czwartek, 3 stycznia 2013

Podróż noworoczna - Cz.7 "Słoneczna Canberra i okolice – czyli nasza wędrówka w nowy, pogodny dzionek "



   Następnego dnia rano, zaopatrzeni w mapy i im tak naprawdę oraz drogowskazom ufający, wyruszyliśmy w dalszą drogę do Canberry. Po wieczornych doświadczeniach z jazdą za głosem mało rozumnego, za nic mającego niebezpieczeństwa Gps-u, dzisiaj chcieliśmy spokojnie i bezpiecznie dojechać do stolicy Australii. Zorientowaliśmy się, że znajdujemy się na terenie przepięknych, zróżnicowanych widokowo Południowych Wyżyn ( Southern Highlands).  Otaczały nas góry i doliny, będące jednym z ulubionych, wypoczynkowych miejsc Sydneyczyków. Mijane, brązowe tablice informacyjne zapowiadały przeróżne, miejscowe atrakcje turystyczne: wąwozy, wodospady, punkty widokowe, miejsca przeznaczone do górskich wędrówek i wspinaczek, jaskinie i groty. To wszystko na pewno było warte zobaczenia, nie zamierzaliśmy się jednak zatrzymywać więcej w tych okolicach, chcąc dojechać wreszcie do Canberry i zostać tam tego dnia jak najdłużej. Po raz kolejny okazało się, że Australia jest tak rozległa, tak zaskakująca i tak ciekawa turystycznie, ze życia by nam nie starczyło na zobaczenie wszystkiego...


   Obraliśmy sobie trasę wiodącą tuż obok miasta Goulburn. Przed nami było jeszcze ponad sto kilometrów do przebycia. Dzień zapowiadał się na bardzo słoneczny i ciepły. A nam jechało się prosto i przyjemnie szeroką i wiodącą na zmianę wyżynami i dolinami autostradą. Duża część drogi do Canberry przebiegała wzdłuż ogromnego lecz wyschniętego zupełnie jeziora Lake George. I to przy nim właśnie zachęciła nas do zatrzymania tabliczka z napisem: „Enjoy a refreshing break with Free Bushells coffe and tea”. Oznaczało to, że na najbliższym parkingu można się zupełnie za darmo napić kawy i herbaty. Podobno policja australijska co jakiś czas organizowała takie pomysłowe akcje w różnych częściach kraju. Akcje te służyły zapewne bezpiecznej jeździe kierowców oraz zyskaniu ich przychylności wobec policji i władz stanowych. Dobrze napić się gorącej kawy nawet w tak ciepły dzień....Dobrze się pobudzić do życia zawartą w niej kofeiną i cukrem. A ten pomysł z bezpłatną kawą jest jakimś rodzajem zapobiegania wypadkom spowodowanym sennością kierowców, wynikającą ze zbyt długiej i monotonnej jazdy tymi wprawdzie komfortowymi w większości, ale też bardzo nużącymi, bo długimi, trasami. Pomysł świetny i godzien rozpropagowania w każdym kraju. Przecież lepiej jest zapobiegać, niż leczyć lub, co gorsza, zbierać szczątki kolejnej ofiary jakiejś kolizji drogowej...

 
   Z ochotą wypiliśmy z Cezarym kilka, bardzo słabych, ale i tak smacznych kaw ( ach, któż by narzekał na gratisowe napoje?!). Przegryźliśmy ten napitek słodkimi, także darmowo tu rozdawanymi herbatniczkami. Dużo ludzi zatrzymywało się w tym czasie na parkingu i przechadzało się po nim leniwie i spokojnie, popijając swoje kawy i herbaty. Zresztą nic dziwnego – wszystko, co jest darmowe, przyciąga tłumy...Miły jest taki nieoczekiwany, lekki piknik...Miło jest rozprostować kości, skorzystać z czystej toalety, zrobić kilka zdjęć...


A poza tym przyjemnie spacerowało się w tym miejscu wzdłuż widoku na Lake George i podziwiało pobliskie góry oraz ogromne, pastwiska pełne krów i owiec, rozpościerające się na miejscu dawnego jeziora...

   Ale oto ruszamy już dalej, bo Canberra tuż tuż. Zupełnie niedawno dowiedziałam się z internetowej strony prowadzonej przez Polaków, dlaczego to Canberra a nie Melbourne czy Sydney jest stolicą kraju.  Napisano tam, że prawie sto lat temu trwały na ten temat w Australii burzliwie obrady i namysły. Ze względu na dobry klimat oraz korzystne pod względem strategicznym i obronnym położenie wygrała leżąca nad rzeką Molonglo, w Alpach Australijskich, na obszarze obecnego Australijskiego Terytorium Stołecznego, Canberra. Zresztą już dawno temu miejsce to było bardzo ważne dla dzikich plemion zamieszkujących te okolice. Tutaj odbywały się kiedyś doroczne spotkania aborygeńskich ludów. Spotkania grupujące smakoszy ciem Bugung, właśnie tędy masowo migrujących. Canberrę, jako stolicę kraju, założono w 1911 roku i postanowiono, że będzie ona przestrzenna, zielona, pełna ogrodów i parków.  
   Byłam ciekawa inności tego miasta. Mogłam je już porównać z największymi, australijskimi aglomeracjami oraz ze średniej wielkości miasteczkami. Czy jakoś będzie do nich podobna?

   Nie, nie była do nich podobna! I całe szczęście, bo często oglądając australijskie miasta zdumiewałam się ich monotonii i mało ciekawej, zagęszczonej zabudowie. Wyglądało to dla mnie tak, jak gdyby ten ogromny kraj żałował miejsca na szerszą, ciekawszą architektonicznie zabudowę. I jak gdyby ważne tu były tylko fasady, a nie funkcjonalność i prawdziwe piękno budynków. Wszędzie przy głównych ulicach niby to kolorowo i malowniczo, ale tak naprawdę to, jak na sztucznych dekoracjach z filmów o dzikim zachodzie. Bo z tyłu tkwią często niezmienne od lat obmierzłe rudery, smrodliwe podwórka, smutek ukrytych zapleczy i rupieciarni. 
   Ileż to razy widziałam dziwnie ciasno lecz przy tym uważanych za luksusowo pobudowanych osiedli, pełnych podobnych do siebie, jak dwie krople wody domeczków, wraz z przylegającymi do nich ogródkami, nie większymi niż metr na metr. A wystarczyło tylko opuścić granice danego miasta, by zobaczyć za nim setki hektarów pustych pól i nieużytków. Czy wszystko to czekało na jakiegoś genialnego architekta i jego wspaniały plan zabudowania przestrzennego? Czyżby Australijczycy nie potrzebowali na co dzień przestrzeni? Może już zdążyli się nią nasycić i teraz do szczęścia wystarczał im mały, niczym nie wyróżniający się domeczek i samochód? Bezpieczna, maleńka, niezmienna codzienność przeciętnego mieszkańca miasta...

   Tak sobie rozmyślałam, gdy tymczasem wjeżdżaliśmy już do centrum Canberry. Otaczały nas w większości białe lub bardzo jasne w kolorycie, średniej wysokości budynki okolone zielonymi skwerami i trawnikami. Nie była to owa niska, monotonna zabudowa, do jakiej przyzwyczaiłam się, oglądając peryferia innych miast. Nie były to przytłaczającej wielkości wieżowce, jakich pełno chociażby w Melbourne. Stały tu pogodne, kilkupiętrowe domy mieszkalne oraz wkomponowane w pejzaż biurowce. A wokół  przebiegały szerokie przejścia i przejazdy. Nie istniał tu żaden ścisk zbyt ciasno zabudowanych uliczek, przylepionych do siebie nieskładnie sklepów i marketów. Miasto było wybudowane z prawdziwym smakiem i rozmachem. I wszystko to bardzo przypominało mi zabudowę Tychów, dużego, śląskiego miasta.Canberra to  miasto tak samo jasne, czyste i nowoczesne a poza tym przyjazne dla turystów i tamtejszych mieszkańców. Żadnego zagmatwania architektonicznego. Żadnych korków na drogach. A w tle cały czas widoczne góry i rozległe pola. Wprost chciało się mi się oddychać pełną piersią!

   W mieszczącym się przy wjeździe do miasta punkcie informacyjnym otrzymaliśmy plan Canberry i teraz prosto, beż żadnych kłopotów jechaliśmy w stronę najważniejszego w nim punktu – siedziby parlamentu australijskiego. Sam misterny rysunek leżącego na moich kolanach planu miasta był zachwycający. Patrząc na niego podziwiałam dookoła centralnie położonego jeziora Lake Burley-Griffin, rozpościerające się promieniście i malowniczo ulice.

   Właśnie przejeżdżaliśmy przez owo jezioro. Po jego niebieskim bezkresie płynęły kajaki, stateczki i łódeczki. Pachniało czystością i świeżo ściętą trawą. Alejkami, tuż nad jeziorem spacerowały sobie pogodnie młode matki z małymi dziećmi w wózkach, jeździli rowerzyści, śmigali rolkarze i wrotkarze odziani w kolorowe, obowiązkowe w Australii kaski. A dalej widoczne było porosłe zadbanym trawnikiem rondo, a po jego przejechaniu zobaczyliśmy wyraźnie parlamentarny trójkąt, wokół którego, na wielkim placu, umiejscowione były najważniejsze budynki rządowe.



   Zaparkowaliśmy jeepa w podziemnym, chłodnym parkingu i wkroczyliśmy na teren należący do parlamentu. Znowu dominującymi kolorami była tu biel zabudowań, zieleń trawników, jasny brąz chodników oraz lazurowy błękit, płasko rozpościerających się, zupełnie nietypowych fontann. Dookoła spokój, niczym nie zakłócona przestrzeń i z daleka dobiegający szmer rozmów wielu turystów, spragnionych, tak jak my, zwiedzenia tego miejsca.


   I oto kolejne, bardzo przyjemne zaskoczenie. Do parlamentu australijskiego może wejść każdy człowiek z ulicy. Nie trzeba się wcześniej umawiać, załatwiać jakiejś przepustki, kupować biletów czy dołączać się chcąc nie chcąc do zorganizowanej grupy wycieczkowej. Wkrótce po wejściu przechodzi się przez specjalną bramkę z wykrywaczem metali i to wszystko. Koniec formalności. Potem już w dowolnym tempie można sobie jak się chce i gdzie się chce zajrzeć w prawie każdy zakamarek parlamentu. 

   Wjeżdża się windą na górę i oto już zaczyna się spacer wzdłuż jasnych, długich korytarzy pełnych obrazów, pamiątek w gablotkach, punktów informacyjnych. Ogląda się sale obrad i posiedzeń. Przyjemnie jest usiąść sobie na wygodnych fotelach na galerii, odpocząć, posłuchać opowiadanych przez przewodników ciekawostek o historii tego miejsca. 




   Wszędzie, rzecz jasna, można zrobić sobie zdjęcie. Wszystkiemu można przypatrzeć się z bliska a nawet dotknąć. Wjechaliśmy nawet na sam dach, skąd podziwiać można było nieomal całe miasto. Dostrzegliśmy stamtąd mieszczącą się niedaleko dzielnicę dyplomatyczną a w niej kolorowe dachy ambasad. 


   A  dookoła nas błyszczały wspaniale w słońcu oszklone, trójkątne szczyty wieżyczek parlamentu. Nieopodal balustrady, na trawniku, na środku dachu jacyś beztroscy młodzi ludzie wylegiwali się i radośnie wystawiali do opalania twarze. Luz, spokój, uśmiech napotykanych tu ludzi mówił nam, że dobrze się tu czują i że chyba często spędzają tu czas.

   Ponieważ przybyliśmy tu z Cezarym w czasie weekendu nie mieliśmy możliwości spotkania żadnego polityka a tym bardziej premiera. Ich prywatne gabinety świeciły dzisiaj pustkami. Także tętniące zazwyczaj żywymi rozmowami westybule w tym dniu odpoczywały od namiętnych dyskusji politycznych. Tylko ze ścian spozierały na nas wyniośle wizerunki królowych angielskich i wszystkich byłych premierów Australii...


 Natomiast zewsząd dobiegały nas ciche rozmowy i żarty turystów prowadzone w przeróżnych, czasami trudnych do zidentyfikowania językach. Spotykaliśmy grupki Hindusów, Polaków, Chińczyków i Mulatów. Widzieliśmy też pojedynczych Aborygenów i Maorysów. A po wspaniałych korytarzach biegały nie znające tresury i lęku przed dorosłymi dzieci i po prostu bawiły się w chowanego.

   A gdy się już trochę zmęczyliśmy tym zwiedzaniem usiedliśmy sobie w sejmowym barze, gdzie w  międzynarodowym, wygłodniałym towarzystwie zjedliśmy pysznego sandwicza z avokado i kurczakiem. Potem jeszcze odwiedziliśmy miejscowy sklep z pamiątkami. A ponieważ jeszcze będąc na dachu parlamentu dostrzegliśmy w oddali wspaniałą iglicę, wznoszącą się na najwyższej, okolicznej górze, to teraz postanowiliśmy udać się właśnie tam. 

Po drodze zobaczyliśmy jeszcze stary budynek parlamentu, zamieniony obecnie w muzeum i narodową galerię portretu.
   Mieliśmy trochę problemów z dojazdem do upatrzonej góry z iglicą, ale dzięki zyskanemu na poszukiwania czasowi, błądząc w pobliżu jeziora i centrum miasta, zobaczyliśmy wiele imponujących budynków uczelnianych, muzeów i bibliotek. Canberra to miasto kultury, sztuki i nauki. Niewiele tu natomiast komercji i sztucznego blichtru. To się wprost czuło, patrząc na te ulice, na witryny sklepów, na tę nowoczesną zabudowę, na pogodne twarze przechodniów.

   Wreszcie odnaleźliśmy właściwą drogę na naszą górę i powoli wjeżdżając jej serpentynami dostaliśmy się na jeden z najwyższych punktów w Canberrze. Była to góra Black Mountain z mieszczącą się na jej szczycie wieżą przekaźnikową australijskiego potentata telekomunikacyjnego, Telstry. 


   Kupiliśmy w kasie niedrogie bilety na wieżę i wjechaliśmy windą jeszcze wyżej, na wysokość ponad 66 metrów. Teraz już swobodnie podziwiać mogliśmy rozległe panoramy rozpościerające się na wszystkie strony Canberry i okolic. 


   To znaczy początkowo tylko ja podziwiałam i fotografowałam, bo mój ukochany mąż, strapiony gnębiącym go od jakiegoś czasu lękiem wysokości musiał sobie  na razie stanąć z dala od tych straszliwie przepastnych, choć wspaniałych widoków i nabrać odwagi do zerknięcia w dół. Potem się jakoś do tych wysokości przyzwyczaił i zrobił wiele wspaniałych zdjęć.


    Widać na nich było leżące w dole jezioro, jego kręte zakola, przylądki i wysepki, gęsty busz porastający góry oliwkową, wyblakłą zielenią, maleńkie, jakby dla mrówek, domki i ogródki, kolorowe autka mknące cieniutkim sznurem po wszystkich arteriach, leżącego pod nami miasta...




.
   I to już było wszystko, co dzisiaj mogliśmy zobaczyć w Canberrze. A ponieważ od następnego dnia chcieliśmy rozpocząć zwiedzanie Gór Śnieżnych (Snowy Mountains) oraz Kościuszko National Park, to dzisiaj musieliśmy dojechać do Coomy, najbliżej szlaków górskich leżącego miasta i tam też zanocować.

   Przed nami było około 100 kilometrów skąpanej w popołudniowym słońcu drogi. Zrobiło się naprawdę bardzo ciepło. Pootwieraliśmy wszystkie okna i szalony pęd powietrza chciał nam powyrywać włosy z głów oraz wysuszyć całkiem gałki oczne. Natomiast nasza zwariowana klimatyzacja wprawdzie od czasu do czasu nas chłodziła, ale i wyła przy tym dziwacznym, bawolim jakby głosem. Sami więc już nie wiedzieliśmy co gorsze – upał czy hałas. I jechaliśmy tak przed siebie umęczeni i spragnieni cienistego schronienia. 


Wreszcie zauważyliśmy tuż przy drodze dogodne do zatrzymania miejsce, gdzie pod małym daszkiem napiliśmy się, wyciągniętej z naszej lodówki, cudownie chłodnej wody mineralnej. Potem, jak zwykle będąc głodnymi, upiekliśmy sobie na grillu kiełbaski i jedząc odpoczywaliśmy w tej bezcennej odrobinie cienia...

                                                      zdjęcie z foldera turystycznego

    A pod wieczór dotarliśmy do miasta o nazwie Cooma, gdzie zrobiwszy konieczne zakupy spożywcze i wynająwszy na jedną noc domek campingowy mogliśmy znowu odpocząć przed następnym, pełnym wrażeń i wysiłku, dniu. Samej Coomy nie oglądaliśmy, ponieważ stwierdziliśmy znużeni, że prawdopodobnie  nie ma w niej nic ciekawego poza tym, ze zazwyczaj jest ona traktowana przez turystów jako miejsce odpoczynku przed następnym etapem podróży. Cooma jest też ważnym węzłem komunikacyjnym oraz bramą wjazdową na teren Gór Śnieżnych.
   Spędziliśmy w niej zatem spokojną, ciepłą noc a Cooma cichutko kumkała nam do snu głosami żab, które śpiewały wielogłosowo w aborygeńskim, tajemniczym rytmie... 

      zdjęcie z foldera turystycznego - Cooma w latach dwudziestych XX wieku

C.d.n.



22 komentarze:

  1. Dlaczego te dwa ostatnie zdjecia sa takie malenkie i nie da sie ich kliknieciem powiekszyc? Moze mozna to poprawic?
    Widok z wiezy imponujacy, nawet lek wysokosci by mi nie przeszkadzal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie da sie tego poprawić, bo te dwa ostatnie to zdjęcia z foldera turystycznego i po prostu mają w powiększeniu kiepską jakość (skaner!). Ale podobały mi się jako ilustracja tego, o czym piszę, więc mimo ich braków tu je wkleiłam.

      A na wieży było cudownie! Widok na wszystkie strony świata, wiatr i poczucie, że jest się ptakiem...

      Usuń
    2. Kocham ogladac takie panoramy, na Wiezy Bismarcka w Getyndze siedzialam przydlugo, az mnie maz prawie sila sciagac w dol musial.
      Z tej Waszej wiezy pewnie nie zlazlabym przez kilka dni.

      Usuń
    3. Slowo-klucz: barierka, do ktorej i tak blisko nie podejde ;)

      Usuń
    4. Rozumiem o czym piszesz - a Cezary jeszcze bardziej!

      A tak zmieniając teraz temat, to czy Ty lubisz spiewać czy tylko sobie pod nosem podspiewywać - to apropos dzisiejszej "Somewhere over the rainbow"?

      Usuń
  2. Ladnie w stolicy, ladnie. Odnosze wrazenie, ze tak ciszej, spokojniej.
    I fajne jest to, ze mozna wejsc do parlamentu tak z ulicy. Wyobrazasz sobie takie tlumy turystow w naszym polskim sejmie na Wiejskiej, bo ja jakos nie.
    Pakuje sie po cichutku do bagaznika jeepa i jade dalej z Wami:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Ataner - rzeczywiście było tam spokojnie, pogodnie, czysto i po prostu pieknie.
      Znałam w Australii pewną Nowozelandke, która mieszkała kiedys w Canberrze przez kilka lat. I zwierzyła mi sie, że to było najcudowniejsze i najprzyjaźniejsze miejsce do zycia, jakie kiedykolwiek znała (a zwiedziła prawie cały świat!).
      I ja tez, gdybym miała jeszcze kiedyś mozliwosc wybrania sobie na świecie jakiegos miasta do zamieszkania - byłaby nią chyba Canberra...

      A parlament australijski tez jest przyjazny dla ludzi i zawsze otwarty. To jest chyba ewenement na skalę światową!

      Jedź z nami Ataner dalej, bo następna część wyprawy zaprowadzi nas także w ciekawe, tajemnicze miejsca...:-))

      Usuń
  3. Faktycznie, jakaś taka inna
    ta Canberra. Ma w sobie coś!
    Coś spokojnego i przyjaznego.

    A jakie malownicze są te wszystkie
    australijskie nazwy miast i miasteczek.

    Szkoda, że nie umiemy się teleportować.
    Natychmiast zjawiłabym się u Ciebie,
    a potem razem wymknęłybyśmy się
    na australijskie niebo...
    i dalej, dalej...
    (Cezarego zostawiłybyśmy w domu,
    bo takie podniebne fruwanie
    to chyba nie na jego nerwy :))

    Achhh, pomarzyć dobra rzecz...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Australia to niesamowita przestrzeń, dająca pole do nieograniczonej niczym wyobraźni i do nieskończonych podróży!

      Tyle tam jest pozytywnych zaskoczeń, takich jak własnie Canberra, tyle ciepłych kolorów, zapachów, panoram na eukaliptusowe góry, ogromny wieloodcieniowy ocean,pomarańczowo-żółty interior - tyle tego wszystkiego, że nigdy się nie zobaczy wszystkiego...

      A teleportować sie umiemy - chociaz nie fizycznie - to duchowo jak najbardziej przecież!
      I fruniemy sobie, gdzie tylko chcemy, bo magia buzuje i tańczy w pogodnych, pełnych wolności duszach...:-))

      Usuń
  4. Olgo to ja aż mi wstyd , zaliczyłam pierwszą część , mogłabym skłamać że wszystko poczytałam , ale tak nie chcę , więc pamiętam o Tobie ale poczytam jak będę miała trochę czasu w koło siebie .
    Mam nadzieję że się nie gniewasz , jak co to ubiorę szatę pokutną :)
    Ściskam Cię Ilona

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadnych szat pokutnych! Buziak wystarczy!:-)
      Ja przecież wiem Ilonko jak mało masz teraz czasu i rozumiem wszystko. Ale miło mi, jak wpadniesz przynajmniej na chwile i się usmiechniesz do mnie!

      Trzymaj się dziewczyno zabiegana i ciesz się tym swoim zabieganiem, bo się nareszcie chyba realizujesz i robisz to, co daje Ci satysfakcję.

      Uściski siostrzane przesyłam!:-))

      Usuń
    2. Ale obiecuję że poczytam od początku do końca :)ja uwielbiam czytać w spokoju , nie w chaosie a Wasza podróż wymaga pełnego skupienia :)
      Ja również moja siostrzyczko blogowa Cię ściskam i lecę spać :)

      Usuń
    3. Jeszcze tylko trzy odcinki i dam Wam odetchnąć trochę od tej Australii!
      Usciski poranne już ślę!:-))

      Usuń
  5. Mam wrażenie, że wszyscy z Camberry wyjechali...faktycznie czuję się tą przestrzeń..:)

    Portret Królowej Elki to jeden z ładniejszych jakie widziałam, to znaczy sama Elka wygląda bardzo urodziwie..:)

    Juz jestem gotowa na wspinaczkę!Witaj Góro Kościuszki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się wyjątkowo królowa na tym obrazie spodobała! Jeszcze nie była taka sztywna i miała ten delikatny urok młodości i rozmarzenia...
      Kolejne wędrówki i wspinaczki przed nami!

      Witaj poranny świecie i Ty, Sznupeczko miła!:-)

      Usuń
  6. pierwszy raz odwiedzam :)
    zapraszam na link party (w skrócie blogerki pokazują swoje najciekawsze posty, żeby inni mogli na nie trafić i się pozachwycać;)
    http://www.speckled-fawn.blogspot.com/2013/01/lista-przebojow-2012-niespodziewanka.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za zaproszenie. Potrzebujemy czasu na zastanowienie się. Pozdrowienia.

      Usuń
  7. Parlament sobie obejrzeliście i jeszcze zdjęcia można cykać :)
    Ale uśmiechnęłam się pod nosem jak wspomniałaś Tychy duże miasto na Śląsku , tak jest co prawda Tychy znam tylko z giełdy kwiatowej którą uwielbiam ku rozpaczy mojego męża .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiedziałam, że zauważysz wzmiankę o Tychach i miło Ci się zrobi!:-)

      Usuń
  8. Fantastyczne zdjęcia żałuję,że mnie tam nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja chętnie bym znowu sie tam znalazła...

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia