Na zewnątrz nadal przedwiosenne ciepło roztapia pozostałości niedawnych śniegów. Lada chwila podobno znowu ma się drastycznie ochłodzić i białym puchem poprószyć. Zmiana goni zmianę. W przyrodzie wielkie ożywienie. Jastrzębie pokrzykują piskliwie frunąc majestatycznie pod niebem Pogórza, kołując nad łąką albo przysiadając na starym kasztanie i stamtąd wypatrując ofiary. Maleńkie, nieświadome zagrożenia ptaszęta obwieszczają co rano radosne hymny miłości frunąc beztrosko między drzewami. Coraz częściej dziki i sarny przemykają po sąsiednich polach i zagajnikach. Coraz więcej sideł kłusownicy rozstawiają po lasach. A parę dni temu szaro - złoty wilk jak gdyby nic nieśpiesznym krokiem przeszedł drogą obok naszego domu, Powęszył na łące, w skupieniu spojrzał miodowymi, zwężonymi w wąskie szparki oczami przed siebie, na moment zniknął w pobliskich chaszczach a potem wyłonił się z nich nagle i spokojnie poszedł w kierunku lasu. Mróz mi przeszedł po krzyżu, choć to nie pierwszy raz, gdy tak blisko naszego płotu widziałam wilka. Ale za każdym razem jest to duże przeżycie. Uświadamia mi ono jak blisko natury żyję i że jest w niej miejsce zarówno na łagodność i spokój, jak i na dzikość i grozę. Ale przecież i w nas, ludziach znaleźć można wszystko. Piękno i brzydotę. Dobro i zło. Lęk i odwagę. Sarnę i wilka. Prawdę i fałsz. Słodycz i gorycz. Nadzieje i rozczarowania…
A co do wilka, tak bardzo się na niego zapatrzyłam, że dopiero w ostatnim momencie zdążyłam złapać aparat fotograficzny i zdołałam mu zrobić tylko jedno, mocno niewyraźne zdjęcie. Cóż, pewnie on wcale nie życzył sobie by go fotografować, łapać okiem obiektywu. Pojawił się niczym duch i jak duch zniknął, pozostawiając po sobie niezatarte wrażenie piękna i grozy oraz niepoddającej się ludzkim ograniczeniom wolności.
Niedawno skończyłam czytać książkę, która wywarła na mnie duże wrażenie. Książkę, co niby bomba z opóźnionym zapłonem wyzwalała coraz więcej emocji i wzruszeń a im bardziej zbliżałam się do jej końca, wszystko już we mnie wrzało i żałowałam, że czytam zbyt szybko, że zaraz wszystko się rozstrzygnie i będę musiała pożegnać się z tymi, którzy stali mi się bliscy. Tak niezwykle jej bohaterki weszły mi w duszę, tak bardzo się z nimi utożsamiałam, tak mocno zastępowały mi nieobecne lub nieistniejące przyjaciółki. Z bijącym mocno sercem wczytywałam się w odkrywane powoli skomplikowane zależności między czterema kobietami, w pokręcone i pełne ran losy prababki Berty, babki Barbary-buni, córki Violetty oraz wnuczki Kaliny opisywane na kartach kilkusetstronicowej powieści Joanny Bator . Jeśli któraś z Was czytała „Gorzko, gorzko” tej pisarki to pewnie doskonale wie, o czym piszę. Każda z tych pokiereszowanych wewnętrznie istot dążyła do wolności, ale na drodze ku niej wciąż stały ich własne lęki, przekazywane z pokolenia na pokolenia traumy czy też toksyczni, gorsi od wilków (które też po wielekroć się w tej opowieści pojawiają) ludzie. W każdej kotłowało się piekło i niebo, miłość i nienawiść, siła i bezradność, małe radości i duże klęski, niewinność, ale i brak hamulców moralnych. Wszystkie czekały na to, kiedy wreszcie ruszą z kopyta ich dni, kiedy zacznie się dziać coś ważnego, kiedy pojawi się prawdziwa miłość, kiedy tajemnice z przeszłości wreszcie zostaną wyjaśnione.

Książka pełna jest dosadnych, szokujących wręcz opisów sytuacji z jakimi miały do czynienia jej bohaterki a język, którym została napisana aż kipi od soczystych, wyrazistych określeń, w sposób niezwykle prawdziwy oddających rzeczywiste, a zazwyczaj głęboko schowane i niczym nie zawoalowane myśli oraz intymne przeżycia żeńskiej połowy ludzkości. Joanna Bator odsłania wnętrza swych bohaterek w taki sposób, że dusze czytelników doznają w nich zwierciadlanego odbicia. Nagle rozumiemy siebie bardziej, nagle znika wstyd, poczucie nieprzystosowania czy dziwności. Życie każdej z nas jest przecież dziwne, bo jakże różne od życia innych, choć paradoksalnie w dużej mierze podobne. Przeplatają się radości i troski, sprawy wielkie i małe, dobro i zło. A wszystko to nas rzeźbi, dodaje się i spiętrza a niekiedy wylewa się silną strugą, gdy zbyt długo usiłujemy ją powstrzymywać. Prawdziwość, to wszystkie nasze myśli, emocje, uczucia, wspomnienia i marzenia – nie tylko te piękne, te uładzone, na co dzień nadające się do pokazania, ale i te poszarpane, niejednoznaczne, bolesne i wstydliwe, pełne niezagojonych blizn. Prawdziwość to wolność szczerego mówienia o jasności i mroku, co mieszkają w naszych sercach, to możliwość wspólnego ich z kimś przeżywania, nieudawania nikogo, to prawo do niezakłamywania siebie ani do życia cudzym życiem, do pójścia swoją drogą, choćby nawet pełna była ona przeszkód, pułapek, ostrych zakrętów i mylących znaków...
W powieści J. Bator jedna z bohaterek jako opisu swych uczuć czy sytuacji używa fragmentów wierszy albo pieśni Edwarda Stachury. I choć w jej ustach nieraz brzmią one banalnie, pretensjonalnie, czy przesadnie to jednak trudno by było znaleźć jakieś inne, bardziej adekwatnie oddające określony stan ducha wiersze. Dwa wersy ze Stachury nieszczęsna Violetta powtarza najczęściej, gdyż często czuje się zaszczuta i bezradna. Szepcze wówczas: „Boże mój, wbiłeś we mnie wszystkie noże”. Która z nas spoglądając z rozpaczą w obojętne oczy niebios też tak kiedyś nie westchnęła…?
Poniżej piosenka, z której właśnie powyższe wersy pochodzą. Piosenka, której od jakiegoś czasu mogę słuchać na okrągło, zwłaszcza w niesamowitym wykonaniu Jacka Bończyka. Słucham, śpiewam, ale co ważniejsze - doznaję uwolnienia drzemiących we mnie emocji, zarówno tych, które wolę by spały jak najgłębiej, bo nie umiem sobie z nimi poradzić oraz tych, które tylko czekają by wydobyć się na powierzchnię, bo stale są pod czaszką i przebierają niecierpliwie nogami. Zdają się jak wilki, którym odbiera się prawo do swobody, a przecież żaden dziki zwierz długo nie wytrzyma niewoli, nawet gdy zdaje się obłaskawiony i oswojony. Ech! Sądzę, że nastały czasy, że tego typu piosenki doskonale wyrażają emocje, potrzeby, marzenia i uczucia wielu z nas. Nas, uwięźniętych w wąskim paśmie dziwacznej, klaustrofobicznej czasoprzestrzeni, gdzie dzieją się rzeczy, o których jeszcze rok temu pomyślelibyśmy, iż to czyste science-fiction, gdzie duszno jest od niepokojów, domysłów, propagandy, manipulacji płynącej ze świata, gdzie coraz trudniej odróżnić prawdę od fałszu, gdzie utraciły znaczenie wszelkie autorytety i polegać można tylko na własnej intuicji, a i ta często nas zawodzi…A genialność tej pieśni zawiera się m.in. w tym, że choć napisana w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku to nadal jest aktualna a może nawet zyskuje dzisiaj jeszcze większe znaczenie, niż wówczas. Przejmująco opisuje ona bowiem stan ducha człowieka marzącego o wolności. O wolności od samego siebie, od własnych zmór, lęków, bolesnych wspomnień, niemożliwych do realizacji pragnień, toksycznej miłości oraz trudnych do pokonania wewnętrznych barier i wyimaginowanych zasieków. O wolności pojętej także szerzej, jako o nieskrępowanej woli ducha, który może i chce wędrować bez strachu, ograniczeń czy zakazów, bo droga wciąż jest i są wabiące oddale a kolejna pora roku przypomina o nich coraz głośniej…



