środa, 9 listopada 2016

Sześć lat z życia dzikiej czereśni…(zwanej też trześnią albo cześnią)



   Jak pewnie zauważyliście na publikowanych tu ostatnio zdjęciach z naszego podwórka nie widać już u nas pochylonej, dzikiej cześni. Zmuszeni byliśmy, niestety, ściąć ją na wiosnę...
   Dzięki niezwykłej gościnności i wrażliwosci Orszulki w czerwcu opowieść o trześni opublikowałam na jej blogu (nie chciałam wówczas pisać nic na naszym blogu). Niektórzy z Was mogli ją tam przeczytać, jednak większość moich czytelników nie nie zna tego tekstu. Napisałam tę opowieść czerwcową, która teraz bardzo koresponduje z moim obecnym, listopadowym stanem ducha...Nie wiedziałam jeszcze wówczas z jak bolesnym odejściem przyjdzie mi się zmierzyć. Myśle, iż ścięcie trześni było jednak tego jakąś zapowiedzią...Nieraz pewne ukryte sensy ukazują się nam przecież długo po jakimś fakcie...Wierze, iż wszystko, co się nam przydarza, wszystko czego doświadczamy jest jakąś nauką, przygotowaniem do przyszłych przeżyć...
   Co zostało po naszym ukochanym drzewie? Kawałek pnia i umocowany na nim stolik autorstwa Cezarego. Wygodnie jest nam stawiać różne rzeczy na owym stoliku. A pieski uwielbiają biegać wokół tegoż kikuta pnia i radośnie kopać tam dołki. Może kiedyś wykopią jakiś skarb?


   A więc to drzewo, choć go nie ma, to nadal jest, nadal się nam przydaje, nadal jest w naszej pamięci...Zapraszam Was przeczytania wspomnienia o naszej trześni...



   Pierwszy raz zobaczyłam ją w lipcu 2010 roku. Najpierw spojrzałam na nią. Nie na dom. Rosła wówczas na podwórzu w towarzystwie dzikich chaszczy oraz ogromnej stodoły. Z powodu bezpośredniej bliskości tej stodoły była krzywa i pod dziwnym kątem przechylona. Nigdy nie podcinana. Dzika. Obwieszona kiściami dorodnych jagód. Zapraszająca, aby przedrzeć się przez otaczające ją pokrzywy i sięgnąć po słodkie owoce. Sięgnęłam. Przymknęłam oczy z rozkoszy. W tym smaku, w aromacie odnalazłam radość dzieciństwa, nadzieję odrodzenia, słodycz niewinnych, letnich obietnic. To ona pomogła mi zdecydować, że tutaj, właśnie tutaj będzie moje nowe miejsce.
   Była z nami wtedy, gdy następnego roku rozbieraliśmy stodołę. Dodawała sił, gdy w przerwach między piłowaniem starych krokwi i taszczeniem dachówek przysiadaliśmy na moment na ławce i łapczywie wgryzaliśmy się w jej soczysty miąższ. Budziła beztroski śmiech, gdy młodziutka Zuzia łapała w locie rzucane jej jagody i pożerała z apetytem albo obsługiwała się sama obrywając owoce z trzymanych przez nas gałązek. Czereśniowa Zuzia, my zdrowi, ustrojeni kolczykami z czereśni radośni, wiecznie młodzi, pełni ufności w nasze siły…
   Trześnia pozostała na straży obejścia, gdy już stodoła nie zasłaniała jej słońca oraz widoku na pola i lasy. Z ciekawością spoglądała w dal. Poznawała niedostępną dotąd przestrzeń. Rozpoznawała nas, gdy wracaliśmy z wędrówek do domu. Witała brzęczeniem pszczół i trzmieli oraz miauczeniem któregoś z kotów siedzących bezpiecznie w gąszczu jej zieloności.
   To w jej cieniu odpoczywaliśmy w upalne dni. Chroniła nas przed skwarem. Zasłaniała przed światem. Opowiadała baśnie i ciekawe historie.  Obdarzała czułym poszumem liści i nie raz usypiała, gdy spoczywaliśmy pod nią ufnie na leżakach. Jesienią zachwycała zmienną barwą listowia. Bywało ono wówczas łososiowo-różowe, pomarańczowo-bordowe, rudo-brzoskwiniowe, bananowo-złote. Wiosną wzruszała niewinną bielą płatków kwiatów a potem koralami smakowitych, pąsowych owoców. Śpiewałam jej rzewne, stare piosenki. Nuciłam nowe. To pod nią najmilej nam było przyjmować gości ze świata oraz zaprzyjaźnionych sąsiadów. Tu żartować, śmiać się, zwierzać sobie albo milczeć słuchając koncertów świerszczy. Planować kolejne prace gospodarskie, naprawy i przebudowy. Patrzeć na to, jak wszystko nam pięknie w ogrodzie rośnie i cieszyć się zebranymi darami ogrodu i pola. Siedząc na zrobionej przez Cezarego ławie przyjemnie było popijać musujący napój z kwiatów czarnego bzu albo wspaniały kompot trześniowy, przesycony niezwykłym aromatem gorzkich migdałów. Zajadać zupy jarzynowe z nietypowo wielkich, chłopskich talerzy ustawionych na stole autorstwa również mego męża. Ależ to były pychoty. Dobre, pogodne chwile pod krzywą cześnią…
   Jednakże dwa lata temu zaczęliśmy się martwić o naszą trześnię. Na jej pniu pojawiły się liczne pęknięcia oraz pleśń. Kora zaczęła się łuszczyć wielkimi płatami i obłazić niczym skóra z oparzonego ciała. Coś najwidoczniej zaczęło jej szkodzić. Nie mieliśmy pojęcia, co to być mogło…? Zdało się nam nawet, iż cześnia mocniej się przechyliła. Jej gałązki stały się kruche a owoce mniej dorodne. Trzeba było podciąć kilka szczytowych gałęzi by odciążyć nasze ukochane drzewo. Tak też zrobiliśmy. Mieliśmy nadzieję, że to je uratuje, że odrodzi się i następnego roku wypuści nowe gałęzie, pokazując znowu swą siłę i urodę. Jednak mimo wszystkich starań cześnia skrzywiała się coraz bardziej. W wietrzne dni skrzypiała i skarżyła się na bóle reumatyczne w kościach i rozlicznych pęknięciach. Rana otwierająca się na jej korze powiększała się i powiększała ukazując ziejący lękiem krater.

   W zeszłym roku wiosną jedna z mocniejszych, czereśniowych gałęzi utrzymała dwa koziołkowe ciała, gdy dokonać się musiała w naszym gospodarstwie sprawa ostateczna z nimi.  Trześnia to wytrzymała. W milczeniu przyjęła ofiarę krwi spływającą w mroki jej korzeni. Po wszystkim poważnie spojrzała mi w oczy i szepnęła, że takie jest życie, że czasem nie da się uciec przez najgorszym. Wiedziałam, przeczuwałam to, ale w sercu zalęgła się nowa drzazga.
 - Ileż serce tych drzazg znieść może…?  - zapytałam gładząc pień drzewa. Ono coś mi odrzekło, ale pierwszy raz nie zrozumiałam. Wkrótce potem niebo zaciągnęło się burzowymi chmurami. Wiosenny deszcz łączył się z łzami. Z targanej wichurą trześni opadło mnóstwo młodych liści… Ale stała. Ciągle wytrwale stała wpatrując się w ziemię i niebo. Czas mijał, zsyłając pogodę i niepogodę. Nowe bóle nam i drzewu, ale i nowe nadzieje. Dzika czereśnia z podwórza nadal dawała dużo cienia. Nadal miło było odpocząć pod nią nam i naszym psom. Przytulić się i zwierzyć ze swych trosk. Zrzucić z serca ciężar. Odetchnąć.

   W tym roku jednak stan drzewa był już tak zły, że wydało z siebie zaledwie kilka owoców. Nie zdążyły się nawet zaczerwienić a już sczerniały i opadły. Jakaś rezygnacja oplotła nas i bezbronną czereśnię. Serce biło w niej niepewnie. Pień zmiękł tak bardzo, iż można było wkładać weń palce niczym w masło. Rana powiększyła się ukazując sam rdzeń kruchego życia.  Drzewo w każdej chwili groziło zawaleniem i jakimś niebezpiecznym wypadkiem dla kogoś z nas znajdującego się akurat w pobliżu.
   Trzeba było więc podjąć decyzję. Smutną dla nas, bo ostateczną.

   W siąpiącym od rana czerwcowym deszczu ścięliśmy ukochaną trześnię. Gałąź po gałęzi. Pierwszy raz ujrzeliśmy to, co było dotąd dla nas zakryte - różowo-łososiowy środek pnia. Wówczas obudziły się w nas wyrzuty sumienia. Bo ten środek raptem wydał się nam całkiem zdrowy. Chyba tylko na zewnątrz trześnia chorowała. Może nazbyt pochopnie ją ścięliśmy? Może by jednak wytrwała kolejne lata? Może by się odrodziła? Cóż!  Za późno na takie żałosne rozmyślania. Stało się. Takie jest życie. Nie odwróci się przecież czasu.
   Przygnębieni zanosiliśmy kawałki trześniowego drewna pod wiatę i nic do siebie nie mówiąc układaliśmy je troskliwie do wyschnięcia. Psy kręciły się w pobliżu ze spuszczonymi ogonami albo schowane w budach spoglądały na nas z niemym wyrzutem. Tylko kozy pasły się zadowolone na bujnym listowiu dzikiej czereśni i chrupiąc ze smakiem zastanawiały się pewnie skąd nagle taka cześniowa, wspaniała uczta…?


   Dziwnie pusto teraz na naszym podwórzu. Goło jakby i obco. Spoglądamy jednak z nadzieją na młodą trześnię. Córkę tej ściętej. Rośnie nieopodal kikuta pnia matki - tuż przy oczku wodnym. Zdrowa, strzeliście prosta i pełna wiary w dobrą przyszłość. Obiecująca powrót beztroskich lat, rzewnych pieśni i słodkich owoców. I my wierzymy, że kiedyś spróbujemy jej jagód a w cieniu czereśniowego listowia ustawimy nasze leżaki i ułożywszy się na nich w pogodny dzionek westchniemy z ulgą słuchając nowych trześniowych opowieści i bajań…

 P.S. Dzisiaj jest mniej więcej taka sama pogoda, jak w dniu, gdy ścinaliśmy trześnię. Jest mglisto i siąpi drobna mżawka. Jednak pieski jak gdyby nigdy nic szaleją i tańczą na podwórku w dzikich harcach. Dla nich liczy się tylko chwila obecna. Patrzę na nie i uśmiecham się...

30 komentarzy:

  1. Olu, jakie mądre i ważne nauki umiesz wywieść z błahych nawet zdarzeń, na to trzeba duszy poetyckiej, która wzlata wysoko i więcej widzi z góry.
    A życia chwilą obecną dobrze się uczyć od piesiów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek całe zycie się uczy czegoś, bo zycie wciąz dostarcza mu kolejnych lekcji.Ale nie wszystko potrafimy zrozumieć, nie każdą teoretyczną naukę zastosować w praktyce. Niektóre egzaminy zdajemy pozytywnie, inne nie...Tak, to juz jest.
      Tak,Krystynko! Pieski uczą nas cieszenia sie chwilą obecną. Bo tak łatwo przegapic to, co jest tonąc we wspomnieniach czy mysleniu o jutrze...

      Usuń
  2. moim zdaniem pochopnie ją ścięliście. Czereśnie żyją ok. 100 lat, czyli krótko, oczywiście starzejąc się zapadają na choroby (grzybowe) i wydają mniej owoców lub wcale nie owocują- jak ludzie. Ale to tylko jedna strona, to owocowanie. Drzewa owocowe traktuje się utylitarnie, ścina się te nieowocujące, ale dla was przecież miała i inne wartości- dawała cień, piękny widok i tak dalej. Daliście się wkręcić :-) w nurt pogoni za młodością, użytecznością, nieskazitelnością... a pewnie miała szanse was przeżyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludzie też żyją około 100 lat. Niestety nie wszyscy dożywają i umierają w sposób naturalny. Nie jestem specjalistą w zakresie dendrologii, a raczej pilnym obserwatorem. I właśnie na podstawie tych obserwacji podejmuję takie, a nie inne decyzje. Dziwię się, że zupełny brak informacji o naszej trześni upoważnia do wydawania opinii. Gwoli wyjaśnienia; trześnia rosła na ścianie byłej stodoły, pochylona pod niebezpiecznym kątem. Z każdym rokiem przechylała się stwarzając niebezpieczeństwo dla nas i naszych czworonożnych przyjaciół. Poza tym całe drzewo pokryte było grzybem ciągle powiększającym się i z jednej strony była zupełnie zmurszała tak, że można było włożyć palec na znaczną głębokość. Właśnie ten stan przyczynił się ostatecznie do podjęcia ostatecznej decyzji. Wiadomo jakiej z bólem serca.. Decyzja nie zapadła natychmiastowo i trwało to kilka tygodni. Na dodatek tuż obok rośnie córka, a w zasadzie dwie córki ściętej trześni. Czyli wydawanie opinii w obliczu braku informacji na temat jest bezzasadne, a można było w/w opinię sformułować inaczej.

      Usuń
    2. napisałam- moim zdaniem, bo miała dla was znaczenie, a mogła żyć jeszcze co najmniej 20 lat. Mogła się też przewrócić, widzę przecież oraz przeczytałam, w jakiej sytuacji rosła. Najwyżej by się przewróciła.
      Ale oczywiście mogliście ją wyciąć i nie ma potrzeby się tłumaczyć. Podobnie jak nie ma potrzeby rozwodzić się nad tym faktem jako nad czymś bolesnym a nieuniknionym, to jest kwestia rozważenia za i przeciw i podjęcia decyzji. Czytając tekst odniosłam wrażenie, że żałujecie.

      Usuń
    3. Może mogła zyc jeszcze ze dwadzieścia lat a moze nie...To była wielka niewiadoma i niepewność. Nie chcielibyśmy aby nam albo komuś z naszych przyjaciół stała sie krzywda, gdyby ktoś przechodził pod nia akurat wówczas, gdy czeresnia dokonałaby zywota.
      Oczywiscie, że było nam jej zal. I w trakcie ścinania i po.Bo była nam bliska, bo moze wytrzymałaby jeszcze trochę...Ale to była loteria i wiesz, trześnia cierpiała. Chyliła się. Chorowała. Było z nia trochę tak jak z psem, którego człowiek mimo bólu serca musi poddać eutanacji, gdy ten jest nieuleczalnie chory i cierpi.To straszna chwila, na pewno znasz takie momenty sama...
      Megi i jeszcze jedno - my raczej nie ulegamy chyba zadnym modom. Zawsze robimy po swojemu. Zgodnie z sercem i rozsądkiem. Ale serce chyba przeważa...

      Usuń
  3. Wzruszający, piękny tekst.
    Niech córka pięknie rośnie i przyniesie Wam radość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje, Ewo!Nie wiem, czy doczekamy czasów, gdy córka tamtej trześni da nam jakis cień. Ale nieliczne owoce już daje. I pokazuje zmienne barwy liści. Latem rozkładamy na podwórzu wielki parasol albo chronimy sie pod wiatą!:-)

      Usuń
  4. Drzewa też można pokochać! W moim życiu było ich kilka: morwa, śliwa mirabelka i obecnie dąb, który chroni naszą letnią chatę, dlatego doskonale rozumiem Twoje uczucia! Nic dziwnego, że Kochanowski napisał fraszkę na cześć swojej lipy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, drzewa są jak ludzie...A przynajmniej my, istoty ludzkie, lubimy je personifikować. Człowiek obdarza uczuciami to, co jest mu bliskie, o co dba, co jest częścią jego codzienności. Przywyczaja sie, przywiązuje...A tymczasem nic nie jest na stałe, na zawsze. Łatwo o tym zapominamy chroniąc sie w codziennej powtarzalnosci...

      Usuń
  5. Czy to to drzewo kwitnace na tytulowym miejscu? piekna byla, no coz...rosnie coreczka i dalej bedzie trwala...wiem jak sie czujecie, mnie tez smutno po kazdym scietym drzewie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Grażynko - to to samo drzewo. Zastanawiałam sie nawet nad tym, czy w związku z tym, że go nie ma, nie zminić tego tytułowego obrazka...Uznałam jednak, że nie. Bo dzika czereśnia jest w naszych sercach i we wspomnieniach. Niech więc będzie i tu.

      Usuń
  6. Placzemy za ludzmi, rzadziej za zwierzetami, calkiem rzadko za roslinami. A przeciez one tez zyja, choc nie umiemy jeszcze komunikowac sie z nimi w znany nam sposob. Mozemy za to przytulac sie do nich, glaskac, a nawet mowic do nich. Ja mysle, ze im to sprawia przyjemnosc i umieja sie odwdzieczyc, rosnac jeszcze bujniej. Jednak, jak kazde zywe stworzenie(?), sa narazone na choroby, czasem na przedwczesna smierc, a czasem trzeba im pomoc odejsc...
    Wasza trzesnia pozostawila po sobie dzieci, Wam je dala na wychowanie, ufajac ze dobrze sie nimi zajmiecie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie napisałaś, Aniu. Dziękujemy!*
      Niewiele wiemy o roślinach, ich przeżyciach (bo na pewno je mają). Dlatego je personifikujemy, utożsamiając sie jakos z nimi.Powinniśmy je szanować, jak każde żywe istoty, starać się by nie cierpiały.
      Tak Aniu, są dzieci trześni. Niech rosną zdrowo i niech dają nam albo naszym następcom tyle dobra i radosci, ile dawała nam ich matka - krzywa trześnia...

      Usuń
  7. Przychodzi taki czas, ze trzeba zrobic cos, czego nie chcemy...
    Tak bylo w przypadku Waszej czeresni.
    Pien ocalal, jest stoliczek, jest pamiec, jest jej bliskosc, sa jej mlode corki czeresniowe.
    Patrze na Wasza psia gromade i tez sie usmiecham - do siebie, do Was, do Wszystkich przyjaznych temu blogowi osob :)
    Sciskam mocno Olenko :***



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda - na każdego przychodzi czas, gdy musi zrobic cos, przeciw czemu wzdraga sie jego serce...Ale trzeba to zrobic mimo wszystko. Życie to ciągłe pasmo trudnych wyborów. Jednym przychodzą one łatwiej, innym trudniej.
      Nigdy nie zapomnimy o naszej krzywej trześni. Jest na zdjeciach i w naszej serdecznej pamięci. No i jest użyteczny stoliczek orazj czereśniowe córki. Tak i po nas zostaje pewnie więcej, niz nam sie wydaje. To pocieszające...
      I my usmiechamy sie do Ciebie Orszulko z serdecznoscią i ufnością, dziękując za dobre, zyczliwe słowa!***

      Usuń
  8. Hi !!ale uczta dla mnie post za postem tak prosze codziennie !dziekuje )
    zdjecie z fotelikami urocze pomyslalam jak w teatrze -
    nastepne zdjecie Jacek przywodca i reszta czerady hi,hi
    czy macie dobrze zaopatrzona spizarnie na zime co jest dobrego do podjedzenia ,jakies suszone owoce czy cos w slojach?
    tak lubie rozmawiac z Toba OLga ze kazdy komentarz dziekuje i chcialabym jeszcze i tyle pytan mam ale po kolei mamy czas zima przed nami .............ja szukam wyjazdu na swieta bozego narodzenia na 3-dni
    SCISKAM LAPKIE p.Gosia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak się złozyło, że posty płyną teraz wartkim strumieniem (nadrabiam chyba czasy, gdy niczego nie pisałam!). Miło miGosiu, że to zauważasz i lubisz!Dziekuję!:-)
      Rzeczone foteliki okupowały przez całe lato nasze szczeniaki, dlatego też są teraz w stanie opłakanym. Trzeba bedzie pewnie kupić jakie nowe...
      Jacuś radosny biegnie z przodu a za nim dziatwa i żona!:-)
      Spiżarnię mamy dobrze zaopatrzoną! A jakże! Najwiecej soku i konfitur z dzikiego bzu, sałatek z pomidorów oraz konserwowanej papryki i cukinii. Z głodu nie pomrzemy!:-)
      Zima przed nami, święta...Miejmy nadzieję, że jakos to będzie!
      Ściskamy gorąco Twoje łapki, Gosiu!:-)

      Usuń
  9. Z przyjemnością przeczytałam po raz drugi Twoją wzruszającą opowieść o czereśni(czytałam ją też u Orszulki)i mam podobne odczucia,bo w minionym roku musieliśmy ściąć naszą czereśnię.Zaczęła chorować powyżej korzeni, murszeć, drzewo w tym miejscu zaczęło odchodzić,a powstały otwór bardzo szybko się powiększał co groziło jej wywróceniem wprost na domek,a wcześniej jej korzenie zaczęły niebezpiecznie wrastać w fundament,bo poprzedni właściciel posadził ja zbyt blisko domku.Ze ściętej czereśni z jej najgrubszej części pnia powstał stoliczek z pozostałych grubych konarów obwódka rabaty bylinowej i tym sposobem nasza czereśnia będzie jeszcze z nami przez jakiś czas.
    Oleńko myślę,że podjęliście słuszną decyzję przede wszystkim po to,by zapobiec jakiemuś nieszczęściu,no i macie dorodne córki Waszej czereśni i wiosną znowu będziesz się cieszyć ich kwiatami latem owocami.Drzewa czereśniowe dość szybko rosną i nie obejrzysz się jak znowu zasiądziecie na leżaczkach w cieniu pod ich koronami,czego Wam serdecznie życzę:))
    Pozdrawiam serdecznie,buziaczki♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, Elżbietko jak podobne doświadczenia i decyzje były tego roku naszym udziałem. Wasz stoliczek czereśniowy też na pewno Wam dobrze słuzy a obwódka zapobiega przechodzeniu chwastów na rabatę. Daliśmy nowe zycie drewnu czereśniowemu, choć oczywiscie pewnie i my i Wy wolelibyśmy, by czeresnia mogła nadal zyć. Ale czasem nie da się ocalic tego, co kochamy. Trzeba sie z tym jakoś pogodzić, choć to trudne...
      Kochani! Ciepłe pozdrowienia Wam zasyłamy i uściski!:-)♥

      Usuń
  10. Tak pięknie napisałaś o czereśni, jak o najbliższej istocie. Fakt drzewa są jak istoty żyjące na naszej ziemi. Tyle w tej powieści symboli, tyle znaków, które nie koniecznie potrafimy odczytać.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czereśnia była i jest dla nas ważna. Nawet dzisiaj, ogladając zdjęcia jej dawnej radosnej bujności wzruszyliśmy się bardzo, żałując jej i tamtych czasów. Każdy z nas ma swoją opowieść, dla każdego rózne rzeczy są ważne, jednak łączy nas wszystkich wspólnota podobnych uczuc, emocji, potrzeb bliskości, ciepła, stałości...Czasem każdemu cos sie wali, coś ulega destrukcji i trzeba przez te trudne momenty jakos przejsć,otrząsnąc się i starać sie wrócić do normalności choć to takie trudne...
      I my Cię pozdrawiamy, Olu

      Usuń
  11. Zanim dotarlam do konca, pytalam sie w duchu, czy to mozliwe, ze nie macie nastepnego pokolenia Waszej kochanej czesni. Az dotarlam do konca i z radoscia znalazlam odpowiedz :). Mam nadzieje, ze jej nastepczynie dostarcza Wam tylez radosci i momentów wytchnienia, co ich poprzedniczka :). (Leciwa)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Moniko, są w ogrodzie dwie (a może i trzy) córeczki - samosiejki naszej kochanej, dzikiej czereśni.Mam nadzieję, ze nic nie przeszkodzi ich wzrostowi i za jakis czas wszystkie te młode drzewa będą kwitnąc i owocować ku naszej oraz ich radości.Bo zycie toczy sie dalej mimo wszystko. I tak być powinno!:-)

      Usuń
  12. bardzo to miłe spędzić kilka minut przy Twojej opowieści....
    powzruszać się, przemyśleć kilka spraw...
    wiele jest niewiadomych w naszym zyciu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiele jest niewiadomych - jak w karcianej grze. Nigdy nie wiadomo, któa karta może sie nam przydać.
      Uściski serdeczne, Alis!

      Usuń
  13. Piękna opowieść, bo i drzewo stało się członkiem rodziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bo to było szczególne drzewo...
      Pozdrowienia ciepłe zasyłamy, Basiu!

      Usuń
  14. Piękna opowieść,pożegnanie Waszej trześni a życie musi płynąć własnym biegiem. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia