piątek, 25 lipca 2014

Wysyp grzybów i sąsiadów, czyli długi, lipcowy czwartek...





   Pogoda była kiepska. Po kolejnej ulewie wciąż mżyło a nieprzyjemny chłód wciskał się przez wszystkie szpary do domu. Co tu robić w taki dzionek? Za kolejne remonty się brać, sprzątać, a może do łóżka wracać i pozwolić sobie na przyjemne a tak rzadkie, błogie lenistwo? Kury i kozy nakarmione. Zuzia śpi mocno jak niedźwiedź. Koty także. Człowiek patrzy na ten pogrążony w słodkiej drzemce zwierzyniec i zazdrości...

- Poszedłbym może na grzyby – odezwał się niepewnie Cezary, który ostatnio wciąż na grzyby chodzi a mamy ich już tak dużo, że nie nadążamy z suszeniem. Jednak on uwielbia ten niewinny rodzaj polowania i póki trwa sprzyjająca grzybobraniom pogoda zew poszukiwacza przyzywa mego męża nieustannie w knieje i dąbrowy. Ma jednak wobec mnie zawsze lekkie wyrzuty sumienia, że zostawia mnie tu samą na gospodarce a sam sobie beztrosko godzinami wędruje.

- Ech, ja też bym poszła, ale pewnie bardzo mokro w lesie i nieprzyjemnie – odrzekłam równie niezdecydowanie i przeciągnęłam się aż zatrzeszczało mi w kościach. Od kilku miesięcy ze względu na konieczność pilnowania biegających po ogrodzie kur rzadko wychodzimy razem na dłuższe spacery. Tak nas stresują wizyty jastrzębi na zmianę z lisami, że staliśmy się omalże niewolnikami własnego obejścia.
Ale tego dnia poczułam, że trzeba przerwać ten stan i zaryzykować. Czasem człowiek musi wypuścić się gdzieś na dłużej. Połazić swobodnie bez nerwowego spoglądania na zegarek i zmartwień drzemiących za pazuchą.

- Idę z Tobą! – zdecydowałam wreszcie, dopijając ostatniego łyka herbaty owocowej. - I kozy oczywiście zabieramy! Niech się wylatają, bo jakiegoś wścieku już dostają od tego nudnego siedzenia w stajni!

- Kurom na pewno nic się przez ten czas nie stanie. Zresztą, dawno już nie widziano w naszych okolicach lisiego bandyty – dodałam a Cezary szczęśliwy, że nareszcie chcę z nim iść, oraz iż podjęłam za nas dwoje odważną decyzję, dał mi siarczystego całusa. Bo wprawdzie lubi ten mój chłopiec łazić swobodnie godzinami po leśnych ostępach, ale przecież najmilej to robić w towarzystwie wybranki swego serca. Tak, jak w początkach naszego osiedlenia tutaj. Zagadać coś od czasu do czasu. Zaśpiewać. Z echem się pobawić. Pożartować. Mieć kibica i współtowarzysza w odnajdywaniu leśnych skarbów oraz przeżywaniu wspólnej ekscytacji na widok co większych borowików.

   I poszliśmy. Odziani jak zwykle w najgorsze, wytarte niemożliwie dresy, czapeczki z daszkiem i niezawodne gumiaki. W dłoniach dzierżyliśmy wiklinowe koszyki. W sercach radość ze wspólnej wyprawy. Kozy rozszalały się wprost ze szczęścia. Skakały jedna przez druga, biegały sprintem, bodły się stając na tylnych nogach i szczypały ze smakiem trawki, gałązki i korę sosen. Zuzia także wpadła w szampański humor. Uganiała się za kozami. Przynosiła nam patyki do zabawy. Kąpała się we wszystkich strumieniach i kałużach. Przychodziła do nas z roześmianym pyskiem, nadstawiając łab do głaskania.

   Grzybów było w bród. Oczom nie mogliśmy uwierzyć, natykając się na kępy dorodnych borowików, prawdziwków i kozaków. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy ich tyle w naszym lesie. A ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia, to szliśmy dalej i dalej, przemierzając kolejne parowy, wspinając się na następne wzgórza, przeskakując potoki. Deszczyk siąpił sobie niewinnie i żadnej krzywdy nam nie robił a tylko sprawiał, że grzyby wprost wyrastały w oczach a my cieszyliśmy się jak dzieciaki, wydając kolejne, radosne okrzyki na widok wielgachnych, złocistobrązowych kapeluszy. Chcąc podzielić się swą radością z najbliższą sąsiadką Wandzią zadzwoniliśmy do niej, opowiadając o tym, gdzie chodzimy i jakie cuda po drodze znajdujemy. Zapytaliśmy ją przy okazji, czy nie krąży w naszych okolicach jakiś jastrząb albo lis i czy nasze kury nie wydzierają się panicznie, jak zwykle, gdy czegoś się boją. Ale nie. Było wszystko w porządku. Toteż zadowoleni podziękowaliśmy jej i powędrowaliśmy dalej.
   I byłoby tak miło, ale jak zawsze, gdy się człowiek za bardzo odpręży i poczuje tak po prostu szczęśliwy zdarza się coś, co zaburza mu z nagła ten stan. Chcąc przeskoczyć przez napełniony deszczówką rów poślizgnęłam się i upadłam wprost do gliniastej wody. Wszystkie grzyby z koszyka wysypały się wprost do bajora i pływały na jego powierzchni szybko namakając żółtą breją. Usiłowałam się jakoś wykaraskać, ale było tak ślisko, że nie dawałam rady. Cezary był kilka metrów ode mnie. Za kępą malin pochylał się właśnie nad jakimś prześlicznym borowikiem i nie widział całego zajścia. Świetnie natomiast widziały wszystko kozy. Zaraz przybiegły, by wyjadać grzyby i obgryzać moje włosy, których kitka wystawała spod czapki. Już kiedyś Łobuz Kurdybanek zjadł mi kilka kosmyków, gdy pochylałam się nad nim, chcąc odplątać jego nóżkę ze smyczy. Imię koziołka coraz lepiej, niestety, do niego pasowało. Niedawno zdarzyło mu się wydostać jakimś cudem z boksu w drewutni i urzędować w niej nocami, skacząc po wszystkim, zwalając narzędzia z półek, przewracając deski, rozbebeszając kostki siana i słomy a przy tym siejąc kozie bobki, gdzie popadnie. Parę razy zdołał mnie też pobóść, robiąc to w szale radosnej zabawy. Jednak moje posiniaczone uda nie bardzo były potem z tego zadowolone!
   Odganiając się od natrętnych kóz, klęcząc przy tym w gliniastej niecce, wreszcie uratowałam wszystkie moczące się w rowie grzyby a potem przy pomocy męża stanęłam na pewniejszym gruncie. Śmiał się ze mnie, bo wyglądałam jak nieboskie stworzenie. Mokra i upaprana. W przekrzywionej na bakier czapce. Z pochlapanymi błotem okularami. Też się śmiałam, bo przecież nic złego mi się nie stało a poza tym nawet lubię takie zwariowane, niewinne przygody.
   Niestety, po dziesięciu minutach dalszej wędrówki uświadomiłam sobie, iż ta przygoda nie skończyła się tak zupełnie pomyślnie. Usiłując namacać w kieszeni nasz telefon komórkowy nie znalazłam go! Natychmiast zrobiłam w tył zwrot a potem dygocząc ze zdenerwowania i biegnąc przed siebie, co sił w nogach tłumaczyłam idącemu z mną Cezaremu, co się stało. Podejrzewałam najgorsze! I moje podejrzenia sprawdziły się, niestety! Po kilkuminutowych poszukiwaniach i przesiewaniu kamieni, liści i traw zalegających dno bajora odnalazłam tam kompletnie namoknięty i oczywiście nieczynny aparat telefoniczny. Drżącą dłonią podałam go mężowi i zajęłam się odganianiem kóz, które chętnie by ów aparat na obiad pożarły. Czarek wycierał troskliwie komórkę, pocieszając mnie, że na pewno po wysuszeniu jej w domu będzie normalnie działać.

- Optymista z niego! – myślałam drepcząc potem obok męża i nie bardzo potrafiąc już się cieszyć z kolejnych, grzybowych znalezisk.

- A jeśli nie uda się aparatu reanimować?  Przecież wszystkie ważne numery telefonów mam zapisane tam i tylko tam. Kiedyś wprawdzie miałam wziąć się za spisanie w notesie tychże numerów, ale coś innego zajęło moją uwagę i odłożyłam to na potem. Potem, niestety, nigdy nie nastąpiło. Oj, taka gapa ze mnie! – marudziłam i jęczałam, czując jak bardzo bolą mnie teraz potłuczone po upadku kolana.

- Wiesz co, Czarek? W razie czego ogłosimy na blogu prośbę o nadesłanie nam na maila zaginionych numerów. Przecież duża część naszej rodziny, przyjaciół i znajomych czyta bloga. Niechże się on przyda w tej konkretnej, tak ważnej przecież sprawie. Co Ty na to? – pytałam, patrząc na spokojnego i nadal bardzo pogodnego męża.

- To dobry pomysł, ale nie martw się Oluś! Zobaczymy w domu co i jak a na razie patrz! Obok nogi masz cudnego prawdziweczka. Uważaj, bo go rozdepczesz! – odrzekł na to małżonek i nieco rozproszył swym beztroskim zachowaniem moje obawy. Mogliśmy nadal wędrować i cieszyć się grzybobraniem.

   Nie było nas wiele godzin. Kompletnie przemoczeni, ale zadowoleni z wyprawy wróciliśmy do domu późnym popołudniem. Kozy zmęczone i wybrykane bez szemrania powróciły do stajni. Kury jak gdyby nigdy nic łaziły po ogrodzie dopominając się na mój widok zwykłej o tym czasie, drugiej porcji jedzenia. Koty miaucząc ocierały się o moje nogi, prosząc o obiad. Zuzia nadstawiała grzbiet do wycierania. A Cezary poszedł do kuchni by zająć się obróbką kilkunastu kilogramów grzybów, które ledwo co donieśliśmy do naszego siedliska. Kartę SIM z mojego namokniętego aparatu telefonicznego przełożył do drugiej, z rzadka używanej komórki. I już za chwilę na jej wyświetlaczu zaczęły pojawiać się sms-y od zatroskanej o nas, zmartwionej naszą długą nieobecnością i ewentualnym zabłądzeniem w lesie Wandzi. Przyszła też wiadomość od Kuby i Ani, którzy tego wieczora zamierzali do nas wpaść.
   Tylko co zdążyłam nakarmić cały wygłodniały zwierzyniec i przygotować dla nas pyszne, cukiniowe leczo pojawiła się Wandzia we własnej osobie a zaraz potem nasi młodzi przyjaciele – Ania i Kuba. Do późnej nocy siedzieliśmy razem w kuchni jedząc leczo oraz duszone z cebulką grzybki i popijając herbatkę lipową. Opowiadaliśmy sobie o najnowszych wieściach, radościach i troskach. Planowaliśmy przyszłe, wspólne spotkania i cieszyliśmy się towarzystwem tych dobrych, bliskich nam ludzi, na których zainteresowanie i serdeczność w każdych okolicznościach można liczyć.
   Tymczasem aparat telefoniczny sechł sobie spokojnie na elektrycznej suszarce do grzybów a rano okazało się, że większość funkcji działa w nim bez zarzutu. Jeszcze trochę podeschnie i miejmy nadzieję, iż da się z niego normalnie dzwonić! A jak nie? Ech, coś się przecież zawsze wymyśli!:-))


41 komentarzy:

  1. Ależ Wam tych grzybów zazdraszczam ;) :)) Tyle dobra :) A telefonem nie ma się co martwić, najważniejsze, że działa, zresztą masz jakiś inny, więc zawsze coś się wykombinuje. Aczkolwiek spisanie numerów jest bardzo dobrym pomysłem. Już od lat mam taki notesik, po jakiejś przygodzie z wyładowanym telefonem.
    Piękna opowieść, Olu i nawet kąpiel błotną zaliczyłaś za darmo ;)
    Udanego dnia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Telefon już działa! I całe szczęście. Musze bardziej w przyszłosci na niego uważać, bo to nie pierwszy raz, gdy wypadł mi z kieszeni. Tylko nie bardzo wiadomo, gdzie właściwie powinno się go nosić. Na sercu niezdrowo, w kieszeni spodni też.Może sobie jakąs specjalną kieszonkę na brzuchu wszyję, albo na plecach?!
      Grzybami sie zajadamy, bo pogoda sprzyja ich wysypowi. Doczekaliśmy sie nareszcie. Tylko, ze od tej wilgoci w powietrzu połowa grzybów jest, niestety, robaczywa.
      Coś mam szczęście w tym miesiacu do kąpieli błotnych. Ale błota wszędzie tak duzo, ze trudno sie nie poslizgnąć.
      Całusy zasyłam LIdko!:-))

      Usuń
  2. Olu, potrafisz zrobić pasjonującą opowieść z każdej przygody, a ta naprawdę była fascynująca. Ten spacer z kozami, wielka obfitośc grzybów, no i wasze szczęście... Cóż przy tym znaczy telefon komórkowy...
    Wspaniale sie czytało! Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, mimo przygody z namoczonym telefonem to był bardzo przyjemny i udany dzień Gosiu. A telefon już w porządku.Niepotrzebnie sie martwiłam.
      Cieszę sie, że opowieści z naszej codzienności wzbudzaja zainteresowanie i moga sie podobać. Dziekuję, że je czytasz Gosiu!
      Pozdrowienia wieczorne zasyłam z parnego, cykającego głosem świerszczy Podkarpacia!:-))

      Usuń
  3. Olu, uważaj na siebie proszę. Grzyby świetne, opowieść przyprawiona wybornie, smakuje w piątkowy poranek. Dzięki, ściskam bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jakaś gapowata i roztargniona na starosc sie robię i stąd te upadki. Ale na szczęście nic powaznego mi sie nie dzieje. Grzyby i cukinie zajadamy teraz prawie codziennie, ciesząc sie darami lasu i pola. Nareszcie lato! Niech trwa i trwa!
      Buziaki zasyłamy Co gorące Łucjo!:-))

      Usuń
  4. To wspaniale, że zdecydowaliście się oderwać od pilnowania kur! Wytrawny łowca, lis czy jastrząb, złapie kurę nawet w Waszej obecności. W naszych okolicach ptaki drapieżne polują z tak zwanej "zasiadki", czyli nie z lotu patrolowego, tylko z punktu obserwacyjnego na pobliskim drzewie. Wtedy koguty nie alarmują o zagrożeniu z nieba, ptaszor wylatuje nieoczekiwanie z zarośli i po wszystkim. To się po prostu dzieje od czasu do czasu. Jest bardzo smutne, ale nieuniknione ....
    Całe szczęście, że nie skręciłaś nogi! Bo w naszej pracy zwolnienia nie dają :)
    Ściskam i dmucham na potłuczone kolana!
    Przepisałaś już?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Magdusiu, nie sposób ustrzec kur przed sprytnymi napastnikami ukrytymi w gęstych lisciach na czukach drzew albo w wysokich trawach na poli. I nie mozna dawać sie zniewolić swoim strachom, bo zycie traci wtedy swój smak i blask. Trudno! Co ma być, to będzie a piekne lato i takie ilosci grzybów są po to, by sie nimi cieszyć, nieprawdaż?
      Nigdy w zyciu nie miałam jeszcze skręconej czy złamanej nogi. Moją specjalnoscia natomiast sa uderzenia w głowę. Od kiedy tu mieszkam miałam już dwa, bardzo krwawe wypadki. Ale choć wygladało oto strasznie, to nic powaznego mi sie nie stało.
      Nie przepisałam jeszcze! Jestem jak widac niepoprawna! Ale razie Cezary skopiował wszystkie numery z tamtego telefonu na drugi telefon komórkowy. A mój - hurra! - też juz działa!
      Całusy zasyłam serdeczne!:-))

      Usuń
  5. duszone grzybki...leczo cukiniowe... dlaczegóż ja mieszkam tak daleko od Ciebie???
    echhhhhhh
    serdeczne pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponoć na targowiskach miejskich też teraz pełno tego dobra. Lato gorące i mokre sprzyja bardzo rośnieciu grzybów, ogórków, cukinii i dyń. Kup sobie trochę grzybków i warzyw Emko a potem zajadaj z rodzinką, póki to wszystko jest dostepne i w miarę tanie.
      I ja serdecznie Cię pozdrawiam!

      Usuń
  6. nie mam szczęścia do grzybów, w ogóle ich nie widzę w lesie.
    Piękna opowieść

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też kiedys nie widziałam a teraz oczy mi sie wyczuliły i na wyścigi zbieramy grzyby z męzem. Zbieranie zresztą jest najprzyjemniejsze z tego wszystkiego. Sortowanie, czyszczenie, mycie i wykrawanie to marudna, męcząca robota. A takie ilości grzybów tym bardziej .
      Serdecznie pozdrawiam Cie Graszko wieczorem!:-))

      Usuń
    2. napisałam długi komentarz i zjadło :-(
      Jakiś czas temu Róża powiedziała mi, że jak trafiła na mój wcześniejszy blog, cofnęła się do początku i cały go przeczytytała. Byłam zdziwiona. I ja sam , mimo braku czasu wracam do Twoich początków i wczytuję się w Twoje słowa. Przeczytałam juz o strychu i chwiejącej się lampie, o porządkach i znalezieniu martwego kota. Próbuję doszperać się informacji o Twoim życiu. Co spowodowało, że zamieszkaliście w Australii, co spowodowało, że z niej wróciliście. Dlaczego wybraliście to miejsce a nie inne. Pisałaś o tym? jeśli tak doczytam, jeśli nie, a jest to tajemnica to przepraszam za dociekliwość. Wczoraj wracając z pracy rozmawiałam ze swoim Bogusławem o Tobie. Wiem, ze ciężko pracujecie, że życie na wsi nie jest sielanka, ale tak bardzo chciałabym życ Twoim życiem :-) Miast mnie meczy. Pozdrawiam

      Usuń
    3. Wiesz Graszko, ja tez tak mam, ze jak mnie zainteresuje jakiś blog, czy jego autor, to jesli tylko mam czas, czytam jego bloga od deski do deski. To przeciez kawałek czyjegos zycia, a czytajac mozemy poniekąd w nim uczestniczyc, przezywac razem cos, wzruszac sie,marzyc i inspirować.
      To, dlaczego znaleźliśmy sie w Australii jest tematem na bardzo długą, romantyczna opowieśc. I moze kiedys ja napisze, bo nosze siez tym zamiarem od dawna. A czemu wróciliśmy? Z tęsknoty za pozostawioną tu rodziną i z checi doświadczenia w zyciu jeszcze czegos ciekawego, odmiennego niz do tej pory oraz takze i dlatego, ze po prostu dwoje wariatów z nas, którzy lubia przygody, ryzyka i szalone wyzwania!
      Dlaczego wybraliśmy akurat ten dom w małej, podkarpackiej wiosce? Szukaliśmy czegoś taniego, połozonego w bliskosci lasu, w czystym, niezadeptanym jeszcze przez turystów miejscu. I raptem wpadło nam w oczy ogłoszenie internetowe o tym domu.Było parę innych, ciekawych ofert nieruchomości, ale coś nas do tego domu ciągneło a znaliśmy go tylko ze zdjec, bo przeciez bylismy wówczas jeszcze w Australii.Ugadaliśmy wszystko z właścicielem tego domu przez telefon, wymieniliśmy sie niezbędnymi informacjami przez maile, pozamykalismy wszystkie sprawy w Australii i po dwóch miesiacach od kiedy podjeliśmy decyzję o powrocie, pojawiliśmy sie tutaj! Szast prast!
      Życie tutaj potrafi być cudowne, ale bywa też bardzo ciezkie - zwłaszcza gdy martwimy sie o finanse, zdrowie, czy przerózne niemozności. Tym niemniej miejsce naszego osiedlenia jest piekne i też nie mielibyśmy ochoty wracac już do miasta.Chociaz za Australią tęsknimy, bo trudno nie tęsknić za tak pieknym i niezwykłym krajem. Ale przecież nie mozna miec wszystkiego i być wszędzie. Trzeba próbowac w tym zyciu wszystkiego i cieszyć sie tym, co jest, wspomnieniami i marzeniami.
      Zycie potrafi nam płatać przerózne niespodzianki - miłe i niemiłe. Tak, jak Ty Graszko przezyłam wiele trudnych, bolesnych nieraz chwil. Nie sadziłam wówczas, ze znajde sie tu, gdzie jestem teraz. Dlatego i w Twoim zyciu moga pojawić sie jeszcze cuda.Może i Ty za jakis czas dziwic sie będziesz, jakie to zawirowania losu i marzeń sprawiły, ze jesteś tu, gdzie jestes. Ściskam kciuki za realizację Twoich marzeń Graszko! Jestes niesamowicie silną, kreatywną a przy tym wrazliwą kobietą i wierze, ze przed Tobą jeszcze bardzo wiele!
      Pozdrawiam Cię ciepło, dziękując Ci za ciekawy komentarz i za zyczliwe zainteresowanie!:-)***

      Usuń
  7. a człowiek kupi 30 dag pieczarek i robi sos do gołąbków, ech;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale pieczarki przeciez też pyszne! A gołąbki - poezja!:-))

      Usuń
  8. Uwaga! Trzeci od lewej trujacy :))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, juz za późno na ostrzeżenia Ataner! Chyba teraz pisze odpowiedź na Twój komentarz duch Oli, która zjadła wczoraj na kolacje owego podejrzanego grzybka! Memento mori!:-))

      Usuń
    2. Olu! To, tak z zazdrosci, bo strasznie Wam tych grzybow zazdraszczam:))))
      Wlasnie, trzeba sie wyrwac i nie dac zwariowac codziennym obowiazkom, wiec nakazuje CI, i rozkazuje, spaceruj z mezem po lesie, po lakach,i bezdrozach Pogorza D.
      Ostatnio pisalam, ze chetnie wytarzalabym sie z Toba w kaluzy blocka i po raz kolejny pokazujesz mi, ze powinnam wskoczyc w olbrzymia kaluze:)

      Buziaki dla Was, a grzybow caly czas zadraszczam (oczywiscie bardzo pozytywnie)

      Usuń
    3. Wczoraj znowu byliśmy na grzybach i na obiadek zjedliśmy kaszę gryczaną z sosem grzybowym. Mniam! To się chyba nigdy nie znudzi (chociaż grzyby cięzkostrawne, ale ten zapach, smak - poezja!).Szkoda, żeś tak daleko, bo bym Cie chętnie w mojej kuchni ugościła! Czym chata bogata!:-))
      Kałuż u nas, strumieni i bajor przepastnych ogromny dostatek tego lata. Ziemia tak nasiakła po ostatnich ulewach, ze już wody nie przyjmuje.A z powodu tej wilgoci ogórki w warzywniaku zamiast dojrzewać - żółkną. To samo zielony groszek. Tak więc deszcze na jedno pomagają a na drugie szkodzą.
      Wiesz Ataner, ja to bym wciąż łaziła i łaziła po lasach i bezdrożach, ale po powrocie człowiek jest juz taki zmęczony, ze najchętniej by do łóżeczka wskoczył a tu robota czeka.
      Całusy serdeczne zasyłam!*:-))
      P.S. A czy w Stanach nie ma dzikich grzybów do zbierania? W Australii było ich wbród!

      Usuń
    4. Mysle, ze sa. Niestety nie w naszych rejonach :(
      Wiec pozostaja mi tylko kupne.

      Usuń
    5. Oj, szkoda, że nie w Waszych rejonach. Ale lepsze kupne, niż zadne. Zresztą pieczarki wcale nie gorsze w smaku od prawdziwków!:-))

      Usuń
    6. Gorszzzzzzzzzeeeeeee! Bardzo gorsze, zreszta sama Wiesz, tylko tak piszesz, zeby mnie pocieszyc:)

      Buziaki:)

      Usuń
    7. Pal sześć z wszelkimi grzybami! Pójdź Renatko w me siostrzane ramiona, niech Ci dam serdecznego dziubasa!:-))*

      Usuń
  9. Mnie się kiedyś udało zjechać na szanownym tyłeczku prosto do strumyczka ;) Faktycznie takie przygody wspomina się całymi latami... Dobrze, że masz tylu sąsiadów, nie ma nic fajniejszego niż wieczory przegadane przy pysznym jedzonku :)
    Pozdrawiam gorąco! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na tyłeczku do strumyczka? Ale fajnie Zoziu! Ja mam jakis taki bardzo upadkowy ten lipiec. Ale w ogóle na wsi człowiek dośc często sie przewraca, bo slizgawice są tu przecież po byle deszczu. Asfaltu nie uswiadczysz a tylko drogi gruntowe, błota, podwórko jak lodowisko, drabiny, strome schodki. Tak, czy siak siniaków od upadków mam mnóstwo a pewnie jeszcze wiele dojdzie.
      Tak, wspaniale sie siedzi razem wieczorami w swojskim, zaprzyjaźnionym gronie i zajada proste potrawy gadajac godzinami i nigdzie sie nie spiesząc.
      Usmiech serdeczny zasyłam Ci Zosiu!:-))

      Usuń
  10. Przygody ze szczęśliwym zakończeniem mają niepowtarzalny smak! Nasze leczo z Waszej cukinii upichcone w tajine też było pyszne, ale w towarzystwie wszystko smakuje o niebo lepiej...
    Pzdr.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A przeciez w zyciu codziennym takich przygód zdarza sie mnóstwo! Takich chwil prostych, radosnych i beztroskich.Do wspominania potem z usmiechem, do rozświetlania zwykłych, powtarzalnych dni, które są osnową materii zycia.
      Leczem możemy sie teraz prawie co dnia opychać, bo cukinie rosna w warzywniku jak na drozdżach. Wczoraj zakisiłam tez dwa wielkie słoje cukinii. Ciekawam, czy wyjdą mi tak dobre, jak w zeszłym roku. A były o niebo lepsze niż kiszone ogórki..Mam nadzieje, że bedę miała okazje Was nimi poczestować!
      Pozdrawiamy serdecznie miłych sąsiadów!:-))

      Usuń
  11. ..."Zagadać coś od czasu do czasu. Zaśpiewać. Z echem się pobawić"... OooooO! Takie fragmenty tekstu to ja lubię :))).
    ..." Oczom nie mogliśmy uwierzyć, natykając się na kępy dorodnych borowików, prawdziwków i kozaków." ... Które z nich mają złociste (zółtawo-czerwonawe) kapelusiki? Za mojej młodości rosły sobie prawdziwki (borowiki), kozaki i osiczaki (te kolorowe "prawdziwki", które były równie pyszne ale mniej cenione na rynku). Ciekawostka wynikająca z lokalnego nazewnictwa grzybnego. Zbieranie (znajdowanie) grzybów to radość sama w sobie. Ja je "zbieram" tylko na zdjęcia, choć wysiew też czasem duży, rozmaity, fikuśny w kształtach i kolorach. Niestety pieczarki wygrywają, a po nich kurki z estońskich lasów. Suszone grzyby nie mieszczą się nawet w liście niezbędnych do wigilijnych potraw ...
    Pozdrowienia dla grzybiarzy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Echo, Echo miłe aczkolwiek bardzo tajemnicze i efemeryczne! Wyobraź sobie, że tak mocno słowo "echo" zrozło mi sie z twoim nickiem, ze ilekroć uzywam tego słowa, zaraz o Tobie mysle!:-))Tak wiec jestes z nami, nawet gdy Cie nie ma. Jak na Echo przystało!
      Co do nazewnictwa grzybowego, to dopytałam ostatnio mojego męża, który twierdzi, ze sie zna i wyjasnił mi, ze borowiki to te z ciemnymi, kasztanowymi kapeluszami a prawdziwki są od nich jasniejsze, kapelusze maja w róznych odcieniach beżu. Borowiki sa tu rarytasem. W tym roku pierwszy raz mieliśmy okazje je znaleźć. Kurek jest mało, bo one wolą ziemie lzejszą i lasy iglaste. A tutaj jest przewaga bukowych i brzozowych z domieszka olch i modrzewi.
      Przeważnie nie biorę aparatu fotograficznego gdy idziemy na grzyby, bo by mi sie majtał na szyi i przeszkadzał w zbieraniu. Ale często żałuję, że go nie mam, tak piekne widoki napotykamy. Tak cudne grzybowiska i poszczególne okazy grzybków.
      Te własne,suszone grzyby bardzo sie przydają w kuchni. Nie dosc, że pyszne zupki i sosy mozna uwazyc, to jeszcze na wigilię są i rodzinę mozna nimi obdarować.A jesienią będziemy zbierac opieńki. Suszyc je a potem kruszyc na proszek, który jest wspaniałym dodatkiem do zup.A co wazne -tgrzybki mamy za darmo, a ilez radosci w zbieraniu!
      Pozdrowienia zasyłamy grzybami suszącymi sie pachnące!:-))

      Usuń
  12. Jadę do was!! Na te grzyby miam miam. :)) Nie chcę kąpieli w błocku i zamoczonego telefonu ale chcę grzyby. :)). Chyba wyciągnę męża w poniedziałek do lasu to duży las, nasz ulubiony, nawet patrzyliśmy czy tam jakieś daczy do kupienia w pobliżu nie ma. Niedaleko bo 30 kilometrów od miasta fajny las. Potem do "kurwancka" :) dziadka z baru na żurek i pierogi domowe taka już się tradycja zrobiła :)) i do domu. Oczywiście zabieramy wszystkie nasze zwierzęta. :))
    Cudownie Olu że się wybrałaś wspaniale, bardzo się cieszę a dobra kąpiel w błocku też zła nie jest, widać była Ci potrzebna. :) Serdeczności wielkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, wybierzcie sie koniecznie Elu! I to nie raz! Lato takie mokre, to i grzybów pełno.Głupio byłoby okazję udanego grzybobrania przegapić. A w ogóle w lesie jest tak cudownie, że nawet gdyby się żaden grzyb nie trafił, to i tak przeciez warto pochodzić, prawda? No i do dziadka na żurek pojechać trzeba koniecnzie! Bardzo fajne sa takie nasze rodzinne nawyki, mozliwosc wspólnego, powtarzalnego odwiedzania miejsc, które dobrze sie kojarzą.
      Całusy przesyłam serdeczne i zyczenia wspaniale spedzonej niedzieli, poniedziałku i całej reszty tego lipcowego tygodnia!:-))

      Usuń
  13. Ale wystawa!!!!!!
    Jak Wy pięknie żyjecie z naturą- wyjątkowa PARA, buziaki dla Was:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mieszkamy tuż przy lesie,a więc my i nasze zwierzęta korzystamy ile się tylko da z jego dobrodziejstw. Nie każdy rok jest taki grzybowy. Suszymy prawdziwki na zapas. W zimie i na przednówku będą jak znalazł.
      Serdeczne uściski zasyłamy Ci Basiu o poranku i podziekowania za ciepłe słowa!:-))

      Usuń
  14. Piękne grzyby ;-) ! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, piekne, ale dużo z nich potem okazało się robaczywych, niestety!
      Pozdrawiam serdecznie!:-)

      Usuń
  15. Przynieśliśmy z lasu, z dumą, wczoraj pełen kosz, ale cóż, grzybki miały mieszkańców, pewnie tylko 1/10 nadawała się do spożycia, a reszta poszła na zaszczepienie gleby; ale czerwonych kozaczków nie znaleźliśmy, ponoć one nie robaczywieją; pozdrawiam serdecznie, Olu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marysiu, u nas to samo! Robaków a robaków!Atakuja nawet te najmniejsze, dopiero co wyrośnięte grzyby. Najgorsze pod tym względem są brązowe kozaki. W czerwonych też się, niestety, mali mieszkańcy zdarzają. Mysle, ze dopiero jesienią sytuacja sie poprawi. O ile będą wtedy grzyby, bo może grzybnia się teraz cała wyeksploatuje i potem nic juz nie będzie!
      I ja pozdrawiam Cię ciepło, Marysiu, dobrego tygodnia życząc!:-))

      Usuń
  16. Ale przygoda! Jak to mówią-nie chwal dnia przed zachodem słońca;) Zawsze gdy mój dzień rozpoczyna się gładko, przyjemnie i wszystko się układa zaczynam coś podejrzewać..W końcu jakaś równowaga w przyrodzie musi być:)
    W każdym razie dobrze, że Tobie nic się nie stało, a i grzybów w lesie nie zabrakło:) Będzie co wspominać i opowiadać:)
    U nas tylko i aż-same maślaki! Ususzyć się nie da niestety...a i przejeść je trudno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś w tym jest Weroniko! Zawsze człowiekowi coś musi to bezchmurne dotąd niebo zachmurzyć. Ale jeśli są to takie drobiazgi, jak ten z wykapanym telefonem, to właściwie żadne to zmartwienie. Pozostają pogodne wspomnienia z leśnych wypraw a one są z tego wszystkiego najwazniejsze.
      Fajnie masz z maślakami. Uwielbiam sos maslakowy a u nas tych grzybków niewiele, bo lasów iglastych mało. Maślaczki możesz sobie zamarynować albo zrobić do małych słoiczków na gęsto, w sosie własnym i porządnie zapasteryzować. W zimie dzięki temu obiad będziesz mogłą przygotować w piętnaście minut.
      Serdecznie Cie pozdrawiam i życzę miłego tygodnia Weroniko!:-)) Juz lipiec za parę dni sie kończy! och, jak to wszystko szybko pędzi...

      Usuń
  17. No to miałaś niezłą przygodę z telefonem,mój mi wpadł pod koła samochodu i tylko zdjcia cudem się zachowały a telefon trzeba było kupić nowy.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za wszystkie merytoryczne komentarze. Inne, a szczególnie te natrętne i napastliwe będą usuwane do spamu.

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy blog Cesarzowa Ki chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo Góry Flindersa grudzień Gwiazdka historia horror humor humoreska informacja inność internet Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka jesień kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lis listopad łąka macierzyństwo malarstwo marzenie miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia moda muzyka nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie ogrody opowiadanie opowiastka opowieść pamięć park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady prawda prezent przedwiośnie przepis przygoda przyjaźń psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty smutek South Australia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wspomnienia wspomnienie wychowanie zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia