środa, 20 lutego 2013

Jadwiga z Modrzewiowej doliny, cz.3 - "Żywioły uczuć"



  
    Kilka miesięcy potem, gdy Jadwiga była już w bardzo widocznej ciąży Walenty zaczął na dłużej znikać z domu. Znowu przyzywały go jego kawalerskie upodobania. Chodził nie wiadomo gdzie i czasami wracał dopiero przed brzaskiem, waląc się do łóżka bez słowa, obejmując żonę mocno i zionąc na nią zapachem najgorszej gorzałki. Potem spał aż do południa a ciężarna Jadzia sama uwijała się po gospodarstwie, nie mając nikogo do pomocy. Teściowa rzadko teraz wychodziła ze swej izby. Wprost o mdłości przyprawiał ją widok wielkiego brzucha synowej. Był dla niej widocznym dowodem przewagi, znienawidzonej przez nią młodej kobiety. Czuła się odrzucona i zdetronizowana, chociaż Jadwiga nadal starała się, jak tylko umiała najlepiej, by dogodzić matce, usługiwać jej i pielęgnować staruszkę w chorobie. Nigdy jednak nie usłyszała od niej choćby jednego, dobrego słowa. Na widok Jadzi Rozalia robiła zawsze niechętną, zaciętą minę i mówiła tylko to, co uważała za konieczne. A były to wieczne narzekania na złą kuchnię synowej, na jej panoszenie się, na zaprowadzenie w obejściu nowych porządków. Na domiar złego teściowa zauważyła, że Jadwiga lubi wieczorami coś bazgrać w jakimś zeszyciku i pewnego dnia, gdy synowa zajęta była wieczornym udojem krów Rozalia zakradła się do alkowy młodych i ze skrzyni Jadzi wydobyła schowany tamże zeszyt. Na widok rysuneczków zaśmiała się pogardliwie a potem w przypływie złości po prostu wrzuciła kajecik do pieca…
   Jadzia jeszcze tego samego dnia domyśliła się, że to matka męża ukradła jej własność. Zobaczyła swoje rzeczy w skrzyni rozgrzebane i rozrzucone byle jak a niebieska chustka, którą zawsze owijała zeszyt leżała porzucona na podłodze. Dostrzegła też tryumfalny błysk w oczach teściowej, gdy przed snem poszła zmienić jej opatrunki na nogach. Jakże chętnie wypłakałaby się teraz w ramionach męża! Ale nie mogła tego zrobić, gdyż Walusia znowu w domu nie było. Ich ogromne łoże stało puste i zimne a ona z trudem się położyła, niezdarnie układając się na boku i cicho jęcząc, bo coś zakłuło ją mocno w brzuchu.
- Żeby tylko z dzieciątkiem było wszystko w porządku! – pomyślała z nagłym lękiem - Żebym tylko nie była w domu z Rozalią sama, gdy się już wszystko zacznie… 

   Kilka dni potem, tuż przed Bożym Narodzeniem chwyciły ją pierwsze bóle. Na szczęście mąż był wówczas przy niej, więc zaraz zaprzągł wóz i pojechał do sąsiedniej wsi po mieszkającą tam akuszerkę. Przywiózł ją ze sobą akurat na czas. Jadwiga klęczała przy łóżku i cicho jęczała, zaciskając mocno nogi, bo dziecko mocno już pchało się na świat.
Urodziła śliczną, miedzianowłosą dziewczynkę, która swym krzykiem wypełniła z miejsca cały dom a rodziców ogarnęło wielkie wzruszenie i zachwyt nad tą maleńką, powstałą z nich dwojga istotką. Walenty tulił dziecko serdecznie i patrzył na swą zmęczoną, ale bardzo szczęśliwą zonę z czułością i pokorą. Nagle poczuł wyrzuty sumienia, że tak ją ostatnio zaniedbywał i postanowił sobie, iż odtąd każdą chwilę będzie spędzał z żoną i córką.
Ale jego postanowienie trwało niecałe dwa miesiące i gdy po tym czasie zapragnął kochania się z nią, a ona, wciąż obolała i zmęczona odmówiła zdenerwował się i wybiegł z domu. Był mroźny luty i Jadwiga wybaczyć sobie nie mogła, że tak z nim postąpiła.
- Trzeba było pozwolić, wycierpieć swoje, byleby w domu został – myślała kołysząc małą Zosię w ramionach i spoglądając z trwogą w ciemne, pokryte gwiazdkami mrozu okno.
- Chłop swoje potrzeby ma i lepiej, by je zaspokajał w domu a nie u obcych bab – robiła sobie nadal wyrzuty i płakała z bezradności, zdając sobie sprawę, dokąd mógł pójść jej mąż.

   To Rozalia nie omieszkała uświadomić ją w tym względzie. Jakiś miesiąc po porodzie, gdy Walenty poszedł wydoić rano krowy i nakarmić świnie a Jadwiga siedziała właśnie przy piecu, karmiąc piersią córeczkę, naraz do izby weszła o lasce teściowa. Sapiąc głośno usiadła na stołku i bez słowa wpatrzyła się w synową i dziecko.
- Czy myślisz, że mój syn zawsze Cię będzie kochał? – zapytała nagle, zerkając z niechęcią na miedziane loki wnuczki.
- O co matuli znowu chodzi? – szepnęła Jadwiga i spojrzała spłoszona na zaciętą minę Rozalii.
- Jak to o co? To nie wiesz, że Twój mąż ma kochanicę we wsi? To nie wiesz, gdzie po nocach łaził? – odrzekła z satysfakcją stara kobieta i syknęła, bo zapiekły ją mocno nowe rany na łydkach.
- A jeśli nawet tak jest, to po co matka mi to mówi? – powiedziała z przykrością Jadzia i ucałowała główkę Zosi.
- Powinnaś wiedzieć! A jak skończy z tą dziewuchą, to będzie miał następną! Zawsze taki był. Toś nie słyszała o tym, idąc za niego za mąż?
- Nie, nie słyszałam. I nie chcę o tym słyszeć! – zawołała z rozpaczą Jadwiga, budząc tym niechcący córeczkę. A potem tuląc mocno dziecko do siebie i osłaniając je przed złym wzrokiem teściowej wybiegła z izby, natykając się w drzwiach na rumianego od mrozu Walentego.
- Co się stało? Czy z dzieckiem coś złego? – zapytał trwożnie, wstrząśnięty widokiem jej pełnej cierpienia  twarzy.
- Matki swojej się zapytaj! – wykrzyknęła ochryple – I zostaw mnie w spokoju!
Schowała się z Zosią w alkowie i tam drżąca od gniewu i bezsilności stanęła przy oknie, spoglądając na pokryty śniegiem las modrzewiowy. Kiedyś tak jej się tutaj podobało a teraz wszystko zdawało się obce, brzydkie, niemiłe. Zatęskniła do swoich pól i wzgórz. Zapragnęła wrócić do chaty rodziców i wtulić się w kogoś bliskiego…Ale przecież dom rodzinny stał teraz pusty i nikt tam na nią nie czekał.

   W tym czasie Walenty odbywał z matką trudną rozmowę. Jedną z wielu, jakie przyjdzie mu jeszcze odbyć, ale jak zwykle zakończoną bez najmniejszego porozumienia i życzliwości z jej strony.
- Czy matka naprawdę nie chce bym był szczęśliwy? Musicie to wszystko matko niszczyć? – mówił podniesionym głosem, chodząc nerwowo po izbie.
- Synku! Jak możesz tak mówić!? Mlekiem Cię swoim wykarmiłam, do łona tuliłam a Ty mi się teraz tak odwdzięczasz? – żaliła się Rozalia, pociągając nosem i patrząc z wyrzutem na syna.
- Ja Cię matulu poważam i oboje z Jadwigą staramy się o matkę dbać, jak tylko można najlepiej. Czy to tak trudno zauważyć? Czy może matka nie chce tego widzieć? – krzyczał wzburzony, szukając po kredensie schowanej tam flaszki wódki.
- Nikt mnie w tym domu nie rozumie! Chcecie, bym jak pies zdechła i nie robiła Wam już kłopotu! – narzekała staruszka, czerpiąc dziwaczną przyjemność ze wzburzenia syna.
- A skoro matce tu u nas tak źle, to czemu nie pojedzie na jakiś czas do Eweliny? Z tego, co pamiętam, moja siostra nieraz matkę do siebie zapraszała! – odważył się powiedzieć na głos to, o czym od dłuższego już czasu rozmyślał. Jego siostra mieszkała w kamienicy w mieście. Wydała się za urzędnika z powiatu i nieźle jej się wiodło. Na pewno umiałaby zadbać o matkę a przede wszystkim dać jemu i Jadwidze na jakiś czas odetchnąć od nieznośnego towarzystwa Rozalii.
- Ja tam nigdzie się nie wybieram! Tu jest moja ojcowizna i tu aż do śmierci zostanę! – zawołała z oburzeniem staruszka i jak tylko umiała najszybciej wytoczyła swe tęgie ciało z izby kuchennej.
   Walenty został sam i znalazłszy wreszcie upragnioną butelkę pociągał z niej raz za razem tęgie łyki, przynoszącej ukojenie gorzałki. Potem, już rozluźniony poszedł do żony i córeczki aby pokajać się za swoje i matczyne grzechy i obiecać, że odtąd wszystko już będzie w porządku i żadna przykrość Jadwigi w tym domu nie spotka.

   Ale w marcu, jak to w marcu na cały świat naszło wiosenne ożywienie i miłosne opętanie. Kotki miauczały, wyginając nocą swe łaknące zaspokojenia ciała. A chłopaki z dziewczynami gziły się po stodołach, chichocąc i baraszkując aż do świtu. Także i Walentego ciepły czas z domu wyganiał. Znowu przepadał gdzieś na całe dnie i noce. Znowu wracał, pełen wyrzutów sumienia i źdźbeł siana we włosach…
A czując, jak jest nie w porządku wobec Jadzi, wiedząc że okrucieństwem byłoby zostawianie gospodarstwa na jej tylko głowie, zatrudnił do pomocy dziewkę i parobka.
   Jadzia wcale nie poczuła się z tego powodu lepiej. Cóż jej było po tych obcych ludziach, kręcących się po chałupie, gdy nie było do kogo się przytulić ani z kim pogadać? Czuła się straszliwie samotna i gdyby nie Zosia uciekłaby z Modrzewiowej doliny byle dalej od tego pełnego zgryzot miejsca.
   Latem wybrała się z dzieckiem na rękach do odległego o dwa stajania sklepiku. Miała ochotę odetchnąć innym powietrzem, zapomnieć o codziennych problemach, spotkać jakichś sympatycznych, rozmownych ludzi.
Wymieniła parę życzliwych słów ze sklepową. Kupiła kawę zbożową i cukier. A gdy już miała wychodzić ze sklepu, ktoś nagle zagadnął ją w dziwny sposób.
- I jak tam się miewa Rozalia? Nie wspomina czasami o mnie? – zapytała młoda, pszenicznowłosa kobieta, która stanęła tuż za Jadzią, zerkając zza jej ramienia na śpiącą Zosię.
- A o kim miałaby wspominać? Ja nie wiem, kim Wy kumo jesteście – odrzekła Jadwiga, spoglądając z niepokojem w oczy nieznajomej kobiety i kryjąc przed wścibskim spojrzeniem twarzyczkę śpiącej Zosi.
   Tamta zaśmiała się tylko i pociągnęła Jadzię, by wyszła z nią przed sklep. Tam, w błocie kucała kilkuletnia, rudowłosa dziewczynka, bardzo kogoś Jadwidze przypominająca.
- To ja miałam zostać synową Rozalii! Na pewno razem byśmy się jakoś dogadały. Kiedyś bardzo sprzyjała mnie i Walusiowi! – wypaliła nieznajoma i zawołała do bawiącego się błotem dziecka:
- A choć tu Rozalka i przywitaj się z siostrzyczką!
Jadwigę w tej chwili oblał zimny pot a na twarz wystąpił gorący rumieniec. Ubłocona dziewczynka popatrzyła na nią wielkimi, piwnymi oczami jej męża a potem podeszła do obu kobiet, ni z tego ni z owego pytając:
- To ja mam dwie mamusie?

Jadwiga zadrżała i nie umiejąc głosu z siebie wydobyć, po prostu odwróciła się i biegiem, z dzieckiem na rękach ruszyła w drogę powrotną do domu, słysząc za sobą śmiech tamtej kobiety i dźwięczny głosik rudowłosej dziewczynki.
Pierwszą osoba, którą spotkała po wejściu do domu była Rozalia, zerkająca na nią z podejrzliwą ciekawością:
- A Ty, czego tak lecisz? Diabła we wsi spotkałaś, czy co?! – gonił ją szyderczy śmiech teściowej.
Jadwiga ułożyła Zosię w łóżeczku a potem jak burza wybiegła z chaty, chcąc jak najszybciej odszukać męża. Oczywiście niegdzie nie mogła go znaleźć. Nie było go w stodole, ani w stajni. W drewutni przy układaniu bali drewna jesionowego uwijał się parobek. Na polu hulał wiatr i kłosy dojrzałego żyta uginały się z głośnym, pełnym poddania poszumem. Jaskrawożółty rzepak i wyglądające spoza niego łany maków układały się w kolorowy, uczuciami tętniący pejzaż.

   Coś ją natchnęło, by pobiec do modrzewiowego lasu. O tej porze roku był on pełen miękkiej, ścielącej się wszędzie trawy i pachniało w nim oszałamiająco igliwiem i grzybami. Po jakimś czasie Jadzia zobaczyła słoneczną polankę a na niej szałas pasterski. Z szałasu dobiegały jakieś śmiechy i szepty. Jadwiga już wiedziała co, a raczej kogo tam znajdzie, ale czuła dziwną potrzebę by wejść tam i na własne oczy przekonać się o tym, czego do tej pory tylko się domyślała, lecz czego tak naprawdę nie chciała przyjąć do wiadomości.
Skradając się podeszła bliziutko i przez prześwitujące gałązki brzozy, z której zbudowany był szałas zajrzała do środka.
   Zobaczyła leżącego na suchych liściach Walentego i dosiadającą go okrakiem zupełnie nagą, czarnowłosą Wiśkę, dwudziestoletnią córkę sąsiada. Oboje półprzytomni, spoceni i najwyraźniej bardzo szczęśliwi falowali w jednym rytmie sapiąc, jęcząc i chichocąc na zmianę. Obok nich leżała porzucona biała koszula Wiśki i jasne portki mężczyzny…
 Jadzia wpadła w istny szał. Złapała jakiś patyk i krzycząc zaczęła nim okładać dziewczynę i męża.
-  Jak zwierzęta! Jak zwierzęta się tu gżą! Wynoście się stąd! Bo pozabijam! Zatłukę jak psy bez litości!
Wiśka zapiszczała przeraźliwie i okrywając się byle jak swoją koszulą zwiała, co sił w nogach, oglądając się raz po raz z przerażeniem na wściekłą Jadwigę.
   Tamta rozjuszona nie przestawała okładać swego wiarołomnego męża, który skulony i dziwnie pokorny bez sprzeciwu przyjmował jej uderzenia. Skończyła go bić chwilę potem, gdy patyk się złamał a w niej całkiem złamało się serce i ochota do życia. Upadła na zdeptaną trawę obok szałasu, twarz ukryła w dłoniach i zaniosła się strasznym płaczem.
   Waluś usiadł obok niej i cicho pojękując, bo bolały go szramy po żoninych razach, gładził ją po głowie i szeptał bezradnie – A cichajże Jadziu, cichaj…




23 komentarze:

  1. A ja myślałam,że Waluś będzie dobrym , kochającym mężem. Jakże się myliłam, biedna Jadzia ile musiała w życiu wycierpieć.Zycie potrafi dokopać.
    Dlaczego dobrzy ludzie zawsze maja pod górę. czekam na ciąg dalszy. Oleńko napiszę dzisiaj do Ciebie, ostatnio gonie w piętkę.Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno los zsyła nam tylko to, co potrafimy znieść. Jadzia, chociaż tak dobra i wrazliwa musi wytrzymać to wszystko i znaleźc sobie jakis sens i napęd do życia. Zresztą, jaką ma alternatywę?
      Uściski!:-)

      Usuń
  2. Ja podobnie myslalam, ze Walus sie przy Jadzi ustatkuje. Ale pewnie byloby za slodko, zreszta, czego mozna sie spodziewac po jurnym chlopie? I jeszcze ta przeurocza tesciowa pod jednym dachem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jurny chłop ma swoje prawa, póki młody. Nikt od razu nie zmienia sie w anioła. Wszystko potrzebuje czasu i cierpliwości.
      Jednak nikogo nie można zupełnie przekreslać. Póki zycie trwa jest czas na odmiany wewnętrzne i nowe zakręty losu...

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Czy to "no nieee" to odzew na niesprawiedliwośc, która spotyka Jadzię, czy sprzeciw wobec urwania sie narracji w tym momencie?

      Życie pisze zaskakujące scenariusze Zofijanko, a to co tu opisałam nie do końca jest fikcją literacką!Właśnie piszę ciąg dalszy -i muszę Ci się przyznać, że dla mnie samej jest to niezwykłe uczucie - tworzyć coś z niczego a potem przejmować sie losami wymyślonych przecież przez siebie postaci...

      Usuń
    2. Najgorsi są mężczyźni tzw. biabiarze. Nie rozumiem takich gości, ciężkie to przypadki. Na ciąg dalszy czekam z biciem serca...

      Usuń
    3. Cieszę się, że czekasz!:-))

      Usuń
  4. Och ulżyło mi , że piszesz ciąg dalszy :) Bo nie było cdn. i w sumie po opisie w jaki Waluś żonę na końcu przytulił to można by sobie koniec dopowiedzieć, i żyli długo i szczęśliwie :)
    Ciekawa jestem jak potoczą się ich losy, stawiam, że Jadzia wróci na ojcowiznę,będzie jej ciężko ale pozna kogoś i wtedy będzie szczęśliwa.
    A Waluś niech z mamusią żyje i wspomina dobre czasy ...
    Czekam z niecierpliwością.
    U nas pada, sypie, kręci śniegiem tak, że świata nie widać :)
    Mamy taką zimę, że hej. Dobrze, że do pracy nie muszę "biegać na godzinę" i widzę tylko piękną stronę takiej ilości śniegu :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piszę i piszę i już sama nie wiem ile mi tego wyjdzie! Ale jak juz będzie ostateczny finisz to na na koniec napiszę słowo "koniec" żeby nie było żadnych wątpliwości!:-)
      Ale wiesz co? Bardzo sie ciesze, że to czytasz Mireczko i komentujesz, no i że jakos Cię ta historia wciągneła! Wielkie dzięki!:-)))))
      U nas takze biało sie zrobiło i w sumie to dobrze, bo jeszcze wczoraj była straszna slizgawica i chodzić sie nie dało ani też jeździć. Do wiosny jeszcze trochę czasu zostało, nie ma wiec co sie niecierpliwić. Przyjdzie, jak będzie na nią pora pora! Byleby wcześniej jakieś słonko poświeciło i energii zmruszałym członkom dodało!
      Usciski serdeczne zasyłam!:-))

      Usuń
  5. Olgo wspaniała historia i pięknie opisana. Może mogłabyś pomyśleć o druku ? ... ale wracając do opowiadania, przeczytałam przed chwilą na jednym wydechu wszystkie 3 części i bardzo proszę o kontynuację :)
    Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy Jadzi i Walusia.
    Chciałabym żeby ta historia się dobrze skończyła, Jadzia chyba powinna malować ? a Rozalia może już ma swoje lata i czas jej się powoli kończy ?
    Nie oczywiście to żart i nie układam Twoim bohaterom scenariusza, czekam zatem z niecierpliwością na ciąg dalszy.
    Ściskam

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapomniałam jeszcze napisać że zdjęcie nad potem jest urzekające, kontrast maków i żółci jak dla mnie przepiękny. Chciałabym żeby na mojej łące rosły maki, wysiałam mnóstwo nasion ale nie mają szans.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ups. miało być postem, zaśmiecam Wam tu, przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Magdo! Niesamowita przyjemność sprawiłaś mi swoimi komentarzami. O wiele lepiej mi się pisze wiedząc, że ktoś to czyta i nawet jakoś mu sie to podoba! Dziekuję z całego serca, że przychodzisz tu, nie tylko podczytując, ale i odzywając się do mnie. Bardzo to doceniam!!!
      Co do maków na łące, to wyglądają rzeczywiście przepieknie. Udało nam sie sfotografować je w zeszłym roku w drodze do Sanoka. Tez bym chciała mieć mak u siebie - taki kwitnący i jadalny, ale ponoć uprawa maku jest ścigana z urzędu jako uprawa roslin narkotycznych!!!Sąsiadka-staruszka miała nawet w tym temacie nawet wytoczoną sprawę w sądzie!Moze trzeba mieć jakieś specjalne zezwolenia z setek urzędów? Co za czasy teraz nastały dziwaczne...
      I ja Cię ściskam serdecznie i życzę, by Twoja zmora migrenowa uciekła, gdzie pieprz rosnie i więcej już tu nie wracała - a przynajmniej w najblizszej pięciolatce niech zginie, przepadnie. A kysz!!:-)))

      Usuń
    2. Olgo czekam z niecierpliwością na dalszą część tej historii. Lubię opowieści z wsiowym klimatem w tle i z nutką historii. Jakoś potrafię się wczuć w minione lata a oczyma wyobrazi widzę bohaterów, nawet tę ubłoconą rudą dziewczynkę :)
      A maki ? nie myślałam tutaj o uprawie na szeroką skalę, raczej o polnych makach które rosną wśród innych kwiatów i zielska na łące. Nie wiem ... mam takie spostrzeżenia że jeszcze kilka lat temu łąki były bardziej ukwiecone, teraz kolorową łączkę ciężko znalezc.

      Usuń
    3. Coś niedobrego dzieje sie chyba w naturze, bo rzeczywiście jakoś mniej kwiatów na łakach, mniej brzękliwych trzmieli i pszczół, jagodowiska z roku na rok coraz uboższe w owoce. Czyzby uprawa roślin GMO zabijała coś w naturze? A może to te sławetne opryski chemitrails? Smutne to wszystko i dziwne...

      Też lubię opowieści toczące sie na wsi, a odkąd sama tu mieszkam, to tym bardziej! A więc zabieram sie do pisania, bo nowe pomysły mi sie właśnie w głowie urodziły!:-))

      Usuń
    4. Uprawa maku lekarskiego jest pod kontrolą, bo to z niego produkuję się opium. Inne gatunki maku można uprawiać :)

      Usuń
    5. Dzięki Mireczko za oświecenie mnie w tym względzie. Już teraz rozumiem, że jednak gdzieniegdzie mak rośnie i właścicieli pól sie z tego powodu nie sciga. Ale są po prostu rózne maki...:-))

      Usuń
  8. Czyżby jednak nie było mojego upragnionego happy endu? :( Łajdak z tego mężczyzny i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu - cierpliwości! Historia nadal sie toczy i jak rzeka ma czasem wartki, wzburzony nurt a czasem jest spokojna i ustatkowana...:-))

      Usuń
  9. Mozna powiedziec , samo zycie. Jestem wsciekla na tego Walka, nie wspominajac o jego mamusi.
    Dobrze, ze mam mozliwosc przeczytania calego opowiadania i zaraz bede wiedziala co dalej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I pełno było takich chłopów na wsi i takich kobiet, które musiały to znosić. Dzisiaj tez pewnie takich lubieżników mnóstwo, tylko kobiety troszke są inne...

      Usuń
  10. No cóż okazał się dobry inaczej,fajna opowieść.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia