wtorek, 1 stycznia 2013

Podróż noworoczna, Cz.5 - "Pierwszy dzień Nowego Roku - czyli od bladego świtu w Sydney po zachód słońca w Blue Mountains""

          Most Harbour Bridge - właśnie stąd wczoraj puszczano te wielkie, sztuczne ognie...


   I znowu dotarcie pod operę nie okazało się tak proste, jak można by naiwnie mniemać. Po pierwsze nocne blokady jeszcze nie całkiem były zdjęte a po drugie zawiłość szos, ulic, mostów i skomplikowanych, miejskich arterii także nie ułatwiały nam zadania. Jechaliśmy więc sobie powoli po budzącym się dopiero do życia mieście i podziwialiśmy jego rozmach, piękno architektoniczne i wspaniałe, wyżynne położenie.
W świetle budzącego się dnia wszystko wyglądało inaczej niż wczorajszej nocy. Spokojne zwiedzanie Sydney bardzo ułatwiało nam to, że był to wolny od pracy, świąteczny dzień, a wszyscy ewentualni przechodnie smacznie sobie jeszcze spali.

   Przemieszczaliśmy się zatem bez żadnego stresu po tych odmienionych, puściutkich dzisiaj ulicach i poszukiwaliśmy jakiegoś McDonaldsa, w którym moglibyśmy napić się naszej wymarzonej, porannej kawy. I znowu pech chciał, że nieliczne, mijane przez nas McDonaldsy nie miały w pobliżu dogodnych miejsc do zaparkowania. A nie chcieliśmy ryzykować i pozostawiać samochodu byle gdzie, bo wspaniała, niestrudzenie stojąca na straży porządku publicznego policja australijska też już pewnie czuwała i w każdej chwili mogła nas uraczyć koszmarnym mandatem. Przepłukaliśmy więc zaschłe gardła wodą mineralną i jeszcze raz ruszyliśmy w stronę niedosiężnej opery. Może tym razem jakoś się nam uda tam dotrzeć...?

   Błądzimy, kluczymy, niepotrzebnie kilka razy wjeżdżamy na płatną autostradę. Już udaje nam się zobaczyć gdzieś z daleka upragnioną operę i znowu pechowo wjeżdżamy w nieodpowiednią drogę a most Harbour Brigde wciąż jest gdzieś z boku. Wreszcie po kolejnej godzinie takiej obłąkańczej jazdy znajdujemy właściwy dojazd i z ulgą stwierdzamy, że nocne blokady zostały już bez śladu usunięte. Wygodnie wjeżdżamy na wijący się w kształt ślimaka podziemny parking przy samej operze i oto nareszcie jesteśmy na miejscu.

   Wspaniała, ogromna, przytłaczająca nieco rozmachem wielowymiarowa i wieloczęściowa budowla Sydney Opera House wyłania się przed nami jak cudowny wielożaglowiec, niemożliwy wprost do ogarnięcia i zmierzenia . Trudny także do obejścia, albowiem powierzchnia budynków opery mieści się na prawie dwóch hektarach gruntu. Zaskakuje skrzydlatym, jak gdyby kosmicznym dachem. Biel tego dachu niesamowicie mocno lśni w promieniach porannego słońca. Opera w całości jest zbudowana z betonu, szkła i żelaza a jej dach pokryty jest specjalnymi, antygrzybiczymi płytkami, dzięki czemu nigdy nie trzeba go czyścić. Większość informacji o operze czerpaliśmy z naszych folderów turystycznych oraz z internetu, ale zupełnie czym innym jest czytać o niej, a czym innym oglądać ją z bliska, dotykać, gładzić, biegać po jej szerokich schodach, spoglądać stamtąd na zatokę, port, na przepływające nieopodal kolorowe statki wycieczkowe i na pobliskie, nieomal tak samo piękne jak opera, drapacze chmur.

   Sama opera o tej porze jest jeszcze zamknięta, a u jej podnóży ciężko pracują brygady sprzątaczy. Muszą uprzątnąć wszystkie sylwestrowe śmieci. Pozabierać stąd przenośne ubikacje, bramki i płotki, tymczasowo postawione stoliki, krzesła i kioski, umyć porządnie marmurową posadzkę wokół. I czynią to na naszych oczach wręcz błyskawicznie, a po pół godzinie w sąsiedztwie opery nie ma już niczego, co by przypominało o ubiegłej, hucznej, niezwykłej nocy. Znowu jest nieskazitelnie czysto – jak na pocztówce. Jakiś uprzejmy strażnik miejski na naszą prośbę pstryka nam parę zdjęć. A i my sami upojeni otaczającym nas pięknem robimy oczywiście mnóstwo fotografii. I wciąż nam mało i mało...

   Od morza wieje bardzo silny wiatr, a ja z chłodu i niewyspania zaczynam dygotać. Tutaj, przy operze jest prawie, jak na nie osłoniętym wierzchołku jakiejś góry. Wynika to zresztą z samego położenia opery – jest wybudowana na najbardziej wysuniętym w morze cyplu zatoki, dokładnie czuje się tu wszelkie zmiany natężenia wiatru i siły, z jaką fale rozbijają się o brzegi zatoki. To położenie jednak też sprawia, że jest stąd wspaniały widok we wszystkie strony świata. Także sama opera wspaniale wygląda od strony morza (sami nie mamy okazji tego zobaczyć, ale podziwiamy profesjonalne zdjęcia opery w folderach turystycznych). 


   W poszukiwaniu słońca i ciepła schodzimy z wielokondygnacyjnych schodów i maszerujemy w kierunku zieleniejącego nieopodal parku. Tu przysiadamy sobie z przyjemnością na rozgrzanej od słońca ławeczce i z tej perspektywy podziwiamy operę i jej otoczenie.


   Na straży parku, pośród palm i eukaliptusów stoi spiżowy, filuternie uśmiechnięty faun. Jest to kolejna z napotkanych przez nas urokliwych, miejskich rzeźb, jakich pełno widzieliśmy już w przeróżnych parkach, na skwerach, w ogrodach, przy punktach informacyjnych, przy ważnych urzędach oraz przy wjazdach do poszczególnych miejscowości. W miasteczkach górniczych podziwiać można np. wyrzeźbione figurki kopaczy i poszukiwaczy złota czy tez innych kruszców. W miejscach historycznie czy legendarnie związanych z Aborygenami widzieliśmy drewniane rzeźby totemicznych zwierząt, albo wielkie kamienie pomalowane pracowicie w typowo australijskie kropki i zawijasy. W miasteczkach znanych z uprawiania jabłoni, hodowli krów czy strusi emu napotykalismy rzeźby przedstawiające gigantyczne, dorodne owoce, wspaniałe drewniane czy żelazne woły, ptaki czy cokolwiek innego, istotnego dla tych okolic.
 A ja teraz przytulam się do gorącego policzka spiżowego fauna i myślę sobie, że uosabia on sztukę, wolność i radość tworzenia a także dobry humor, który zapewne ogarnia każdego turystę, zwiedzającego najpiękniejsze zakątki Australii...

I my z mężem, mimo niewyspania i znów dopadającego nas uczucia głodu czujemy się tu jacyś młodzi, radośni, pogodni. Ale wynika to także z faktu, że oto właśnie jesteśmy u celu, w miejscu, do którego dotarcie zajęło nam dwa dni, pełnych emocji, wzruszeń, estetycznych oczarowań, słońca, kurzu i zmęczenia długą, czasami bardzo monotonną jazdą.




   Ale czy chcielibyśmy właśnie tutaj zrobić w tył zwrot i rozpocząć ostatnią podróż – tym razem już tylko do domu w Melbourne...? Nie, zupełnie nie chce się nam jeszcze wracać. Ta podróż jest jak prawdziwy narkotyk. Wciąga nas i zachęca do kontynuacji. Poza tym mamy okazję zobaczyć teraz, leżące około 100 km stąd piękne, błekitne góry Blue Mountains. Góry przedstawiane zawsze na obrazach, plakatach, w kalendarzach, w folderach, oraz w filmach podróżniczych, dotyczących Australii. Byłoby przecież głupotą nie skorzystać z takiej możliwości. A zatem niebawem wyruszymy na północny zachód. Przygoda jeszcze nie skończona!
   A póki co, musimy się napić czegoś ciepłego i zjeść jakieś pożywne śniadanie, byśmy mieli siłę do kontynuacji naszej podróży. Przy drodze wylotowej z Sydney, prowadzącej na Parramatę i Penrith ( to miasteczka na trasie wiodącej w Błękitne Góry) zatrzymujemy się w, jak było do przewidzenia, nieśmiertelnym McDonaldsie. Raczymy się mocnymi, gorącymi kawami, placuszkami ziemniaczanymi oraz długimi bułkami z jajkiem, smażonym bekonem, kurczakiem i sałatą. Tutaj też, rozsiadłszy się wygodnie na ławach z miękkim oparciem, korzystając z szerokiego stolika kopiujemy na laptopa wszystkie nasze zdjęcia z aparatów fotograficznych. Okazuje się, ze przez ostatnie dwa dni zrobiliśmy ich we dwoje ponad siedemset! Ale nie dziwi nas ta liczba, ponieważ od kiedy przyjechałam do Australii fotografowanie stało się naszą najważniejszą, wspólną pasją. I po prostu uwielbiamy razem z mężem polować z naszymi aparatami na cokolwiek, wartego zauważenia, uwiecznienia.

    Równie dużą przyjemność sprawia nam potem wielokrotne oglądanie tych zdjęć, omawianie tylko dla nas istotnych szczegółów, wyłapywanie różnic między naszymi fotografiami zrobionymi w tym samym miejscu lecz przez każdego z nas z osobna. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, niż zwolnienie migawki w aparacie i „cyknięcie” jakiejś kolejnej fotografii. A przecież tak wiele zależy od kąta widzenia i nachylenia osoby fotografującej, od tego, czy swoim obiektywem łapie obraz z daleka czy z bliska, a wreszcie od samej spostrzegawczości i ciekawości tejże osoby. Bo będąc w tym samym miejscu dostrzec można i uwypuklić zupełnie różne rzeczy. Pobawić się ze światłem i cieniem. Pochylić się nad maleńkim kwiatkiem, albo ogarnąć obiektywem zmienne fale obłoków...

   Przy tym restauracyjnym stoliku, w przyjemnym, klimatyzowanym pomieszczeniu znowu, niestety, ogarnia nas senność i znajoma rozlewająca się po mięśniach i kościach słabość. Najchętniej byśmy się tam na pół godzinki wyłożyli i zasnęli stuleni w kłębek na tych mięciutkich, skajem pokrytych siedzeniach...Ale nie dla psa kiełbasa! Komu w drogę, temu czas! Kolejnym wysiłkiem woli i rozsądku podrywamy się z tych kuszących, mcdonaldsowych ław i wychodzimy na zewnątrz. A tam wita nas straszliwy upał i spiekota. Także nasz samochodzik wydaje się być teraz, jak blaszana, rozgrzana do białości puszka.
   Włazimy jednak dzielnie do środka, włączamy klimatyzację i już po kilkunastu minutach jazdy ostatecznie żegnamy się z Sydney. Jeszcze tylko po drodze zerkamy przelotnie na mieszczący się w pobliżu stadion olimpijski. Ten sam, w którym odbywały się najważniejsze zawody lekkoatletyczne podczas przedostatniej olimpiady w dwutysięcznym roku. Patrzymy z dala na sterczące wysoko jupitery stadionu a mój mąż opowiada mi przy tej okazji o swoim niedawno sprzedanym samochodzie, białym commodorze, należącym poprzednio do wyposażenia sportowców tejże olimpiady. Na szybie miał w związku z tym olimpijski znaczek a na koncie bardzo mały przebieg, gdyż służył zapewne tylko do przejazdów w obrębie miasta i jego zabudowań sportowych. Dobrze się nim jeździło, ale na wyprawy po stromych, górskich trakach, po buszu i po country o wiele bardziej nadaje się nasz jeep z napędem na cztery koła. Nieraz już dokonywał cudów i zjeżdżał na łeb, na szyję do jakiegoś błotnistego bajora, albo wartkiego strumienia i wyjeżdżał stamtąd dziarsko i zwycięsko jak czołg.

                                                    Zdjęcie z folderu turystycznego

   Teraz mamy przed sobą autostradę prostą i równiutką jak okiem tylko sięgnąć, więc jeep nie musi się zbyt wysilać. Natomiast wciąż rosnący upał, zmęczenie oraz kurz i monotonny szum silnika nam dają się coraz bardziej we znaki. Ziewamy, ziewamy i nawet nie mamy już siły na rozmowy, ani żarty. Pomału zbliża się południe, a więc naprawdę dobrze by było znaleźć jakiś przydrożny motel i nareszcie odespać ubiegłą noc. Ale chociaż pilnie rozglądamy się wokół, to jak na razie nie widać żadnego miejsca na spoczynek dla nas.

Dopiero, gdy wjechaliśmy już w rejon Blue Mountains zaczęły nieśmiało pojawiać się gdzieniegdzie motele i hoteliki przydrożne. Nie posiadają jednak wolnych miejsc i my, dwoje znużonych już niemiłosiernie wędrowców znowu zmuszeni jesteśmy aby jechać naprzód. Wreszcie sukces! Tuż przed Katoombą, największym i najbardziej znanym miastem turystycznym Gór Błękitnych znajdujemy motel. Motel, leżący z jednej strony tuż przy autostradzie, a za plecami, w dole, mający sieć torów kolejowych. Nie zważając jednak na wynikające z tego położenia niedogodności (hałas i drgania podłogi), wynajmujemy tam pokój, włączamy klimatyzację i już za parę minut, pogrążeni w objęciach Morfeusza chrapiemy głośno za nic mając upał i stukoty za oknem...
   Po kilku godzinach budzi mnie przemożne pragnienie. Wstaję i robię dla siebie i męża herbatę, wiedząc, że i on prawdopodobnie się za chwilę przebudzi, mając gardło tak samo, jak ja, zaschnięte. Jeszcze przed zaśnięciem poprosił, bym jeśli wstanę przed zachodem i jego także obudziła. Nie staram się wobec tego zachowywać zbyt cicho.  Szkoda było nam spędzać całego dnia w pościeli, gdy tymczasem kilka kilometrów od nas było centrum najważniejszego w tych okolicach miasta i rozciągały się wspaniałe, skaliste pasma błękitnych gór. Odsłaniam rolety i do pokoju wlewa się natychmiast ostre, jaskrawe światło. Wyglądam przez okno, czy widać stąd jakieś szczyty górskie, ale zobaczyłam tylko wielkie eukaliptusy, sięgające swymi koronami wysoko ponad poziom mojego wzroku oraz plątaninę szyn kolejowych, przebiegających na dole. Byłam ciekawa, czemu owe góry zawdzięczają ten nietypowy dla skał kolor, no i czy w ogóle są niebieskie. A może to tylko taka legenda i wabik dla turystów?
Pół godziny potem, po zaparkowaniu jeepa w bocznej uliczce idziemy z Cezarym główną ulicą Katoomby, zwaną Katoomba Street. 


Ulica dość stromo wiedzie nas w dół, więc idzie się szybko i bez wysiłku. Po drodze mijamy mnóstwo kawiarenek i pensjonatów, wybudowanych w stylu secesyjnym. Widzimy też wiele sklepów ze sprzętem turystycznym i fotograficznym, na wystawach których wystawione są przepiękne zdjęcia zrobione w okolicy. Jako fotografowie-amatorzy przyglądamy się im ze szczególnym zainteresowaniem i podziwiamy wspaniałe ujęcia błękitnej mgły nad górami, ogromnych wodospadów, przerażających stromizn, urwisk, tajemniczych tuneli podziemnych i skąpanych w światłocieniach, głębokich dolin. 

   Sama Katoomba, oglądana przez nas teraz na żywo, też wygląda bardzo malowniczo i  nieco sennie. Mimo dużej ilości turystów jest tu cicho i spokojnie, a w powietrzu unosi się zapach dojrzałych, słodkich brzoskwiń, świeżego chleba i kadzidełek. Wonny, sandałowy dymek dobywa się z właśnie mijanego przez nas sklepiku, pełnego artykułów ezoterycznych, starych książek i zabawek. Katoomba słynie z dużej ilości kursów medytacyjnych, z zainteresowania sprawami duszy i tajemniczego świata duchów. Znana jest też z podziemnych, legendarnych tuneli, wijących się ponoć pod miastem a zamieszkałych przez zjawy i upiory. Podobno kilku turystów zaginęło tam kiedyś bez wieści. I wciąż zdarzają się tu jakieś niewyjaśnione zjawiska parapsychologiczne... Hmm...Lubię taką atmosferę. Zanim więc wyruszymy w stronę oddalonych stąd o mniej więcej kilometr gór, postanawiamy jeszcze trochę tu zostać. Przysiadamy sobie z Cezarym w pięknie położonym tuż przy starym, przypominającym pałac hotelu Carrington, ogródku piwnym. 

 
    Z lubością sączymy ciemne, gorzkawe piwo Guinness i odpoczywając, przeglądamy foldery turystyczne z tych okolic. Jest słonecznie, ciepło, wręcz błogo. A kiedy po jakimś czasie nie wiadomo jak i skąd zrywa się nagły wicher i porywa nam nasze foldery wyobrażam sobie, że to duch gór przypomina nam o swojej obecności i napomina nas, byśmy porzucili gnuśne kontemplacje suchych, papierowych informacji i zaczęli aktywnie, własnymi nogami i oczami poznawać to otoczenie.

   Posłuszni temu zaczarowanemu wiatrowi wracamy do samochodu i jedziemy do Echo Point. Jest to wspaniałe miejsce widokowe położone nad urwiskiem skalnym, z którego podziwiać można rozpościerającą się około tysiąca metrów poniżej dolinę Jamison oraz niezwykłych kształtów skały naprzeciw. Patrzymy w tę nieprzebytą, porośniętą eukaliptusami głębię i aż się w głowie kręci. 


Dla bezpieczeństwa wszędzie ustawione są wytrzymałe, stalowe barierki, a więc opierając się o nie, bez strachu można się trochę wychylić. Ponieważ wiem, że ze względu na ogromną stromiznę i trudny dostęp jest tu wiele niezbadanych dotychczas miejsc, z tym większą ciekawością wpatruję się w dolinę, w rysujące się przed nią wielopoziomowe łańcuchy górskie, w ich cieniste załamania i jasno oświetlone polanki. Kilkaset metrów stąd, po lewej stronie doliny, na wysokości naszego wzroku sterczą okazałe, jak gdyby przytulone do siebie trzy szczyty. Zwane są one trzema siostrami i wiąże się z nimi pewna aborygeńska legenda.

                                                           Zdjęcie z folderu turystycznego

   Dawno, dawno temu blisko siebie żyły dwa wrogie plemiona. Ciągle prowadziły ze sobą wojny i swary. Słowem – nienawidziły się wzajemnie. Jednakże traf chciał, iż trzy dziewczęta z jednego plemienia o imionach: Meenhi, Wimlah i Gunnedoo zakochały się w trzech przystojnych wojownikach z tego drugiego plemienia. Spotkały ich kiedyś przypadkiem w szumiącym słodkie melodie, lesie eukaliptusowym i od tej pory serca młodych nie zaznały już spokoju. Zapragnęli być razem i poprosili o zgodę Starszych. Wywołało to oburzenie w obu społecznościach, albowiem zakazane były wszelkie związki i kontakty z wrogami. Ojciec trzech sióstr, potężny szaman odrzucił zatem grzeczne oświadczyny chłopaków i zakazał swym córkom widywania się z ukochanymi. Ale czyż można przeciwstawić się sile prawdziwej miłości? Młodzi, zakochani do szaleństwa wojownicy wypowiedzieli więc wojnę sąsiedniemu plemieniu i napadli nań w nocy, chcąc siłą porwać dziewczęta. Wówczas ich ojciec aby ochronić je przez uprowadzeniem, przy pomocy swej zaczarowanej kości, zamienił siostry w trzy strzeliste, piękne skały.

    Zamierzał oczywiście po zwycięskim odparciu ataku sił wrogów odczarować je i na powrót przywrócić im ludzką postać. Pech jednak chciał, że zginął na tej wojnie i przepadła gdzieś w głębokiej dolinie jego magiczna kość. Nieszczęsne dziewczęta po dziś dzień stoją tak, zamienione w skały i bezskutecznie wyglądają ratunku. Gdyby więc któryś ze śmiałych turystów, odważny poszukiwacz skarbów, albo ktokolwiek, mający odwagę zapuścić się w te bezludne, tajemnicze okolice, znalazł ową kość mógłby odczarować śliczne panny. A sława jego uczynku poniosłaby się daleko, daleko w świat. Czy aborygeńskie dziewczyny jeszcze kiedyś zatańczą wśród eukaliptusów? Czy wykąpią się w kaskadach wodospadu? Cierpliwie czekają na to od tysiącleci.  Wpatrują się w zmieniające się czasy, w błękitne góry i w podziwiających je ludzi, wciąż mając nadzieję na życie...

   Oczarowani przestrzenią i widokami powędrowaliśmy z mężem ścieżką, prowadzącą wzdłuż urwiska. Trzy siostry z każdej strony wyglądały inaczej, ale wciąż miało się wrażenie, ze patrzą na nas i o coś proszą. A my maszerowaliśmy sobie pod kopułą uwitą z pochylających się ku sobie eukaliptusów i robiliśmy zdjęcie za zdjęciem.


 W pobliżu nas, wśród gęstych krzewów, porastających skały dostrzegliśmy dwa, wtulone w siebie czule, nieznane nam ptaki. Piórka lśniły im w słońcu fioletem i srebrem. Wydawały z siebie gardłowe, cichutkie, tkliwe trele i nie zwracały w ogóle uwagi na otoczenie. Nad nimi fruwały rudo złote motyle, a promienie słońca tańczyły wśród liści. Pomyślałam sobie wtedy, że góry te kryją w sobie na pewno wiele nieznanych legend i tajemnic. A te ptaszki to też mogą być jakieś zaczarowane stworzenia, strzegące sekretów doliny...

   Zaobserwowaliśmy, że jakaś taka ogólnie tkliwa, miłosna, magiczna atmosfera panowała na tej górskiej ścieżce i opanowywała, co poniektórych turystów, ponieważ spotkaliśmy tam kilka tulących się do siebie par i wcale się z tym nie kryjących...Uśmiechnęliśmy się z Cezarym na ten widok i powędrowaliśmy dalej, trzymając się za ręce i co chwila spoglądając serdecznie w swoje oczy...

   Zaczynał się różowo złocisty zachód słońca i barwy gór zaczęły się zmieniać. Głębokie, nieprzeniknione cienie zapadły w dolinkach i we wschodnich zboczach gór a na zachodzie pomarańczowe i czerwonawe kolory skał zalśniły pełnym blaskiem. Jednocześnie zaczął napływać nie wiadomo skąd chłodny, ostry wiatr. Wróciliśmy więc na zalany wciąż jeszcze słońcem placyk w pobliżu parkingu i tam znaleźliśmy dla siebie ustronną, drewnianą ławeczkę, z której mogliśmy aż do końca obserwować i podziwiać spektakl zachodu...

    Leżałam tam sobie wygodnie opierając głowę na ciepłych kolanach męża, wpatrywałam się w niebo i w drżące, kolorowe liście eukaliptusów i byłam bardzo szczęśliwa...


Jutro ciąg dalszy opowieści...

14 komentarzy:

  1. Witaj Olgo w Nowym Roku
    Dziś poczytałam część pierwszą fantastycznie się czyta ale myślę że poczytam wieczorem znów na spokojnie jak dzieci pójdą spać , bo taki tekst wymaga skupienia :)
    Ściskam Cię serdecznie Ilona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj i Ty, Ilonko w tym Nowym, 2013 Roku!
      Jak to dziwnie brzmi - 2013!
      Co to się w tym roku stanie? Co się w naszym życiu wydarzy?

      Nowy Rok to zawsze wkroczenie w nową rzeczywistość, ale to też zmierzenie się ze swoimi dotychczasowymi doświadczeniami, wspomnieniami...

      Ja tu plotę dla Was splotami uczuć i żywych wspomnień swoją noworoczną opowieść i opowiadając, tęsknię jednocześnie za tym co było...Ale przecież nie gorzej jest teraz...Moze i lepiej nawet? Bo jest nasz wiejski dom przy lesie, jest Zuzia kochana i kotki...Ale gdzies z tyłu jest ten bezkres, ta wolność, ten wiatr...Och!

      Przytulam Cię serdecznie, Ilonko!:-)

      Usuń
  2. Wielkie miasta specjalnie mnie nie podniecaja, wiec mimo niewatpliwej urody, Sydney mnie nie porywa. Ale te gory warte sa wszystkiego, a sciezka zakochanych zasluguje na mistrzostwo swiata dla takich swiezo zakochanych, jak Wy.
    Ty, Olenko, z prozaicznej wyprawy po kartofle do zieleniaka, potrafilabys skonstruowac zajmujaca opowiesc. Co tu duzo mowic, czyta sie Ciebie z tchem zapartym. Zwracasz uwage na szczegoly, ubierasz w slowa obiekty, na pierwszy rzut oka, nieistotne.
    Ach, przestane Ci juz kadzic, bo popadniesz w samozachwyt!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też wielkie miasta jakoś nie bardzo zachwycają. Najcudniej jest na uboczu, z dala od tłumów i tych wszystkich cywilizacyjnych wymysłów.

      A ścieżka zakochanych może być wszędzie...w parku, w lasku, na osiedlu...To nasze uczucia malują rzeczywistosć, która nas otacza. I dlatego Australia jest dla mnie krainą pastelowych, ciepłych, serdecznych barw...

      A mnie, Panterko samozachwyt nie grozi. Gdybyś wiedziała, jak skromną, niepozorną i cichą w realu jestem osobą, to byś się zdziwiła...Ja po prostu lubię pisać i niekiedy dzielić sie z innymi swoimi spostrzeżeniami, zachwyceniami,rozczarowaniami, ulotnymi mgnieniami niepowtarzalnych chwil.I tylko tyle.

      A propos wyprawy do zieleniaka - to kiedyś Ci opowiem o takiej mrożącej krew w żyłach historii, którą naprawdę przeżyłam na własnej skórze...

      A dzisiejszego wieczora zasyłam Ci po prostu swoje ciepłe myśli i podziękowania za to, że wiernie czytasz wszystko to, co tu naskrobię...:-))

      Usuń
  3. Przeczytalam pierwsza czesc dotyczaca Opery, fantastyczna budowla i niewatpliwie warta zobaczenia i tych trudow aby obejrzec ja chociaz z zewnatrz, niesamowicie olbrzymi teren.
    Mysle, ze w wewnatrz jest rownie atrakcyjna.

    Dzisiaj rodzina bardzo mnie absorbuje, wiec czytam z przerwami, a "niebieskie gory" zostawiam sobie na deser:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłam, niestety, wewnątrz opery lecz przypuszczam, że i w środku jest niesamowita. Ciekawa jestem jak brzmi w niej muzyka?
      Pozdrowienia zasyłam serdeczne!:-)

      Usuń
    2. Domyslam sie, ze z braku czasu nie wyruszyliscie na poszukiwanie magicznej kosci krola.
      Widoki gorskie zachwycajace i ile zieleni wokol.

      Usuń
    3. Ach, biedne trzy siostry! Ktoś inny musi je odczarować. Ktoś inny zapewne znajdzie w końcu tę magiczną kość i przywróci życie aborygeńskim dziewczętom. A póki co, na ścieżkach i w dolinach Błekitnych gór trwa magiczny, miłosny nastrój i przypomina wędrowcom o zaklętych, zakochanych nieszczęśliwie dziewczętach...

      Usuń
  4. Piękna legenda , bardzo urzekł mnie faun strzegący parku , jejku wszystkie te juki które u nas rosną w domach latami , tam w naturze rosną najlepiej i najszybciej , miałam okazję zobaczyć operę z innej perspektywy no zdjęcia świetne , te widoki ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Legenda o "Trzech Siostrach" wprawiła mnie tam w pełen rozmarzenia i melancholii nastrój. A roślinnośc przy operze w Sydney rzeczywiście jest niesamowita!:-)

      Usuń
  5. Olgo to prawda każdy fotografujący zrobi zdjęcie inaczej, prawdziwy artysta z wielka wrażliwością widzi więcej niż zwykły śmiertelnik. Masz ten dar w sobie i dlatego Twoje fotografie maja to coś. Lubie opere , chciałoby by się tam być i posłuchać np. Madame Butterfly.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam fotografować. To jest dla mnie rodzaj bardzo intymnego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość.

      I ja żałowałam, że nie dane mi było pójść do opery w Sydney na jakiś koncert muzyczny czy operę. Duzo się nasłuchałam od przyjaciół w Australii, jak dziwne i niesamowite brzmienie ma tam muzyka...Może kiedyś jeszcze będzie mi to dane? Życie wszak jest pełne cudownych niespodzianek!:-)

      Usuń
  6. Przepiękne fotografie ale i miejsca niezwykłe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często oglądamy tamte fotografie i wspominamy...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia