…Wrzesień przyniósł nam spore ochłodzenie a także znaczącą zmianę kolorystyki pogórzańskich pejzaży. Wokół jest coraz bardziej jesiennie, choć wydaje się, że jeszcze na to za wcześnie. Płowe trawy na łąkach jak okiem sięgnąć złocą się i lśnią w świetle słońca wyrazistą, opalizującą poświatą. Liście drzew przebarwiając się na żółto, rudo i brzoskwiniowo przez chwilę wirują w wielobarwnym tańcu a potem cichutko szeleszcząc osiadają warstwa za warstwą na nienapojonej od dawna ziemi. Dojrzałe i ciężkie od słodkiego soku kiście winogron niby zapałeczki łamią się pod swym ciężarem i spadają na uschły trawnik. Zaczęły już kwitnienie astry marcinki. Ich niemalże bezlistne, zrudziałe łodygi nie wydały w tym roku zbyt wielu kwiatów. Nie widać, niestety między nimi jak zawsze o tej porze rojów beztroskich, kolorowych motyli. Może jeszcze się pojawią, a może i im zaszkodziły tegoroczne upały i wyjątkowo nie odwiedzą jaworowego ogrodu? W tym sezonie nie ma też prawie wcale w naszych stronach kleszczy. Pewnie w palącym słońcu poschły na krzewach nie mogąc doczekać się wilgoci i żywiciela. Nieobecność kleszczy oraz ślimaków wydaje się jedyną korzyścią z tego kończącego się już diametralnie gorącego i suchego lata. Tutejsza przyroda umęczona permanentnym brakiem opadów (a trwa to u nas już kilka miesięcy) i jakichkolwiek szans na odrodzenie zieleni, bezradna wobec toczącej ją coraz dogłębniej suszy najwidoczniej zdecydowała, że pora szykować się do jesieni. Pora już chyba pożegnać złudzenia o ożywczych deszczach, o cudownym ratunku dla spieczonej, ledwie dychającej natury. Na nic bunty, frustracje i próżne nadzieje. Trzeba dostosować się i pogodzić z tym, co jest. Nareszcie odpocząć po letnich męczarniach, szykując się na to, co nieuniknione, na zimę, która naturze przyniesie upragniony, spokojny sen i błogą hibernację a ludziom…? No właśnie. Też chciałoby się usnąć i nie martwić już niczym. Odciąć się od napływających zewsząd niewesołych wiadomości czy złych przeczuć a potem obudzić wypoczętym i chętnym do działania, gdy już dokoła panować będzie radosna, optymistyczna wiosna i uskrzydlać będą co dnia nowonarodzone, wielobarwne marzenia…
A tymczasem w rozmowach z sąsiadami i znajomymi wiele teraz troski o byt, zwierzeń o starych i nowych problemach, pełno trwożnych pytań bez odpowiedzi. Niechciane i uciszane niepokoje wyłażą zewsząd popiskując niecierpliwie niby myszy gotujące się do gromadnej inwazji na marnie zabezpieczony na taki atak spichlerz. Ta okrutna susza jest ogromnym, ale jednak tylko jednym z mrowia dokuczliwych zmartwień. Wydaje się także symbolem tego, jak my i natura bezradni jesteśmy w obliczu destrukcyjnych, wszechogarniających zmian, które ni stąd ni zowąd mogą nas dotknąć. Ma się wrażenie, że jakaś monstrualna, ciemna chmura zawisła nad przyszłością zapobiegliwych i pracowitych, lecz coraz bardziej bezradnych teraz ludzi. Można od niej odwracać głowę, można udawać, że jej nie ma i próbować cieszyć się okruchami zwyczajnego życia, ale niestety, groza tej złowieszczej chmury coraz bardziej daje o sobie znać…
Patrzę na piękno gotującego się do kolejnej pory roku Pogórza. Chłonę je wszystkimi zmysłami, pragnąc czerpać z niego poczucie bezpieczeństwa, spokój i pociechę, a przede wszystkim oderwanie od niewesołych myśli o tym, co czai się blisko i daleko. Swoją drogą, jakie to dziwne i abstrakcyjne nawet doznanie. Oto całe światy chwieją się w posadach, oto ludzkość jest świadkiem gwałtownych przemian społeczno-politycznych, oto prują się tak mocne do niedawna materie normalnej codzienności a tymczasem jesień jak gdyby nigdy nic wkracza w nasze życie malując pejzaże po swojemu. W przeciwieństwie jednak do poprzednich jesieni, w tegorocznej, tak na pozór urokliwej i kolorowej, dostrzegam obraz znużenia, bezradności i cierpienia.
To już dwunasta jesień, którą dane nam będzie spędzić w tych okolicach. Każda z tych jesieni była nieco inna a jednak w jakiś sposób podobna do siebie. Wiele z nich przynosiło kolejne fale zwyczajnych radości i smutków, a także zdarzeń nagłych a znaczących, niemożliwych wcześniej do przewidzenia. W ich obliczu człowiek musiał sporo rzeczy w sobie przewartościować. Z czymś się nieodwołalnie pożegnać. Wciąż rzeźbić siebie na nowo. Starać się zrozumieć więcej, ale i pogodzić z tym, a nawet zaakceptować to, czego pojąć i zmienić nie sposób. Iść naprzód. I przede wszystkim ocalać w sobie…siebie. Oboje z Cezarym tacy sami a jednak trochę inni idziemy zatem i iść nie przestaniemy, póki sił w mięśniach i zapału w sercach nie braknie.
Zbliża się dziesiąta rocznica istnienia tego bloga. Ze zdumieniem konstatuję ten fakt, bo po pierwsze bardzo szybko to przeleciało a po drugie zakładając to wirtualne miejsce, nie przypuszczałam, iż tak długo będzie ono trwać i tak bardzo się rozrastać. Kilkaset zamieszczonych tu tekstów oraz kilkadziesiąt tysięcy fotografii dokumentuje nasze tutejsze życie, nastroje, kolory, marzenia, zmartwienia, pogodę a przede wszystkim liczne, blogowe znajomości, które przez pewien czas intensywnie kwitły, ale potem więdły zapewne po to, by mogły się narodzić inne…
Na początku blog zdawał się być ot, zabaweczką, rozrywką na długie jesienne wieczory. Potem zaczął się zmieniać w rodzaj internetowego pamiętnika, czy może nawet w odmianę wirtualnego, przytulnego domu. Bywał też specyficznym lustrem, w którym przeglądałam się, chcąc zbadać jakie zmiany zaszły we mnie przez te lata, ile zostało we mnie dawnej Oli, czy wciąż rozpoznaję się w tym odbiciu i czy się z nim utożsamiam. Różnie to bywa…Coraz mniej odnajduję w sobie rozmarzonej, ufnej idealistki. Coraz więcej dostrzegam graniczącego z pesymizmem realizmu a czasem nawet (zwłaszcza jeśli idzie o ogląd współczesnego świata) radykalizmu. Cóż. Wiek ma swoje prawa. Gromadzone latami doświadczenia, obserwacje oraz towarzysząca im wiedza o świecie i ludziach robi swoje. Każdy z nas się zmienia czy tego chce, czy nie. Nie można przecież pozostać na zawsze szybującą w obłokach wyobraźni naiwną, poetyczną Anią z Zielonego Wzgórza czy też wiecznie optymistyczną Pollyanną. Jednak miło jest odnajdywać w sobie ich maleńkie cząstki, nigdy niegasnące promienie nadziei, ukryte nieraz pod grubą warstwą pragmatyzmu.
Oboje z Cezarym dziękujemy wszystkim stałym czytelnikom i komentatorom tego bloga za Waszą życzliwą obecność tutaj i wyrażamy nadzieję, że jeszcze przez jakiś czas będziemy mogli się na blogowych łamach spotykać. Na to będzie miało wpływ wiele rzeczy, ale w najbliższym okresie decydujący może okazać się po prostu brak prądu elektrycznego, który jak nas zewsząd straszą już wkrótce stać się może dobrem luksusowym a nawet niedostępnym. Zatem póki nam wszystkim jeszcze nie wyłączyli światła, póki trwają nasze swojskie, małe światy wraz z kolejną jesienią pozdrawiamy Was serdecznie pod tym samym niebem!:-))







