Ponieważ mieszkam w czystych, pełnych zieleni
i dalekich od wielkich miast okolicach wędruję sobie czasem po łąkach oraz
polnych dróżkach i wypatruję ciekawych, leczniczych roślin. Niektóre z nich
zbieram, inne tylko oglądam. Uczę się je rozpoznawać, lecz nie zawsze mi się to
udaje. Wiele z nich jest bardzo do siebie podobnych. Łatwo się pomylić. Mam trochę książek na temat ziół i stale coś ciekawego znajduję o nich w
Internecie. Rozmawiam też o naturalnych metodach leczenia z tutejszymi
znajomymi. Wypytuję ich, jaka konkretna roślina na co im pomogła? Jak jej
używają? Jak długo stosują? Lubię usiąść sobie z sąsiadkami w przytulnej kuchni
i słuchać ich opowieści, wymieniać się uwagami czy spostrzeżeniami na temat
naturalnego leczenia, a także wypróbowywać na sobie najdziwniejsze nawet
przepisy. Np. dwa lata temu na ból ostróg w piętach pomogła mi mieszanka
gorących, utłuczonych ziemniaków i skrzypu polnego, w której co wieczór
moczyłam nogi. A znajomej zza lasu
okłady z liści kapusty znacznie zmniejszyły opuchliznę i ból kolan. Innej z
kolei ustąpiły dolegliwości reumatyczne po kilkukrotnym przyłożeniu pijawek…
Zbieranie ziół (oczywiscie, gdy nie tną przy tym dokuczliwe komary i bąki oraz gdy żar nie leje się z nieba) jest dla mnie prawdziwą przyjemnością, daje cudowne poczucie niezmierzonej wolności i zapomnienia o zgryzotach dnia codziennego. Wędrowanie po bezkresnych łąkach czy nawet hasanie po nich, gdy najdzie człowieka ochota, oczyszcza, napełnia światłem, przywraca stan równowagi duszy i ciała. Zajmowanie się leczniczymi roślinami zbliża do pierwotnej natury kobiecej, do prawiedzy naszych babek i prababek, tych wszystkich znachorek, zielarek i czarownic, które działały zgodnie z Matką Naturą i czerpały od niej energię, wiadomości oraz poczucie spokoju i niezależności. Obróbka oraz parzenie różnych mieszanek ziołowych ma w sobie coś z magii, zabawy z dzieciństwa, przeniesienia w czasie do lat niewinnych, niezmąconych jeszcze smutkiem, lękiem, rozczarowaniem czy też poczuciem bezradności.
Nie mam jakiegoś
szczególnie ulubionego zioła. Zbieram to, co znam oraz to, co może się przydać.
Najważniejsze z tych roślin dla mnie to: dziurawiec na dobry sen, wyciszenie
trosk oraz bóle żołądka, skrzyp polny na wzmocnienie włosów i niedobory
witaminy K, pokrzywa na podniesienie odporności, melisa i szyszki chmielu na
uspokojenie, mięta dla wspaniałego aromatu oraz na dolegliwości gastryczne,
kwiat lipy oraz dzikiego bzu na rozgrzanie i przeciw przeziębieniu, glistnik jaskółcze ziele przeciw drożdżakom, nawłoć na
problemy z układem moczowym, krwawnik do przemywania skaleczeń czy trudno
gojących się ran i wreszcie wrotycz, głównie przeciw stanom zapalnym, bólom
głowy, oraz pasożytom i wirusom.
Poza wyżej
wymienionymi ziołami korzystam także z mocy dziko rosnących tutaj owoców: pełnego
witaminy C oraz antyoksydantów czarnego bzu, przeciwkaszlowo działającej kaliny oraz
regulującego ciśnienie krwi głogu. Robię konfitury, soki, dżemy, musy, wina i
nalewki. Te domowe przetwory ogromnie smakują mnie i Cezaremu. Popijając
herbatki ziołowe z lubością raczymy się zawartością zgromadzonych na półkach w
spiżarce słoików i butelek, wierząc, iż są zdrowsze niż te sklepowe. Być może to właśnie dzięki mocy ziół i
domowych przetworów od kiedy mieszkamy na Pogórzu rzadko zapadamy na jakieś poważniejsze
przeziębienia czy grypy. Na pewno pomaga nam spokojne, pełne zieleni otoczenie,
fizyczna praca na czystym powietrzu i prowadzenie nieomal pustelniczego trybu
życia, zmniejszającego prawdopodobieństwo zarażenia się krążącymi w większych
skupiskach ludzkich zarazkami. Co nie
znaczy, iż w ogóle nie trapią nas żadne dolegliwości czy choroby. Oj, niestety,
przed nimi nie da się uciec na żaden, najbardziej nawet sielankowy koniec
świata i chyba nie ma magii, która umiałaby przed problemami ze zdrowiem
całkowicie uchronić. A to stawy człowieka bolą a to korzonki nerwowe nawalają,
a to zmęczenie totalne powala, a to dopadają problemy z tarczycą, nadwagą, czy
innymi schorzeniami cywilizacyjnymi. Czas robi swoje i starzejemy się powolutku,
odczuwając coraz więcej wynikających z tego niedogodności. Godzimy się z tym, na co nie mamy wpływu albo też
w jakichś nagłych zrywach walczymy z tym, co zdaje się nam do zwalczenia. I tak
płynie nam jesień za jesienią, zima za zimą….
Wraz z nastaniem
chłodnej pory w mojej kuchni często stoi w dzbanku świeżo zaparzony wrotycz, aromatyczne
zioło powszechnie występujące na Pogórzu Dynowskim, od lipca do listopada
ozdabiające żółtymi plamkami tutejsze łąki, bezdroża i obrzeża pól. Na samym
początku, gdy zamieszkaliśmy na Pogórzu traktowałam te żółte kwiatki jako
roślinę ozdobną. Robiłam bukiety z macierzanki, wrotyczu i nawłoci. Cieszyłam
się ich aromatem i barwami. A ponieważ nie traciły swej urody nawet po
wyschnięciu kwiatki te stały w dzbanach aż do następnego lata. Potem na jednym
z blogów przeczytałam o tym, że wrotyczem można wyleczyć się z boreliozy a
ponieważ kleszcze są zmorą, z którą zmagamy się tu co roku, to mimo, iż nigdy
nie robiliśmy sobie laboratoryjnych badań na obecność bakterii boreliozy, naturalnym
stało się częste popijanie naparu z tej pożytecznej rośliny. Tak na wszelki
wypadek i przeciw stanom zapalnym oraz ogólnie dla dobrego samopoczucia. Mam
wrażenie, że napar ten nam obojgu jakoś pomaga. Mam w planach zrobienie także
nalewki wrotyczowej, która ma działać rozgrzewająco, przeciwreumatycznie i co
najważniejsze, przeciwbólowo. Po pracowitym okresie letnim, kiedy nasze stawy
mocno odczuwają wszelkie przeciążenia taka nalewka bardzo się w domu przyda.
Przekonałam się
też, iż zapach wrotyczu odstrasza muchy i komary, dlatego w sezonie letnim
wieszam wiązki tego ziela w kuchni i sypialni.
Wrotycz
uwielbiały moje kozy! Objadały się nim zawsze na łące niczym najlepszym
smakołykiem! Dostawały go też w postaci suszonej. Mądre kozy wiedziały, co dobre!:-)
Przez jakiś
czas Cezary robił mocny odwar z wrotyczu i mieszał go z octem. Tym płynem
skrapialiśmy siebie oraz nasze psy przed pójściem do lasu. To miało zapobiec
żerowaniu na nas kleszczy, much i bąków. I jeśli tylko pamiętaliśmy o tym
skrapianiu, to przez jakiś czas specyfik ów rzeczywiście działał a na pewno
zmniejszał ilość ataków leśnych krwiopijców oraz zapobiegał wgryzaniu się
tychże pasożytów w skórę.
Jak robię napar z wrotyczu? Biorę garść
suchego ziela wrotyczu i zalewam go w dzbanku litrem wody i przykrywam. Po
mniej więcej 10 minutach gotowy jest do wypicia albo do wcierania w zmienioną chorobowo skórę. Napar ten ma mocny, lecz moim
zdaniem przyjemny zapach i lekko gorzki smak. Trzeba jednak pamiętać by postępować
z wrotyczem ostrożnie - nie pić go zbyt dużo i w nazbyt mocnych dawkach,
zawiera on bowiem silnie trujący związek zwany tujonem. Warto poczytać nieco
więcej na ten temat w Internecie.
Czy istnieje lek
na wszystko? Jakaś zaczarowana woda życia albo roślina, pomagająca zwalczyć
nawet najgorsze, nieuleczalne w konwencjonalny sposób choroby? Czy właśnie
wrotycz mógłby być takim cudownym lekarstwem na każdą, najcięższą nawet
chorobę? Nie sądzę, choć bardzo bym tego chciała… Jednak niektórzy niezbicie wierzą w niezwykłą moc tego pachnącego kamforą ziela. A może po
prostu bardzo chcą w nie wierzyć, mieć nadzieję, bo czymże byłoby życie bez nadziei?
Niestety, często
też słyszy się o tych, którzy zaufawszy niekonwencjonalnemu leczeniu i
odrzuciwszy zupełnie klasyczną medycynę zachorowali jeszcze ciężej a nawet
odeszli…Cóż, moim zdaniem, we wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek i
umiar. Nie zawsze jednak jest to łatwe, nie zawsze możliwe. Bywa, że strach o kogoś bliskiego popycha nas do ryzykownych
działań, do szukania na własną rękę kogokolwiek, kto zaoferowałby pomoc. W
takim stanie łatwo można ulec szarlatanom i pseudo znachorom, nabijających sobie
kiesę na naiwności oraz rozpaczy ludzkiej…
- Ależ pięknie
pachnie! – zawołał Cezary zastając mnie wczoraj w ogrodzie przy cięciu i
kruszeniu suchych kwiatków wrotyczu.
- Tylko czy aby wyschły na pewno? – dopytywał się obserwując
bacznie jak upycham w słojach wonne zioła.
- No zobacz tylko! Suchutkie jak pieprz! – odparłam a mój
niedowiarek nachylił się by osobiście to sprawdzić.
- Hej! A co ty tu masz na brodzie? – zapytał ni z gruszki
ni z pietruszki palcem wskazującym dotykając ostrożnie mego podbródka.
- Mówisz o tym długim włosie? Ech, niech sobie rośnie!
Ponoć to charakterystyczna cecha wszystkich prawdziwych wiedźm! - zaśmiałam się wzruszając ramionami a potem
kontynuując pracę z wrotyczem przypomniałam sobie starą piosenkę „Gawędy” o
czarownicach i zanuciłam ją pogodnie:
„Kochajcie
czarownice, kochajcie czarownice
Chociaż opinię mamy
strasznie zaszarganą
Kochajcie
czarownice i poczęstujcie nas herbatką na dobranoc”
P.S. Wszystkim zainteresowanym pogłębianiem
wiedzy na temat ziół gorąco polecam stronę prowadzoną przez dr Henryka
Różańskiego. Znaleźć na niej można ciekawe opisy większości występujących w
Polsce ziół leczniczych wraz z ich dokładnym w danych schorzeniach zastosowaniem
oraz przepisami.














