niedziela, 17 lutego 2013

Jadwiga z Modrzewiowej doliny, cz.1 - "Lipcowe zdarzenia"



    
    Jadwiga wraz z rodziną mieszkała wśród wysokich wzgórz i rozległych pól, w okazałej, drewnianej, wapnem pobielonej chacie. Miała dwie starsze siostry. Jako dzieci, czasami skoro świt biegały na łąkę, by rwać kwiaty i trawy, szukać świeżych listków szczawiu do żucia, podkradać się cichcem do brzegu brzozowego młodniaka by podglądać sarny i koziołki, które tam miały swoje legowiska. A Jadzia, która uwielbiała rysować przykucała gdzieś z boku i studiowała delikatną budowę maków, bławatków i rumianków. Potem w swym zeszyciku szkicowała ołówkiem kwiaty, zioła, trzmiele albo skowronki. Siostry próbowały zaglądać jej z ciekawością przez ramię, ale ona zasłaniała sobą wszystko i uciekała z piskiem wstydząc się swych bazgrołów. Tylko mamie miała odwagę, by nieraz coś pokazać i zapytać czy to podobne do oryginału. A mama przyglądała się uważnie a potem głaskała ją z dumą po jasnych włosach, dziwiąc się, po kim też córka odziedziczyła takie talenty?
    Po półgodzinnej zabawie na łące dziewczęta chichocąc i przekomarzając się szybko wracały do domu, bo trzeba było przecież rodzicom pomóc w porannym obrządku. Krowy wydoić i napoić, kurom karmę zanieść, konika nakarmić. Czekała znojna robota na polu i przy grządkach. I tak schodziło aż do obiadu. A obiad jadali w chłodnej izbie, siedząc pospołu przy wielkim, dębowym stole i odpoczywając od lipcowego upału. Nie chciało im się wracać od razu do roboty, więc przeciągali te miłe chwile jak najdłużej.
   Ojciec wyciągał swoją harmonijkę ustną i grał skoczne albo rzewne melodyjki. Matka coś nuciła swoim łagodnym, drżącym jak dzwoneczki głosem. Córki słuchały tego w rozmarzeniu a czasem przyłączały się i już wkrótce ich chóralny, lipcowy śpiew płynął ciepłą strugą w stronę lasów i pól…Potem znowu szli do swojej codziennej pracy i aż do wieczora uwijali się w gospodarstwie i na polu, robiąc to, co trzeba w gorącym czasie żniw.
   Długie i męczące są takie letnie dni na wsi. Za to wieczory tętnią głosami świerszczy, słowików, nawoływaniami sów i jeleni. Wieczorami można nareszcie odetchnąć, rozpierzchłe myśli zebrać, powspominać dawne czasy i baśnie poopowiadać. Rodzina lubiła sobie po zmroku posiedzieć na ławie przed budynkiem gospodarczym i patrzeć w rozgwieżdżone niebo. Ojciec znowu coś wtedy grał a matka gładziła włosy córek i z tkliwością spoglądała na męża. Starsze siostry Jadzi wypatrywały gwiazd, bo wiele miały życzeń do wyszeptania. A najważniejsze to te, by jak najrychlej wydać się za mąż za najpiękniejszych chłopaków ze wsi.
   I spełniło się to aż za szybko, bo gwiazdy czasami z wielką życzliwością słuchają marzeń ludzkich. Siostry Jadzi jeszcze tego samego roku wyprowadziły się daleko, gdyż wkrótce na zabawie w remizie poznały dwóch przyjezdnych z miasta chłopaków i jesienią odbyły się we wsi dwa huczne weseliska.
    Piętnastoletnia Jadwiga została sama z rodzicami. Smutno się jakoś w domu zrobiło.
Już nie chciało jej się samotnie na łąki biegać ani kwiatów rwać. Zresztą, to po prawdzie, i nie miała na to czasu. Roboty w gospodarstwie było huk a ich zostało teraz mniej i trzeba było sobie jakoś radzić. Teraz wieczorami nie mieli nawet siły na siadywanie na ławie i granie na organkach. Zmęczeni szybko płukali się w misce i z ulgą układali się na swoich pachnących świeżą pościelą łóżkach. Tylko w pochmurne dnie Jadzia siadywała na zydelku, przy piecu i pilnując ognia, by nie wygasł, rysowała w swym kajeciku tańczące płomienie, iskiereczki i małych ludzików, żyjących w świecie ognia…

   Następny lipiec, gdy Jadzia skończyła szesnaście lat nie był podobny do innych lipców. Padało co drugi dzień i trudno było ściętą trawę na polu ususzyć. Martwili się, co to będzie z ich pszenicą i żytem. Wszystko stało w takich burych, niewyrośniętych kłosach. Słońca potrzebowała przyroda i zmęczeni wszechobecnym błotem i wilgocią ludzie.
Aż wreszcie niebiosa zesłały im słoneczny tydzień i trzeba było wówczas wykonać całą tę robotę, która stała w oczekiwaniu na dobrą pogodę. Wszyscy tyrali jak woły. Jeszcze i po ciemku tkwili na polach i zgarniali widłami siano na kopce i stogi, by przeschło i by móc je jak najszybciej zwieźć do stodoły.
   Była godzina piąta po południu, gdy mama Jadzi powiedziała, że musi lecieć na pole buraczane i sprawdzić, czy czasami dziki jej buraków nie wyżarły. Przypomniało jej się, że słyszała w nocy ich pochrząkiwania i nie dawało jej to spokoju. Pobiegła czym prędzej, znikając w ich jabłoniowym, pachnącym dojrzewającymi malinówkami sadzie. W tym czasie Jadzia z ojcem uwijali się w budynku gospodarczym z układaniem worków z ziarnem. Ogromne ich stosy piętrzyły się prawie po sam sufit a trzeba było znaleźć jeszcze miejsce dla tony owsa, czekającego na omłot.
O ósmej wieczorem padli oboje zmęczeni na ławę i ciężko dysząc ocierali pot z czoła.
- A nie wiesz Jadźka, czy mama już wróciła? Coś jej długo nie widać! – powiedział tata i spojrzał z niepokojem w ciemne okna ich domu.
- Tatku! Ty siedź sobie i tu odpoczywaj, boś bardziej niż ja zmęczony a ja polecę na pole, zobaczyć, co tam matuś tak zmarudziła! – zawołała Jadzia i pobiegła na ukos przez jabłoniowy sad.
- A wracajcie zaraz, bo robota przecie czeka! – zawołał za nią jeszcze ojciec, uśmiechając się i myśląc z zadowoleniem oraz dumą o swej najmłodszej, ukochanej córeczce.
Ale Jadzia długo nie wracała, więc po kwadransie i on podniósł się ciężko z siedziska i poszedł na buraczane pole. Było to jakieś trzysta metrów od ich domu na lekkim wzniesieniu. Na połowie morgi dumnie pyszniła się buraczana botwina a spoza niej wyglądało czekające na żniwa poletko owsa. Rozejrzał się uważnie wokół i pełen zdumienia oraz powiększającego się z minuty na minutę lęku nigdzie nie dostrzegał sylwetek żony czy córki.
- Jadźka! Hela! Gdzie jesteście? Odezwijcie się! – krzyknął schrypniętym, lecz silnym głosem.
Odpowiedziała mu tylko jakaś spóźniona pszczoła, która zabzyczała tuż przy uchu i odleciała w dal przerażona jego krzykiem. Gospodarz zbiegł w dół i wpatrzył się w łany owsa. Jego serce biło tak mocno, że nie czuł własnego oddechu.
- Jadźka, Jadźka, gdzieś Ty jest?! – zawołał raz jeszcze a ledwo wydał z siebie ten zduszony obawą krzyk, usłyszał z dala nawoływanie córki:
- Tutaj, tatku! Tutaj! W sadzie!
Pobiegł z powrotem w stronę domu. Wpadł między trawy w sadzie. Dobiegł do malinowego gąszczu i padł na kolana obok spłakanej córki pochylonej nad nieruchomym ciałem matki…

   Parę dni potem za konduktem pogrzebowym szły trzy, przytulone do siebie siostry i postarzały, przygarbiony ojciec. W tyle kroczyła w ponurej ciszy dalsza rodzina i sąsiedzi. Było ciepłe, lipcowe popołudnie. Pachniało łąkami i dojrzałym zbożem. Ptaki wyśpiewywały w najlepsze swoje letnie melodie. Żółte motyle przysiadały na drabiniastym wozie, którym wieziono na wieczny spoczynek Helenę, matkę Jadzi. Helenę, która zeszła z tego świata młodo, bo mając zaledwie czterdzieści cztery lata. Ale przepracowała się na tym upale kobieta i dopadł ją nagły udar. A słońce od paru dni świeciło wspaniale i cudownie wysuszyło wilgotne kłosy zbóż. Żniwa były na półmetku a więc ludzie pospiesznie odmówili obowiązujące modlitwy, złożyli niezręczne kondolencje rodzinie a potem szybko wrócili do swoich gospodarstw, żeby zdążyć cos jeszcze zrobić tego dnia. Wszak kończący się lipiec nareszcie pokazywał rolnikom swoje łaskawe oblicze…
   Jadzia została z ojcem sama na gospodarce i nie dawali już rady ciągnąć tego we dwoje. Sprzedali więc krowę, konia i parę hektarów pól a i tak nadmiar roboty sprawiał, że nie mieli czasu by przysiąść razem, pogadać, powspominać…Zresztą, woleli zanurzyć się w tej ciężkiej harówce i nie myśleć o tym, co ich spotkało. Niekiedy Jadwigę ogarniała jednak tak przemożna tęsknota za matką, że rady sobie ze sobą dać nie mogła. Popłakiwała po kątach. Do komory szła, aby wyciągać z matczynej skrzyni na przyodziewek jej chusty i wtulać się mokrymi od łez policzkami w resztki znajomego, ukochanego zapachu. A innym znów razem z obawy, że zaczyna zapominać twarz matuli wyciągała zeszyt i szkicowała matczyne portrety…
   Jesienią najęli do pomocy przy wykopkach ziemniaków parobka. Pogodzili się już z tym, że odtąd zawsze tak będzie. A z początkiem nowego roku zaczął odwiedzać ich bogaty gospodarz ze wsi w dolinie, silny i zaradny Walenty. To jemu sprzedali resztę pola i żywiny, sobie zostawiając tylko sad i łąkę za domem. Młody, na oko niespełna trzydziestoletni Walenty bywał u nich nie tylko ze względu na interesy. Otóż spodobała mu się cicha, skromna Jadwiga. Docenił także jej niespotykaną urodę: gęste, kręcące się niesfornie, wymykające się wciąż spod chustki, jasne włosy, chabrowe, pełne łagodnego zamyślenia oczy oraz jej wysoką, jakże kształtną posturę.  Wiedział, że dziewczyna jest robotna, poważna, zgodna i zupełnie jeszcze niewinna a taka mu się właśnie na żonę nadawała. Dość miał już przelotnych miłostek po wsiach, dość zabaw w remizach i bezczelnych bab, które wmawiały mu ojcostwo swoich dzieciaków. Czas był już najwyższy ustatkować się. Odciąć od tej szalonej, przyzywającej wciąż jak czary jakie, pełnej uciech cielesnych i alkoholowych, jurnej młodości. Na wiosnę oświadczył się o Jadwigę i został przez jej ojca życzliwie przyjęty. Natomiast Jadwiga nie powiedziała nic, tylko uśmiechnęła się do narzeczonego i podała mu ufnie dłonie. Spodobał się jej taki wysoki, w ramionach szeroki, z czarnym wąsem i wesołym, gorącym spojrzeniem. Ustalili, że po ślubie przeniosą się do Modrzewiowej doliny, gdzie miał swoje ogromne gospodarstwo Walenty, ale będą często odwiedzać ojca Jadźki i pomagać mu w pracach gospodarskich.
   Los jednak miał inne plany i ledwo zaczęło się lato ludziska ze wsi szli znowu na cmentarz, gdzie kładziono przedwcześnie zmarłego ojca Jadzi. Parę dni wcześniej, niby zupełnie zdrowy położył się spać, ale już rankiem nie wstał. Okazało się, że słabe serce miał a od czasu, gdy utracił żonę wciąż dokuczały mu jakieś słabości i kłucia w klatce piersiowej. – Do Helenki poszedł! – szeptały do siebie wiejskie baby i spoglądały ze współczuciem na Jadźkę, która przecież szykowała się właśnie do ślubu a tu taka tragedia się stała. Ślub odłożono do przyszłego roku a do tego czasu Jadźka postanowiła zamieszkać z jedną ze swych sióstr w mieście. Nie wyobrażała sobie tego, by mogła zostać sama w ich wielkim, jakże pustym teraz domu i krążyć po tych milczących, żałobnie smutnych pokojach…


16 komentarzy:

  1. Przeczytałam z zapartym tchem smutną historię Jadzi- czekam na ciąg dalszy..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie piszę ciag dalszy. Nie wiem jeszcze ile mi tego wyjdzie.
      Muszę się streszczać, żeby mi jakaś epopeja z tego nie wyszła!:-))

      Usuń
  2. Bardzo, bardzo niewesola historia, biedny dzieciak, dopiero co osierocony, a juz za maz musi. A szkoly, a studia? Ciezkie zycie takich utalentowanych mlodych ludzi na wsiach.
    Przytulnego wieczoru!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak było kiedyś na wsiach i nadal często tak właśnie to wygląda. Co tam szkoły, gdy gospodarka czeka. Ktoś sie tym musi zająć.Często to, co z boku takie sielskie, wewnątrz skrywa mnóstwo smutków i bolesnych historii...Ale takie jest życie!
      I Tobie miłego wieczoru Panterko!

      Usuń
  3. Ciekawe, czy miasto zmieni cichą i skromną Jadwigę.
    Czy piszesz Olgo historie znane Ci z życia, czy to fikcja literacka?
    Pozdrawiam Cię gorąco zdolniacho!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To kompilacja różnych prawdziwych historii plus odrobina fikcji literackiej. Albo może na odwrót??!:-))
      Serdeczne myśli Ci Aniu zasyłam!:-)

      Usuń
  4. Ale smutne! Najgorsze,kiedy samemu ma się podobne doświadczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Los kobiet na wsi często jest nie do pozazdroszczenia. I pełno jest dookoła takich historii...

      Usuń
  5. Oluś mam zaległości , dzisiaj wpadam poczytać i już mam mokro pod powiekami, biegnę do następnej części.

    OdpowiedzUsuń
  6. Z wielkim smutkiem, Jadwiga wkracza w dorosle zycie. Olu, zachwycily mnie opisy przyrody i miejsce w ktorym dorastala Jadwiga. Czytajac, poczulam sie jakbym tam byla i tez zapach siana niezapomniany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O wiele łatwiej było mi to pisać,żyjąc tu, niż gdybym sobie to tylko przypominała, czy też korzystała z wyobraźni...Dzieciństwo Jadzi było takie spokojne i sielskie.Dało jej siły na resztę zycia!

      Usuń
  7. To nie koniecznie fikcją literacka,życie pisze różne scenariusze a ten jest wyjątkowo smutny.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia