wtorek, 15 lipca 2014

Znaki, ziemniaki, kurczaki, czyli lipcowa opowieśc z deszczykiem. Cz. 2



  



   Bardzo szybko minęła nam droga powrotna mimo tego, iż jechaliśmy niezwykle ostrożnie i wolno, mając na uwadze załadowaną po brzegi przyczepę oraz tył samochodu. Okazało się, że w naszym przysiółku dotąd jeszcze nie padało, więc zadowoleni pośpieszyliśmy do naszych spragnionych wyjścia na dwór kur i szybko wypuściliśmy je do ogrodu. Także i kozy pomaszerowały z radością na łąkę, gdzie świeżoodrosła po niedawnym skoszeniu trawa wprost zapraszała do smakowitego pogryzania. A my? Głodni byliśmy jak wilcy! Szybko narobiłam kanapek z sałatą, pomidorem i szczypiorkiem a potem raczyliśmy się nimi, siedząc w kuchni i ciesząc udanym dniem.

- Oluniu! Troszkę padnięty po tej podróży jestem i muszę się położyć na pół godzinki. Kapkę odpocznę a potem pójdę rozładować te ziemniaki. Co ty na to? – zapytał Cezary dopijając ostatniego łyka herbaty i skręcając sobie papierosa.

- Ano pewnie! Ja też jakoś z sił opadłam – odrzekłam skwapliwie nalewając sobie trzeci kubek lipowego naparu – Dam tylko jeść kotom i Zuzi a potem z przyjemnością do ciebie dołączę!

   Ledwo nakarmiłam zwierzęta niebo zaciągnęło się grubą kotarą w kolorze ciemnego indygo i po krótkiej serii odległych grzmotów lunęło jak z cebra.  Czym prędzej pobiegłam więc po pasące się na łące kozy. Już nieraz miałam okazję przekonać się, jak bardzo nie lubią one deszczu. Także i teraz na mój widok zameczały rozpaczliwie. Zabrałam je do suchej stajni. Powkładałam do paśników świeżego siana. A ponieważ i tak byłam już przemoczona, to poszłam sprawdzić, jak zachowują się w taki deszcz kury. Okazało się, że większość z nich nic sobie z tak podłej pogody nie robi. Niektóre siedziały we wnętrzu zbudowanego z gałęzi i kukurydzianych łodyg wigwamu. Inne mokre, ale szczęśliwe człapały jak gdyby nigdy nic po błocie i wyszukiwały dżdżownice, które w taką pogodę pchały się na powierzchnię ziemi i natychmiast wpadały w dzioby łakomych kur. Pomyślałam, że chwilę popada i na pewno przestanie. Ja tymczasem przebiorę się w suche ubranie i odpocznę obok Cezarego. Śpiąca się zrobiłam, jak gdyby późny wieczór był. Najwidoczniej spadło ciśnienie. A niebo ciemne i tajemnicze otulało Pogórze coraz bardziej skłębioną materią groźnych, nieprzewidywalnych chmur.

   Weszłam na górę i zajrzałam do męża. Spał i chrapał donośnie. W telewizorze  napuszeni jak koguty, wyelegantowani posłowie i rozemocjonowani, żądni szybkiego zrobienia kariery dziennikarze krążyli po sejmowych korytarzach, o czymś się wzajemnie przekonując w głębokim przeświadczeniu, iż to co mówią i robią wpłynąć może na dzieje świata. Delikatnie wyjęłam z dłoni męża pilota, by ściszyć to hałaśliwe pudło. Wtedy obudził się i przewracając na drugi bok zupełnie przytomnie wyszeptał:

- Oluś! Mogłabyś zadzwonić do tego sąsiada od przyczepy i zapytać go, czy nie zrobi mu różnicy, jak zawiozę mu ją jutro? Bo nie mam siły dźwigać teraz tych ziemniaków a poza tym leje, jak licho.

  Zadzwoniłam. Niestety, sąsiadowi przyczepa była potrzebna już nazajutrz z samego rana.Chcąc nie chcąc musieliśmy zabierać się do roboty. Zeszliśmy na podwórze i ładując na taczki po trzy worki ziemniaków zawoziliśmy je do drewutni. Trwało to ponad dwie godziny. Upaprani byliśmy ziemniaczanym błotem jak nieboskie stworzenia. Zziajani i spoceni. Tymczasem deszcz wzmógł się tak bardzo, że przemokliśmy do nitki i prawie nic nie widzieliśmy na oczy.

- Dobry wieczór! Może wam pomóc? – usłyszeliśmy nagle młode, życzliwe głosy i w dwojgu zakapturzonych wędrowcach z trudem rozpoznaliśmy naszych przyjaciół – Anię i Kubę, którzy po pracy na polu wracali do swego siedliska.

- Dziękujemy wam kochani, ale chyba zaraz skończymy! – zawołałam z trudem przekrzykując szum nieustępliwego deszczu – Biegnijcie lepiej do domu, bo wygląda na to, że ta szalona ulewa potrwa kilka godzin!

Coś zawołali na pożegnanie, ale nie dosłyszałam co i szybko zniknęli w mglistej oddali. My tymczasem dźwignęliśmy ostatnie pięćdziesięciokilowe worki z przyczepy. Następnie rozładowaliśmy samochód i przysiadłszy na ławie w drewutni, dysząc ciężko spoglądaliśmy z zadowoleniem na imponującą górę ziemniaków.


- Umyję przyczepę i odwiozę mu ją zaraz. Będziemy mieć już to z głowy! – sapnął wreszcie Cezary.

- W podzięce za życzliwość trzeba by dać sąsiadowi wiadro ziemniaków! Wybierzesz mu Oluniu jakichś ładnych?! – poprosił mnie mąż, polewając obficie przyczepę wodą z węża.

Tak też zrobiłam a chwilę potem Cezary odjechał w gęstniejący z minuty na minutę złowróżbny mrok wzmagającej się ulewy i unoszących się nad nami mgieł.

- To chyba jakieś oberwanie chmury albo koniec świata! – szeptałam do siebie, stojąc pod okapem drewutni i bez nadziei na poprawę pogody spoglądając na szaleństwo żywiołów. Gdzieś blisko błysnęło i huknęło. W lesie drzewa zaszumiały przerażonym poświstem. W dole wsi jakiś pies zawył i zaskowyczał żałośnie. Kozy przestępując z nogi na nogę meczały w swoich boksach i wyciągały w mą stronę głowy bym je pieściła i pocieszała w ten straszny, niepojęty dla nich czas burzy. Zuzia nie odstępowała mnie na krok i chowała się za mną drżąc rozpaczliwie oraz tuląc ogon i uszy po sobie. Mimo, że do prawdziwego zmierzchu było jeszcze dość daleko, to miało się wrażenie jakby noc postanowiła przyjść tego wieczoru wcześniej i zmusić wszystko, co żyje by pochowało się do swych kryjówek, nor i bezpiecznych zakamarków. 


  Tymczasem kury wciąż były w ogrodzie. Postanowiłam, nie czekając na Cezarego zagonić je do kurników. Nie było sensu by nadal łaziły po dworze, gdy nie zapowiadało się na jakąkolwiek poprawę pogody tego wieczoru. Ich przemoczone, zmalałe od deszczu sylwetki widoczne były pod krzakami dzikiego bzu i kaliny. Stały tam przycupnięte i drżące, jak gdyby zapomniały drogi do domu a może w tej ciemności już jej po prostu nie widziały? Trzeba było zatem obudzić je z tego dziwnego letargu i pomóc w podjęciu decyzji o schronieniu się w bezpiecznym, suchym wnętrzu kurnika. Z dorosłymi kurami nie ma przeważnie problemu z zagonieniem, gdyż wyćwiczone są by reagować na pewne, charakterystyczne nawoływania i okrzyki. Woła się wówczas do nich coś w rodzaju: „Ciiii, siaaa, ciii, sia, sia, sia!” A one słysząc to umykają gromadnie i już za chwilę można zamknąć za nimi drzwiczki. Tym razem jednak zielononóżki biegały jak błędne owce po ogrodzie. A co jedne weszły do kurników, to drugie w tym czasie wyszły.
   Błoto i płynące zewsząd potoki wezbranej wody utrudniały mi gonienie za nimi. Poślizgnęłam się raz i dwa. Wylądowałam na pupie, paprząc się dokumentnie w mazistej breji i żałując, iż nie zdążyłam się przebrać w jakieś gorsze ciuchy. Przecież wciąż miałam na sobie ukochane dżinsy z czerwonym lampasem. 



- Jeszcze połamię tu nogi albo i kark! I to będzie odpowiedzią na dzisiejsze znaki od losu! – pomyślałam, wstając z trudem i ocierając czarne, lepiące się od błota dłonie w tak ładne do niedawna spodnie.

 
   Brnęłam jak najszybciej w stronę wigwamu, widząc, że nieszczęsne kuraki wciąż chowają się w jego wnętrzu. Były tam też wszystkie kurczęta. Przytulone do siebie w jedną, drżącą masę spoglądały z przerażeniem na rozgrywającą się w ogrodzie apokalipsę. Chciałam złapać kilka z nich i zanieść do kurnika. Jednak tonące w rozmoczonej glinie nogi rozjeżdżały mi się na boki. Znowu upadłam. Jakaś przerażona kura, gdacząc histerycznie umknęła spod mojego boku. Kurczaki też rozpierzchły się we wszystkie strony. Kucając tak w wigwamie niczym wielka, brudna kwoka ni z gruszki ni z pietruszki zaczęłam śmiać się wariacko. A ten śmiech dziwnie podobny był do kurzego gdakania. I jejku! Poczułam w tym momencie, że stanowczo za dużo wypiłam po południu lipowej herbatki! Tymczasem do domu i ubikacji na piętrze było stanowczo za daleko. A ja już, już, właśnie teraz ani chwili dłużej czekać nie mogłam. Niestety, byłam oblepiona ubraniem tak dokumentnie, że nie dałam rady się z niego na czas wyswobodzić. I już po chwili nie wiedziałam, czy te ciepłe strumyczki kapiące po moich nogach to deszcz, czy zgoła co innego…

   Wtedy usłyszałam warkot naszego powracającego samochodu. Dokaraskałam się jakoś do Cezarego i zawołałam by pomógł mi zagonić kurczaki, bo tu same tragedyje i hekatomby się dzieją. Przybiegł z długim kijkiem by zaganiać spod krzewów bzu dygoczące tam pisklęta. Kilka z nich udało mi się złapać, ale parę przelazło w metalowych oczkach płotu na nasze pole i tam ukryło się w dorodnych zagonach pasternaku oraz buraków. Pobiegłam za nimi, z trudem unosząc gumiaki oblepione kilogramami gliny i słomy. Wypłoszyłam ptaszęta z warzywnika a Cezary zaganiał je szybko w stronę kurnika. Niestety, w drodze do niego zboczyły z obranego prawidłowo kierunku i znowu schroniły się w ciemnościach wigwamu. Cóż było robić! Na kolanach wpełzłam tam za nimi. Na głowę posypało mi się mnóstwo jakichś śmieci i listowia. Po kolei wyłapywałam mokre i popiskujące ze strachu kurczęta i podawałam je stojącemu obok Cezaremu. Wreszcie wydało się nam, że złapaliśmy wszystkie. Z ulgą zamknęliśmy kurniki i podążyliśmy w stronę domu, by zdjąć w końcu z siebie przemoczone ciuchy, napalić w piecu, wykąpać się i odpocząć po całym tym męczącym dniu.
Na drugi dzień okazało się, że niestety, jednego z kurczaków przegapiliśmy w ogrodzie, na skutek czego został tam samiuteńki i bezradny na noc. Rano znalazłam go, biedaczka, utopionego w ogromnej kałuży powstałej tuż obok kurzego karmnika…

- Cóż, takie rzeczy w gospodarstwie dzieją się często! -  westchnęłam z żalem, nakładając następnego ranka karmę do karmników. Każdego roku kilka czy nawet kilkanaście kurczaków pada z różnych powodów. To natura dokonuje w ten sposób selekcji naturalnej by przeżyły te najsilniejsze. Te potrafiące konkurować o pokarm i pozycje w stadzie. 


   Zaczynał się nowy, zwyczajny dzień. Cezary rozpalał w parniku by nagotować kurom świeżo zakupionych ziemniaków. Szpaki wyjadały na trześni ostatnie, nieopadłe jeszcze owoce. Kury rzuciły się żarłocznie na jedzenie, nie pamiętając już wcale o wczorajszej nawałnicy. Kozy czekały niecierpliwie by wyprowadzić je na łąkę. Zuzia leżąc w ich pobliżu zachęcająco machała ogonem i popatrywała na nas z nadzieją, że zaraz pójdziemy na spacer do lasu. Karpie w napełnionym po brzegi oczku wodnym radośnie poruszały płetwami. Koty wpatrywały się w nie jak urzeczone, kryjąc się po mokrych chaszczach porastających brzegi stawiku. Ważki unosiły się migotliwie nad wodą a żaby gromadnie wskakiwały w jej ciemnoniebieskie tonie. Po polu przechadzał się dostojnie bocian. Niebem przepływały stadami niewinne, pierzaste obłoczki.
   A ja wracając powoli do domu, planowałam usmażenie na obiad góry placków ziemniaczanych, albowiem nie masz to jak chrupiące placuszki z nowych kartofelków…




43 komentarze:

  1. Jesteś niesamowitą Kobietą!
    Tyle rzeczy do zrobienia, tyle spraw na głowie, a Ty myślisz najpierw o Waszych zwierzętach a dopiero potem chowasz się w ciepłym domku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na wsi inaczej sie nie da. Kazdy tu najpierw mysli o potrzebach zwierząt. Jest sie przecież za nie odpowiedzialnym nieomal jak za dzieci.A żeby schować sie w ciepłym domku, to trzeba mieć poczucie, iż zrobiło sie wszystko, co do nas należy. Inaczej niepokój o to niezrobione nie dał by zasnąć. Na pewno przezywasz podobne stany w mieście Sylwio. Jak się ma cos na głowie, to robi siewszystko co w naszej mocy, by sprostac wszystkim zadaniom. Potem mozna dopiero swobodnie odetchnąc. Aż do nastepnego dnia, gdy pojawiaja sie nowe wyzwania!:-))

      Usuń
  2. Olenko, z miastowej intelektualistki zrobila sie z Ciebie wiejska gospodyni pelna geba! Zapobiegliwa, twarda, nie poddajaca sie przeciwnosciom, samowystarczalna, gospodarna, pracowita do bolu, nie bawiaca sie w sentymenty, odporna na codzienne male dramaty.
    Jak to okolicznosci ksztaltuja nasze charaktery, czynia silniejszymi fizycznie i psychicznie...
    Sciskam mocno :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zupełnie niedawno rozmawialismy z Cezarym na ten temat jak bardzo sie tu na wsi zmieniłam. A może nie tyle zmieniłam, co warunki zycia i okolicznosci obudziły drzemiące we mnie dotąd głęboko cechy charakteru i ciała. Człowiek rzeźbi sam siebie przez całę zycie. A im wiecej na nim pociągniec dłutkiem, im wiecej wiór z niego leci, tym mocniejszy sie staje a przy tym i innych lepiej rozumie. Mysle, ze i Ty Aniu cos na ten temat wiesz!
      Serdecznie i mocno ściskam Cię kochana!:-)***

      Usuń
  3. a po nocy przychodzi dzień
    a po burzy spokój
    ......
    cudnie! tylko kurczaczka szkoda :( :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A po spokoju nastepna burza! Wczoraj znowu była ulewa ze straszliwymi grzmotami i błyskawicami. I życie codzienne nadal sie toczy w rytmie zmiennej pogody i towarzyszących im zmian nastrojów. Koguty pieją co sił od rana a słonko ukazuje się powoli spoza rózowych mgieł.Ech, niech to będzie dobry dzionek!
      Serdeczności zasyłam Emko!:-)***

      Usuń
  4. rytm pracy rolnika nic się nie zmienił. Czytając, wróciłam do domu mojego dzieciństwa, gdy dziadek po południu kładł się na krótką drzemkę a babcia starała się ogarnąć gospodarstwo, usiekać kurczakom jajka z pokrzywami, nastawić kwaśne mleko na ser, nakarmić cielę, a nad lasem ciemniało od burzowych chmur i szybko-szybko ze wszystkim, bo zaraz lunie
    pięknie piszesz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopiero teraz widzę, Klarko, jak bardzo napracowała się moja mama; my odpoczywaliśmy w południe po pracy w polu, a mama ogarniała trzodę, ptactwo, tak samo wieczorem, zupełnie jak w Twoim domu; i ciągłe wyścigi z pogodą, zwłaszcza w sianokosy i żniwa ...

      Usuń
    2. Tak, Klarko - kobiety wiejskie krzątają się bez ustanku.Każdą chwilę trzeba jakoś wykorzystać, nie zmarnować, bo przeciez nikt niczego tu za nas nie zrobi. A choćby i biegać kilka razy szybciej po obejściu, to i tak zawsze robota jakaś czeka i o uwagę sie dopomina.
      Bardzo mi miło, czytając, ze podoba Ci sie Klarko moje pisanie.Dziekuję za te słowa!:-))

      Usuń
    3. No właśnie Marysiu! Póki jestesmy dziecmi wiele spraw nie dostrzegamy. Pełni energii beztrosko spedzamy czas i nie widzimy jak w tym czasie dorośli ciezko pracują. Dopiero smai będąc dorośli i starając sie robić wszystko, co trzeba wiemy jak dużo siły na to trzeba i ile czasu to wszystko zajmuje. Ale po to jest dzieciństwo własnie by sie takimi rzeczami nie kłopotac. Na zmagania z trudami zycia i tak zawsze przyjdzie pora. Na każdego...

      Usuń
  5. oj pobudzasz wyobrażnię Olga..:) tak jakbym tam z Tobą była i na wpół zgięta ganiała te kurczaki w błocie po kolana:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano widzisz Sznupciu! Dzięki temu, ze czytasz tego bloga choć wirtualnie możesz zaznać uroków mieszkania i pracy na wsi. Czasem trzeba sie tu porzadnie napocic i nabrudzic. Nie ma wyjścia! Ale to ma sens!:-))

      Usuń
  6. Ależ wspaniale się czytało!
    Z prozaicznej i pełnej znoju (dosłownie!) pracy potrafiłaś zrobić przygodę, do śmiechu i do łez ;)
    Jak to dobrze, że każda burza w końcu przemija...
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serdecznie witaj Inkwizycjo na tym blogu i w moim pogórzańskim przysiółku!:-))
      W sumie, to niewiele sie tu dzieje, chociaz przecież dzieje sie mnóstwo tych drobnych, codziennych czynności. Rzadko stąd gdziekolwiek ruszamy.A chcąc opisywac nasze tu zycie, opisuję to, co jest. To, co sie dzieje w obejściu, w naszych sercach, marzeniach i wspomnianiach.
      A burza z ogromną ulewą jest tu tego lata nieomal codziennie. I stanowczo robi sie za mokro na grządkach, bo mi niektóre roslinki zółkną!Ale nie narzekam (odpukuję w niemalowane), bo jeszcze susza przyjdzie a wtedy jeszcze gorzej!
      Pozdrawiam Cie serdecznie Inkwizycjo, ciesząc sie, iz zawitałaś w me progi!:-))

      Usuń
  7. Tak podejrzewałam, że to gdzieś od Was ta nawałnica zbliża się; zawsze w takich wypadkach myślę, a gdzież podziewają się te biedne ptaki, pisklęta, trochę kryje się u nas pod dachem, a reszta gdzieś w gałęziach; uwielbiam placki ziemniaczane, świeże z patelni, chrupiące, chociaż znam taką osobę, która wkłada je do garnka i przykrywa, żeby odeszły, są potem jak ślimaki; znam też taką osobę, która nienawidzi placków ziemniaczanych, dla mnie niepojęte; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blisko siebie w sumie mieszkamy, to i podobne zjawiska atmosferyczne obserwujemy Marysiu. Mysle,iż poza sąsiedztwem mnóstwo innych rzeczy nas łączy i może kiedyś sobie o tym pogadamy przy złocistym napoju czy lipowej herbatce!
      A placki ziemniaczane wyszły z tych ziemniaczków świetne. Zlociste i bardzo chrupiące. Całą micha ciasta była i przez dwa dni zajadalismy sie placuszkami! Najlepsze wychodza jak trę kartofle na troche grubsze wiórki! A slimatych tez nie lubię - lecz moje koty i Zuzia przepadaja za plackami w każdej odsłonie!
      Pozdrawiam ciepło, Marysiu!:-))

      Usuń
  8. No ale Wam się przytrafiło, a kurczaczka szkoda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic to Agatko!:-)Takie rzeczy na wsi sie czasem dzieja, nie ma rady, zycie bywa trudne,bolesne, ale i bardzo piekne...

      Usuń
  9. ....
    Przeczytałam cały post, a nawet oba (bo i ten poprzedni), a co mi zostanie w głowie? No co? Placki ziemniaczane!!!
    Dziś na obiad !!! Aaaaa!!!!!!!!!!!!!! Zrobiłam się śmiertelnie wręcz głodna. Tylko po cebulę jeszcze się przejdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Placki ziemniaczane są dobre w każdy czas i z każdych ziemniaków. Mogłabym je jeśc na okragło ,tylko moja sylwetka bardzo by na tym ucierpiała, wiec sie musze troszkę powściągac. Ale i tak wkrótce znowu nasmazę placków. Wszystkim smakują w domu a goście też sie zawsze jacys na nie załąpią!:-))

      Usuń
  10. Fantastycznie to wszystko opisujesz! Każdy detal, każda myśl i uczucie, jakie się pojawiły. Chciałabym umieć tak pisać, jak rzeka.
    Posikałam się raz w życiu. We dwie, z przyjaciółką. Wiłyśmy się ze śmiechu i kucałyśmy i wstawałyśmy i kucałyśmy aż .... :) Na szczęście stało się to w nocy, w nadmorskim lesie.
    Moje kury w ogóle nie przejmują się deszczem, nic a nic! Chociaż może solidna ulewa by je zagoniła pod dach. Ja im po prostu zostawiam otwarte drzwi od kurnika i niech robią co chcą. Wy pewnie macie osobno (tzn. oddzielone) wybieg dla kur i budynki.
    Zachwyciły mnie wigwamy dla kur, a zwłaszcza ich fotografie! Przypomniały mi się czasy, gdy Paweł organizował warsztaty survivalowe i budowali podobne szałasy, tyle, że w ludzkich wymiarach :)
    Placki ziemniaczane uwielbiam!
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zalezy od czasu i nastroju Madziu.Jesli cos budzi we mnie duże emocje i przerózne uczucia, to bardzo długo o tym pamietam i łatwiej mi sie takie zdarzenia i stany opisuje. A nieraz jestem tak zmęczona, czy czyms zmartwiona, ze mam jakąs mgłę w mózgownicy i jednego zdania sklecic nie umiem.
      Moje kury nie mogą biegać wszędzie. Mają odzielony wybieg w ogrodzie.A my, chcąc sie juz na dobre schronic w domu i zajac sobą, musieliśmy je najpierw zagonić, żeby jakis lis czy kuna nie miały w nocy uzywania.
      Wigwam sie juz nieco nam rozlatuje. Trzeba będzie w tym roku koniecznie zbudować ze dwa nowe.
      Placki są najpyszniejszym jedzonkiem. A do tego szybkim i tanim! A jak sie ma jeszcze do nich zsiadłe mlego, cyz hefir to szczęście jest pełne!
      Ściskam Cie goraco Madziu i dobrego dnia zycze!:-))

      Usuń
  11. Biedny kurczaczek! Na takie błocko to już tylko mogłaby zaradzić ... stara, poczciwa "frania". W pierwszej chwili pomyślałam, że Cezary ma pomagać w tym oswabadzaniu:))).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Errato!Nie mam, niestety Frani a przydałaby się tutaj bardzo. Wszystko piorę w automacie i mam nadzieje, że długo jeszcze wytrzyma ten ogrom brudnych ciuchow, które pcham w niego od czterech lat.
      Kurczaczek już gdzieś sobie ćwierka w kurzym raju. Bo jakos mi sie zdaje, że dla każdego jest gdzies tam jego wysniony raj!:-))

      Usuń
  12. wspaniale sobie radzicie - ma pewno fantastyczni z Was ludzie :)) pozdrawiam ciepło :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staramy się, jak możemy Basiu. Co do wielu spraw jestesmy bezsilni. Innym jakoś dajemy rade podołac. Ot, zwykła, wiejska codziennosc i zanurzonych w niej dwoje zapaleńców - wariatów, którzy widza w tym zyciu urok i głeboki sens, wiekszy niz przeszłę zycie w mieście.
      Pozdrawiamy Cie oboje serdecznie!:-))

      Usuń
  13. Piękna opowieść Olu :) a przecież piszesz o zwykłych rzeczach i codzienności Waszej. Już wcześniej zachwycił mnie ten kurzy wigwam, ale przed kunami się w nim nie ochronią, biedaczki. Kury to dziwne stworzenia, tak naprawdę ;) Kiedyś, u nas na osiedlu każdy je miał - my też, teraz już nikt ich nie trzyma. Chociaż, zapuściłam się niedawno z kijkami w inna ulicę, na jednej działce stoi niewykończony dom, a po ogródku biegają sobie kurki z białym kogutem :)
    A te placki ziemniaczane to robisz na słodko, czy ostro? Bo ja dopiero jako dorosła osoba dowiedziałam się, że wiele osób je owe na ostro :)) Bo u nas tylko na słodko.
    Miłego dnia, Olu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mysle Lidko, iż w codziennosci kazdego z nas dzieje sie mnóstwo ciekawych, godnych opowiedzenia, spisania historii. Trzeba miec tylko na to czas i nastrój. I na moment przytrzymać tę chwilę w pamięci, żeby nie przepadłą jak miliony innych...
      Tak, kiedyś przy domkach jednorodzinnych prawie każdy trzymał kury. Opłącało sie mieć swoje jajka, swoje mieso od świeta. Teraz supermarkety zabiły w większosci ludzi te potrzeby. Po co sie męczyć z hodowla, gdy wszystko mozna kupic? Kury to naprawdę dziwne stworzenia. I bardzo mądre i głupie jednoczesnie - chociaz moze to nieprawda - one tylko nam ludziom wydają sie głupie a z ich punktu widzenia cos jest racjonalne i słuszne, pomaga im przetrwać, osiągnąc jakiś cel.
      Placki zawsze robie na ostro - z cebulka, czosnkiem, pieprzem ziołowym, czasem z selerem albo lubczykiem. Nigdy nie jadłam ich na słodko i dziwię się, jak niektrozy z moich gosci takie pocukrzone placki zajadaja z duzym apetytem. No ale w każdym domu sa rózne nawyki i tradycje. Łaczy nas jednak to samo - miłosc do placków ziemniaczanych jako takich. Pal sześc z dodatkami!
      Ciepły usmiech zasyłam Ci Lidko o zachmurzonym poranku!:-))

      Usuń
    2. Ano własnie, po co się męczyć. Tak samo jest z robieniem przetworów. Po co robić, stać przy garach, kiedy w sklepach wszystko jest. Tylko, gdy czytam skład, to włos się na głowie jeży ...

      Usuń
    3. W zwiazku z tym, co napisałas bardzo mało kupuje gotowych rzeczy.Coraz bardziej szanuję zdrowie i staram sie o nie dbać, jak mogę. A poza tym na wsi wygodnie miec w domu przetwory i zapasy warzyw, bo do sklepu daleko. A zimą czasem wydostanie się stąd jest niemozliwe!:-))

      Usuń
  14. Oleńko zawsze czytam Twoje opowieści na jednym wdechu. Masz wielki dar przekazywania w czystej pięknej formie przeżyć dnia. Czuje jakbym była z tobą , zaganiała kury do kurnika i taplała się w błocie po burzy. Kocham przyrodę, miasto mnie przytłacza, jeśli tylko mogę uciekam z niego.
    Placki ziemniaczane uwielbiam, popsuł mi się malakser do ścierania, a ja mam po operacji tę rękę niestety felerną i najwyżej jeden dwa ziemniaki mogę zetrzeć.
    Pozdrawiam i serdeczności zostawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję Ci Alinko za zyczliwe słowa o moim pisaniu. Wiesz, to jest tak, ze jesli cos we mnie samej budzi spore emocje, to wiem wówczas, iz będę umiałą opowiedzieć to komus własnie po to by te emocje i uczucia przekazać. A spisanie takich historii dodatkowo wycisza mnie, pozwala na wiele rzeczy spojrzeć z dystansu.
      Placki ziemniaczane są prostym, ale przepysznym daniem. Zresztą coraz częściej dochodze do wniosku, ze im cos prostsze i naturalniejsze tym lepsze.
      Alinko, zycze Ci byś szybciutko zdołała sobie kupic jakis malakser czy sokowirówkę i mogłą znowu radosnie sycic sie domowymi plackami ziemniaczanymi!
      Ściskam serdecznie!:-))

      Usuń
  15. Strach się bać, tej opowieści ;-) :-) często robię placki ziemniaczane, tym bardziej teraz z młodych ziemniaczków, ale do tego muszę mieć gęstą śmietanę... :-) pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No własnie! Okazuje się, że i we własnym obejsciu człowiek moze sie bać i przezywać nie wiadomo jak duże emocje!
      A co do placków, to chyba sa pyszne w każdej postaci, z dodatkami i bez. Byleby były chrupiace i gorące.Mniam!
      Ciesze się, ze zajrzałas na tego bloga Mino!
      Pozdrawiam Cię ciepło, mnóstwa pysznych placków, tudziez innych swojskich smakowitosci zycząc!:-))

      Usuń
  16. Oluś jakbym siebie widziała siedzę obok męża tak samo jak Ty i szukamy drogi. Ostatnio byliśmy na Mazurach gdzie dwoje głuptaków - tak nazwala ich córka życzliwie, bo ja ich nazwałam oszustami, postawili piękną ofertę na siedlisko, tak ono chyba wyglądało 20 lat temu gdy był tam gospodarz. Te duże "dzieci" tak gdzieś po trzydziestce sporo leniwe wymyśliły to straszne coś sprzedadzą za 200 tysięcy, na zdjęciach było to piękne z wielką kamienną oborą siedlisko, w rzeczywistości ech nie warto mówić nawet, chwasty zamiast opisywanego warzywniaka i 4 krzaki agrestu jako opisywany sad. Przejechaliśmy tak 800 kilometrów w tamtą stronę i z powrotem bo sie nie chcialo nam zatrzymywać by przenocować. tak oboje byliśmy wkurzeni.
    Ale patrzyłam i patrzyłam na ten świat cudowny. Mazury są piękne .
    Czytając Twoją opowieść podziwiając Twój dar słowa i oddawania emocji przezywałam z Tobą i tego biednego kurczaka i tę burzę i to błocko i nawet właściwie to wręcz widziałam panów rolników. Dziękuje kochana za możliwość przezywania emocji z Tobą. :)
    A ostrogi moja droga to sól kłodawska i moczenie w misce lub w wannie na wannę 1 kilo soli kłodawskiej gdy będzie potrzeba dam telefon do górnika :) z Kłodawy wyśle. Dwa razy do roku kupujemy u niego różową sól w kryształkach cudowna rzecz. Sprzedaje po 7 zł na targach Inter Stone. :) Serdeczności Oluniu. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to rzeczywiscie poszaleli tamci ludzie z Mazur, zeby chcieć 200 tysięcy za takie marne coś. No chyba, ze sam fakt iż jest to na Mazurach tak podnosi atrakcyjnośc i cenę tego miejsca? Wczoraj Cezary rozmawiał z człowiekiem, którego siostra chce sprzedać drewniany, oszalowany dom, połozony w centrum sąsiedniej wsi (stodoła, pole). Cena niezbyt duza.Tyle, ze to centrum wsi, a wiem, ze Ty Elu wolałabys jakieś ciche ustronie...
      Na ostrogi to mam juz kilka wypróbowanych przez inne, cierpiace na to osoby przepisów. Tylko brakuje mi konsekwencji i cierpliwosci by zastosowywać wobec siebie te przepisy. Parę razy cos zrobie a potem zarzucam, bo mi sie nie chce czegos przygotowywac, albo po prostu brak czasu...Ale w sumie moczenie nóg w soli kłodawskiej wydaje sie być najmniej kłopotliwe z tego wszystkiego. Dziekuję Ci bardzo za informację o niej.
      Serdeczne mysli zasyłam Ci Eluniu i zyczenia dobrego dnia!:-))

      Usuń
    2. Córka z wnusią jedzie na wakacje, mnie zostaje opiekowanie się Leilą, znajdę czas na zakupy, bo nic nie będę musiała oprócz wyprowadzania psa na spacer trzy razy dziennie. Mnie też się to przyda, mam blisko lasek.
      Pięknego dnia, bo pogoda i niebo iście egipskie.

      Usuń
    3. A u mnie Alinko pogoda prawdziwie tropikalna! Uparnie, parno a po południu leje. W lesie szaleją komary i muchy - trzeba sie czyms spryskać, żeby odstraszać te wampiry i inne latające paskudy!
      Buziaki zasyłam!:-))

      Usuń
  17. Niezła przygoda ! Pamiętam swoje pierwsze spotkanie z kurą na podwórku u Babci - koniecznie chciałam ją nakarmić . Skończyło się na wielkim siniaku na dłoni... krzykiem i ucieczką ;) Moją, rzecz jasna, bo kura nawet nie drgnęła... Pozdrawiam - M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, kury a zwłaszcza koguty potrafią mocno dziobnąć!
      Pozdrawiam ciepło Maszko!:-))

      Usuń
  18. I jak spodnie, ocalaly po taplaniu sie w blocie?! Alez Ci zazdroszcze, sama chetnie potaplabym sie zaganiajac kury do kurnika.
    I nie dziwi mnie Twoja reakcja, bo tez pekalabym ze smiechu:)
    Bocian zachwycajacy.

    Buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic sie na szczęście spodniom nie stało! Uprane czekają na nastepne upapranie w błocie!:-))
      A bociana widujemy tu często. Cicho tu, spokojnie, żabek mnóstwo, to i bociek ma uzywanie.
      Ściskam serdecznie, kochana Ataner!:-))

      Usuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia