środa, 1 lipca 2015

Historie wędrujące...







   Czasem zjawiają się w naszym życiu ludzie, którzy wnoszą swoją obecnością nowy blask, powiew świeżości, nadziei oraz nieokiełznanej swobody bez domieszki zatruwającej duszę goryczy, zwątpienia czy lęku. Pokazują inny wymiar egzystencji. Są jak uśmiech od Losu, jak znak od Opatrzności, że niespodziewanie można odnaleźć ukryty dotąd sens i osiągnąć to, co się zamierzyło czy też to, co tylko nam nieśmiało podpowiadała intuicja. Opowiem Wam teraz o takim spotkaniu.

   Ponad rok temu przyjechała w odwiedziny do Kuby i Ani – naszych młodych przyjaciół – ich dobra znajoma z Warszawy, Asia –  absolwentka wydziału grafiki jednej z warszawskich uczelni, osoba pełna wizji i wiary w ich urzeczywistnienie. Spotkaliśmy się wówczas na jakimś pogodnym, przedwiosennym spacerze i wędrowaliśmy razem wzgórzami i dolinami rozmawiając o marzeniach, planach i wspomnieniach. Ano właśnie, nasze australijskie wspomnienia odbijały się żywym echem w oczach i w sercu Asi. Dlaczego? Otóż jej wielkim pragnieniem był wyjazd do Australii a także odwiedzenie wysp Oceanii. Chciała się tam znaleźć by zbierać ciekawe historie od zamieszkujących tamże tubylców. Spisywać je i robić do tych tekstów ilustracje. A potem wozić w inne części świata, pokazywać zwykłym ludziom i zbierać kolejne opowieści. Fantastyczne marzenie, nieprawdaż?
   Szliśmy słoneczną drogą między bukowymi i brzozowymi lasami. Przyroda buchała zapachami, ciepłem i gwałtowną chęcią odżycia. Pogórze ukazywało najwspanialsze swoje uroki. Kuba z Anią i Cezarym oraz z kozami, końmi, psami Odim i Kanką oraz Zuzią wędrowali przodem. Brykuska i Popiołka skakały radośnie, jak na młode koziczki przystało, pojęcia nie mając, że za rok zostaną szczęśliwymi matkami a potem, że rozstać się będą musiały ze swymi maluchami. My z Asią dreptałyśmy coraz bardziej z tyłu, bo też coraz lepiej się nam we dwie rozmawiało. Ja w ogóle coś takiego mam, że łatwiej nawiązuję kontakt z młodzieżą, niż z rówieśnikami. Pewnie mimo siwych włosów na skroniach dusza wciąż młoda…

- Nie chcę pracować w korporacji. Życie robota nie dla mnie. Nie interesuje mnie bezpieczna stabilizacja, gromadzenie dóbr, uzależnienie od jakichś grup interesów, szefa, rodziny i tradycji. Chcę iść za głosem swojego serca! Chcę podróżować, spotykać ciekawych ludzi, uczyć się od nich jak najwięcej – szeptała z zapałem dziewczyna, patrząc serdecznie w moje oczy i szukając w nich zrozumienia oraz potwierdzenia dla swoich wyborów.
- I masz rację! – zawołałam.
- Jesteś młoda, odważna, zdrowa, utalentowana i masz szczęście żyć w czasach, gdy wszystkie granice stoją otworem. A za marzeniem trzeba iść nawet, jeśli innym wydaje się dziwaczne, szalone, naiwne czy kompletnie nierealne – mówiłam z głębokim przekonaniem, przypominając sobie jak swego czasu zażarcie starałam się o australijską wizę by wreszcie móc być z moim ukochanym Cezarym i przy jego boku odzyskać młodość i sens.
- Zawalczę więc teraz o wizę a potem spróbuję znaleźć jakąś czasową pracę w Australii – postanowiła Asia, a zerwawszy gałązkę wierzby zapatrzyła się z zachwytem w jej bazie a potem rozejrzała dookoła i zaciągając się głęboko świeżym, górskim powietrzem westchnęła:
- Pięknie tu u was… Może kiedyś ja też osiądę w domku pod lasem. Ale teraz gna mnie w świat!
- Jedź dziewczyno! Spełniaj się skoro masz w sobie tak silny zew i możliwości by realizować swe pragnienia! Na osiedlenie się gdzieś zawsze przecież będzie czas.  I proszę, pisz do mnie, Asiu. Ciekawa będę bardzo twoich dalszych losów – uśmiechnęłam się, patrząc w jej pełne światła oczy.
- Pewnie, że będę pisać. Tym bardziej, że mam do ciebie Olu prośbę… - dziewczyna zawiesiła głos a potem spojrzała na mnie z dziwną niepewnością.
- Ależ mów śmiało! – zawołałam, ciekawa czegoż może oczekiwać ode mnie ta niebywale kreatywna istota.
- Otóż potrzebuję pierwszej historii. Takiej, którą mogę ponieść w świat i pokazać ludziom. Czegoś, co ma swoisty klimat i jasne przesłanie. A słyszałam od Ani, że Ty piszesz różne rzeczy, więc chciałam prosić, zapytać, czy nie miałabyś czegoś, czym chciałabyś się podzielić… - wydusiła wreszcie z siebie i pełna emocji oblała pąsem jak dziewiętnastowieczna pensjonarka.
- Asiu! Jestem zaszczycona i zachwycona Twoją prośbą! – zawołałam spoglądając na nią pełna szczerej radości i entuzjazmu dla tego szalonego pomysłu.
- Poszukam czegoś odpowiedniego i wyślę Ci mailem a ty zastanowisz się, czy o coś takiego właśnie ci chodzi – mówiłam, dokonując w myślach błyskawicznego przeglądu swych opowiadań, wierszy i baśni. Wysyłałam je do różnych wydawnictw i nigdzie nie spotkały się z zainteresowaniem. Zwątpiłam wobec tego, czy na cokolwiek się jeszcze przydadzą. Teraz jednak była okazja by jedna z tych opowieści ożyła. Dlaczegóż więc nie dać jej i sobie szansy…?

   Wymieniłyśmy się z młodą graficzką adresami mailowymi, uściskałyśmy serdecznie i pożegnałyśmy, bo oto doszłyśmy do leśnych rozstajów dróg. Tam Asia odeszła na odległy o kilka kilometrów przystanek autobusowy w miasteczku. My zaś z z resztą towarzystwa pospacerowaliśmy jeszcze trochę po lesie a nastepnie wróciliśmy do swojego obejścia, do zwykłego, pracowitego życia. Minęło kilka dni. Wkrótce wciągnął nas wir codziennych spraw, koniecznych prac i obowiązków. Wspomnienie o niezwykłej Asi zatarło się nieco w mej pamięci. Jednak ona nie zapomniała o naszej rozmowie i niebawem napisała list ponawiając prośbę o historię mego autorstwa. Wybrałam dla niej taką, która wydała mi się w sam raz i wysłałam. Przypadła jej do gustu. Niedługo potem dostałam na swoją pocztę propozycję wykonanych przez Asię ilustracji. Delikatnych, subtelnych, czarno-białych, rysowanych pracowicie cienkopisem, oddających wspaniale baśniowy klimat mej opowieści. A następnie ta pozytywnie zwariowana dziewczyna spełniła swe marzenie i naprawdę wyjechała do Australii, skąd co jakiś czas słała do mnie radosne listy relacjonując pokrótce najciekawsze wydarzenia.

   Minął rok. I znowu Asia pojawiła się w naszych stronach. Właśnie dobiegała końca kolejna wiosna. Właśnie pożegnaliśmy się na zawsze z koziołkami. Będąc w dość niewesołym nastroju kończyłam pasteryzowanie czerwonego jak krew truskawkowego dżemu.  Cezary spał w sypialni obok, usiłując odpocząć trochę po uprzedniej, przerywanej nerwowymi snami nocy. Zamyśliłam się, zawieszając wzrok na obrastającej w coraz gęstsze listowie naszej stareńkiej lipie. Lipie, której wielu znajomych nie dawało żadnych szans na przeżycie a przecież trwała mimo wszystko wciąż się zieleniąc i czekając na swój kolejny lipiec oraz kwietne spełnienie. Westchnęłam i pokuśtykałam do ogrodu na nogach wciąż obolałych po niedawnym wypadku samochodowym, słysząc z dala podniecone poszczekiwanie Zuzi. Szybko przeszłam obok pochylonej trześni. Byle nie patrzeć na wciąż widoczną pod nią, bordowo krwistą plamę…To wyrastające na środku podwórka drzewo, to tak słodkie dotąd, pełne ciepłych marzeń i zamyśleń miejsce utraciło dla mnie swoją niewinność. Nabrało innego, bolesnego znaczenia. Przysłoniłam oczy dłonią, bo słońce zaświeciło mi prosto w twarz. Usłyszałam jakieś głosy. Zobaczyłam tuż za bramą dwa duże, znajome psy – Odiego i Kankę. A od strony lasu zbliżali się ku mnie ich opiekunowie, młodzi, dawno nie widziani goście – Ania z Kubą oraz Asią. Towarzyszył im poznany w kraju kangurów sympatyczny globtroter Damian.

   Asia przywiozła niezwykłe wieści. Otóż spełniła swoje wielkie marzenie. Miała możliwość pracy z Aborygenami. Na prowadzonych przez siebie zajęciach uczyła ich różnych technik plastycznych a od nich dowiedziała się wiele ciekawych rzeczy o życiu, ich historii, marzeniach i traumach. Zebrała wiele cudownych, aborygeńskich opowieści. Spisała je i dodała do nich swe ilustracje. Podróżowała z nimi po Australii a także po krajach Oceanii pokazując je ludziom na wystawach, piknikach i w prywatnych, serdecznych spotkaniach. Moja skromna opowieść także była wśród nich. Przetłumaczona na język angielski i wydrukowana na szlachetnie chropowatym, czerpanym papierze. I oto teraz ta wspaniała dziewczyna siedząc w naszej kuchni wręczyła mi ją opowiadając, jak bardzo spodobała się ona pewnej mieszkance Bali. Spójrzcie na poniższe zdjęcie, na którym wyspiarska, ciemnoskóra kobieta o imieniu Wayan, trzyma w ręku moją opowieść. Właśnie tę historię wybrała z kilkunastu zebranych przez Asię. Właśnie w tej opowieści odnalazła kawałek swojej duszy. Jestem tym naprawdę wzruszona, przejęta, zdumiona. To dla mnie niesamowite wiedzieć, że cząstka mnie była tak daleko. Że to, o czym napisałam, może znaleźć odbicie w sercu kogoś tak egzotycznego jak Wayan. No i jeszcze, iż najbardziej szalone, baśniowe wręcz wizje mogą się spełnić, jeśli bardzo się tego chce i usilnie działa albo jeśli na naszej drodze stanie osoba, która uwierzy i pofrunie za swymi marzeniami, zarażając nas przy okazji swoją odwagą i entuzjazmem.



   Asia nie zamierza na tym poprzestać. Teraz zajmie się pracą by zarobić na kolejny wyjazd do ukochanej Australii. Potem chce podróżować w inne części świata. Dotrzeć aż do Ameryki Południowej. I wszędzie zbierać ciekawe opowieści od zwykłych ludzi. Ożywiać je swymi pięknymi, baśniowymi grafikami i wędrować dalej i dalej omijając wszechobecny świat ogłupiających, masowych mediów czy też zapchanego różnymi śmieciami Internetu. Chce być kimś w rodzaju współczesnej bajarki. Dawać głos prostym, lecz pełnym marzeń ludziom. Łączyć ich delikatną, szlachetną niteczką magicznego zrozumienia. Może i Wy kiedyś spotkacie na swej drodze tę niesamowitą dziewczynę? Może zauważycie gdzieś w parku, czy na skwerze wywieszone na drzewach kartki z niezwykle ilustrowanymi opowieściami z dalekiego a przecież całkiem bliskiego świata…?


                                                                           * * *
   I jeszcze po raz ostatni wspomnę o koziołkach. Czy pamiętacie moje opowiadanie grozy pt. „Tamburyn”? Czy mogłabym pisząc je przewidzieć, że los moich zwierząt będzie tak podobny, jak kóz z tamtej historii? Otóż ze skór białego Gucia i srebrno - czarnego Landrynka powstaną instrumenty muzyczne. Nasz młody przyjaciel Kuba potrafi robić takie rzeczy. Potrafi też pięknie na przeróżnych instrumentach grać, budząc w sercu wzruszenie i zadumę..
   A choć marne to pocieszenie, to jednak dobrze wiedzieć, iż mimo wszystko będą jeszcze rozbrzmiewać po świecie niewinne, koziołkowe głosy. Będą wędrować w niezmierzone oddale ich dusze zaklęte w muzyce małych, kolorowych bębenków…


Etykiety

Aborygeni absurd afirmacja życia agrest apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady blackout bliskość blog blogi bór cenzura Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba ciastka ciepło cywilizacja czarny bez czarny humor czas czekolada czerwiec człowieczeństwo człowiek czułość Dersu Uzała deszcz dieta dobro dom dorosłość drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dwudziestolecie międzywojenne dystopia dzieciństwo dzikie bzy ekologia elektryczność erotyk eutanazja fajka fantazja film flash mob fotografie fotoreportaż glebogryzarka głodówka głód gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grill grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska idealizm ideologia II wojna światowa informacja inność inspiracja internet jabłka jabłoń Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jane Eyre Japonia Jawornik Polski jesień jesień życia kalina Kanada kanały kangury kastracja kiełbasa klimat klimatyzm koala kobieta koguty kolęda kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs konstrukcja kosmos koszenie kot koziołek kozy Kraków Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty kwiecień las lato legenda lektura lęk lipa lipiec lis listopad literatura los ludzie luty łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo maliny mantry marzenie maska metafora mgła miasteczko odnalezionych myśli Michael Jackson Mikołaj miłość Misia mit młodość moda mróz mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niebezpieczeństwo niezapominajki noc nowoczesność Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność odrodzenie ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa osa Osiecka owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pejzaż pierniki pies pieski pieśni pieśń piękno piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka Polska pomidory pomysł poprawność polityczna porady postęp pożar praca prawda prezent protest protesty przedwiośnie przedzimie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia ptaki radość rak recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż rezerwat Riverland rodzina rok rośliny rower rozmowa rozrywka rozum róże rymowanka rzeka samopoczucie samotność San sarny sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola siła skróty słodycze słońce słowa słowa piosenki słowianie smutek solidarność South Australia spacer spiżarnia spokój społeczeństwo spontaniczność spotkanie stado Star starość strych susza susza. upał szadź szczerość szczęście szerszeń śmiech śmierć śnieg śpiew środowisko świat światło świeta święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota toaleta tragikomedia trauma troska truskawki uczucia Ukraina upał urodziny uśmiech warzywnik wędrówka wędrówki węgiel wiadomości wiadomość wiatr wierność wiersz wierszyk wieś wieża wigilia Wilsons Promontory wino wiosna wiosnaekologia wirus woda wojna wolność Wołyń wrażliwość wrotycz wrzesień wschód słońca wspomnienia wspomnienie współczesność Wszechświat wybory wychowanie wycieczka wygląd wypadki wypalanie traw wzruszenie zabawa zabawa blogowa zachód słońca zapasy zaproszenie zbiory zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta zwyczaje żałoba żart życie życzenia Żydzi żywokost