piątek, 9 marca 2018

Uskrzydleni...





   Ostatnimi czasy wiele zmieniło się w życiu woźnego, pana Eustachego. Odkąd lekarz polecił mu kupno dobrego aparatu słuchowego, skierował do optyka po nowe okulary oraz doradził popijanie ziółek na uspokojenie, mężczyzna poczuł się zdecydowanie lepiej. Nabrał dystansu do swojej codzienności i otaczających go ludzi. Wyciszył się i zaczął trochę inaczej patrzeć na świat.  Sam sobie się dziwił, czując jak innym staje się człowiekiem, jak odnajduje powoli dawnego siebie – zrównoważonego, zadowolonego z życia człowieka, który odzyskał utracony kiedyś smak i blask codzienności oraz odwagę by znowu zacząć marzyć. 

   Kilka tygodni urlopu zdrowotnego wykorzystał przede wszystkim na długie spacery po parku. A także kilkukrotne odwiedziny w miejscowym schronisku dla zwierząt.  Zdecydowanie dość miał już samotnych wieczorów. Potrzebował przyjaciela. Wiernego, cierpliwego i oddanego. Takiego, który rozumiałby go bez słów. Długo przypatrywał się nieszczęsnym psiakom w schronisku aż wreszcie wybrał łaciatego, półgłuchego kundelka. W oczach tego psiaka zobaczył taką mieszankę smutku i nadziei, takie pragnienie szczęścia i usilną prośbę o nie, że aż serce mu się ścisnęło i zrozumiał, iż to właśnie to samotne, bezradne stworzenie będzie dla niego najlepszym towarzyszem. Widział w nim jakby samego siebie i zapragnął odmienić zupełnie tak ponury dotąd, psi żywot. Nazwał pieska Łatek i wziął go na ręce ściskając serdecznie i czując jak mocno bije wdzięczne serce psiaka. Potem w sklepie zoologicznym kupił mu czerwoną obróżkę, smycz oraz wygodny koszyk, w którym po powrocie do domu wyścielił Łatkowi wygodne posłanie. Teraz wieczorami bawił się z pieskiem albo czytał mu na głos fragmenty swoich ulubionych książek z dzieciństwa. Był ostatnio częstym gościem biblioteki publicznej i za każdym razem buszował z radością między regałami, znajdując ulubione, pamiętane z czasów młodości lektury. W tych wędrówkach często towarzyszyła mu Zosia, która od tamtego wczesnowiosennego dnia, gdy przekonała się, iż nie taki diabeł, czyli pan woźny straszny, uwielbiała dyskutować z nim o książkach, opowiadać o postępach w przygotowywaniu szkolnego przedstawienia teatralnego a przede wszystkim o marzeniach, których całe chmary radośnie ćwierkały w jej sercu. Wybierali się też razem na spacery po parku, gdzie dziewczynka bez najmniejszego zmęczenia, godzinami uganiała się po alejkach z psiakiem woźnego a pan Eustachy, zawsze idąc nieco z tyłu, uśmiechał się na ten widok od ucha do ucha.

   Po powrocie do pracy w szkole woźny był zupełnie nie ten sam. Zamiast po swojemu pilnować porządku czy dyscypliny na korytarzach i w szatni często zamyślał się a popadając w dziwny stan roztargnienia przysiadał na ławkach i parapetach, by wpatrywać się w widoczną z pierwszego piętra przestrzeń wielkiego lasu, graniczącego od strony południowej z miasteczkiem. Lada chwila miała się zacząć kalendarzowa wiosna a czując dziwną niecierpliwość oraz oczekiwanie na nie bardzo wiadomo co, pan Eustachy szukał w nagich jeszcze koronach drzew zwiastunów tej cudownej, radosnej przemiany. Z takiego zamyślenia najczęściej wytrącał go najczęściej chichot jakiegoś przechodzącego obok ucznia, dyskretne chrząknięcie którejś z nauczycielek czy serdeczne zagadnięcie przez Zosię.

   Chcąc go jakoś ożywić i odciągnąć od tajemniczych rozmyślań w czasie jednej z dużych przerw Zosia zaprowadziła woźnego do świetlicy szkolnej, gdzie trwały ostatnie próby do przedstawienia szkolnego.
- Musi pan nam coś doradzić, bo mamy wielki kłopot! – oświadczyła.
- Chłopak, który miał grać złego czarodzieja złamał nogę. Dziewczynka, grająca  Panią Wiosnę ma grypę. W ogóle jakoś się nam to wszystko nie klei a termin premiery tuż, tuż! Nasza wychowawczyni mówi, że z tego wszystkiego, to chyba przełożymy tę premierę na przyszły rok. Ale myśmy się przecież tak napracowali a do przyszłego roku, to wszystko zapomnimy!

   W świetlicy, gdzie odbywała się próba, za zasłoną z bordowego aksamitu wybudowana była scena, na której dzieciaki poustawiały własnoręcznie zrobione dekoracje. Były tam wycięte z ogromnych kartonów i styropianu drzewa, ubrane w bibułkowe listki i żołędziowe ptaszki. Ponad nimi wisiały na linkach udrapowane ze starych firanek chmurki, spoza których wyglądało wesoło uśmiechnięte, ogromne, kartonowe słońce. Wszystko to wyglądało bardzo ładnie, tylko miny aktorów, siedzących na udających kamienie pudłach były smętne a nawet ponure. Tekst swoich ról wygłaszali bez przekonania i co rusz się mylili albo zapominali swoich kwestii. Niektórzy z nich byli tak znudzeni, że przysypiali po kątach lub nawet po kryjomu grali w państwa miasta albo kółko i krzyżyk.

- No widzi pan? – pełnym zgrozy szeptem zwróciła się do woźnego zmartwiona Zosia a on pokiwał głową i przykro mu się zrobiło, że jego do niedawna tak pełna entuzjazmu i werwy mała przyjaciółka jest teraz w taki kiepskim nastroju.
   Nawet nauczycielka, mająca pieczę nad przygotowaniem przedstawienia również popadła w dziwną niemoc. Widać oto było, jak siedzi bezwładnie na krześle i zamiast spoglądać na scenę i dopingować jakoś otępiałych aktorów patrzy przez okno i zamyśla się nie wiedząc, co się wokół niej dzieje. Scenariusz przedstawienia zsunął jej się na podłogę i leżał tam zapomniany, jak nikomu niepotrzebny jesienny liść.

   Na widok tego wszystkiego pan Eustachy podjął pewne postanowienie. Dziarsko wdrapał się na podium sceny, rozejrzał uważnie i udając dawnego siebie, czyli sroższego niż był w istocie, zakrzyknął:
- Hej, obudźcie się! Co to ma być za lenistwo? Czy nie wiecie, że prawdziwa wiosna nigdy do naszego miasteczka nie zawita, jeśli zobaczy jak niemrawe towarzystwo tu na nią czeka?
- A może wy wcale nie czekacie na wiosnę? Może wam już wszystko jedno?! – huknął, powiódłszy po zgromadzonych groźnym wzrokiem.

   Nauczycielka, jak przebudzona z letargu, wstrząsnęła się cała, oblała rumieńcem i z mieszaniną zdumienia i nadziei popatrzyła na grzmiącego z wysoka woźnego.
- A co by pan radził, panie Eustachy? – zapytała pokornie, czując się znowu jak mała, zahukana nieco dziewczynka, którą niegdyś była i tak jak reszta dzieciaków zmykała na sam dźwięk głosu kłótliwego woźnego.
- Trzeba koniecznie obsadzić kogoś w roli Wiosny i czarodzieja. Proponuję by nową Wiosną została Zosia. Świetnie się do tego nadaje!  Natomiast czarodziejem, jeśli pani nie ma nic przeciw temu, zostanę ja sam! – odparł dziwiąc się własnej odwadze i pojawiającej się nie wiadomo skąd ochocie, by pokazać tym dzieciakom, na co go stać. Spojrzał porozumiewawczo na olśnioną jego pomysłem Zosię i uśmiechnął się do niej leciutko, zaraz potem znowu przyjmując marsową minę i spoglądając wyzywająco na wpatrujących się w niego z otwartymi ustami, porozsiadanych na scenie, uczniów.
- To wspaniały pomysł! – wyjąkała zaskoczona nauczycielka – Tylko czy zdoła się pan nauczyć roli? Premiera już za dwa tygodnie!
- Och, osoby z mego pokolenia mają świetną pamięć! Nie zepsutą przez te wszystkie nowoczesne cuda techniki. Poproszę o tekst tej sztuki. Poczytam go sobie na spokojnie w domu i na jutrzejszej próbie stawię się w pełnym rynsztunku, jako rzeczony czarodziej!
- A wy dzieciaki nie śmiejcie się po kątach, tylko zaraz po lekcjach biegnijcie do parku po łyk świeżego tlenu. A jutro spotykamy się w świetlicy w zupełnie innym nastroju. Zrozumiano?! – zdecydowanym głosem zwrócił się jeszcze na odchodnym do rozbawionych jego odezwaniem się, rozchichotanych uczniów. Ci uspokoili się natychmiast. Popatrzyli na niego z niejakim podziwem a potem zebrali swoje torby i plecaki i wyszli ze świetlicy, szepcząc miedzy sobą, że chyba ich woźny do reszty zwariował albo zdziecinniał.

   Pan Eustachy tymczasem wrócił szybkim krokiem do swojej przybudówki, albowiem czas już był najwyższy na dzwonek oznajmiający koniec dużej przerwy. Zdecydowanie wcisnął czerwony guziczek elektrycznego dzwonka i przytrzymał go w tej pozycji o wiele dłużej, niż zwykle. Jego dźwięk rozbrzmiał w całej szkole z ogromną mocą. Jednak jeszcze silniej ozwał się on w sercu woźnego, który uczuł w sobie jakąś nadciągającą nie wiadomo skąd falę ogromnej świeżości i siły. Sam nabrał ochoty, aby pójść do parku, pospacerować a potem, gdzieś na ustronnej ławeczce przeczytać na spokojnie scenariusz przedstawienia i wczuć się w rolę.

   Jak pomyślał, tak zrobił. Wziął Łatka i wyruszyli w gąszcz forsycji i magnolii. A gdy psiak zajął się ogryzaniem jakiegoś apetycznego patyka usiadł w pobliżu rzeźby przedstawiającej uskrzydloną kobietę. Popatrzył na jej szlachetną, pociemniałą od patyny czasu, smutną twarz i pomyślał, że dotąd i on był tak unieruchomiony, skazany na niezmienne trwanie jak kamień. Teraz coś się w nim zmienia. Musi iść za tym swoim wewnętrznym głosem, który każe mu żyć i nie bać się nowych wyzwań. Zmieniać to, co da się zmieniać. Bez strachu o śmieszność. Mężczyzna ubrał swoje nowe okulary. Otworzył scenariusz szkolnego przedstawienia i i przebiegł wzrokiem po pierwszych linijkach tekstu, uśmiechając się do siebie samego…

   Och, wiele działo się przez następny tydzień w szkole podstawowej w budzącym się z zimowego snu miasteczku. Przede wszystkim pan Eustachy dokonał kilku odważnych przeróbek w scenariuszu przedstawienia i teraz jego postać grała w niej nieomal pierwsze skrzypce. 
-A cóż mam sobie żałować?! – z radosnym, wyzywającym błyskiem w oku  popatrywał na pozostałych aktorów, jako zły czarodziej pokrzykując na niemrawe  krasnale, wodniki i rusałki. A gdy widział, ze znowu jakieś zwątpienie czy nuda zaczynają się wkradać w szeregi trupy teatralnej zabierał ją na długie spacery po parku. Tam, przy postumencie z uskrzydloną kobietą odbywali kolejne próby. Łatek poszczekiwał na wszystkich radośnie i nieustannie zachęcał do zabawy. Zosia szczęśliwa i dumna, iż może wcielać się w samą panią Wiosnę dawała z siebie wszystko i z próby na próbę była coraz lepsza.  Teraz już nikt nie wyobrażał sobie by rolę tę mógł odtwarzać ktokolwiek inny. Nauczycielka polskiego z ulgą podporządkowała samozwańczemu reżyserowi we wszystkim ciesząc się, iż mogła przekazać stery tak zdecydowanemu, obdarzonemu ogromną charyzmą woźnemu-czarodziejowi. 

   Słońce przypatrując się pełnym energii i radości dzieciakom także odważało się coraz mocniej świecić i pod koniec marca na parkowych trawnikach pojawiły się pierwsze wiosenne kwiatki. Natomiast za ubranymi w coraz bardziej pęczniejące pączki liści i kwiatów krzewami z zapartym tchem przyglądały się temu wszystkiemu miejscowe elfy oraz skrzaty. Na dębie, ukryta wśród ubiegłorocznych, wciąż wiszących tam suchych liści jako najwierniejszy widz przesiadywała wróżka Konstancja. I z wielkim trudem powstrzymywała się od chichotu czy spontanicznych braw. Nawet poważna zwykle, uskrzydlona, kamienna kobieta nie mogła się czasem powstrzymać od delikatnego uśmiechu.

   W dniu premiery padał ulewny deszcz i ciemnoszare chmury spowijały niebo. Rynek miasteczka otulony był mglistą, srebrzystą woalką i cieniem. Jednak świetlica, w której miało się odbyć tak ważne dla wszystkich przedstawienie oświetlona była rzęsiście wieloma mocnymi żarówkami. Za kurtyną trwały ostatnie przygotowania. Pełni tremy aktorzy przestępowali z nogi na nogę, na wszelki wypadek ściskając w dłoniach karteczki ze swymi tekstami. Pan Eustachy wyglądał bardzo groźnie z dolepionymi krzaczastymi brwiami i rosochatą, aż po pas, brodą. Siedział na kawałku styropianu, udającym gruby pień drzewa i z niecierpliwością oczekiwał początku. 

   Wreszcie światła zgasły. Wszyscy widzowie zamarli z podziwu widząc na scenie las, niebo, słońce i chmury a przede wszystkim postać groźnego czarodzieja, uśmiechającego się szyderczo i zaprzeczającemu nadejściu tak bardzo oczekiwanej przez wszystkich pani Wiosny. Potem potoczyła się opowieść o walce dobra ze złem i o tym, że nawet w mrocznym, zamkniętym na cztery spusty sercu drzemać może tęsknota za słońcem i radością. Na koniec roztańczona, prześliczna Wiosna pląsała po ustrojonej w liście i kwiaty scenie a wokół niej wirowały szczęśliwe elfy, skrzaty, wodniki i rusałki. A czarodziej? Gdzie podziała się ta zrzęda, ten wieczny ponurak? Odpłynął gdzieś z ostatnimi, ciemnymi chmurami w poszukiwaniu swego utraconego dzieciństwa.

   Ach, jak wszyscy bili brawa! Jak się wszystkim przedstawienie podobało! Dyrekcja oraz grono pedagogiczne nachwalić się nie mogli reżyserii, scenografii oraz brawurowej grze aktorów. Aktorzy wychodzili na scenę i kłaniali się raz po raz, ciesząc się tak ogromnym sukcesem oraz tym, iż udało im się nie pomylić ani razu. A pan Eustachy? Co z nim się działo? W chwili, gdy na widowni zabrzmiały pierwsze oklaski wymknął się cichutko i niepostrzeżenie ze świetlicy i prosto stamtąd poszedł do swojej przybudówki. Ostrożnie zdjął z siebie wspaniałą charakteryzację oraz szarobure szaty czarodzieja. Usiadł na moment przy oknie zapatrzywszy się na przepływające prędko po niebie obłoki. Westchnął i uśmiechnął się do siebie i tych pierzastych chmurek .A potem wziął Łatka i poszedł nim na spacer do parku. A czas był ku temu wielce sprzyjający, albowiem deszcz ustał i pierwsze promienie słońca zaczęły oświetlać błyszczące od wilgoci uliczki miasteczka. Jak zwykle obaj udali się w alejki jaśminowych krzewów by dojść wreszcie do rzeźby przedstawiającej uskrzydloną kobietę.

- Piękna pani! Wszystko się udało! Dzieciaki były szczęśliwe i ja chyba też jestem szczęśliwy. Czuję się, jakbym miał skrzydła i mógł polecieć!  – zwierzył się spontanicznie, patrząc serdecznie w oczy kamiennej istoty. Wówczas zdało mu się, iż dostrzegł w nich jakieś delikatne lśnienie. Tęsknoty? Nadziei?
- I właściwie tylko jednego brakuje mi do pełnego szczęścia! – dodał jeszcze.
- Żebyś ty wreszcie naprawdę mogła polecieć! Tyle czasu tkwisz tutaj, nieszczęsna istoto! Od kiedy pamiętam jesteś w tym miejscu. Nawet w dzieciństwie przychodziłem do ciebie, by schronić się w cieniu twych skrzydeł i marzyć o niebieskich migdałach.
- Wiosna wszystkim ożywia serca i odgania stare smutki. Tylko ty, po staremu uwięziona tutaj…

   Pan Eustachy przymknął wilgotne od wzruszenia oczy i pociągając nosem oparł głowę o stopy kamiennej kobiety. Trwał tak przez chwilę aż usłyszawszy dziwne popiskiwanie Łatka otrząsnął się z odrętwienia i uważnie rozejrzał się dookoła. Niczego dziwnego nigdzie nie dojrzał. Natomiast gdzieś w górze, ponad nim ktoś wzdychał i przeciągał się jak po długim, smacznym śnie.

- Stasiu! Chcesz polecieć gdzieś hen, daleko? – usłyszał nagle zadane przez nie wiadomo kogo pytanie. I wówczas ujrzał ze zdumieniem, że to uskrzydlona kobieta rozpostarłszy szeroko skrzydła macha nimi radośnie i patrzy prosto w jego zielone oczy.
- Już tak dawno nikt nie mówił do mnie Stasiu… - szepnął – Co to za dziwy się dzisiaj na świecie dzieją?!
   Woźny nie namyślając się wiele wziął na ręce popiskującego wciąż Łatka a potem widząc, że uskrzydlona kobieta zdecydowanie przyzywa go do siebie wszedł na kamienny postument i podał jej dłoń.

   I pofrunęli. Ponad parkiem, lasami, rzeką, miasteczkiem i wioskami żeby szukać wszędzie śladów wiosny a znalazłszy chichotać szaleńczo i beztrosko. A potem lecieć dalej, wciąż dalej, bo uskrzydlone marzenia niczym ogromne bańki mydlane unosiły ich w nieskończoną dal. W bezkresną, błękitną wolność…
   A na parkowym dębie siedziała otulona w błękitny szal wróżka Konstancja i ocierając łzy śmiała się, śmiała głośno i serdecznie…

22 komentarze:

  1. Mogę się tylko przyłączyć do Wietrzyka, piękne, wzruszające, w ciepłych kolorach tęczy:-)
    Marytka:-)*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spełnione marzenia czasem wywołują wzruszenia...
      Dziękuję za życzliwe słowa i pięknego dnia życzę, Marytko!:-)*

      Usuń
  2. Pięknie, tak jak moje dzisiejsze słońce, jak kupione tulipany co stoją w wazonie.
    Olu tą opowiastką przypomniałaś mi naszego woźnego ze szkoły podstawowej a później liceum pana Michała i jego żonę. To byli wspaniali ludzie. Mieszkali na terenie szkoły. Ile razy dawali nam schronienie przed "srogimi" spojrzeniami pedagogów. Doszywali urwane tarcze do rękawów. I zawsze mieli dobre słowo dla nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się Olu, że tą opowiastką przypomniałam Ci wożnego Michała i jego żonę.Tyle ludzi człowiek w życiu spotkał na swej drodze, ale Ci napotkani w dziecinstwie wywarli na nas najsilniejszy wpływ i wciąz budzą zywe wspomnienia...Ja miałam w podstawówce bardzo srogą woźną, ale mimo to wspominam ja z życzliwością i łezką w oku, bo stanowi ona część świata, który odszedł bezpowrotnie. "Ach, te lata młode, co przepadły jak kamienie w wodę...".
      Pozdrawiam Cię z ciepłym uśmiechem, Olu!:-)*

      Usuń
  3. Nigdy nie wiemy, kto i czym, wpisze się w nasze serce na stałe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, Basiu!I nieraz długo po czasie okazuje się, kto mocno sie w naszych sercach zapisał...

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tak sądzisz, Gabrysiu!:-)

      Usuń
  5. Wystarczy dac osieroconemu psu dom i milosc, a caly swiat sie odmieni.

    OdpowiedzUsuń
  6. Podoba mi się zakończenie, piękne i wzruszające.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszy mnie, że zakończenie Ci sie spodobało, Ewo!:-)

      Usuń
  7. Cudownym człowiekiem był ten Eustachy :). A zakończenie przecudne

    OdpowiedzUsuń
  8. Mieć skrzydła u ramion, głowę w chmurach i wiatr we włosach... to znaczy żyć!
    Jak dobrze jest poddać się temu uczuciu, uciec od rutyny,codzienności i poszybować ku marzeniom, ku życiu.
    Pięknie napisane!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, cudownie byłoby poszybować na prawdziwych skrzydłach, stac sie ptakiem, choć we śnie. Albo chociaż w wyobraźni, w marzeniach, umieć oderwać się od tego, co martwi, boli, przeraża, dołuje. W tym drugim sensie każdy z nas moze być uskrzydlony. Dobrze jest tczasem takich własnie skrzydeł użyć!:-)

      Usuń
  9. Piekna historia. Odwieczne marzenie czlowieka... poszybowac swobodnie z wiatrem ku sloncu :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, odwieczne marzenie. Wrózka Konstancja i magiczna studnia pomogły spełnic je Stasiowi!:-)

      Usuń
  10. Ależ pięknie napisana historia.
    Gratuluję Ci serdecznie.
    :-)

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga Dubiecko dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie głodówka gospodarstwo góry Góry Flindersa grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień kalina kangury kastracja koala kobieta koguty komputer komunikacja konfitury koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo malarstwo marzenie mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda muzyka muzyka filmowa nadzieja nałóg natura Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć Panna Róża park pasja patriotyzm pies pieśni piosenka płot początek podróż poezja Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady praca prawda prezent prośba przedwiośnie przemijanie przepis przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia recenzja refleksja relatywizm repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słowa smutek South Australia spacer spiżarnia strych szczęście śmierć święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś wiosna wirus woda wolność wrażliwość wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdrowie zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi