
Piękny był
dzisiaj wschód słońca. Spektakularny, ale i trochę niepokojący, bo wbrew woli kojarzący
się z łuną pożogi, z krwawym odblaskiem toczących się na świecie i wciąż nawarstwiających
konfliktów. Jednak te niesamowite odcienie głębokiej czerwieni, swobodnie przenikające się
z fioletem i złotem widoczne były tylko przez moment. Potem niebo bardzo
szybko zszarzało, zachmurzyło się i powróciło do swej zwyczajnej, listopadowej,
jakże kojącej odsłony. We mnie jednak pozostało wspomnienie tego poranka. Mam
je też na kilku zdjęciach a patrząc na nie dzielę się z Wami moimi refleksjami…
Nie samym
pięknem człowiek żyje, nie samym dobrem, nie marzeniami, nie złudzeniami i
pobożnymi życzeniami, nie wierszami, muzyką, literaturą, zachwytem i wyłącznie pozytywnymi
wzruszeniami. Jednak gdyby nie to wszystko, jakżeby w ogóle żył? Jak zniósłby
napór zła i ponurych wieści płynących zewsząd? Jak mógłby zapomnieć o nieuchronności
śmierci? Jak dałby radę po prostu cieszyć się swoją codziennością, gdyby nie
próbował odciąć się od strumyczków strachu, zgrozy i niedobrych przeczuć
usiłujących wedrzeć się do serca najmniejszą chociażby szczelinką?
Tak więc każdego
dnia buduje sobie człowiek swoją tratwę ratunkową. Naprawia ją i łata
bezustannie. Co mu gdzieś jakaś deska odpadnie, to przytwierdzi kolejną. Co go zdoła
liznąć albo i zalać nagła fala bezwzględnego oceanu, to przemieści się w inny
kąt tratwy, to przytrzyma się i skuli jeszcze mocniej by ustrzec się przez następną
groźną falą. A potem przemoczony do nitki wpatruje się w odległy horyzont, bo cokolwiek by się wokół
niego i w nim nie działo, to gdzieś tam wciąż kryje się jakaś uparta siła, bo z
tej oddali dociera do niego światło nadziei czy chociażby złudny blask wiecznotrwałych
wspomnień…
Człowiek nie
jest bezbronny i nagi, choć często tak mu się zdaje. Wypracował sobie swoje
sposoby na ucieczkę przez niechcianymi myślami, przed samym sobą. Każdy robi to
po swojemu. Świadomie albo nieświadomie. Ale robi. By żyć. By dojść aż do końca
przeznaczoną dla siebie drogą. Bywa, iż od natłoku lęków, od tego irytującego permanentnego
straszenia wokół ratują go jego własne, codzienne problemy. Skwapliwie zatem odcina
się od tego, co daleko. Z uwagą patrzy na to, co naprawdę jest jego życiem. Wszak
bliższa koszula ciału…I od nowa podejmuje wyzwania, którym musi sprostać,
ponieważ nikt inny tego za niego nie zrobi. Działa, jak tylko może, usiłuje
mieć na coś wpływ, bo często go ma, choć zdarza mu się w to wątpić. Jednakże
samemu sobie wydaje się tak słaby, tak nic nieznaczący. Ale musi przecież zająć
się kimś bliskim i bardzo chorym. Musi choćby spod ziemi wyciągnąć jakieś
grosze by zacząć spłacać długi. Musi nie ustawać w znalezieniu nowej pracy, choć
w tak wielu miejscach usłyszał już odpowiedź odmowną. I musi też znieść znajomy
ból a nawet przyzwyczaić się do niego i zaakceptować, bo próbował już
wszystkiego i wie, że pewnych boleści niczym nie da się uśmierzyć…
Czasem bywa jednak
i tak, że w najmniej spodziewanym miejscu pojawia się nadzieja. Ukazuje się niby
zardzewiała furtka pośród gąszczu kolczastych jeżyn albo dzikich róż. I wówczas
czuje się podświadomie, iż można znaleźć dla siebie pocieszenie, źródło nadziei
i mocy w poznawaniu przejmujących, cudzych historii. W zbliżeniu się do ogromu
czyjejś krzywdy. W spojrzeniu w czarne czeluści czystego zła, z którym ktoś inny
musiał się jakoś uporać, jakoś je przetrwać, choć nam wydają się one niemożliwe
do przetrwania, do ocalenia chęci na kontynuowanie dalszego życia. I myśli sobie człowiek, że skoro ten ktoś w
tak okropnym położeniu dał sobie radę, skoro potworna rzeczywistość nie zdołała
zgasić w nim ducha, to może i jemu się uda. Szuka więc w sobie podobieństw do
uczuć tamtej, cierpiącej osoby. Znajduje ich wiele i przegląda się w nich jak w
lustrze. I zagłębia się coraz namiętniej w czyjś los, niemal masochistycznie nurzając
się w morzu cierpienia, ucząc się jednak przy tym jak umieć sobie z własnym
losem, z własnym cierpieniem poradzić i w końcu wypłynąć na powierzchnię. Bolesna
to nauka i wiele razy w trakcie jej poznawania przyjdzie człowiekowi oparzyć
się albo zachłysnąć się goryczą, niechęcią, wstydem i beznadzieją. Wiele razy
zdarzy się przerazić niekończącym się złem, które zdaje się tryumfować i coraz
bardziej ranić. Jednak okazuje się, iż takie dosadnie bolesne lekcje, takie przerażające
wejścia w pełne płomieni zwierciadła prawdy bywają niekiedy jedyną możliwością
wyjścia z matni, odnalezienia upragnionego ratunku i doczekania kolejnego
wschodu słońca.

Piszę o tym tuż po lekturze bardzo dobrze
napisanej, wstrząsającej powieści autorstwa Anny Ellory pt. „Króliki z Ravensbruck”. Akcja książki toczy się w dwóch wymiarach. Jednym
z nich jest współczesność i główna bohaterka Miriam opiekująca się swym
umierającym ojcem. Drugim są czasy drugiej wojny światowej i pochodzące z tamtego okresu listy Friedy,
więźniarki obozu koncentracyjnego w Ravensbruck. Miriam pogubiona wewnętrznie,
przeraźliwie samotna i poraniona po trudnym do zerwania związku z
psychopatycznym mężem, z zapartym tchem wczytuje się w owe listy. Zagłębia się
w bolesne zwierzenia młodej kobiety wrzuconej
nagle w same czeluści piekieł obozowej rzeczywistości. A czytając opowieść
tamtej, coraz więcej dowiaduje się o samej sobie, zaczyna rozumieć w jakim
miejscu sama tkwi i co powinna zrobić by wreszcie próbować się wyrwać z
własnej, zawłaszczającej ją otchłani.
Jestem pełna
podziwu dla autorki książki za umiejętność opisania ogromu trudnych emocji
miotających obiema głównymi bohaterkami. A mój podziw jest tym większy, gdy
zdam sobie sprawę, iż Anna Ellory jest literacką debiutantką. Do czasu
publikacji „Królików z Ravensbruck” pracowała jako pielęgniarka w jednym ze
szpitali w Wielkiej Brytanii. I domyślam się, że właśnie tam dowiedziała się tak
wiele o nieskończenie wielu rodzajach cierpienia ludzkiego i o podejściu do
niego pacjentów, z którymi miała do czynienia. Ale nie udałoby się jej pewnie
tak prawdziwie i przejmująco przedstawić tej historii, gdyby sama nie nosiła w
sobie jakiegoś ziarenka cierpienia. Ziarenka, które pozwoliło jej na wczucie
się w przeżycia Miriam i Friedy, na umiejętność dotarcia do serc wrażliwych
czytelników. „Króliki z Ravensbruck” nie są jedną z wielu podobnych do siebie opowieści
o zgrozie obozów zagłady. To pełna psychologicznych tropów i aluzji wędrówka po
meandrach kobiecej duszy. Duszy, która w każdych czasach, w każdym położeniu
mimo wszystko ma szanse na zwycięstwo w walce z gnębiącymi ją demonami i która
swoim przykładem, swoją odwagą i chęcią przetrwania pomóc może następnym,
zagubionym we własnym labiryncie cierpienia duszom.
Nie tylko
pięknem człowiek żyje, ale cudownie jest, gdy to piękno ukazuje się oczom,
które zwątpiły już w jego istnienie. Piękno, które jest ponad wszystko, co złe
i chore. Piękno, które z niczym złym się nie kojarzy. Piękno, które trwa i
trwać powinno w każdych czasach…
*Anna Ellory, „Króliki z Ravensbruck”, wyd. Prószyński i
S-ka”, Warszawa 2020, 446 s.
