A może to ze mnie kucharka, jak z koziej dupki trąbkka?!

      A zauważyłaś, że zdjęć jest dużo i są większe niż wczoraj? It's especially for you,my dear:-))

      Usuń
  2. Czekalam niecierpliwie na relacje z kolejnego etapu Waszej wyprawy. Warto bylo! Nie rozczarowalam sie ani troche. Twoja opowiesc, jak zwykle wartka i mistrzowsko prowadzona, zaprzatnela cala moja uwage. Coz mozna wiecej komentowac? Z niecierpliwoscia poczekam na ciag dalszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panterko! Komentuj ile tylko masz ochotę! Przecież nie ma tu na blogu jakiegoś zakazu pisania czego i ile się tylko chce! I jak masz jakieś pytania,czy uwagi, to wal śmiało!
      A ciąg dalszy już jutro!:-))

      Usuń
    2. Pytan nie mam. Twoja relacja jest tak pelna, ze czuje sie, jakbym tam byla z Wami razem.
      Mam tylko marzenie: kiedys zobaczyc to na wlasne oczy.

      Usuń
    3. "Wszystko się może zdarzyc, gdy głowa pełna marzeń" - jak głosi tekst pewnej popularnej piosenki...Ale coś w tym jest, bo zycie potrafi nas zaskakiwać nie tylko negatywnie przecież.
      A póki co, Panterko - podróżuj z nami. Zapraszamy do naszego czarnego jeepa. Wsiadaj!Przed nami jeszcze wiele, wiele kilometrów i przygód!:-))

      Usuń
    4. A na mapie wszystko wyglada tak blisko...
      Poki co, chyba najpierw sie przespie, a jutro z samego rana wsiadam z Wami do jeepa i... hajda!

      Usuń
    5. Już poranek, a więc hajda na koń!:-))

      Usuń

  3. Achhh, jak pięknie!

    Dosiadam się na dalszą podróż :)
    Zmieszczę się?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja droga Mar! Choćby się nasz jeep miał nawet zamienić w wesoły, podróżny autobus, to niech się tak dzieje! Razem raźniej i droga się tak nie dłuży!

      Wsiadaj, pasy zapinaj i wiooo!:-))

      Usuń
  4. mogę jechac z Wami?
    wspaniała podróż...
    tylko pozazdrościć..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No pewnie - wsiadaj, Kingo! Miejsca jest dość!
      Niech nam wiatr świszcze w uszach a wyobraźnia niech przenosi czytelników czarodziejsko na sam koniec świata!:-))

      Usuń
  5. czytam i z przyjemnością czekam na jeszcze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podróż trwa i na razie nie zamierza sie skończyć! Podróżujemy w czasie i w przestrzeni a nasze wspomnienia ożywają na nowo i tańczą nam kolorowo w sercach...:-))

      Usuń
  6. Czytajac Twoja opowiesc, przedstawiasz ja tak szczegolowo, ze nawet gdyby nie bylo zdjec (a sa piekne) jestem w stanie wyobrazic sobie te wszystkie miejsca.
    Wiesz Olu, podroze zawsze mnie fascynowaly i jesli tylko czas na to pozwala, no i oczywiscie fundusze to staramy sie z p. pedzic gdzie nas poniesie.
    Czasami jest to zwykly wypad do parku na rolki ale najwazniejsze, ze sie chce.
    Planujc nasze wakacyjne eskapady stawiamy na "dzicz"jesli jest to mozliwe.
    Lubimy miejsca z dala od ludzi, pustkowia i namiot, to nasz nieodlaczny przyjaciel.
    Z hoteli korzystamy wtedy, kiedy naprawde musimy.
    Uwielbiam takie eskapady i coraz bardziej podoba mi sie Australia dzieki Twoim opisom:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkrywamy w sobie wzajemnie coraz więcej podobieństw, droga Ataner!
      My - wędrowcy szukamy wciąz nowych, ciekawych rzeczy do zobaczenia i wciąż nam się chce szukać, odkrywać, przemierzać i fotografować.

      I właśnie dzicz jest najpiękniejsza - z dala od ludzi, hałasu, pospiechu!

      Na pewno kiedys i do Australii dotrzecie wraz ze swym P. To całkiem blisko!

      Pozdrawiamy serdecznie!:-))

      Usuń
  7. Wreszcie zasiadłam do lektury , Olgo chciałabym Cię widzieć w tych warkoczykach ala pipi :) to zaskoczyłaś mnie tym że w Australii nie wolno rozbijać namiotów gdzie komu pasuje, myślałam że taki ogromny kraj że wiele można a tu okazuje się że nie , ja też lubię zapach cygar :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie wyglądałam z tymi warkoczykami! Tak młodo i wesoło! Chyba znowu zapuszczę włosy i będę się tak czesać, choćby i całą wieś miała mnie wziąć na języki!:-))
      A te cygara przyczyniły się do tego, ze mój Cezary rozpalił sie na dobre i teraz kopci śmierdzące papierosiska!

      Usuń
    2. To faktycznie się rozpalił :)

      Usuń
    3. No, niestety, nad czym biadam, alem bezradna w tej kwestii!!!

      Usuń
  8. Śpijcie spokojnie bo jutro czas zabawy nocnej pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mało sie spi w podrózach, Mimo zmęczenia człowiek za bardzo jest podekscytowany by spokojnie spać...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia