poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podróż noworoczna, Cz.4 "Sylwester w Sydney"



   Zmierzcha się już teraz błyskawicznie. Na szczęście autostrada jest dobrze oświetlona i widać, że wjeżdżamy na teren wyżynny. Samo Sydney, jak się potem zorientujemy też jest malowniczo położone wśród wzgórz. Po obu stronach szosy migają nam różne znaki i informacje.  A to o występowaniu w tamtych okolicach kangurów, a to jeleni, a to znowu wombatów. 


Zaczynają się już różne rozjazdy do poszczególnych dzielnic tej wspaniałej stolicy stanu New South Wales. Aby się więc nie zgubić i by na pewno dojechać do samego centrum, to kilkanaście kilometrów przed samym Sydney wpisuję jako punkt docelowy w naszym GPS-e –  Sydney Opera House. Ufamy GPS-owi, jako jedynemu przewodnikowi po tym skomplikowanym, pod względem zabudowy i sieci dróg, miastu. Posłusznie skręcamy to w lewo, to w prawo, wykonując polecenia, wydawane nam przez GPS melodyjnym, monotonnym, damskim głosem.
Cezary już kilkakrotnie był w Sydney, ale nigdy jeszcze nocą i nigdy też nie był zdany tylko na samego siebie. Zazwyczaj obwoził go po mieście jakiś znajomy i wygodnie mógł spoza szyb obserwować wszystko jako zwykły turysta, a nie kierowca. Teraz było mu znacznie trudniej – wszak Sydney było jeszcze większe niż Melbourne, którego terytorium rozciągało się na wszystkie strony w promieniu kilkudziesięciu kilometrów!


   I oto dojeżdżamy do samego City.  Wszędzie widać tłumy śpieszących na nocne imprezy Australijczyków. Ciężko przejechać przez jakąkolwiek ulicę. Musimy jechać bardzo powoli i ostrożnie, by nie zawadzić żadnego przechodnia, ani nie naruszyć przepisów drogowych.
Wydaje się zresztą, jakby tej nocy przepisy drogowe przestały tu obowiązywać. Jeżdżący z piskiem opon taksówkarze, co chwilę zajeżdżają nam drogę, wykonując różne nieprzewidziane, raptowne manewry. Także przechodnie nie bardzo czekają na pojawienie się na przejściach zielonego światła. Wkraczają całą gromadą, albo grupkami na ulice i przechodzą obok nas kolorowi, roześmiani, beztroscy. A my znowu musimy długo i cierpliwie czekać nim zwolni się dla nas miejsce i będziemy mogli jechać dalej. 


   Mam teraz okazję dokładniej przyjrzeć się tym wszystkim ludziom. Widzę tu wszystkie  rasy świata. Najwięcej jest opalonych na złoto, przykuso i bardzo pstrokato ubranych Australijczyków i Australijek. Między nimi migają mi z dala białym uśmiechem Maoryski i Aborygenki. Tuż obok nas przechodzą szczupłe, niczym Naomi Campbell długonogie, piękne Murzynki odziane w mini sukienki i spódniczki, wspaniale błyszczące cekinami. Obserwuję mrowie skośnookich Azjatów w każdym możliwym wieku. Są też brodaci Arabowie w swoich turbanach. Widać Hinduski w bajecznie kolorowych sari. Mnóstwo matek z dziećmi też wyrusza dzielnie na spotkanie Nowego Roku. I dzieciaki i dorośli często mają przymocowane na swoich głowach specyficzne, sylwestrowe ozdoby: napisy „Happy New Year, 2009, Hallo, albo fosforyzujące przepaski w kształcie koron lub króliczych uszu. Od strony tego wielobarwnego tłumu dobiega do nas istna kakofonia dźwięków i języków. Trąbią klaksony aut. Gdzieś z oddali słychać już pierwsze, próbne wystrzały sztucznych ogni, z mijanych pubów i restauracji dochodzi do nas głośna, rytmiczna muzyka. W tle widoczne są pięknie oświetlone neonami sklepy, kawiarnie, ogródki piwne. Z witryn supermarketów spoglądają atrapy wesołych, rubasznych Mikołajów, odzianych w swe nieodłączne, czerwone płaszcze oraz futrzane czapy. Świecą się wszystkie lampy uliczne i ustawione przy sklepach sztuczne choinki.  A ponad tym wszystkim widać skąpane w wieczornych światłach szczyty wieżowców, luksusowych apartamentowców przystrojone w  rozmigotane lampki i świecidełka świąteczne. I chociaż jest już godzina dziesiąta w nocy, to dookoła jest jasno, gwarnie, radośnie i ...bardzo chaotycznie. 

   Po jakimś czasie, gdy już tak z pół godziny jeździmy po mieście i ani o krok nie zbliżamy się do opery zauważamy, że wiele dróg prowadzących w tamte okolice jest pozamykanych i pozastawianych przez bramki i straże policyjne. A tymczasem GPS niewzruszenie każe nam skręcać to tu, to tam i przez niego krążymy tak bezradnie, jak w jakimś zaklętym kole. Wreszcie zniecierpliwieni i zirytowani wyłączamy to bezmyślne urządzenie i od teraz zdani na własny rozum oraz orientację w terenie usiłujemy jakoś dojechać na zaplanowane wcześniej miejsce. I znowu się nam to nie udaje. Zauważamy, że na dodatek nigdzie nie widać wolnego miejsca do zaparkowania. To też nas nie już dziwi. Przecież to Sylwester, a te tłumy ludzi, którymi tak załadowane jest teraz miasto też jakoś musiały tu dotrzeć i też gdzieś musiały zostawić swoje pojazdy. I rzeczywiście przy każdej ulicy po obu jej stronach widzimy zatrzęsienie samochodów. I stoją tak ściśle jeden obok drugiego, że ani szpilki byś tam nie wcisnął.
W końcu udaje nam się znaleźć wolne miejsce na ogromnym, podziemnym parkingu usytuowanym w samym środku miasta. Parkingowy pobiera od nas piętnaście dolarów za trzy godziny parkowania. Z zabraniem stamtąd samochodu musimy zdążyć na pierwszą w nocy, gdyż tylko do tej pory parking będzie czynny. Mamy zatem niecałe trzy godziny na beztroskie świętowanie Sylwestra, na to zatracenie się w światłach miast, w wielobarwnej, rozświergotanej ciżbie ludzkiej.


   Z samochodu zabieramy tylko najpotrzebniejsze rzeczy: aparaty fotograficzne, kamerę, plecak z wodą mineralną oraz chusteczkami higienicznymi i trzymając się za ręce wyruszamy w miasto. Jest bardzo ciepło a wszelkie popołudniowe chmury gdzieś się rozwiały i odpłynęły w najdalsze dale świata. Na niebie błyszczą czarodziejsko tysiące gwiazd. A nam błyszczą podnieceniem i radością oczy. W tym czasie w Polsce jest dopiero godzina dwunasta w południe, mroźna chociaż pełna uroku zima a za oknem pewnie lśni biało srebrzysty śnieg...A tymczasem my w powiewnych, cienkich koszulach i krótkich spodenkach maszerujemy raźno przez gorące uliczki nocnego Sydney. Cieszymy się tą chwilą i tym, że możemy być tu razem. Zadowoleni jesteśmy, żeśmy dali radę przemierzyć ponad tysiąc kilometrów i na czas dotrzeć w to wymarzone miejsce.
 Jesteśmy też znużeni całodzienną, dzisiejszą podróżą a przy tym mocno już spragnieni, z radością więc lokujemy się na wygodnych krzesłach ogródka piwnego jakiegoś pubu i już po chwili sączymy z lubością ten gorzkawy, zimny napój. Ach, jaka to przyjemność, jaka ulga dla umęczonych długą jazdą ciał tak po prostu posiedzieć sobie i przez chwilę nie pragnąć wcale niczego więcej...
Szybciutko nabieramy sił i ochoty do wkroczenia w ten rozmigotany neonami i światłami ulicznymi, wielkomiejski świat.
Dochodzimy nad mieszczący się w centrum miasta piękny, szeroki kanał, przy którym zacumowane jest wiele luksusowych jachtów i łódek. Czarną toń wody rozświetlają odbijające się w niej zewsząd rozbłyski dalekich, pojedynczych fajerwerków, gwiazd, stylowych latarni i witryn mieszczących się w pobliżu kawiarni. Po sąsiadującym z kanałem deptaku chodzą setki śpieszących się dokądś ludzi. Ulica naprzeciwko kusi nas zapachami, dochodzącymi z mnóstwa, rozlokowanych tam restauracji i barów. Pachną nam stamtąd kebaby, hamburgery, pizze, steki, kotlety, owoce morza, ryby, frytki, hot dogi, makarony, tosty i paje (kruche babeczki z zapieczoną wewnątrz słoną lub słodką zawartością).A wszystko to zapewne pyszne, bardzo tłuste i bardzo kaloryczne... Jak już pisałam wcześniej Australijczycy kochają dobrze zjeść a przy tym bardzo często z wygody czy z lenistwa jadają na mieście. Tak wiec wciąż kwitnie tu sieć małej i dużej gastronomii oraz wciąż przybywa grubasów i osób o chorobliwej wręcz tuszy. I już się temu nie dziwię. Przecież ja sama, chociaż tuż po przyjeździe do Australii zarzekałam się, że zrobię wszystko aby nie przytyć, to jednak także uległam swemu rosnącemu apetytowi oraz szerokiej ofercie  gastronomicznej tutejszych sklepów i barów.
Teraz jednak ani ja ani Cezary nie byliśmy głodni (chyba wciąż jeszcze trawiliśmy te wcześniej zjedzone ogromne hamburgery), dlatego wolni od jedzeniowych pokus mogliśmy myśleć o dalszym, przyjemnym spędzeniu wieczoru. 

   Na początek trzeba się było nareszcie dowiedzieć od kogoś kompetentnego, w jaki sposób i jak szybko można stamtąd dojść do Sydney Opera House. A któż byłby bardziej kompetentny, niż wszechobecna tej nocy w mieście policja?  Zatem mój rezolutny mąż podszedł do jasnowłosej, korpulentnej policjantki i o wszystko ją grzecznie wypytał. Ta nieoczekiwanie dla nas nie bardzo orientowała się w tym temacie i musiała skonsultować się z kolegami po fachu. Ci, z lekką, niezrozumiałą dla nas niepewnością pokazali nam kierunek, w jakim powinniśmy się udać i objaśnili, że idąc szybkim krokiem dotrzemy tam na pewno w niecałe pół godziny.

   Dziarsko wspinamy się więc oboje po kilkudziesięciu schodkach, prowadzących na jeden z lepszych punktów widokowych w City. A stamtąd, idąc wzdłuż jakiegoś osiedla i jego długich płotów, obok wysokich, zasłaniających nam wszystko, blaszanych barierek próbujemy dostać się w pobliże opery. Jednak znowu okazuje się, że wszelkie dojścia i dojazdy w tamtą stronę są sztucznie przez ochroniarzy i policję zablokowane. Zamknięty jest także aż do rana, prowadzący w pobliże opery most -  Harbour Bridge. Nic więcej teraz nie poradzimy. Musimy się wycofać i próbować się dostać w jakiekolwiek miejsce, skąd będą tej nocy dobrze widoczne fajerwerki – podobno w tym roku największe na świecie...I zastanawiamy się czemu właściwie tak jest? Czemu tacy turyści jak my, co to w pocie i znoju zdążali tu przez dwa dni muszą teraz oblizać się smakiem i szukać sobie innego miejsca, dogodnego na spędzenie tych paru godzin tej wyjątkowej, jedynej w roku nocy? I dochodzimy do wniosku, że pewnie plac wokół opery jest zamknięty dla wszystkich, którzy w porę nie kupili wejściówki na ten sylwestrowy pokaz ogni sztucznych. Na pewno liczba miejsc tam była ograniczona a bilety wejściowe chociaż drogie, to wykupione szybko, niczym świeże bułeczki...Cóż! Cieszyć się należy zatem po prostu tym, że jesteśmy w Sydney i tutaj właśnie, tak jak zamierzaliśmy, powitamy wspólnie ze wszystkimi wesołymi Australijczykami i innymi nacjami ten Nowy, 2009 Rok. A sama opera nam przecież nie ucieknie. Obiecujemy sobie, że zobaczymy ją nazajutrz i wówczas nikt nas przed tym nie odwiedzie, ani nie zniechęci!

   Jest godzina jedenasta w nocy a my dochodzimy z powrotem na chyba ulubiony przez Sydneyczyków punkt widokowy, mieszczący się w pobliżu okazałego, renesansowego budynku biblioteki naukowej.
Trawnik przy bibliotece jest już prawie w całości zajęty przez rozbawione, popijające piwo oraz inne napoje alkoholowe towarzystwo. Ludzie siedzą wprost na trawie albo na kawałkach gazet. Słychać głośne rozmowy, żarty, śmiechy i śpiewy. Wszyscy wręcz przekrzykują się wzajemnie i gestykulują. Dochodzi do mnie niesamowita mieszanka zapachów ich perfum, dezodorantów, pogryzanych chipsów, piwa oraz zwykłego potu. Aż kręci mi się w głowie od tego wszystkiego i zastanawiam się, czy nie powinnam jednak czegokolwiek przegryźć albo zatkać sobie na jakiś czas nos, bo mój żołądek zaczął mi nagle wywijać kozła i wydawać z siebie ni to bulgoty, ni to burczenia. Jednakże nie mieliśmy ze sobą niczego do jedzenia. Popiłam więc trochę naszej wody mineralnej  i wszelkie te dziwaczne doznania minęły mi jak ręką odjął.

   Spacerujemy tam sobie z Cezarym, pstrykamy zdjęcia, nakręcamy kamerą filmik i wciąż przyglądamy się bacznie odgradzającym nas od głównej drogi barierkom, pilnowanym przez grupkę rosłych ochroniarzy – Maorysów. Wciąż jeszcze telepią się w nas resztki nadziei, że jakoś może się przemkniemy w stronę zablokowanej opery i zobaczymy najwyraźniej jak się da ten dzisiejszy spektakl fajerwerków. W międzyczasie prosimy o zrobienie nam paru zdjęć pewnego chudego, starszego pana w płóciennym kapeluszu z szerokim rondem. Pan ów okazał się być sympatycznym, rozmownym i nieco wścibskim pastorem jakiegoś egzotycznego z nazwy kościoła i nie dość, że bardzo chętnie podjął się zrobienia nam zdjęć, to jeszcze ofiarował się poprosić w naszym imieniu owych krzepkich ochroniarzy o przepuszczenie nas w pobliże opery.  Ale chociaż tłumaczył im z wielką swadą i uprzejmością, że przyjechaliśmy na tę noc specjalnie z Melbourne, a właściwie nawet z Polski (już zdążył się nas o najważniejsze rzeczy wypytać), to nie uzyskał żadnego przyzwolenia, żadnych specjalnych forów dla nas. 
Przystanęliśmy więc przy owych barierkach i we trójkę z owym miłym, gadatliwym pastorem spędziliśmy następne pół godziny, dzielące nas od Nowego Roku. Zdążyliśmy się dowiedzieć od niego, że ma na imię Jeff i  posiada jedną, ukochaną od czterdziestu lat żonę oraz ośmioro dzieci, które już zdążyły się pożenić i powychodzić za mąż. A wszystkie ich małżeństwa wyróżniały się tym, że były zawarte z cudzoziemcami. Tak więc Australijczyk ów miał teraz w rodzinie Francuza, Wietnamkę, Chinkę, Murzyna, Anglika, Włocha i na dodatek Araba. Z przyjemnością opowiadał nam o rozdokazywanych, pociesznych, wielokolorowych wnuczętach. Okazało się także, że wie co nieco o Polsce i nawet kilkakrotnie wymienił z lubością słowo”Krakau”.

   W końcu ten serdeczny Australijczyk tak się rozochocił, że nawet zaproponował nam byśmy po wspólnym przywitaniu Nowego Roku pojechali razem na wschodnie wybrzeże Sydney i tam przywitali wschód słońca.  Oboje z Cezarym popatrzyliśmy na siebie dyskretnie i porozumiewawczo a potem uprzejmie podziękowaliśmy za zaproszenie i wytłumaczyliśmy, że niestety mamy już inne plany na spędzenie tej nocy i poranka. Myślę, że chociaż propozycja tego pana była bardzo interesująca dla nas, badaczy tutejszych obyczajów i zawsze ciekawych wszystkiego wędrowców, to po prostu chcieliśmy wtedy być tylko we dwoje i razem, intymnie, po swojemu przeżywać te niezwykłe chwile. A poza tym sympatyczny Australijczyk był nieco męczący w tej swojej nieustannej gadatliwości i w wypytywaniu się o nader prywatne szczegóły z naszego życia.


   Wreszcie się zaczęło. Nagłe, potężne wybuchy kaskad fajerwerków zaskoczyły nas swoją siłą i hałasem. Wybiła długo oczekiwana północ. Ludzie wokół nas wprost oszaleli z radości. Rozległy się gwizdy, okrzyki, nawoływania i dobiegające zewsząd wzajemnie składane sobie życzenia noworoczne. My, z Cezarym, też na chwilę przerwaliśmy nasze zapamiętałe fotografowanie i przytuliliśmy się do siebie, życząc sobie wszystkiego najlepszego a przede wszystkim byśmy zawsze byli razem, zdrowi, zgodni i tak bardzo, jak teraz się kochający...Chwilę  potem uściskaliśmy się z naszym znajomym Australijczykiem i w ogóle wymieniliśmy się z otaczającymi nas ludźmi wymawianym tu teraz we wszelkich językach świata życzeniem szczęśliwego, Nowego Roku...A tymczasem feerie cudownych kolorów i światełek wciąż rozbłyskały na niebie i tylko żałowaliśmy, ze pełen obraz tego niebiańskiego spektaklu zakłócają nam widoki rosnących tutaj, zbyt wysokich drzew, okolicznych płotów i widocznych spoza kęp eukaliptusów wieżowców. 
Nie tak łatwo jednak, jak się potem okazało, zrobić dobre zdjęcia fajerwerkom i w ogóle nocnemu Sydney. Przeglądając potem fotografie z tej nocy, stwierdzilismy z przykrością, że większość z nich nie nadaje się do niczego - kolory i światła rozmyte, nieostre...


Spektakl fajerwerków potrwał niecałe piętnaście minut i oto nakarmiony kolorami i czarodziejskimi, wielobarwnymi światłami wielojęzyczny tłum począł się z tamtego miejsca rozchodzić. Z lekkim zdziwieniem i niedowierzaniem przyjęłam fakt, że to już wszystko, że to tak krótko...Nie było żadnych tańców, śpiewów, skocznej muzyki. Ludzie po prostu zobaczyli, co mieli zobaczyć i usatysfakcjonowani powracali grzecznie  i powoli do swych domów. Zapewne niektórzy z nich wybierali się jeszcze na nocne biesiady do pubów i restauracji. Inni zamierzali pewnie posiedzieć jeszcze trochę z rodziną i znajomymi w swoich prywatnych domach. Nie było tu jednak czegoś takiego, co znałam z Polski – wielkich, ogólnie dostępnych, bezpłatnych i przeprowadzanych w centrum miasta koncertów muzycznych i zabaw do białego rana. To nie znaczyło jednak, że Australijczycy w ogóle nie bawili się tej nocy. Potem dotarliśmy z mężem w pobliże plaży, gdzie trwała szampańska dyskoteka pod gołym niebem i mogliśmy się naocznie przekonać, że australijska młodzież szaleje nie gorzej, niż polska. Jednakże zorientowaliśmy się też przy okazji, że owa wspaniała dyskoteka dostępna jest tylko dla posiadaczy biletów wejściowych na nią i cała impreza zewsząd otoczona jest wielkim, białym, blaszanym płotem. Ale o tym więcej napiszę potem.


Teraz pożegnaliśmy się serdecznie z życzliwym, australijskim pastorem i chwilę jeszcze postaliśmy na prawie zupełnie opustoszałym już trawniku. Patrzyłam przez moment na pastora, oddalającego się w mroki położonego w sąsiedztwie parku i myślałam sobie, ze dziwne jest, iż mając tak wielu bliskich spędza tę noc samotnie...A może po prostu był zmęczony tą swoją liczną, rozszczebiotaną wielojęzycznie rodziną i chciał chociaż ten nocy zażyć przyjemności swobodnego, umożliwiającego skupienie odosobnienia...?

Także i na nas z Cezarym przyszła już pora by powrócić do centrum miasta, albowiem pomału zbliżała się godzina pierwsza i zostało nam już mało czasu na obejrzenie nocnych uroków tego miasta.
Zeszliśmy sobie spacerkiem nad znajomy kanał i przysiedliśmy sobie tam znowu, wdychając szlamowato-rybiatą woń dochodzącą z pobliskich doków. Jeszcze kilka spóźnionych fajerwerków rozbłysło nad naszymi głowami, jeszcze kilku podchmielonych, uśmiechniętych przechodniów złożyło nam życzenia i gdyby nie hałaśliwe, śmigające ulicami warkotliwe, żółte taksówki oraz samochody policyjne, byłoby nam zupełnie zacisznie i sennie... 


   Ale może to i dobrze, że nie było tam zbyt spokojnie, bo zaczęlibyśmy się robić śpiący i tym samym niezdatni już do niczego tej sylwestrowej nocy. A chcieliśmy jeszcze coś zobaczyć, coś przeżyć zanim udamy się na jakiś spoczynek. No właśnie – a gdzie w ogóle zamierzaliśmy spać tej nocy? Otóż wymyśliliśmy sobie, że ponieważ noc jest ciepła a Sydney posiada dużą, miejską plażę Bondi Beach, to na niej właśnie za jakiś czas sobie odpoczniemy a może i podrzemiemy. To nie wydawało się takim głupim, dziecinnym pomysłem, albowiem, jak wieść gminna niesie wielu Sydneyczyków właśnie w ten sposób spędza Sylwestra. Piją sobie, lulki palą, wiodą długie, nocne rodaków rozmowy, a potem kładą się na piasku pokotem i smacznie aż do rana śpią. To miała być zatem i taka nasza próbka nieco zwariowanej, jak gdyby po hippisowskiemu spędzonej nocy. A na dodatek wszystko to miało być zupełnie za darmo, co dodatkowo nas kusiło.
   Poszliśmy szybko po jeepa i po kolejnym skomplikowanym krążeniu wokół miasta dojechaliśmy wreszcie jakimś cudem w okolice Bondi Beach. I nagle jakież rozczarowanie! Plaża była zamknięta, dokładnie od nas odgrodzona i tym samym zupełnie niedostępna. Natomiast w jej pobliżu odbywała się wspomniana uprzednio dyskoteka. Muzyka waliła i grzmiała milionami decybeli, a spoza okalającego imprezę płotu widać było cienie tańczących osób, kręcące się szaleńczo karuzele, kolorowe dymy fajerwerków oraz liczne stoiska z kiełbaskami i piwem. Przy płocie natomiast, na zewnątrz kręciły się pojedyncze postaci i grupki nastolatków, którym albo nie udało się na ową zabawę dostać, albo już się zdążyli wybawić i napić dość i teraz zataczając się i bełkocąc coś niezrozumiale wracali powoli do swoich domów. Wszędzie walały się puszki i butelki po piwie, opakowania po chipsach, frytkach oraz strzykawki i zużyte prezerwatywy. Spodziewając się ujrzeć jeszcze gorsze rzeczy, przymuszona pilną potrzebą z obrzydzeniem weszłam do najbliższej ubikacji. No i nie pomyliłam się. Takiej ilości różnego pochodzenia śmieci, takiego brudu i smrodu nie spotkałam w australijskich toaletach jeszcze nigdy. A całości obrazu dopełniła na pół rozebrana para, która chichocząc i podszczypując się wyszła właśnie z sąsiedniej kabiny...

No cóż – to, co zobaczyliśmy tutaj nie bardzo zachęcało nas do pozostawania tamże. Postanowiliśmy więc po prostu pospacerować sobie ulicą z drugiej strony plaży i poobserwować to nocne, roztańczone, kolorowe życie, które tętniło całą mocą i chyba nie zamierzało jeszcze bardzo długo zamierać. Nieopodal znajdowały się wspaniałe hotele, w podwoje których nieustannie wpływały potoki ubranej elegancko młodzieży i bogatych, pewnych siebie trzydziestolatków. Świat szpanu, wystudiowanego luzu i błyszczącej na pokaz mamony...

Czas płynął sobie i odmierzał kolejne godziny 2009 roku. A my z Cezarym byliśmy już mocno zmęczeni i spragnieni snu. Niestety, to co nas otaczało w żaden sposób nie dawało nam nadziei na oddaloną od zgiełku ławeczkę, na jakiś cichy, ustronny kącik, w którym dałoby się chociaż na moment zdrzemnąć. Cóż nam zatem pozostawało poza usadowieniem się w jeepie i znalezieniu na resztę nocy jakiegoś schronienia?


   Pojechaliśmy więc, ale tak już byliśmy strudzeni i półprzytomni, ze nawet nie wiemy jak dojechaliśmy w końcu do jakiejś miejskiej, spokojnej zatoczki, w której stało zacumowanych mnóstwo pięknych jachtów i łódek. 
Zaparkowaliśmy sobie samochód w jedynym tam wolnym miejscu( traf chciał, że znowu obok ubikacji) i poszliśmy na spacer nad brzegiem. Tam znaleźliśmy sobie ławeczkę, na której dało się chwilę posiedzieć w ciszy. Nie dało się jednak spać, ponieważ w pobliżu krążył wciąż patrol policyjny i oświetlając sobie dokładnie każdy zakamarek szukał takich jak my nieboraków, chcących sobie tutaj troszkę pospać czy poleżeć na trawce.
A tymczasem nasze kręgosłupy koniecznie już domagały się położenia, a oczy przymknięcia. Była już prawie godzina piąta nad ranem, gdy wreszcie obolali, znękani tą przeciągającą się niemożnością snu, postanowiliśmy się jakoś ułożyć w naszym samochodzie. Nie było to sprawą prostą, gdyż podróżowaliśmy cały czas z ogromną ilością maneli i sprzętu, zawalającego nam dokładnie bagażnik i tył jeepa. Pracowicie więc to wszystko poukładaliśmy, tworząc z reklamówek, wypakowanych kołdrami i ubraniami jako takie legowisko. Cezary ułożył się jakoś na tylnym siedzeniu, a ja skuliłam się między przednimi a tylnymi siedzeniami. Daliśmy radę podrzemać zaledwie parę minut, bo nasze prowizoryczne leżyska okazały się istnymi łożami tortur. Z ledwością wygramoliliśmy się z auta i wydostaliśmy się na świeże, a właściwie nie bardzo świeże powietrze (bliskość toalet!). 
Powitał nas także, na szczęście, delikatny, rożowy wschód słońca nad zatoką...I od razu zrobiło się nam na ten widok lepiej!
   Pojechaliśmy na najbliższą stację benzynową, zatankowaliśmy do pełna, napiliśmy się ożywczych, schłodzonych Red Bulli i napełnieni nowym zastrzykiem energii i mocy ruszyliśmy na poszukiwanie mitycznej już dla nas Sydney Opera House...


Ciąg dalszy, rzecz jasna, nastąpi!


Kochani czytelnicy naszego bloga i tej, noworocznej opowieści!
Nasza opowieść jeszcze trochę potrwa, ale już teraz chcielibyśmy złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia mile spędzonego Sylwestra oraz Szczęśliwego Nowego Roku, pełnego zachwyceń, uśmiechów, serdecznych słów i gestów a przede wszystkim dobrych ludzi wokół Was!

Wszystkiego dobrego kochani!:-))



niedziela, 30 grudnia 2012

Podróż noworoczna, Cz.3 "W dzień sylwestrowy"



   Obudziliśmy się wyspani i rzeźcy w pogodny, ciepły, wczesny poranek środowy i zaraz z ciekawością wyjrzeliśmy na zewnątrz. Okna naszego pokoju z jednej strony wychodziły na stację benzynową a z drugiej na zabudowania pubu. Pub jeszcze sobie smacznie spał i spali pewnie jeszcze głęboko wszyscy jego wieczorni goście. Zapewne biesiady i popijawy trwały w nim poprzedniego dnia do późnej nocy, co nie dziwi w miejscu nastawionym na turystów, w miasteczku, w którym jedyną, wieczorną atrakcją jest taki właśnie pub, jego sala gier automatycznych i wielki, plazmowy telewizor, w którym można obserwować jakieś rozgrywki sportowe w krykiecie albo w footbolu australijskim. Australijczycy są wielkimi fanami tych dwóch dyscyplin sportowych i kilka razy w roku na czas finałów czy mistrzostw gremialnie jadą na stadiony sportowe by wspólnie i zażarcie kibicować swoim drużynom. A potem przez wiele dni to omawiać, przeżywać, komentować...Natomiast ci, którzy zostają na miejscu pilnie obserwują zawody sportowe w swoich telewizorach. A w tym czasie ulice australijskich miast i miasteczek są kompletnie wyludnione. I nawet najpiękniejsze plaże świecą pustkami...


   Teraz zaś przed stację benzynową, co chwilę podjeżdżały nowe pojazdy Australijczyków śpieszących się do pracy albo na poranne wędkowanie ( częsty był widok wędek, sterczących z tylnych okien ich pojazdów). Z ciekawością zapatrzyłam się na parkującego pod naszymi oknami starego, zdezelowanego Kingswooda ( to marka nie produkowanych już dzisiaj, ale bardzo wytrzymałych i cieszących się tutaj dobrą opinią samochodów). Właściciel samochodu wszedł na stację i zostawił swój pojazd otwarty a wówczas wybiegły z niego dwa psy i radośnie ulżyły swym potrzebom na pobliskim słupie. Duży, spasiony ponad miarę ni to kundel, ni to owczarek niemiecki i maleńki psiak w typie ratlerka obiegły auto z wesołym poszczekiwaniem i w ten sposób zaznaczyły swoje terytorium. Ten duży i widocznie starszy pies szybko zagonił do samochodu malucha a sam usiadł przed nim dumnie, jak na straży i pilnie wbił wzrok w drzwi, wiodące do wnętrza stacji benzynowej. Po chwili powrócił jego właściciel a pies oparł się przednimi łapami o jego pierś i dokładnie wylizał mu twarz, a właściwie to, co dało się na owej twarzy wylizać. Mężczyzna miał bowiem zarost imponujących wprost rozmiarów. Brodę i wąsy rosochate, gęste i długie po pas, a przy tym zupełnie bielusieńkie. Na jego głowie tkwił oczywiście nieodłączny tutaj kapelusz kowbojski, natomiast na nogach miał gumowe klapki w typie: japonki. 

Bardzo często widywałam już w Australii mężczyzn z wielkim zarostem, ale tak ogromnego jak ten, nie widziałam jeszcze nigdy. Także i te klapki na nogach nie były dla mnie niczym dziwnym, albowiem większość tubylców przez cały rok, niezależnie od temperatury i celu, do którego zmierzają chodzi ubrana bardzo cienko, luźno i niedbale.
Ileż to razy zauważałam w supermarkecie osoby bose lub odziane w kapcie, wyciągnięte podkoszulki, wytatuowane, zakolczykowane i fantazyjnie rozczochrane, albo przyozdobione zapomnianymi chyba wałkami do włosów.  Mało się w tym kraju tak naprawdę dba o konwenanse i pozory. Liczy się wygoda i dobre samopoczucie i chyba tylko świeżo przybyli z Europy emigranci, zwracają jeszcze uwagę na wygląd i styl ubrania. Zresztą i ja zaczęłam się pomału uczyć takiego właśnie luzu, czesząc się teraz najczęściej, jak już wcześniej wspominałam w dwa wygodne warkoczyki albo kucyki i zupełnie nie wstydząc się tak chodzić po ulicy. Czy zdobyłabym się na to samo w Polsce? W moim wieku...?!

Brodaty Australijczyk wytarmosił tymczasem pieszczotliwie oba swoje pieski, dał im po kawałeczku jakiegoś batonika, zagonił psie bractwo do środka, po czym zapuścił silnik samochodu i z fantazją odjechał ku swemu przeznaczeniu. A z okien jego auta widać było dwie, roześmiane psie mordy, których kłaczki i uszy wesoło powiewały na wietrze...

I na nas też był już czas. Szkoda  każdej chwili na siedzenie w pokoju, gdy tyle było przed nami do zobaczenia, do przejechania, do zachwycenia. Dzisiaj mieliśmy dojechać do Sydney. Przed nami były zatem 474 km drogi.
Chcieliśmy jednakże zobaczyć, co ciekawego ma do zaoferowania turystom sama Pambula, więc szybko wypiliśmy kawę, zjedliśmy śniadanie ( ukochane jajka na twardo), zapakowaliśmy się do jeepa i pojechaliśmy na tutejszą plażę.  


   Wszystko zapowiadało, że będzie to upalny, bezchmurny dzień, bo chociaż było jeszcze dość wcześnie, to na plaży lokowało się  już sporo ludzi, którzy na żółciutkim piasku  układali porządnie swoje ręczniki, parasolki, koce i namiociki. Natomiast kilkunastu wędkarzy tkwiło zapewne cierpliwie już od świtu na tutejszych, przybrzeżnych  skałach.   Ale ponieważ niczym szczególnym się ta plaża nie wyróżniała, postanowiliśmy pojechać jeszcze na pobliskie mokradła – wetlands – miejsca chronione i bezcenne ze względu na żyjące tam endemiczne gatunki ptaków oraz roślin. 

                                                       Panboola - pisownia aborygeńska

   Już nie raz bywaliśmy z Cezarym na tego typu terenach, ale zawsze byliśmy ich ciekawi i po prostu lubiliśmy sobie po nich spacerować, by odetchnąć panującą w nich świeżością i wilgocią. Takie wetlands dość często napotyka się w pobliżu rzek, oceanu, albo jezior.  Czasami tętnią gwarem śpiewów ptasich i kumkaniem żab. Czasami pachnie w nich bagienną wilgocią i zgnilizną. Jest w nich wówczas bardzo zielono i niezwykle rzeźko.  A spaceruje się tam wtedy nieomal jak po mazurskich albo kaszubskich lasach. Często jednak te wspaniałe mokradła wysychają, co jest normalne w tym kraju cierpiącym wciąż na niedosyt wody i opadów. W czasie suszy wszystko żółknie, zamiera, cichnie, jak gdyby hibernuje się w oczekiwaniu na zbawczy deszcz. A obserwatorowi przyrody robi się po prostu smutno i przykro na widok tych pustych, wyschniętych stawów, oczek wodnych, koryt rzek i potoków. Bezużyteczne są wówczas postawione tam domki do podglądania ptactwa wodnego, bezużyteczne stają się też mostki nad nieistniejącymi strumyczkami i bagniskami. Przyroda wytrwale czeka na wielką ulewę i na odrodzenie wszelkiego życia...


   Na szczęście pambulskie mokradła nie cierpiały w tym czasie na brak wody. Wkroczyliśmy zatem szeroką dróżką na cudownie zielone, przestrzenne tereny porośnięte, kochającą wilgoć roślinnością. Nad błyszczącym z daleka stawem straż trzymała cudownie rozłożysta wierzba płacząca, a spoza niej dochodziły głosy szczęśliwej, kaczej rodziny, zażywającej właśnie beztrosko porannej kąpieli. Czarny łabędź kroczył dostojnie przy brzegu, pośród świeżo ściętej, pachnącej trawy a potem przysiadł sobie na jakiejś kupce liści i schował szlachetną głowę pod skrzydło. 


                                                                  
    A my z Cezarym z przyjemnością spacerowaliśmy sobie mostkami i ścieżynkami, wczytując się w postawione na zakrętach tablice, informujące nas o tym, jakie rośliny i jakie zwierzęta możemy na owych mokradłach napotkać i co ciekawego można tam robić. Była tam szansa na przykład na zobaczenie stad kangurów, wysłuchanie koncertów żabich, obserwację bagiennych, maleńkich krabów, wyprawienie sobie pikniku w otoczeniu pachnącego czystą, słodką wodą sitowia i trzciny.





   Ale tego dnia nie dla nas były te rozkosze. Przecież trzeba było jechać dalej, do kolejnego, wyznaczonego na mapie celu i tylko od czasu do czasu zatrzymywać się, by podziwiać przydrożne pejzaże i ciekawostki. Nawet żartowaliśmy sami z siebie, że oto uprawiamy typ turystyki amerykańskiej. To znaczy jedziemy bez ustanku poprzez kilkaset kilometrów, by wreszcie zatrzymać się chociażby na siku, zrobić w tempie ekspresowym parę zdjęć na tle samochodu, coś zjeść, coś wypić i ruszać dalej...Może nie było z nami aż tak źle, jak z owymi zwariowanymi na punkcie błyskawicznej eksploracji swego kraju Amerykanami. Tym niemniej wyznaczyliśmy sobie przecież tydzień czasu na przejechanie kilku tysięcy kilometrów i na zobaczenie najciekawszych miejsc po drodze. I chociaż nie raz serce nas bolało, że znów trzeba jechać, że czegoś nie zobaczyło się dokładniej i nie zagrzało nigdzie dłużej miejsca, to jednak inaczej nie można było przecież, bo Australia jest ogromnym krajem i aby zobaczyć w niej wszystko, życia by nie starczyło.

Ale zanim na dobre przyciśniemy gaz do dechy, to jeszcze raz odwiedzić chcemy Merimbulę, by poznać jej oblicze oświetlone tym razem blaskiem przedpołudniowego słonka.


   I już wkrótce wjeżdżamy serpentyną na wzgórze, skąd będzie widoczna zatoka i całe miasteczko. Już od Mallacooty obserwować mogę to niezwykłe połączenie widoku gór z morzem. Ale tam podziwiałam z dala wszystkie odcienie srebrzystej zieleni wzgórz, widocznych spoza jeziora połączonego z oceanem. Tutaj sama stoję na szczycie wzgórza i z zapartym tchem spoglądam w dół. A tam turkus we wszystkich możliwych odcieniach. I jeszcze różowo-fioletowe skały przebijające się spod przejrzystej wody, wyglądające jak potrzaskana, ametystowa posadzka w otoczeniu amarantowych ruin jakiegoś zamczyska.

    
   Chcę zobaczyć więcej, więc jak dziecko biegnę w dół. Ale uwaga, bo oto stoję na bardzo stromym wybrzeżu i muszę zważać, by stopy nie obsunęły mi się w dół. Gdzieś za mną przywołuje mnie Cezary, który bojąc się o mnie a jednocześnie samemu cierpiąc na lęk wysokości, nie może spokojnie znieść tak bezpośredniej bliskości tej przepaści w dole. A ja chociaż staję się bardziej ostrożna, to jednak chęć fotografowania pcha mnie wzdłuż wąskiej, biegnącej między cyprysami ścieżki. W innym miejscu widzę niesamowitej białości piasek plaży wyłaniający się spod fal odpływu. Wszędzie rosną ogromne, wspaniałe eukaliptusy i niesie się oszałamiający zapach oceanu, trawy, kory drzew i jeszcze czegoś bliżej przeze mnie niezidentyfikowanego, co jest w tej zapachowej mieszance czymś tak ważnym, jak pieprz w rosole.
I stoję tam zauroczona z przymkniętymi powiekami i mocno przeżywam cudowność tego miejsca. Czy widziałam już w życiu piękniejsze?  - pytam samą siebie. I już nie dziwię się Cezaremu, że kiedyś zakochał się w tej okolicy i tak dobrze pamiętał ten swój zachwyt do dziś. A tymczasem wczasowicze wszelkiej maści korzystają tam w dole bardzo aktywnie z uroku tej zatoki. Pływają, kąpią się, wiosłują, jeżdżą na skuterach i nartach wodnych, chlapią się przy brzegu i po prostu brodzą sobie beztrosko po tym niebiańskim turkusie. A mewy siedzą spokojnie na gałęziach i kikutach pieńków i beztrosko kontemplują otoczenie...


   Oboje z Cezarym patrzymy na to wszystko z lekką zazdrością. To jedno z tych miejsc, gdzie mielibyśmy ogromną chrapkę by zostać na dłużej, by po prostu poleniuchować. Ale ponieważ zdajemy sobie doskonale z tego sprawę, że jeśli to zrobimy, to nie zdążymy na wieczór do Sydney, godzimy się z naszym losem wagabundów i nie marudzimy dłużej  Zjeżdżamy jeszcze w dół, by dotrzeć w Merimbuli do miejsca zwanego Fishing Wharf. Na trochę dłużej parkujemy samochód i idziemy na  niewielkie molo.

    
   Tam widzimy niezwykły strumień wypływający z ciemnoróżowych skał wprost do morza. Na powierzchni skał woda tworzy tam perliste kaskady. Amarantowe kamienie różnych dziwnych kształtów wyłaniają się z przybrzeżnych wód, ukazując błyszczące między nimi maleńkie zatoczki i sekretne rozpadliny. I tu, jak na każdym molo wędkarze niezmordowanie zarzucają swe wędki i cierpliwie wpatrują się w drgającą na wietrze żyłkę, chcąc wychwycić moment, gdy ryba wreszcie weźmie. A ponieważ na molo tkwiła ogromna tablica informująca o tym, jakie to mianowicie ryby i inne żyjątka można wyłowić w tych okolicach, to z zaciekawieniem się w nią wczytałam i oto, co m.in. tam zobaczyłam. 
   Ze znanych Polakom ryb pokusić się tu można o złowienie tuńczyka, makreli i flądry. A poza tym powszechnie występują w tych wodach krewetki, ostrygi, małże i jadalne kraby. Na tablicy widniały kolorowe rysunki wielu nieznanych mi, a popularnych w Australii ryb np. : bluefish, snapper, marlin, kingfish. Nazwy pięknie brzmiące, prawda? A niektóre z tych ryb wyglądały przy tym na bardzo groźne, bo uzbrojone w kolce, ostre jak brzytwa płetwy i ogony, oraz w zębiska, jakich nie powstydziłby się nawet rekin.


   I znowu przychodzi pora pożegnania z tym widokiem. Kolorowa, ożywiona na chwilę pocztówka Merimbuli oddala się a my jedziemy dalej górską, widokową drogą wiodącą przez parki narodowe.

    Specjalnie wybieramy trudniejszą, ale ciekawszą trasę, bo chcemy jadąc w pobliżu oceanu móc podziwiać okolice i tutejsze parki oraz miasteczka. A właśnie wjeżdżamy w kolejny taki park, noszący znowu z aborygeńska brzmiącą nazwę: Bourunda Park.
Przy tej okazji wypytuję Cezarego o ciągle niezbyt jasny dla mnie sposób i ideę powstawania tychże parków. Mój mąż tłumaczy mi cierpliwie, że to rząd australijski wykupił i nadal wykupuje od prywatnych właścicieli ogromne połacie terenu, robiąc to w trosce o ochronę specyficznej fauny i flory osiedlonej tamże. I właściwie w Australii jest tak, że nie ma terenów niczyich, nie przeznaczonych do użytku gospodarczego lub do ochrony. Prędzej czy później nieużytki, dzikie lasy, busz, wielusethektarowe pastwiska zostają włączane w skład parków narodowych i od tej pory nie wolno tam prowadzić żadnej działalności gospodarczej, budować niczego bez zezwolenia rządu, ani w żaden sposób eksploatować tej ziemi. Czasem zdarza się, że Aborygeni zgłaszają swoje prawo własności do jakiegoś terenu. Wówczas sąd na specjalnym posiedzeniu przeważnie im te ziemie przyznaje. Chwilę potem rząd odkupuje od nich te ziemie i natychmiast ogłasza je parkiem narodowym. W ten sposób Aborygeni zyskują z zadowoleniem środki do życia, a na dodatek satysfakcjonujące ich przekonanie, że ich rodzimym ziemiom na pewno nie stanie się pod ochroną rządu żadna krzywda.

   Do parków narodowych można z reguły swobodnie wchodzić i zwiedzać je, korzystając przy okazji z infrastruktury, w którą są wyposażone: ze schludnych ubikacji, miejsc na piknik, gdzie przeważnie mieszczą się elektryczne, gazowe lub opalane drewnem grille, ze stoliczków, ławeczek i wyraźnie oznaczonych tablicami ścieżek i szlaków. Można tam zazwyczaj swobodnie wjeżdżać samochodem i przemierzać ciekawe traki, kręte nieutwardzone drogi, przejeżdżać brody rzek i strumieni a gdzieniegdzie nawet, na specjalnie rzecz jasna oznaczonych campingach, obozować. Nie wolno tam oczywiście polować na zwierzęta ani niszczyć żadnej roślinności, dzięki czemu dzika przyroda Australii ma się bardzo dobrze i nic nie zapowiada tego, by się to zmieniło.



   A co ze znanymi opinii publicznej okrutnymi polowaniami na kangury? - zapytałam znów Cezarego. Przecież sama widziałam takie widoki na filmach w typie „Krokodyl Dundee”. I dowiedziałam się, że polowania na kangury są dozwolone na terenie prywatnych farm, o ile farmerzy wydadzą zgodę na polowanie tamże. Sami farmerzy mają też prawo do odstrzału wadzących im w jakiś sposób kangurów, ponieważ te zwierzęta na farmach uważane są po prostu za zwykłe szkodniki. Farmer może więc po prostu zabić te kangury, które wyjadałyby jego krowom i owcom za dużo, tak cennej tutaj trawy, albo gdy te torbacze są zanadto agresywne. 

No tak, przypomniało mi się, że nie raz widywałam już w tutejszych sklepach spożywczych mięso czy kiełbasę z kangura. Sama nie miałam i nie sądzę bym kiedykolwiek miała ochotę na wypróbowanie tego specjału. Tyle się napatrzyłam na pasące się beztrosko i leniwie ogromne stada tych z reguły łagodnych zwierząt. Tyle razy podziwiałam je z daleka i z bliska robiąc mnóstwo zdjęć kangurzym matkom, oseskom i wielkim samcom. Obserwowałam ich zwyczaje godowe, zabawy i bijatyki, wzruszałam się ogromną czułością i troską macierzyńską, z jaką kangurzyce pochylały się nad główkami, wyglądających z ich przepastnych toreb kangurków.


Zresztą podobnie rozczulałam się nad króliczkami, masowo rozmnażającymi się w tym sprzyjającym im klimacie. Niekiedy drobne, spiczastouche figurynki owych małych ssaków tkwiły nieruchomo przy drodze i wygrzewały grzbiety w promieniach zachodzącego słońca. A potem nagle wystrzelały jak z procy i umykały w gęstwę krzaków tak szybko, że widać tylko było ich bielejące z oddala kuperki.

A tymczasem właśnie dojeżdżaliśmy do Tathry – nadmorskiego, wypoczynkowego miasteczka. Jednego z wielu, przez jakie tego dnia będziemy przejeżdżać. W większości z nich nawet się nie zatrzymywaliśmy, bo czas nas gonił. Od czasu do czasu jednak jakiś  punkt na mapie, wyróżniający się na przykład niezwykłą rzeźbą terenu, ładną nazwą, skojarzeniem czy wspomnieniem sprawiał, że grzechem byłoby nie przystanąć tam chociaż na chwilę by odetchnąć atmosferą i kolorytem danego miejsca.


   A właśnie Tathra była takim miejscem, po pierwsze dlatego, że Cezary już kiedyś tu był a nawet nocował, a po drugie podobała mi się tatrzańska nazwa miasteczka i chciałam zobaczyć, czy jest tu cokolwiek, co by się z polskimi górami mogło skojarzyć. Ach, ta moja wieczna skłonność do szukania ukrytych znaczeń, szyfrów i przesłań! Większość nazw w Australii ma pochodzenie aborygeńskie i jako takie pewnie coś ważnego w ich języku oznacza. Nam jednak, nie znającym ich języka przybyszom ze środkowej Europy, pozostaje tylko domysł i snucie swoich własnych, najczęściej bzdurnych wyobrażeń. Może kiedyś jakiś urzędnik, mający talent do słowotwórstwa administracyjnie ponadawał nazwy miejscowościom i ulicom? I nie było w tym ani nic tajemniczego ani romantycznego? Jednakże ja, wolę myśleć, że dawno, dawno temu dotarł tu jakiś polski góral i z tęsknoty, albo z miłości do swoich rodzinnych stron nazwał to miejsce Tathrą.

Podjechaliśmy na najwyższy chyba punkt widokowy w tym mieście i podziwialiśmy z daleka plaże, kamieniste wybrzeża, żółte piaski i schowane pomiędzy skałami zatoczki.
A potem zaparkowaliśmy samochód przy zielonym, równiutko przystrzyżonym trawniku sąsiedniego wzgórza i idąc wspaniale zadbaną aleją wśród krzewów i kwietników przeczytaliśmy tablicę informującą nas o tym, że znajdujemy się oto na cmentarzu, na którym pochowani są m.in. żołnierze, weterani drugiej wojnie światowej. Nie było tam jednak żadnych grobów ani pomników lecz tylko maleńkie płyty nagrobne, umieszczone bezpośrednio na usłanym kawałkami kory podłożu. Ten skromny lecz pełen szacunku sposób potraktowania zmarłych zdziwił mnie trochę, ale nie zgorszył. Pomyślałam sobie, że przecież najważniejsza jest pamięć o tych, co odeszli a ta pamięć nie zależy od okazałości grobów lecz od tego, kim był zmarły i czy kogoś kochającego, pamiętającego po sobie zostawił. Obok większości płytek nagrobnych leżały piękne, świeże kwiaty. To mówiło samo za siebie. 



A w pobliżu cmentarza olśnił nas kolejny wspaniały widok na ocean, długie molo w dole, na odległe plaże i na kolorowe, śliczne stateczki płynące po wodzie jak zabaweczki małych chłopców...

   Jedziemy dalej widokową, zawiłą trasą położoną cały czas w bezpośredniej bliskości oceanu. Jedziemy tędy, bo to znacznie ciekawsza dla nas droga, niż przebiegająca kilkanaście kilometrów stąd autostrada Princess HWY – szybka, wygodna, ale i straszliwie nudna.
Zanim dojedziemy do następnego miasteczka – Bermagui -  zatrzymujemy się wielokrotnie oszołomieni pięknem, kolorytem i dzikością okolicy. Przystajemy w pobliżu rozlewających się szeroko rzek i jezior. Jest gorąco i bardzo słonecznie, a więc odziani w kapelusze z szerokim rondem wybiegamy wraz z naszymi nieodłącznymi aparatami fotograficznymi na spotkanie kolejnej uczty dla oczu. 


Najbardziej urzeka nas swą barwą jezioro Cuttage Lake oraz jego rozlewające się aż do plaży morskiej płytkie, zielonkawo żółte, cieplutkie wody. Taplamy się w nich z rozkoszą. Obserwujemy ławice drobnych, srebrzystych rybek, przepływających migotliwie między naszymi stopami. Brodzimy na przestrzeni wielu metrów a woda sięga nam zaledwie do połowy łydki. Jakiś pies szczęśliwy, że nareszcie może swobodnie pobiegać bez smyczy ogromnymi susami przemknął obok nas, wzniecając przy tym perliste kaskady wody. Po tym niespodzianym prysznicu śmiejemy się zadowoleni i machamy życzliwie dłońmi do przepraszającego nas za wybryk psa jego właściciela.
 Ze strefy słońca wkraczamy na chwilę w strefę cienia, mieszczącą się pod długim, wąskim, białym mostem. Mostem, po którym za chwilę przyjdzie nam jechać, bo właśnie tamtędy wiodła nasza dalsza droga. Ale póki co poruszamy się boso, nieśpiesznie w tym cienistym raju pod sufitem z pachnącego starym drewnem mostu. Dalej rozlewisko gwałtownie się zwężało i skręcało w delikatny, seledynowy strumyk biegnący ledwie widocznym korytem wśród białych, nadmorskich piasków w stronę bezkresu oceanu.

Niechętnie znów wsiadamy do niezmordowanego, nagrzanego jeepa. Chciałoby się tak brodzić w nieskończoność. Chciałoby się zwiedzać bez żadnego pośpiechu wszystkie te tajemnicze ścieżki i zatoczki. I znowu żal, że to nie tym razem...

   Zatrzymujemy się jednak niedługo potem, bo widzimy, ze tuż przy drodze ciągną się malownicze mokradła i zarośla. Jakże tu ich nie sfotografować, jak nie przyjrzeć się z bliska tym tak szczodrze ofiarowywanym nam przez naturę cudownościom. Lśniące granatem, błękitem i zielenią wody bagnisk, okalają gęste trawy i trzciny. Między nimi rosną podobne do kaczeńców kwiatuszki, uwijają się rzesze ważek i motyli. Pokryte jasnozielonym, mięciutkim mchem wysepki lądu na tych mini stawikach są miejscem lęgu kaczek i łabędzi.

   
   Czujemy się trochę jak odkrywcy nieznanych lądów, bo te najbardziej się nam podobające miejsca, nie są w żaden sposób szczególnie wyróżnione na mapie, zaznaczone chociażby gwiazdką dla turystów. Daleko stąd do zabudowań miejskich, do tych wszystkich pizzerii, McDonaldsów i smażalni ryb. Daleko do zgiełkliwych i męczących tłumów ludzkich. Od czasu do czasu dociera tu pewnie jakiś rybak albo złakniony odludzia turysta. A poza tym jest spokojnie i nieomal zupełnie cicho, a tę ciszę zakłócają jedynie przejeżdżające tędy od czasu do czasu samochody. Jesteśmy z Cezarym jak gdyby w naszym prywatnym Edenie i tak wyróżnieni przez sprzyjający los i dobrą pogodę z wielką przyjemnością samotnie kontemplujemy to dzikie piękno.

  Ściągamy nasze wygodne, skórzane klapki, w których zwykliśmy zawsze podróżować i znowu boso idziemy po gorącym piasku graniczącej z tymi mokradłami, bezludnej plaży.  Spoglądamy z zachwytem na łagodne grzbiety wydm. Nie ma na nich najmniejszego śladu bytności ludzkiej. Tylko wszędobylskie mewy krążą dookoła i przysiadają na tej niepokalanej, złocistej wyżynie. We mnie znowu wstępuje duch małej dziewczynki i biegnę z radością po tej ogromnej, żółtej, piaskowej przestrzeni w stronę oceanu. Spoglądam na wyłaniające się z morza skały, tworzące w oddali niedostępne wysepki. Wyobrażam sobie, że to pewnie idealne siedliska dla ptaków i fok, ale jestem za daleko, by cokolwiek stąd zobaczyć. 


   A oto przed nami już Bermagui. Jesteśmy z Cezarym trochę głodni, więc tym razem mniej zwracając uwagę na uroki tegoż miasteczka a bardziej na potrzeby swych żołądków, szukamy dla siebie elektrycznego albo gazowego grilla. Chcemy kupić  w sklepie spożywczym surowe steki albo kiełbaski i samodzielnie je sobie upiec gdzieś nad morzem, w cieniu...Och, to marzenie ściętej głowy. Cienia nad morzem nie znajdujemy nigdzie, takoż i grilla. Brak cienia nas nie dziwi – w końcu to Australia w środku lata. Ale nie możemy się nadziwić brakowi jakiegokolwiek barbaque.  Melbourne i w ogóle stan Wiktoria zdążył nas już przyzwyczaić do tego, że grille to powszechne, bezpłatne i ogólnie dostępne dla Australijczyków wynalazki.  Typowy Australijczyk chyba nie wyobraża sobie weekendowej wyprawy za miasto bez tradycyjnego grillowania i wielogodzinnego biesiadowania przy nim.  Czasem nawet wydaje mi się, że jedzenie jest ulubioną i najważniejszą rozrywką Ozzich (tak nazywają sami siebie Australijczycy)... 
Jednak w tym przepięknie położonym tuż nad oceanem Bermagui, małym miasteczku stanu New South Wales nie znajdujemy tego dnia niczego, na czym dałoby się upiec nasze wymarzone steki czy w ogóle cokolwiek. Może szukamy zbyt chaotycznie a może jesteśmy zbyt zmęczeni? Tak czy siak, po zrobieniu na głodniaka serii panoramicznych zdjęć w tych okolicach ruszamy dalej i obiecujemy sobie solennie, że w następnym miasteczku już koniecznie coś sobie przekąsimy. A więc w drogę!

Zaczyna się już robić późne popołudnie i na niebie zbierają się podejrzanie wyglądające chmury. Czyżbyśmy mieli tego wieczora i nocy moknąć w Sydney? Chyba i ciśnienie atmosferyczne gwałtownie  zaczęło się obniżać, bo ziewamy z mężem na potęgę i przecieramy zmęczone oczy. Mijamy Tilbę, Naroomę i Bodallę i w ten sposób dojeżdżamy do miasta Moruya, gdzie postanawiamy zrobić sobie dłuższy postój i trochę odetchnąć.
   W barze przy głównej ulicy zamawiamy sobie po wielkim  hamburgerze z wszelkimi możliwymi dodatkami. Do tego frytki i zimny napój gazowany. W oczekiwaniu na pożywienie siedzimy sobie wygodnie, w cienistym zakątku na zewnątrz baru i dyskretnie obserwujemy innych ludzi. Jako, że coraz mocniej burczy nam w brzuchach, to ze szczególnym zainteresowaniem przyglądamy się temu, co i jak jedzą. A młodzi ludzie przy sąsiednim stoliku pożerają właśnie ogromne porcje kurczaka z frytkami oraz nieśmiertelne fish and chips. Nie używają przy tym żadnych sztućców (co jest tu częste, albowiem obsługa, nie poproszona żadnych sztućców nie kwapi się dawać). Młodzi Ozzi jedzą, oblizują z apetytem palce i hałaśliwie żartują. Wszyscy mają bose stopy i wilgotne ubrania, z czego wnoszę, że właśnie wracają z plaży lub znad rzeki. Wiele osób, a zwłaszcza dzieci chodzi tu latem po ulicach i sklepach zupełnie boso. To chyba nie dziwi nikogo w kraju, gdzie średnie temperatury latem oscylują w granicach trzydziestu paru stopni, a dostępność do plaż jest ogromna (długość wybrzeża Australii wynosi ok. 34 tysiące kilometrów) . Sama Moruya także posiada szeroki dostęp do oceanu. Ma też tutaj ujście rozgałęziająca się pięknie rzeka także zwana Moruyą. To raj dla rybaków, wędkarzy, małych stateczków, łódek i kajaków.
Wreszcie i my się doczekujemy jedzonka. I nam dane jest napełnić puste studnie naszych żołądków. Wsuwamy te wielgachne hamburgery bez żadnego problemu. Nie przejmujemy się estetyką ani jakimikolwiek normami. Bezwstydnie się po prostu obżeramy i wzorem młodych Australijczyków oblizujemy wytłuszczone palce. Dopychamy się jeszcze frytkami i wreszcie syci i zadowoleni odpoczywamy sobie spokojnie. Cezary pali swoje ulubione cygaro, ja wącham z lubością jego dym, no i robi się nam tak błogo, że aż sennie...
Trzeba by zatem wypić jakąś kawę na orzeźwienie, ale w tym momencie jesteśmy zbyt pełni by coś więcej móc jeszcze w siebie wepchnąć. I chociaż po drugiej stronie ulicy kusi nas ogromny szyld z napisem „cafe”, to ledwo żywi z przejedzenia pakujemy się do jeepa i ruszamy dalej.

   Po kilkudziesięciu minutach zatrzymujemy się w Ulladulli, miasteczku oddalonym od Melbourne o 820 km, za to dość bliskim Sydney (około trzy godziny jazdy stąd).
W Ulladulli chcemy się napić naszej upragnionej kawy, ale okazuje się to sprawą niełatwą, gdyż w większości kawiarń i restauracji w tymże miasteczku trwają już przygotowania do dzisiejszego Sylwestra. Stoliki nakrywa się świeżymi obrusami i przystraja odświętną zastawą. Obsługa sprząta i poprawia wnętrza lokali gastronomicznych, by zachęcały sylwestrowych gości do długiej i hucznej zabawy. To wszystko jednakże sprawia, że wszędzie traktuje się nas jak intruzów i odmawia się nam filiżanki mocnej kawy. Zniecierpliwieni tym i mocno już znużeni wyruszamy zatem dalej, aż wreszcie w mieście zwanym Nowra zajeżdżamy do niezawodnego McDonaldsa i tam raczymy się naszym upragnionym, boskim napitkiem. Tak wzmocnieni jedziemy autostradą Princess HWY już właściwie bez ustanku aż do Sydney. A zachód słońca i dogasające już kolory dnia oświetlają nam mijane w przelocie miasta i miasteczka...



sobota, 29 grudnia 2012

Podróż noworoczna, Cz.2 "Ku nocy"




   Było już grubo po piątej po południu a my wciąż nie mieliśmy pojęcia, gdzie ostatecznie przyjdzie nam dzisiaj zanocować. Humory nam jednak dopisywały, mimo iż nawet zapasy żywnościowe na drogę zostały już przez nas pochłonięte i w brzuchach mocno burczało. A przecież oboje jako łakomczuchy i niezłe żarłoki do tej pory kiepsko znosiliśmy uczucie głodu.
Po początkowym moim wybrzydzaniu na australijskie jedzenie, teraz się wręcz w nim rozsmakowałam, niestety ze szkodą dla mojej figury i co za tym idzie, małych rozmiarów moich ubrań. I kiedy jeszcze kilka lat temu na zdjęciach, przedstawiających moją osobę widać było kobietę w miarę kształtnie zbudowaną i elegancką, to teraz fotografie przedstawiały zadowolonego z życia, rumianego grubaska, zazwyczaj uczesanego w parę filuternych warkoczyków w stylu Pippi Langstrumpf.  Czyżbym z wiekiem nie tylko tyła, ale i młodniała? – uśmiechałam się czasem na widok takiej odmienionej Oli i, o dziwo, nawet nie bardzo przejmowałam się swoim przytyciem. Jeszcze zdążę się odchudzić i wyrzec wszelkiej tak miłej żołądkowi kaloryczności. Już nie raz i nie dwa w tym życiu dzięki swojej silnej woli i uporowi zmieniałam gabaryty i rozmiary ubrań. A teraz po prostu, porzucając na jakiś czas swe nieodłączne, neurotyczne humory i poczucie winy, cieszę się życiem i wszystkim tym, co się z nim wiąże. Także i jedzeniem...Mmm – czy aby nie wszystkie grubasy właśnie w ten sposób się usprawiedliwiają...?

A wracając do tego wtorkowego, pogodnego wieczoru, spędzonego, jak na razie, w drodze, to po prostu szkoda też nam było teraz czasu na zatrzymywanie się i szukanie jakiegoś miejsca na piknik. Zresztą w ważnych chwilach człowiek dostaje od swojego organizmu dodatkowy zastrzyk adrenaliny a co za tym idzie siły, dzięki której robi i waży się na rzeczy zadziwiające. A myśmy chcieli gdzieś dzisiaj za dnia dojechać i tyle. Skromny przecież, ale wymagający wytrwałości plan.

Nie chcielibyśmy za nic przecież zostać bez dachu nad głową a wokół nas ciemna noc, kangury, jaszczurki i węże...Mieliśmy wprawdzie ze sobą nasz namiot i śpiwory, ale przecież nie wolno w Australii rozbijać ich byle gdzie, a tylko w ściśle wyznaczonych do tego miejscach. Porządku strzegą w najbardziej nawet dzikich rejonach, a zwłaszcza w parkach narodowych tutejsi „rangerzy” – czyli ktoś w rodzaju strażnika przyrody i leśniczego oraz szeryfa w jednej osobie. I gdyby nas taki ranger złapał, to nie dość, że by przegonił, to pewnie i jakiś mandat wlepił...

   Zresztą, prawdę mówiąc, strach byłoby rozbić namiot gdzieś na dziko. Zdarzają się wciąż w Australii bandyckie napady na turystów, zdarzają się tajemnicze zaginięcia... No a do tego wszystkiego tego dnia już nie bardzo mieliśmy siłę i ochotę na wszystkie te czynności związane z rozbijaniem namiotu, pompowaniem materaca itp. Niekiedy oboje z Cezarym stawaliśmy się po prostu bardzo wygodniccy i leniwi(może to kwestia naszego wieku albo braku wprawy w campingowym stylu podróżowania i życia?). A wieczorami nie chciało się nam już nic poza odpoczynkiem w schludnym, wyposażonym we wszystko, co potrzeba turyście, motelu. Toteż właśnie, dlatego nasz namiot do tej pory tylko raz był użyty zgodnie ze swym przeznaczeniem i stało się to w warunkach, gdy już absolutnie nie było żadnego wyjścia i żadnej innej możliwości zanocowania. Było to jakiś czas temu w Castelmaine, ślicznym, górniczym miasteczku położonym w pobliżu Ballarat, około 200 km od Melbourne.  Nieświadomi tego, że w okolicy właśnie odbywał się jakiś festiwal muzyczny pierwszy raz bezskutecznie szukaliśmy wówczas noclegu w motelach. Wszystko było zajęte przez entuzjastów muzyki i innych turystów a dni, jako że była to wczesna wiosna, były jeszcze krótkie i szybko się zmierzchało. Ostatecznie, więc ucieszyliśmy się wówczas, gdy cudem udało nam się znaleźć miejsce na polu namiotowym i spaliśmy wtedy jak susły pod dachem namiotu szczęśliwi, że mamy gdzie przyłożyć na noc głowy do poduszki.


A tymczasem nadal był wtorek trzydziestego dnia grudnia, noc zbliżała się coraz bardziej, a my mknęliśmy szybko do następnego na naszej trasie miasteczka – Edenu, położonego już po stronie New South Wales. Podobno miasteczko to nie jest tak popularne w sezonie letnim jak Mallacoota, a więc tam jest jakaś szansa na znalezienie dla nas i naszego rumaczka ustronnego, przyjaznego miejsca na nocny postój.
Zawsze ciekawe było dla mnie przejechanie granicy stanu i wychwytywanie jakichś widocznych różnic pomiędzy owymi stanami. Teraz też wydało mi się, że z miejsca takie różnice widzę. Na przykład tutaj rzuciły mi się w oczy inne oznaczenia tablic drogowych. Z wiktoriańskich zielono-białych zmieniły się w biało-niebieskie. Niedaleko też po przekroczeniu granic stanu dostrzegliśmy przy drodze prześliczny, zachęcający wprost do odwiedzin budyneczek, mieszczący w sobie ubikację publiczną. Tak ładnych przybytków nie widziałam dotąd w Wiktorii, mimo iż przyzwyczajona byłam do ich wszechobecności i higieny wnętrz.


A tymczasem przed nami już był Eden i chociaż zaiste rajskie tam były widoki, to jednak wolnych miejsc w motelach także nie było i tym samym okazało się, że nie dla nas te cuda na ziemi. I znowu tylko w przelocie oglądaliśmy tamtejsze zabudowania i plaże. Na kilku polach campingowych, gdzie zajrzeliśmy w poszukiwaniu wolnego domku campingowego znowu powitały nas tylko tłumy ludzi i bezradnie rozkładane przez właścicieli owych pól ręce. „Przepraszam, ale wszystko już zajęte. Może jutro, pojutrze, coś się zwolni, ale dziś, niestety... – No cóż, jutro i pojutrze to my już będziemy bardzo daleko stąd i tylko bladym wspomnieniem będzie to edeńskie miasteczko, znane między innymi z tego, że kiedyś odbywały się tutaj masowe połowy wielorybów, a do dzisiaj jest  muzeum poświęcone wielorybnictwu właśnie. O tym wszystkim dowiedziałam się z gromadzonych skrzętnie folderów turystycznych, bezpłatnie wykładanych we wszystkich punktach informacyjnych w mijanych przez nas miastach. Podobno do tej pory, w okresie wiosennym wieloryby nadal podpływają w pobliże Edenu, stanowiąc nie lada atrakcję turystyczną. Na szczęście nikt już dziś w Australii na wieloryby nie poluje i nareszcie, przynajmniej na wodach terytorialnych tego kraju mogą wieść swoje rajskie, spokojne życie. Jaka szkoda, że podobny los nie jest ich udziałem na wodach terytorialnych Japonii! I wciąż opinia publiczna jest szokowana widokiem rzezi tych ogromnych, pięknych ssaków...

Ale oto wkrótce zacznie zmierzchać a my oraz nasz wierny rumak - jeep nadal nie mamy pojęcia czy i gdzie zanocujemy tego dnia. Ale już przed nami następne, maleńkie miasteczko, w którym znowu jest jakaś nadzieja i szansa na nocleg. To Pambula i jej  oblicze oświetlone zbliżającym się ku zachodowi słońcem.
Jedziemy już teraz bardzo wolno, by nie przegapić niczego ważnego, żadnego napisu informacyjnego o wolnych miejscach. Mijamy kilka moteli, ale tam świecą się, ku naszemu rozczarowaniu, napisy głoszące „no vacancy” (brak wolnych miejsc). A więc nawet nie ma po co tam wchodzić i pytać. W końcu, w samym centrum miasteczka natrafiamy na pub połączony z hotelem. I chociaż nie są to może dla nas jakieś wymarzone warunki, bo z pobliskiej restauracji dobiegają ostre wonie jakiejś smażeniny a z pubu głośne rozmowy tamtejszych gości, to jednak z radością lokujemy się w malutkim pokoiku motelowym i możemy z ulgą nareszcie odetchnąć i odpocząć już po tym bardzo długim i męczącym dniu.


Ale myliłby się, kto by sądził, że natychmiast poszliśmy owego wieczoru grzecznie do łóżeczka! Otóż my po błyskawicznym wstawieniu do pokoju naszych maneli zapragnęliśmy napić się zimnego i orzeźwiającego piwka, bowiem nie ma nic lepszego po długiej podróży na przepłukanie znużonego australijskim kurzem gardła, jak szklanka lodowatego piwa. Taka tutejsza szklanka do piwa nie ma jednak nic wspólnego z polskim kuflem. Jest mała, wąska na dole a rozszerzana ku górze i mieści się w niej chyba tyle samo, co w zwykłej szklance. Nie da się, więc taką ilością piwa upić, a zresztą australijskie piwo z reguły jest bardzo jasne i dość słabe.
A więc posiedzieliśmy sobie oboje z rozkoszą przy kontuarze pubu, przy naszych wilgotnych od chłodu szklanicach, popijaliśmy pyszny, złocisty napój i obserwowaliśmy australijskich bywalców tegoż przybytku, którzy takoż jak my sączyli swoje piwo, palili na tarasie pubu papierosy i wiedli długie, przeplatane żartami i głośnymi śmiechami rozmowy. Patrzyłam na ich osmalone wiatrem i słońcem twarze, na kowbojskie kapelusze z szerokim rondem, na kraciaste, zawinięte nad łokciem koszule i myślałam sobie, że pewnie niewiele się tu przez ostatnie stulecie zmieniło.

Zresztą sama Australia mało się zmienia zewnętrznie w porównaniu z wiecznie rozbudowującą się, zindustrializowaną i pożerającą własne przestrzenie Europą. W Australii prawdopodobnie tam, gdzie kiedyś były pastwiska, tam są też i dzisiaj. A lasy eukaliptusowe szumią tak samo mocno, chociaż co parę lat są trawione przez żarłoczne płomienie pożarów. W Australii wręcz rygorystycznie przestrzega się wszelkich zasad, dotyczących ochrony środowiska i genetycznej czystości rodzimej roślinności. Natomiast mało dba się chociażby o europejskie w swym rodowodzie drzewa. Bez pardonu i zmiłowania wycina się lasy modrzewiowe i świerkowe i naprawdę coraz większą rzadkością stają się one w pejzażu australijskim.
Rozrastają się oczywiście miasta i miasteczka ( chociażby tak, jak wspomniana wcześniej Mallacoota), ale peryferia miast i samo country wciąż pozostaje niezmienne.

A tymczasem nasze piwka już były wypite i trzeba było postanowić, co począć dalej z tak cudownie rozpoczętym wieczorem. Nie chciało się nam jeszcze spać, więc postanowiliśmy, że skoczymy jeszcze na wieczorny spacerek do położonej nieopodal Merimbuli, ulubionego miejsca wypoczynkowego Australijczyków. Co w niej aż tak urzeka, że gotowi są przemierzać te ogromne odległości? Co sprawiło, że także i mój mąż wspomina je jako najpiękniejsze w Australii, zobaczone dotąd przez niego miejsce?
Byłam tego wszystkiego ciekawa i niecierpliwie wypatrywałam przez otwarte szeroko okna samochodu pierwszych zabudowań Merimbuli.


Podczas, gdy wjeżdżaliśmy do owego miasteczka właśnie zaczynał się pomarańczowo-czerwony zachód słońca i ukazywał nam wody ogromnego jeziora, a właściwie dwóch jezior( Top Lake i Merimbula Lake), jako mieniące się złotem i szlachetnym granatem zaczarowane, nierzeczywiste przestrzenie. Niecierpliwie, bo spieszyło nam się do robienia zdjęć, przejechaliśmy zatem przez most, łączący ze sobą przedzielone wodami jezior miasto i zaparkowaliśmy pojazd na betonowym nabrzeżu. Tego dnia chmury dodawały niezwykłego uroku wszelkim pejzażom, natomiast tu, w Merimbuli ich odbicia na wodzie wyglądały wręcz bajecznie. A tymczasem miasteczko, malowniczo usytuowane na okolicznych wzgórzach odbijało delikatnie swymi oknami ostatnie błyski słońca i wyglądało jak żywcem wyjęte z baśni, albo ze starej, retuszowanej pocztówki. 


Ogromne eukaliptusy, wyrastające spoza widnokręgu prześwietlały się przez zachód słońca czarną koronką gałęzi i gałązek. A my przyglądaliśmy się temu wszystkiemu i zapisywaliśmy naszymi aparatami fotograficznymi te ulotne, niepowtarzalne momenty oraz kolory. Na nabrzeżu, przed nami stali nieruchomo wędkarze, którzy, niczym mosiężne statuetki wrośli na zawsze w ten pejzaż. Pachniało rybami i wodą rzeczną, a tutejsze świerszcze grały zapamiętale swój wieczorny koncert. I nie chciało się nam za bardzo stamtąd odchodzić, ale ponieważ zachód nadal malował zmienne barwy na niebie a chmury nadal przemieszczały się po nim tworząc fantastyczne kształty, postanowiliśmy pojechać na drugi brzeg jeziora i stamtąd zrobić jeszcze kilka fotografii.


I znowu zostaliśmy zauroczeni spokojem, łączącej się tu z zatoką rzeki i znów wpatrzeni w rozległe, lśniące srebrem i fioletem wody staliśmy na molo i bez końca fotografowaliśmy to wszystko. I tak aż do zupełnego zmroku, do pogrążenia się wody w cieniu i w atmosferze  słodkiego, nocnego odpoczynku...

A tymczasem nasze wyposzczone żołądki rozgłośnym burczeniem dawały o sobie coraz silniej znać i stwierdziliśmy, że przecież nam ta Merimbula nie ucieknie, że będziemy ją jeszcze mogli podziwiać jutro, już za dnia. A teraz, skoro potrzeby ducha zostały tak wspaniale zaspokojone, to cokolwiek należy się także naszym wygłodzonym ciałom.
A co by tu zjeść wieczorem w tym wczasowo-rybackim siole? Oczywiście nasze ulubione fish and chips, dobre na każdą okazję i prawie wszędzie smakujące podobnie, bo sporządzane według tej samej receptury. Nie raz obserwowaliśmy jak się tutaj smaży rybki i nawet sami nauczyliśmy się jak je sobie przyrządzać w domu. Nic trudnego – rozrabia się mąkę z jajkiem i wodą i w tej zawiesistej panierce nurza się dokładnie filety ryb a następnie wrzuca do gorącego oleju. Po kilku minutach wyjmuje się je z tej kąpieli rumiane i chrupiące. Jednym słowem - pyszne! Wprawdzie podczas naszych podróży po różnych rejonach Australii zdarzyło się nam kilkakrotnie zjeść rybkę przesmażoną, przypaloną lub przesoloną, ale były to zazwyczaj niechlubne wyjątki od reguły. Reguły głoszącej, że jest to danie dobre, szybkie i w miarę tanie.
Szybko znaleźliśmy w Merimbuli sympatyczną smażalnię ryb, w której zamówiliśmy dwie porcje naszego ukochanego smakołyku a po dziesięciu minutach oczekiwania pałaszowaliśmy go wraz z nieodłącznym tutaj, jako dodatek do ryb, sosem tatarskim. Tym razem z naszymi rybkami i frytkami wszystko było w porządku. Smakowały tak, jak należy, przyrządzone były znakomicie, zatem cieszyły nasze żołądki ogromnie.
Od czasu do czasu zagadywał do nas kucharz z owej smażalni i opowiadał, że przez cały rok zwykle jego smażalnia świeci pustkami a cały zarobek dokonuje się tutaj właśnie latem, gdy tłumy głodnych turystów zawalają nieprzeliczonymi rzeszami spokojne zazwyczaj miasteczko. I rzeczywiście - przez te kilkanaście minut, gdy zaspokajaliśmy swój głód kilkanaście osób złożyło swoje zamówienia w smażalni. Jednak wszyscy poza nami zabierali swoje pudełeczka z jedzeniem ze sobą i odjeżdżali gdzieś w dal swymi cudownie błyszczącymi w światłach neonów, drogimi samochodami. Merimbula nie jest, bowiem miejscem wypoczynkowym dla każdego. Trzeba mieć spory zapas gotówki w kieszeni lub w znaczny sposób uszczuplić swoją kartę kredytową by spełniać tu wszystkie swoje wczasowe zachcianki. Droższe, niż w mijanych dotąd miejscowościach są tutaj noclegi. A widać to było nawet z zewnątrz po merimbulskich, w europejskich stylu wybudowanych domach wczasowych i noclegowych.
Na szczęście dla nas ryby z frytkami kosztowały tu niewiele więcej niż w Melbourne, więc najedzeni i zadowoleni wstaliśmy wreszcie od jedynego, ustawionego przed smażalnią stolika i podążyliśmy w stronę czekającego na nas wiernie jeepa. Jeszcze tylko wstąpiliśmy do czynnego całą noc supermarketu – Safeway’a, by kupić dla Cezarego jego ulubione cygara - Amanda. Wiem, wiem – on nie powinien palić a ja nie powinnam temu jego paleniu sprzyjać. Jednakże cygara Cezarego pachną tak słodko a on rozkoszuje się nimi z takim wdziękiem i radością, że naprawdę trudno sobie odmówić tej wspólnej przecież przyjemności. Zresztą pali teraz naprawdę rzadko i mało tylko te swoje ulubione, grube cygara. Wygląda wówczas jak jakiś pewny siebie, przystojny, tajemniczy, amerykański mafioso. A to nieodmiennie budzi mój uśmiech, zachwyt i wzruszenie... 

Wracamy już teraz szybko do hotelu i kończymy ten długi dzionek spokojnym, paleniem cygara, błyskawicznym prysznicem a potem już mocnym snem w pokoju hotelowym w Pambuli. I śpimy jak zabici po tej całodziennej podróży. A snu nie zakłócają nam ani żadne zapachy, ani dźwięki. Za oknem świat odpoczywa przed jutrzejszym, pełnym niespodzianek i kolorów dniem. Przed ostatnim dniem 2008 roku...