czwartek, 17 grudnia 2015

Dwie opowieści ...



    

   Wszyscy spożywali pyszny żurek z takim apetytem, że aż im się uszy trzęsły. Andzia Pe aż dwa razy musiała do kuchni biegać i opróżnioną przez czworo żarłoków wazę napełniać! Jedząc spoglądali na siebie wszyscy z uśmiechem i ogromnym zadowoleniem, bo nie ma nic przyjemniejszego niż zajadać razem w miłym towarzystwie, siedząc w ciepłej izbie przy pięknie nakrytym stole, podczas gdy za oknem szaleje śnieżyca z siostrą wichrzycą…

   Malutka Zosia posadzona została przez ojca na wielkiej, baraniej skórze rozłożonej obok stóp matki. Tam bawiła się drewnianymi figurkami autorstwa drwala Bartłomieja.  Konikowi na biegunach oraz słoniowi z wesoło uniesioną trąbą swym dziecięcym językiem opowiadała serdeczne bajanki, które zrozumieć mogły tylko zabawki. Wszak dorośli dawno już zapomnieli znaczenia tych pierwszych, niewinnych słów. Wraz z dorosłością brama tego rozumienia została  zamknięta na zawsze. Jednak patrząc teraz na pochłoniętą tajemniczymi opowieściami dziewczyneczkę zgromadzeni wokół stołu dorośli zatęsknili mocno za wielobarwnym ogrodem mieszczącym się za ową bramą. Tam wszystko było jasne i proste. Nic nie bolało. Nie istniał wstyd, smutek, żal i lęk. Żadne przykre wspomnienie duszy nie dręczyło. A świat jawił się jako pełen obietnic, radości i piękna… Kilka głębokich westchnień popłynęło zatem ku Zosieńce a w oczach wędrowniczek znowu zalśniły łzy…

- Pięknie za królewski posiłek i gościnę wspaniałą dziękujemy! – przerwawszy wreszcie zbyt długo przeciągającą się ciszę rzekła ochrypłym ze wzruszenia głosem Basia Wu.
- Cudem chyba żeśmy do państwa gospody trafiły a może jakie dobre czary nas tu doprowadziły? Lepszego miejsca na odpoczynek nie znalazłybyśmy na pewno!
- I dlatego prośbę gorącą do gospodarzy mamy! Czy dałoby się wynająć u Was jakąś małą izdebkę? Zostałybyśmy tutaj do końca grudnia a potem znowu powędrowałybyśmy dalej, gdzie nas nogi i oczy poniosą – zapytała czarnowłosa niewiasta i zawstydziwszy się nieco swej śmiałości zaczerwieniła się i popatrzyła wyczekująco na swą milczącą dotąd towarzyszkę.
- I ja przyłączam się do podziękowań oraz do gorącej prośby mej przyjaciółki. Zmęczone już wielce jesteśmy długą wędrówką. A zostawszy tutaj nabrałybyśmy sił by iść dalej i szukać swego miejsca… - głos Andzi załamał się raptem i nie mogąc wydusić już z siebie ani słowa wyciągnęła zza pazuchy wielką kraciastą chustkę i głośno wysiąkała w nią nos.

   Wędrowiec i Gospodyni popatrzyli na siebie ze zdumieniem i konsternacją. Mogli się spodziewać ze strony wędrowniczek takiej prośby. Dziwiła ich jednak żałość w ich spojrzeniach. Zastanawiał nieznany cel ich podróży. I choć nie znali tych kobiet, ale przecież dobrze czuli się w ich towarzystwie i za nic by ich przecież w tę grudniową, mroźną noc z domu nie wygonili. Widząc w oczach męża podobne do swoich odczucia Gospodyni uśmiechnęła się serdecznie i zawołała:

- Mamy na górze kilka pokoi gościnnych. Od dawna nikt tam nie mieszkał. Tak się bowiem złożyło, iż nasza gospoda ponad dwa lata stała pusta. Myśmy też wędrowali z mężem po świecie. Jednak wreszcie zatęskniwszy za domem wróciliśmy tutaj. Bo gdzież by nam było lepiej niż w naszym ciepłym gniazdku! – Hanna przerwała na chwilę swą przemowę zmieszana, że może niechcący jakąś przykrość sprawiła wędrowniczkom o własnym domu opowiadając. Wszak te dwie biedaczki na bezdomne wyglądały. I nie wiadomo było, jaki zły los kazał im po świecie się błąkać i nie wiadomo czego szukać.

- Dlatego chętnie wynajmiemy paniom którąś z naszych skromnych izdebek na piętrze. Tylko zaraz tam polecę i w kominku zapalę, bo tam nie grzane było i lodownia istna panuje – włączył się do rozmowy Wędrowiec i już chciał wstawać by pokój dla gości szykować, gdy wtem starsza z kobiet przytrzymała jego rękaw i spoglądając nań pełnym wdzięczności i ulgi wzrokiem poprosiła:

- Myślę, iż powinnyśmy jednak opowiedzieć co nieco o sobie zanim państwo podejmą ostateczną decyzję o naszym pobycie w państwa domu. Powinniście poznać naszą historię. A właściwie nasze historie, bowiem są to dwie różne opowieści…

- Bardzo chętnie posłuchamy pań, ale cokolwiek byście nie opowiedziały i tak zapraszamy serdecznie w gościnę u nas. Wszak to gospoda – przyjazne, otwarte dla wszystkich miejsce, w którym wielu obcych ludzi już nocowało. Nigdy jednak żadna z mieszkających tu osób nie sprawiła nam żadnego kłopotu ani przykrości. Wręcz przeciwnie. Dzięki nim gospoda tętniła życiem i ciepłem. I napełniała się kolejnymi opowieściami z wielkiego świata. A opowieści te zostały tutaj zaklęte w tych starych fotografiach i w obrazkach, w księdze gości od ponad stu lat w tym samym miejscu na kontuarze rozłożonej, we wspomnieniach moich rodziców i babci Adelajdy – odrzekła Hanna i jak zwykle westchnęła znów obudziwszy w sercu tęsknotę za swymi bliskimi.

- Ale zanim zaczniecie panie swą opowieść pozwólcie, że grzańca dobrego uszykuję. Mamy tu robiony na słońcu amarantowy sok malinowy. I ciemne, mocne piwo korzenne przez moją ukochaną dawno temu uwarzone. Przygotuję nam taki napój, jakiego jeszcze nigdy żeście nie próbowały! I zrobi się nam wszystkim miło i wesoło! Nie masz to jak rozgrzać zimową porą tęskne serce i zmarznięte ciało magicznym, słodkim napitkiem! – roześmiał się Jan i podszedł do kontuaru, z którego wziął kilka omszałych gąsiorków oraz żeliwny kociołek i zmieszawszy ze sobą parę trunków oraz tajemniczych, wonnych ingrediencji zawiesił ów kociołek nad paleniskiem kominka. Już po chwili do nozdrzy zgromadzonych w izbie kobiet zaczął dochodzić upojny aromat owocowo – kwiatowo - korzenny. 
   Gospodyni widząc jak wielki zachwyt i ogromną błogość ów zapach w wędrowniczkach wywołuje uśmiechnęła się radośnie i niczym mała, psotna dziewczynka zachichotała a podskakując na jednej nodze zbliżyła się do dębowego kredensu. Z jego czeluści wydobyła wielką puszkę, z której wsypała do malowanej w niebieskie kwiatki glinianej patery mnóstwo korzennych, lukrowanych pierniczków upieczonych przez najlepszego w miasteczku cukiernika – sędziwego pana Pierniczka.

- Czym chata bogata, tym rada! – wołał roześmiany od ucha do ucha Jan na drewnianej tacy niosąc do stołu dzbanek z grzańcem i wielkimi, fajansowymi kubkami.
- Pijmy na zdrowie i częstujmy się słodkościami! Niech ten wieczór będzie dobrze przez nas wszystkich zapamiętany, jako serdeczny, magiczny czas! A więc za zdrowie naszych miłych gości! – Wędrowiec wznosząc toast podniósł wysoko swój kubek a potem stuknąwszy nim serdecznie o kubki żony i wędrowniczek z głośnym siorbaniem popił gorącego napoju i oblizał z zadowoleniem wąsy. Kobiety poszły za jego przykładem i takoż upiły tęgiego łyka. Tylko Hanna spojrzała z lekkim żalem na stojący przed nią słodki napitek. Wszak nadal karmiła Zosieńkę. Nie mogła więc na razie raczyć się alkoholowymi trunkami.

- Hanuś! Nie martw się! Dla Ciebie przyrządziłem tylko sok malinowy z cynamonem i goździkami. Smakuje prawie tak samo jak grzaniec. Pamiętam przecież, że nie wolno Ci teraz takich dorosłych mieszanek kosztować… - pośpieszył z wyjaśnieniem Wędrowiec dostrzegłszy konsternację Gospodyni.

- Kochany bardzo jesteś! O wszystkim zawsze pamiętasz! – pełna wdzięczności Hanna serdecznie cmoknęła swego Jaśka w policzek a potem już bez żadnych obaw napiła się gorącego soku z przyprawami. Następnie wzięła w ramiona córeczkę, która najwidoczniej zrobiwszy się śpiąca zaczęła już marudzić a utuliwszy maleństwo spojrzała wyczekująco w rumiane twarze siedzących przed nią kobiet. Tak, teraz właśnie był najlepszy czas na ich historie.

…Wszystko zaczęło się pięć lat temu – zaczęła swą opowieść starsza z kobiet, czarnowłosa Basia – Mieszkaliśmy z mężem i córką w dwupiętrowym domu w jednej z bogatych wsi. Niczego nam do szczęścia nie brakowało. Gospodarstwo przynosiło coraz większe zyski. Rasowe krowy dawały wspaniałe mleko, na które był duży zbyt. Świnie tuczyliśmy na ekologicznej paszy i poprzez zaprzyjaźnionych pośredników sprzedawaliśmy do najlepszych sklepów. Dobrze się nam działo. W zgodzie, zdrowiu i w poszanowaniu tradycji żyliśmy. I myśleliśmy, że nigdy się to nie zmieni a każdy rok będzie coraz lepszy. Nagle jednak…- i tu na moment kobieta umilkła a jej wzrok dziwnie stwardniał – Nagle okazało się, iż nasza córka spodziewa się dziecka. Kto miał być jego ojcem? O tym ani słowem pisnąć nie chciała. Mój mąż słysząc to wściekł się. Jakiż to wstyd przed całą wioską będzie? Jaki dyshonor i pośmiewisko! Takich rzeczy nigdy w naszej rodzinie nie bywało. 

- Nie bywało i nie będzie! – krzyczał. 

    Nie namyślając się długo dał córce sakiewkę pełną złotych monet i kazał coś z tym problemem jak najszybciej zrobić. Bo jak nie, to ma się w domu nie pokazywać. Ja byłam zawsze we wszystkim mężowi posłuszna i chociaż serce mnie bolało ani słowa sprzeciwu z siebie nie wydusiłam tylko umówiłam córeczce wizytę u najsławniejszej na całą okolicę doświadczonej znachorki. A córcia popatrzyła nam głęboko w oczy, parę rzeczy do plecaka spakowała i nic nie mówiąc wyszła.  Myśleliśmy naiwnie, że do owej staruchy poszła. Ale gdzież tam! Zniknęła. Przepadła jak kamień w wodę. Po kilku dniach czekania zaczęliśmy się naprawdę o nią bać. Zreflektowaliśmy się, żeśmy źle uczynili z domu biedaczkę odsyłając. Mąż konie zaprzągł i jeździł od wioski do wioski wszędzie naszej dziewczynki szukając. Nie znalazł. Nikt niczego nie wiedział, o niczym nie słyszał. Czas mijał. W domu naszym tak dotąd spokojnym i szczęśliwym smutek się zalągł, gorycz i dotkliwe wyrzuty sumienia. Mąż w kilka tygodni po owym zdarzeniu na serce poważnie się rozchorował i rychło zmarł. Ja sama zostawszy nijak ogarnąć gospodarstwa nie umiałam. Co mogłam więc sprzedawałam albo wydzierżawiłam i w świat wyruszyłam, córuni mojej szukając. 

   Tak już cztery lata wędruję. Każdego o nią wypytując, błądząc od wsi do wsi, w twarze młodych kobiet zaglądając. Ta oto Andzia Pe bardzo do mojego dziecka jest podobna. Spojrzenie ma tak samo dobre i ufne a los też ją ciężko doświadczył. Zaraz Wam pewnie wszystko sama opowie. Ja tylko dodam jeszcze od siebie, że w drodze wielu się zajęć imałam, mnóstwa pożytecznych rzeczy nauczyłam, na swoje utrzymanie uczciwie zarabiałam.  Ciasta i torty umiem wspaniałe piec.  Wełnę owczą prząść i z niej cieplutkie swetry robić. Koszyki wyplatać. Wieńce i bukiety na każdą okazję układać. Dzieci małe bawić. Ubranka im szyć. A z pieniędzy, co je po sprzedaży gospodarstwa odłożyłam ani grosza ni uszczknęłam. Wszystko to trzymam dla mojej córki zaginionej i jej dziecka. Bo nadal wierzę, że ich odnajdę, że dam im to wszystko, co mam, że mi przebaczą…

   Kobieta skończywszy swe niełatwe zwierzenie popatrzyła z rozpaczą na śpiącą słodko na kolanach matki Zosieńkę a potem ukryła twarz w dłoniach i gorzko zaszlochała. Jej towarzyszka natychmiast ją do siebie przytuliła i zaszeptała coś tkliwie do ucha, co słysząc tamta szybko otarła łzy i smętnie zwiesiwszy głowę popatrzyła w zmieszaniu na Gospodarzy. Ci sami nie wiedzieli, co mają na to wszystko rzec. Też radzi by biedaczkę pocieszyć jakoś i wesprzeć, ale nic im teraz do głowy nie przychodziło poza dolaniem jej kolejnej porcji grzańca. Widok tych dwóch, tak bliskich sobie kobiet skojarzył się im z widzianymi niedawno w pobliskim lesie dwoma niezwykłymi drzewami. Brzoza i osika rosły tuż przy sobie i splatały się czule ramionami, odpierając dzielnie podmuchy potężnego wiatru i dodając sobie wzajem sił...

- Teraz moja kolej! – westchnęła młodsza z kobiet. Odchrząknęła i nabrała tak  potężnego haustu powietrza jakby zaraz zanurzyć się miała w toń głęboką i mroczną.

...Wybaczcie, ale moja opowieść też, niestety, nie będzie wesoła. Ja żyłam sobie beztrosko w wielkim mieście. Byłam specjalistką od organizowania wielkich imprez kulturalnych. Dzięki temu znałam najbardziej poważane osobistości. Obracałam się w gronie pięknych, sławnych i bogatych. I mój mąż także był jednym z nich. Zawsze wszystko mu się w życiu udawało i wszystko miał na wyciągnięcie ręki. Zapragnął mnie i miał. Kochałam go bez pamięci a on – tak mi się zdawało – równie mocno kochał mnie. Uwielbialiśmy się bawić. Chodziliśmy na wspaniałe przyjęcia. Ubieraliśmy się u najlepszych projektantów mody. Jeździliśmy na zagraniczne wczasy. Zawsze razem. Zawsze w dobrych humorach. Niczym książęta z bajki. Ale kiedy po dwóch latach naszego wspaniałego małżeństwa nadal nie mogliśmy doczekać się potomka coś zaczęło się miedzy nami psuć. Leczyłam się, ale to nic nie pomagało. Mąż zaczął coraz częściej wyjeżdżać i coraz później wracać. I zdarzało mu się nawet czasem tracić do mnie cierpliwość.  Bo raptem taka się zrobiłam rozmemłana, szara, nieatrakcyjna. Wcale się mu więc nie dziwię, że czasami… - tu dziewczyna umilkła, jakby coś ostrego utknęło jej w gardle i kuląc się w sobie wyglądała teraz niczym zbity pies.

- Aż wreszcie odszedł zupełnie. Jakież to banalne! Znalazł lepszą, ładniejszą, weselszą a co ważniejsze, zdolną urodzić mu dziecko. Rozwiedliśmy się za porozumieniem stron. Nie chciałam mu niczego utrudniać. Czułam się przecież winna, że to wszystko przeze mnie. Dopiero spotkana rok temu Basia wytłumaczyła mi wszystko i uświadomiła, jak podle ze mną postąpił… 

- I co było ze mną dalej? Och, nie chciałam zostać dłużej w tamtym mieście. Czułam się upokorzona i zdawało mi się, iż każdy jest po jego stronie. Zatem rzuciłam moją wspaniałą posadę i ruszyłam w świat szukać swego miejsca na ziemi. Byłam w tak wielu miastach i wsiach, że większości ich nazw nie pamiętam. Poznałam mnóstwo dobrych, ale tak samo dużo niezbyt dobrych ludzi. Przemierzyłam góry, lasy, doliny i rzeki. Po drodze, tak jak Basia pracowałam w różnych miejscach i nauczyłam się paru nowych rzeczy. Jak na przykład grania na ukulele! Noszę zresztą ten instrument ze sobą i zdarza mi się występować na wiejskich potańcówkach i weselach. Nawet nieźle tam płacą... – dziwnie zawstydzona Andzia uśmiechnęła się, kończąc swą opowieść a potem wstała by wydobyć ze swego plecaka wspomniany instrument i zaprezentować go zebranym.

   I znowu Hanna i Jan nie wiedzieli, co powiedzieć. Przykro im było, że tyle nieszczęść się na świecie zdarza. Tyle okropnych niesprawiedliwości.  Ale jednocześnie cieszyli się, iż te dwie nieszczęsne kobiety trafiły do ich miasteczka. Oboje czuli jakimś szóstym zmysłem, że nie trafiły tu bez powodu. I pewnie wkrótce okaże się, w jakim celu los do ich gospody obie wędrowniczki sprowadził.

   Nie wiedzieli tylko, że to wszystko okaże się tak szybko! Bo już w kilka minut potem, gdy Andzia siedząc przy kominku stroiła swoje ukulele w kominie coś dziwnie zaszumiało i zadźwięczało, w oknie zamigotało, na dachu zatupało a okienko w rogu izby gwałtownie otworzyło się i oto do wnętrza gospody z szeleszczącym poszumem spódnic wleciały dwie zwariowane, uśmiechnięte tajemniczo staruszki. Oto wróżka Konstancja i jej przyjaciółka Eulalia uznały wreszcie za stosowne by wkroczyć w tę opowieść i popchnąć ją na właściwe tory…

P.S.
Wszystkie zdarzenia i postaci w tej opowieści nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Są tylko i wyłącznie tworem mojej wyobraźni...

25 komentarzy:

  1. A tam, nie zabronisz mi myśleć że znam Hannę i Wędrowca, nawet osobiście. I dom znam gościnny z pokojami na górze, który narazie jeszcze nie jest gospodą.
    Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy i popijam kawkę z imbirem i czekoladą, bo jest południe a nie wieczór. Niech się baje, niech Wam się darzy :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, Krystynko kochana! Daleko naszemu domowi do tej gospody z miasteczka odnalezionych mysli. Wyznam Ci jednak, iz kiedys naprawdę marzyłam o urzeczywistnieniu tej baśniowej gospody. Ale cóz rzeczywistość to rzeczywistosć a baśń to baśń...A tymczasem ciemno zrobiło sie na dworze i napracowawszy sie w kuchni słucham sobie kolęd i miętową herbatkę popijam...
      A propos basni, to wyobraź sobie, że znalazłam wśród moich ksiażek tę naszą ukochaną, zniszczoną, rozlatującą książke z dzieciństwa. Wiesz o czym mówię? Tak! "Przy kominie o szarej godzinie"! Jak znowu do nas przyjedziesz to Ci pokażę, a moze nawet pożyczę!:-))
      Ściskam Cię gorąco i wiesz - bardzo mi miło, że tak serdecznymie nas i nasz skromny dom wspominasz.Dziekuję!:-))***

      Usuń
  2. Piękne opowieści Oleńko snujesz, prawie na zimowe wieczory czytać baśnie i refleksje snuć...
    dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ogromnie sie cieszę Basieńko, że tak pozytywnie odbierasz to moje pisanie. Twoja opinia jest dla mnie bardzo wazna!
      Ściskam Cię gorąco i dobrego wieczoru życzę!:-))***

      Usuń
  3. Baśniowy świat łączący w sobie przeszłość z teraźniejszością,ciekawe włączenie w ten nurt wróżek. Czekam niecierpliwie na dalsze części ipozdrzwiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to trochę takie pomieszanie z poplątaniem.Ale staram sie budować napięcie oraz sympatię dla bohaterów tej opowieści. Mam nadzieję, iż mi sie to udaje.
      Dziękuje serdecznie za komentarz i pozdrawiam Cie Krysiu gorąco!:-))***

      Usuń
  4. Czytam Twoje opowieści i przenoszę się w świat dzieciństwa. Bo swoim stylem, treścią i nastrojem przypominasz mi czytane dawno temu baśnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo ja sie Ewuniu strasznie dużo basni w dzieciństwie i potem naczytałam. Pewnie wiec jestem jakos wtórna. Ktos mądry rzekł, iż wszystko już było. Zgadzam sie z tym stwierdzeniem. Wszystko sie powtarza, nic sie nie kończy. Najtrwalej w sercu zapisane motywy i nastroje wciąz ożywają i pragną ubrania w nową baśń. Niesmiało wiec ją piszę, wierząc ufnie, iz znajdzie sie ktos, kogo to zainteresuje...
      Pozdrawiam Cię zyczliwie dziekując, iż czytasz z sympatią i piszesz mi o tym!:-))***

      Usuń
  5. Mam trochę zaległości w czytaniu Twoich opowiadań, Olu ;) Ale to przeczytałam. Ciekawe, czy wielu jest takich ludzi, którzy wędrują od miasta do miasta, od wioski do wioski .... ja nikogo takiego nie poznałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lidko, ja rozumiem. Taki to teraz zalatany ten grudniowy czas, że nie ma kiedy przysiąśc, skupić się i zaczytać. Ale wszystko, co tu piszę nie zniknie. Będziem ozna doczytać kiedys tam. My - osiedleńcy często zanim podejmiemy dezyzję o wyborze miejsca osiedlenia tak własnie wędrujemy. I chyba sporo ludzi nadal wędruje szukajac siebie i swego miejsca, pragnac przeżyć to życie wielowymiarowo, nie kotwicząc nigdzie, póki im na to zdrowie i fundusze pozwalają, póki im sie chce...
      Pozdrowienia poranne Ci zasyłam z oszronionej wioseczki podkarpackiej!:-)*

      Usuń
  6. Piękne jest to zdjęcie dwóch drzew przytulonych do siebie, tak jak i obie wędrowniczki, a zapach żurku aż drażni nozdrza i czuć to niezwykłe ciepło i życzliwośc domowego zacisza gospody.
    Ja też Olu, kiedyś tak wędrowałam, ale samotnie w poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. To była piękna wędrówka, od wsi do wsi, od domu do domu,teraz już prawie nikt tak nie wędruje, a szkoda... Twoja baśń wraca do takich pieszych, pełnych wrazeń i spotkań wędrówek... ciekawa jestem dalszego ciągu.
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te dwa drzewa były mi inspiracja do napisania powyższych opowieści.Czasem tak jest, że jakis widok, zapach, smak staje sie pozywką dla wyobraźni.
      A wędrowanie ma w sobie moc, magię, wolność. Na własnych nogach mozna przemierzyc kawał drogi (póki te nogi zdrowe i silne, rzecz jasna) poznając ciekawych ludzi i miejsca, widząc takie rzeczy, które by sie pominęło, gdybyśmy uzywali samochodu zamiast własnych nóg.
      Ciąg dalszy powstaje powoli w mojej głowie. Jak znowu znajdę chwilę, to napiszę o tym, jak sie dalej to wszystko rozwinęło.
      Pozdrawiam Cie ciepło, droga Amelio i dobrego dnia życzę!:-)*

      Usuń
  7. Chętnie bym przytuliła obie kobiety,a ich przeżycia wcale nie są obce współczesnym kobietom.Chciałabym kiedyś zawędrować do takiej gospody z tak serdecznymi i gościnnymi gospodarzami.Pięknie Olu,ale jak zwykle dla nas za krótko..czekam z ciekawością na ciąg dalszy.Pozdrawiam Elżbieta♥♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Namiastka takiej gospody isnieje kilkanaście kilometrów ode mnie(to "Gospoda pod semaforem" w Bachórcu). Jej wystrój jest bardzo podobny do tej basniowej, ale klimat niestety zupełnie inny. Jednak od czego wyobraźnia?:-)
      Cieszę się Elżbietko, że czytasz tę opowieśc i masz ochotę na jeszcze.
      Pozdrawiam Cię gorąco!:-)♥♥

      Usuń
  8. czy zamierzasz całość włączyć do zakładki: miasteczko....
    bo zamieściłam u mnie link do zakładki, ale nie wiem czy bedzie tam całość, może lepiej zmienić na link do bloga?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Alis. Włączę tam te opowieści. Jednak wydaje mi się, że miasteczko oraz bal na powitanie jesieni tworzą jakąś całosc. Moze wiec lepszy byłby link do bloga...? Zrób jak Ci będzie wygodniej.
      Pozdrawiam Cię serdecznie o poranku!:-)*

      Usuń
    2. to zostawię jak jest, a Twoje opowieści tak piękne, że po ciekawym odcinku, chętnie podsunę go lubiącym baśnie.......

      i ja zostawiam serdeczne pozdrowienia :)

      Usuń
    3. Bardzo mi miło, Alis, że tak ciepło sie o mojej baśni wyrażasz. Dziekuję i pozdrawiam Cię z usmiechem!:-))*

      Usuń
  9. Napięcie rośnie! :)) Teraz dopiero z niecierpliwością będę czekać na ciąg dalszy... :))
    Ściskam Cię Oleńko i buziaki zasyłam! :)***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i fajnie, Zosienko! Lubię dawkować napięcie i cieszę się, że mi sie to udaje. Czyli baśń nie nudzi - i to najwazniejsze!
      Ściskam Cię mocno i usmiech poranny zasyłam!:-))***

      Usuń
  10. Olu ja do Twoich opowieści siąde sobie spokojne w zimowy , mroxny wieczór:):):) bo na razie czasu jakby brak..ale wpadłam tu dzis ze spóźnionymi zyczeniami bo Tys chyba grudniowa????
    Wszelkiego dobra Olu Ci życzę, abyście z Cezarym w miłości , cierpliwości , nadziei szli dalej ....Tobie żyzcę Ci Olu aby życie aby Nowy Rok przynisł Ci uzupełnienie niedoborów wszelkich!!!!
    Sto lat Olu a co tam 150 !!!!!! w szczęsiu i zdrowiu!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. https://www.youtube.com/watch?v=RsMfsGASAvk :):)

      Usuń
    2. Dobrze, Jolu. Zima dopiero przed nami!:-))
      Tak, grudniowa jestem, jednak coraz mniej chętnie witam co roku ten dzień urodzin. Wiadomo - lata leca, zdrowie juz nie to i w ogóle lustro pokazuje jakieś dziwne rzeczy...Tym niemniej serdecznie dziekuję Ci za pamiec i zyczenia. Kochaną i dobrą jesteś dziewczyną! I za piękną piosenkę Kaywah jestem wdzieczna. Nie znałam jej a powinnam!:-))***

      Usuń
    3. Piosenka idealna dla Was:):
      A o przemijaniu kobiet napisze chyba w końcu posta choć chyba nie przed świetami:)Co się będziemy dołować:):) Choć w sumie nie ma czym tak naprawdę...Jest i nie jest zarazem. A może jednak teraz posta..dlaczego w sumie ma nas to dołowac??
      Serdeczności starsza Olu:):):)

      Usuń
    4. Oj, to nieszczęsne dołowanie! Trza sie jakoś z dołka wykaraskać i cieszyć tym, co jest.
      Serdeczności, kochana Jolu!:-))*

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia