wtorek, 13 grudnia 2016

Psia rodzina, cz.2 – „Macierzyństwo”





   Prawie cały okres ciąży Zuzi przebiegał spokojnie i bezproblemowo. Przez większość tego czasu nie widać nawet było u niej jakichś wyraźnych zmian w psychice, czy też w wyglądzie. W związku z tym miałam wątpliwości, co do tego, czy naszej psinie uda się zostać matką. Dopiero jakieś dwa tygodnie przed rozwiązaniem Zuzia gwałtownie pogrubiała, zwiększyły jej się wyraźnie sutki, (z których niedługo potem podczas biegu zaczęło tryskać mleko) a jej zachowanie stało się inne niż przedtem. Psina potrzebowała więcej snu a mniej ruchu. Znowu zaczęła powarkiwać na Jacusia, który przyzwyczajony do wspólnych, porannych zabaw nieco zbyt natrętnie ją do nich zachęcał, nie rozumiejąc, iż jego ukochana przede wszystkim potrzebuje spokoju, przygotowując się do nowej, najważniejszej w swym życiu roli. 


   Kilka dni przed porodem, w Zuzieńce obudził się instynkt macierzyński, który manifestował się instynktownym szukaniem odpowiedniego miejsca, gdzie mogłaby wydać na świat swoje dzieciątka. Oczywiście zawczasu przygotowałam jej wygodne legowisko w zacisznej, chłodnej kotłowni sądząc, iż sunia będzie chciała rodzić w domu, z dala od panującego wówczas na dworze lipcowego upału. Cóż, okazało się, że nie trafiłam w gusta wybrednej psinki. Ta upodobała sobie szczególnie wysypany drobnymi kamieniami kącik w przybudówce naszej drewutni. Tam wygrzebała sobie dołek i mościła się w nim, kopiąc co dnia coraz głębiej i spoglądając na mnie z takim wyrazem pyska, jakby mówiła, iż to idealne miejsce do spełnienia dzieła, które zaczęła coraz wyraźniej przeczuwać. 

   Jednakże kilka dni przed porodem nagle odmienił się gust Zuzieńkowy i korzystając z nieobecności koziego stada, które akurat pasło się wówczas na łące, psinka w najlepsze zasiedliła boks najmłodszej z naszych kóz - Kruszki. Tam wykopała ogromną dziurę w sianie i słomie pod starym, betonowym żłobem i ziając rozgłośnie oznajmiała światu, że to najlepsze, psie gniazdo, jakie można by sobie wymarzyć.  Kruszka jednak nie była tego samego zdania, gdy po powrocie z pastwiska nie mogła jak zwykle wbiec do swego dotychczasowego, bezpiecznego mieszkanka. Tak łagodna do tej pory i ustępliwa względem kóz Zuzia warczeniem a nawet rzucaniem się z wyszczerzonymi groźnie zębiskami skutecznie odgoniła wystraszoną kózkę, która musiała zamieszkać w sąsiednim boksie ze swą wciąż negatywnie do niej nastawioną matką, Brykuską. Tam zmuszona była znosić jej szykany i gniewne poszturchiwania. Miałam jednak nadzieję, że w końcu kozy przyzwyczają się jakoś do siebie, do czego po jakimś czasie, na szczęście doszło (i trwa do tej pory, gdyż do teraz Brykuska i Kruszka mieszkają razem).  Nadal jednak poddenerwowana i agresywna wówczas Zuzia wściekała się także z powodu owego zbyt bliskiego jej zdaniem sąsiedztwa kóz. Postanowiłam wobec tego na szybko przystosować jej do porodu i późniejszego przebywania tam ze szczeniakami boks po naszym capku, Łobuzie Kurdybanku. Boks od sianokosów wypełniony był aż pod sufit tonami siana, z którego tutaj o wiele wygodniej było mi korzystać niż z tego zgromadzonego na strychu budynku gospodarczego. Musiałam to wszystko w try miga wysprzątać, popakować do worów i w pocie czoła (na dworze było wtedy około 40 stopni) powynosić wszystkie te worki na ów strych. Ogromnie śpieszyłam się z tą robotą, bo sądząc po zachowaniu Zuzi mogłam się spodziewać, że poród zacznie się lada chwila. Oczekiwany moment wciąż się jednak odwlekał a Zuzia coraz bardziej ociężała, zmęczona i zirytowana snuła się po podwórzu powarkując na zerkającego na nią z dala Jacusia oraz biegające opłotkami, przestraszone jej złością koty.

   W sobotę, dziewiątego lipca nabrałam pewności, iż sunieczka urodzi właśnie w tym dniu. Nie chciała pójść już ze mną po gałęzie wierzby iwy dla kóz, nie miała ochoty na żadne jedzenie. Biedaczka już sama nie wiedziała co z sobą robić. Popiskiwała co jakiś czas i przechodziła z budy do budy, z kruszkowego boksu do swego kamiennego gniazdka w drewutni chcąc zaznać jakiegokolwiek ukojenia. Do boksu po Łobuzie Kurdybanku, mimo licznych moich zachęt, nawet nie zajrzała. A przecież zrobiłam jej tam zaciszny, miły kącik. Ułożyłam na sianie domowy materacyk ubrany w jej ulubiony dotąd kocyk. Postawiłam we wnętrzu boksu wiaderko z wodą i suchą karmą, pozabijałam deskami i pozatykałam sianem wszelkie szpary, przez które mogłyby ją z boku podglądać ciekawskie kozy. Moja najmilsza psina tymczasem uparcie układała się wśród ostrych kamyków w drewutni i ze wstrętem odsuwała nosem kolejny kocyk, którym chciałam jakoś zmiękczyć to nieprzyjemnie twarde leżysko. W końcu dałam za wygraną i już tylko głaskałam ją, pieściłam, masowałam a jej piękne, błyszczące oczy mówiły mi, że ukochana Zuzia bardzo cierpi z powodu bólów skurczowych i doczekać się już nie może końca tej męki. Trwałam tak wraz z Zuzieńką i czekałam, martwiąc się, jak to dalej z nią będzie…

   W niedzielę wcześnie rano zastałam ją w okupowanej do tej pory przez Jacka budzie-bliźniaku. Widać było, że sunia coś bardzo gwałtownie liże. Swoim dużym ciałem jednak tak dokumentnie zasłaniała otwór wejściowy, że nie wiadomo było, co dzieje się we wnętrzu tego psiego domku. Nie chcąc jej przeszkadzać odeszłam cichutko, lecz potem, co jakiś czas zaglądałam do rodzącej w nadziei, że coś już da się dostrzec. A tymczasem pogodny, a właściwie wściekle upalny dzień zaczął coraz bardziej dokuczać nam i wszystkim żywym istotom, mieszkającym w naszym gospodarstwie. Kto żyw pochował się do cienia. Tylko nieszczęsna Zuzia wciąż tkwiła w przyciasnej, wystawionej na największy żar budzie i nie reagowała na moje usilne prośby by wyszła stamtąd a przynajmniej by napiła się choć trochę wody. Dopiero pod wieczór krańcowo umęczona gorącem i bardzo spragniona zdecydowała się opuścić na chwilę duszne wnętrze budy. Korzystając z tej chwili natychmiast zajrzałam do środka. Znalazłam tam trzy mokre, cieplutkie maleństwa. Dwa ciemne i jedno jasne. Spały przytulone do siebie. Nic jeszcze o bożym świecie nie wiedzące. Niewinne, bezradne i zupełnie na swą mamę zdane. W budzie panował potworny żar. Widać też było, iż z powodu ciasnoty Zuzia nie dała rady wystarczająco posprzątać po porodzie i maluchy leżały na pokrytym śluzem i krwią sianie. Wówczas podjęłam błyskawiczną decyzje o ich przeprowadzce. Umieściłam je delikatnie na podołku swej sukienki i czym prędzej przeniosłam szczeniaczki na czyste, wygodne legowisko w koziarni, w boksie po łobuzie Kurdybanku. Na szczęście maleństwa nawet przy tej operacji nie pisnęły, w związku z czym ich matka mogła w spokoju napić się do syta wody a potem załatwić swoje potrzeby fizjologiczne w ogrodzie.

   Kiedy wróciła do budy i nie zastała tam swych dzieci okropnie się zaniepokoiła. Zaczęła węszyć, popiskiwać, kopać w sianie i spoglądać na mnie z niewysłowionym wyrzutem i rozpaczą. Szybko jednak zawołałam ją do koziarni, gdzie natychmiast przybiegła z ulgą odnajdując tam swe dzieci i sprawdzając natychmiast czy aby coś złego się z jej maluszkami przez czas jej nieobecności nie stało. Ale wszystko było w porządku, więc troskliwa matka wylizawszy dokładnie swe pociechy ułożyła się tak by ułatwić im dostęp do jej sutek a potem przymknęła oczy z błogości, gdy rozległ się gromadny mlask i odgłos żarłocznego ssania mleka…

   To trwało około pół godziny. Potem Zuzia znowu zrobiła się niespokojna. Zaczęła się wiercić, kręcić, stękać i popiskiwać a wreszcie po kilku minutach, na moich oczach urodziło się czwarte, białe jak śnieg, nieco mniejsze od rodzeństwa szczeniątko. To była otulona lśniącym, przeźroczysto-łososiowym łożyskiem Misia. Od jej równie białej siostrzyczki od samego początku odróżniał ją kolor noska. Misiowy był czarny, z delikatną plamką różu pośrodku. Śnieżkowy zaś prawie cały lśnił jasną różowością. Po tym właśnie przez mniej więcej dwa tygodnie te dwie psinki od siebie odróżniałam. Później, gdy wyszła już na jaw ślepota Misi nie było żadnych wątpliwości co do tego, która z nich jest którą…

   Dzieło było wypełnione. Wszystkie dzieci Zuzi przyszły już na świat. Matka dokładnie wylizała i oczyściła z wszelkich błon najmłodszą ze swych córeczek a potem pyskiem zdecydowanie, lecz delikatnie podsunęła ją ku sutkom. Malutka przez chwilę trwała nieruchomo, nie wiedząc co ma czynić a wreszcie zapach mleka, ciepło ciała siostrzyczek, ponaglające liźnięcia czułej Zuzieńki uświadomiły jej, że najlepsze, czemu może się teraz oddać to ssanie ciepłego, matczynego mleka… Wówczas moja ukochana Zuzia, ta niedawna egoistka przeistoczona teraz we wspaniałą mamę, spojrzała na mnie z głębokim uczuciem ulgi i …wielkiej miłości a potem przymknęła oczy, westchnęła głęboko i przytulona do swych czworga dzieci nareszcie spokojnie zasnęła…

   A to był dopiero dopiero początek przeistoczeń i cudów dziejących się w naszym Jaworowie. Każdy dzień, każdy tydzień przynosił zmiany w zachowaniu i charakterze Zuzi. Troszczyła się o swe maleństwa tak bardzo, że przez kilka tygodni omalże nie opuszczała ich na krok. Zaakceptowawszy i polubiwszy mieszkanie w kozim boksie, odrzuciwszy swój materac z kocykiem wygrzebała w sianie wygodne gniazdo i tam urzędowała z potomstwem, nieraz tak dokumentnie zagrzebując je w puszystej ściółce, że wcale nie było ich widać. Kiedy maluchy otworzyły oczy i zaczęły żwawiej niż do tej pory poruszać się po pomieszczeniu ich matka musiała się sporo napracować by zebrać je do kupy i w tym samym czasie przekonać do posiłku. Dużo roboty miała też ze sprzątaniem nieczystości po córeczkach oraz z napominaniem ich, gdy zbyt zażarcie ćwiczyły psie zapasy. W październikowym poście o Misi wspomniałam już, że nasza psina doskonale wyczuwała, iż z jedną z jej córeczek jest coś nie tak. Wylizywała jej stale zamknięte oczka i w ogóle poświęcała niewidomej suni o wiele więcej czasu, niż reszcie. 

   Pod koniec lipca zdecydowaliśmy z Cezarym, jakie nadamy maluchom imiona. Misia, jako że najbardziej przypominała nam niedźwiadka polarnego została mianowana Misią.  Okrąglutka, szaro-bura i podobna do hipopotama sunia otrzymała miano Hipci. Czarno-białą, najweselszą ze wszystkich i najbardziej ufną psinkę nazwaliśmy poczciwie Bubą. Natomiast na białą, błękitnooką piękność, uwielbiającą wylegiwać się na leżaku piesuńkę zdecydowaliśmy się wołać Śnieżka.  Bardzo szybko szczeniaki przywykły do swych imion. 
   A kiedy ciekawskie, kilkutygodniowe pieseczki nauczyły się sprawnie wychodzić ze swego boksu oraz z koziarni zaczął się kolejny, ciekawy okres w ich życiu – wspólne zabawy, poznawanie ogrodu, nawiązywanie serdecznego kontaktu z nami, ludźmi, zwiedzanie domu i obsikiwanie wszystkich jego kątów, próbowanie innych, poza mlekiem smakołyków. A propos smakołyków, to łakome szczeniaki miały przez kilka tygodni okazję popijać kozie mleko, które jak się okazuje, jest składem zbliżone do psiego. Dzięki pokarmowi swej mamy, pożywnemu, koziemu napojowi oraz drobiowemu mięsku z ryżem i marchewką szczeniaki rosły jak na drożdżach i pociesznie przemieszczały się po ogrodzie na krótkich nóżkach, unosząc swe okrągłe, hipopotamie brzuszki…

   Ach, jak cudownie bawiły się ze sobą znajdując w malinowym chruśniaku tajemnicze kryjówki, wspinając się z trudem do bud dorosłych psów, goniąc się wewnątrz i usiłując podkradać sobie nawzajem wielkie gicze wieprzowe. Najmilej było im jednak zaczepiać do zabawy matkę. Obgryzały jej ogon, nos i łapy. Właziły na grzbiet. Bezczelnie wkładały pyszczki do jej wielkiej, krokodylej paszczy. Siłowały się z nią, ciągnąc każde w swoją stronę jakąś starą szmatę czy patyk. Roześmiany pysk Zuzi mówił nam jak szczęśliwa jest w takich momentach nasza psina. Smukła i szczupła po ciąży niczym młodziutki szczeniak uganiała się ze swymi córeczkami po trawie, igrając z nimi do upadłego. Bawiła z dziatwą w chowanego albo w zapasy a potem zmęczona układała pod letnim parasolem, tuż przy naszych stopach. Maluchy zaraz przychodziły do niej skwapliwie by podjeść kapkę a potem zasnąć w pobliżu. Zuzia jednak nie zapominając o swych matczynych powinnościach najpierw wylizywała je starannie, wyjmowała spomiędzy ich sierści śmieci, rzepy i grudki błota. Przewracała na grzbiet i dbała o dokładną toaletę brzuszków i przyległości. A potem rozkładała się jak najwygodniej, jak najszerzej byleby córeczki miały jak najlepszy dostęp do białej ambrozji.

   Właściwie, do tej pory jej zachowanie zmieniło się w niewielkim stopniu. Choć już dawno nie karmi a jej córeczki wkrótce dościgną ją wzrostem, to dobra, czuła mama Zuzia nadal dba o czystość i bezpieczeństwo swych dzieci. Uczy je szacunku do siebie i do nas, pokazując, co wolno a czego nie wolno robić. Wyznacza im pewne granice i strofuje, gdy je przekroczą. Kiedy trzeba łagodna. Kiedy trzeba sroga. Oddająca swym pociechom własne przysmaki. Pokazująca, które trawki są lecznicze, a które nie warte zainteresowania. Kopiąca na łące dołki i bez zazdrości pozwalająca ciekawskim córeczkom zaglądać w ich tajemnicze czeluście. Biegnąca na spacerze łeb w łeb z Hipcią a zaraz potem cofająca się, by i Misia mogła za nimi nadążyć i pobawić się razem… Serdecznie witająca co rano swe córeczki, gdy otwieram drzwi drewutni, która nadal jest ich sypialnią a potem wywijająca wraz ze szczeniakami na śniegu szalone ósemki. A następnie przychodząca do domu i po czułym tańcu radości na przywitanie pana cierpliwie kładąca się z boku i czekająca na swoją kolej w czasie, gdy jej córeczki jedzą śniadanie. 

   Mogłabym długo tak jeszcze pisać o Zuzi i pięknie jej charakteru, który podziwiamy coraz bardziej i wzruszamy się, dostrzegając każdego dnia jak wspaniałą jest matką, jak bardzo wzbogacił i rozwinął jej psychikę błogosławiony, macierzyński stan, jak serdeczna, mądra i coraz bardziej przywiązana jest do nas. I pewnie jeszcze nie raz o niej napiszę, bo mimo tego, że nabrała nieco dostojeństwa oraz powagi, mimo, iż pełni rolę przewodniczki i opiekunki stada, to nadal przecież jest naszą najsłodszą, najukochańszą, kapryśną, zwariowaną i czasami humorzastą dzieciną. Co dnia dostarcza nam powodów do wzruszeń, chichotów, napominań, zamyśleń, rozmów, zachwytów i zmartwień oraz wciąż poszerzającego się pola do obserwacji... 
   Teraz jednak kończę tę część i życząc Wam miłej lektury zachęcam do oglądania rekordowej( !!!) ilości załączonych zdjęć. 

 Zapraszam niebawem do przeczytania kolejnej części, tym razem poświęconej Jacusiowi w roli ojca i towarzysza zabaw…

Fotki można powiększyć klikając na nie...
















































































































  

31 komentarzy:

  1. Wspaniała gromadka. Zdjęcia urokliwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja mysle Basiu, iż wspaniała. A zdjęć mamy tyle, że szkoda byłoby chociaż części z nich tu nie pokazać!:-)

      Usuń
  2. Masz talent do opisywania takich historii. Urocze szczeniaki, fajne zdjęcia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzikuję, Ewo. Takie historie wprost z życia same sie piszą. Wystarczy patrzeć, słuchać i czuć rzeczywistość wszystkimi zmysłami!:-)

      Usuń
  3. Pięknie opowiedziałaś o macierzyństwie Zuzi, a zdjęcia maluchów urocze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci Basiu za ciepłe słowa. Jestem taka dumna z moich psiaków, jakbym sama była ich matką!:-)

      Usuń
  4. Te dwa ciemniejsze szczeniaczki bardzo pojasnialy z wiekiem. Juz sie zastanawialam, skad u nich taka ciemna siersc, bo Zuzia ma tylko fragmenty nieco ciemniejsze, a Jacus jest bialy jak snieg. Chyba jednak dwa szczeniaczki beda od niej ciemniejsze. I po kim to?
    A w ogole to na male pieski nigdy dosc nie mozna sie napatrzec. Nam pozostaja zdjecia, Wy mieliscie okazje ogladac transmisje na zywo z ich dorastania, sluchac tych dzieciecych piskow, ogladac swawole - do pozazdroszczenia. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zuzia jako szczeniak tebyłą bardzo ciemna. Widocznie ten typ tak ma, że jaśnieje z wiekiem.Bo to, że wszystkie szczeniaki są po Jacusiu a nie po jakimś psim listonoszu to pewne na mur beton!:-)
      Tak, patrzeć na szczeniaki, uczstniczyć w ich rozwoju, cieszyc sie ich zachowaniami i swawolami to ogromna radosć. Taka prosta, czysta, codzienna.Dlatego też pisząc o nich i pokazując zdjęcia chciałam sie z Wami podzielic choć trochę tą radoscią!:-)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Tak, Aniu - zgadzam sie w zupełności! To istne cuda!:-))

      Usuń
  6. Zuzia okazała się wspaniałą mamą, ciekawa jestem jak Jacuś się sprawuje, czy też się zmienił?
    a zdjęć wcale nie tak dużo, mogę oglądać jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jacuś też sie trochę zmienił, ale o tym w następnej części.
      Lubisz, jak jest dużo zdjeć i chciałabyś jeszcze wiecej, Elajo?! Taka wiadomosć to balsam dla mej duszy, bo bałam sie, że tym razem przesadziłam z iloscią. Dziękuję!:-))

      Usuń
  7. Słodziaki.
    Niektórzy ludzie powinni się uczyć od zwierząt miłości, troski, czułości i samej istoty macierzyństwa.
    regian

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale człowiek w dużej mierze zatracił swoje naturalne instynkty, swoją więź z naturą. ogłupiały, zestresowany w codziennym kieracie i natłoku informacji zewszad często nie umie odróznic co dobre a co złe ,co moralne a co nie...
      A moje słodziaki? Cóz, to samo dobro, radosć i piękno.
      Dziękuję Ci Regian za odwiedziny i komentarz!:-)

      Usuń
  8. Ależ duchowa uczta! Szczeniaczki nie mają równych sobie. Można patrzeć na nie bez końca. Jakie to szczęście, ze Zuzia nie odrzuciła swojego ostatniego z miotu dziecka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duchowa uczta? Bardzo sie cieszę, Errato, że tak pozytywnie moje pisanie o pieskach i ich zdjęcia odbierasz.Dziękuję!*
      Moja psina okazała się naprawde dobrą matką. Pragnąc aby doświadczyła pełni macierzyństwa czułam, że tak z nia będzie i nie pomyliłam się!:-)

      Usuń
  9. A ja niezmiennie podziwiam Misię i najbardziej ją kocham z Twoich piesów:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misia bardzo mnie wzrusza i myślę, iż mozność opieki nad niewidomym psem, obdarzanie go serdeczna troską i czułoscią też w jakis sposób daje mi spełnienie oraz ukojenie.
      Uciski serdeczne, ślę Ci Orko!:-)

      Usuń
  10. Hi !!NO CUDAKI JAK NIC !DUZO PRACY -?post dodalas Olu 13-co robilas 35-lat temu ,bo my wrocilismy z imprezy i wczesnym rankiem pobieglismy po naszego syna do mojej mamy a ona Wojna matko ale nas przestraszyla itd tak mi sie przypomialo pozdrawiam siskam p.Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hi, Gosiu!Tak, bardzo duzo mam pracy z pieskami, ale i radosci, wiec sie wszystko równoważy!:-)
      A co do tej pamiętnej daty, to dokładnie pamiętam ów niedzielny poranek. Wstałam wcześnie wyspana i w wyśmienitym humorze i chciałam obejrzeć w TV ulubiony Teleranek a tam zamiast mojego programu siedzieli jacyś smętni panowie w mundurach i ogłaszali stan wojenny...Zmroziło mnie to i przeraziło, bo wiedziałam, że moje poniedziałkowe plany legną w gruzach.A plany owe były bajeczne, albowiem od kilku dni statystowałam w pewnym polskim serialu a od poniedziałku miałam uczstniczyc w kolejnych, ciekawych scenach. Dla piętnastoletniej dziewczyny była to wspaniała przygoda. A moze jaka kariera aktorska mi sie szykowała?:-) Piszę o tym oczywiscie z usmiechem, ale okres stanu wojennego to był ponury, przerażajacy czas dla mnie i mojej rodziny...

      Usuń
  11. Cudne misiaczki. Misia i Hipcia w pewnym sensie zastępują Wam wspólne wnuczki, bo nie da się ukryć, że miłość do tych samych istot bardzo ludzi łączy. Według mnie śmiało możecie zacząć obchodzić w styczniu Dzień Babci i Dziadka. Bardzo się rozczuliłam oglądając zdjęcia i szybko odpoczęłam po pracy.
    Teraz tylko wypada życzyć Wam dużo zdrowia, siły i wielu lat życia, co szczerze niniejszym czynię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Świetny pomysł z tymi wnuczkami, Iwonko!:-) Rzeczywiscie, mozna tak na nie patrzeć, bo wyzwalają w nas takie morze pozytywnych uczuć i rzeczywiscie łączą nas w tych uczuciach prawie tak, jakoby dzieciątkami czy wnuczątkami naszymi były.
      Zdrowie nam wprawdzie od jakiegoś czasu troche szwankuje, ale mamy nadzieję, że nie damy sietym potworzycom chorobowym i długo jeszcze będziemy naszym pociechom dziadkować!:-))
      Dzięki serdeczn Iwonko za tak cudowne życzenia!***

      Usuń
  12. Serdeczności kochani pięknie Olu napisałaś. Obserwowanie jak rosną małe pieski daje radość i zadowolenie no i leczy, bo zwierzęta mają dar leczenia wielu chorób ludzi. Najwięcej leczą serca ucząc przy okazji że uśmiech to największy lek na świecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Elusiu, za ciepłe słowa i za zrozumienie. Nasze życie bez zwierząt byłoby dziwnie puste i chyba smutne...♥

      Usuń
  13. Dobrze, że tyle zdjęć i na wszystkich takie urocze i szczęśliwe. Nie mam psa, tak mi się ułożyło ale dobrze poczytać i pooglądać u Was jak czule się może układać miedzy ludziami i zwierzami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnych zdjęć mamy tysiące i tylko zawsze jest problem z ich wyborem na bloga!:-)
      Co do posiadania psów to od wczesnego dziecinstwa miałam ich kilka przez moje dotychczasowe życie. A w czasie ,gdy nie miałam ( a mało było takiego czasu) zdawało mi sie, że jakiejś waznej cegiełki brakuje w mojej budowli zycia.Ot, co znaczy siłą przyzwyczajenia!
      Cieszę się Krystynko, że lubisz oglądać zdjęcia naszej gromadki i czytać o ich losach.Dzięki takim osobom jak Ty, nasze pisanie ma sens! Dziękujemy!:-)*

      Usuń
  14. No i co tu pisać,chcę więcej i więcej.Zdjęcia cudne,radosnei takie ciepłe.Pozxrawiam i łapki dla psiaków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za entuzjastyczny odbiór opowieści i zdjeć. Ściskamy Cię z uśmiechem, Krysiu!:-))

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia