Czasem zjawiają się w naszym życiu ludzie,
którzy wnoszą swoją obecnością nowy blask, powiew świeżości, nadziei
oraz nieokiełznanej swobody bez domieszki zatruwającej duszę goryczy,
zwątpienia czy lęku. Pokazują inny wymiar egzystencji. Są jak uśmiech od Losu,
jak znak od Opatrzności, że niespodziewanie można odnaleźć ukryty dotąd sens i
osiągnąć to, co się zamierzyło czy też to, co tylko nam nieśmiało podpowiadała
intuicja. Opowiem Wam teraz o takim spotkaniu.
Ponad rok temu przyjechała w odwiedziny do
Kuby i Ani – naszych młodych przyjaciół – ich dobra znajoma z Warszawy, Asia – absolwentka wydziału grafiki jednej z
warszawskich uczelni, osoba pełna wizji i wiary w ich urzeczywistnienie.
Spotkaliśmy się wówczas na jakimś pogodnym, przedwiosennym spacerze i
wędrowaliśmy razem wzgórzami i dolinami rozmawiając o marzeniach, planach i wspomnieniach.
Ano właśnie, nasze australijskie wspomnienia odbijały się żywym echem w oczach
i w sercu Asi. Dlaczego? Otóż jej wielkim pragnieniem był wyjazd do Australii a
także odwiedzenie wysp Oceanii. Chciała się tam znaleźć by zbierać ciekawe
historie od zamieszkujących tamże tubylców. Spisywać je i robić do tych tekstów
ilustracje. A potem wozić w inne części świata, pokazywać zwykłym ludziom i
zbierać kolejne opowieści. Fantastyczne marzenie, nieprawdaż?
Szliśmy słoneczną drogą między bukowymi i
brzozowymi lasami. Przyroda buchała zapachami, ciepłem i gwałtowną chęcią odżycia. Pogórze
ukazywało najwspanialsze swoje uroki. Kuba z Anią i Cezarym oraz z kozami,
końmi, psami Odim i Kanką oraz Zuzią wędrowali przodem. Brykuska i Popiołka skakały radośnie, jak na
młode koziczki przystało, pojęcia nie mając, że za rok zostaną szczęśliwymi
matkami a potem, że rozstać się będą musiały ze swymi maluchami. My z Asią dreptałyśmy
coraz bardziej z tyłu, bo też coraz lepiej się nam we dwie rozmawiało. Ja w
ogóle coś takiego mam, że łatwiej nawiązuję kontakt z młodzieżą, niż z
rówieśnikami. Pewnie mimo siwych włosów na skroniach dusza wciąż młoda…
- Nie chcę
pracować w korporacji. Życie robota nie dla mnie. Nie interesuje mnie
bezpieczna stabilizacja, gromadzenie dóbr, uzależnienie od jakichś grup
interesów, szefa, rodziny i tradycji. Chcę iść za głosem swojego serca! Chcę
podróżować, spotykać ciekawych ludzi, uczyć się od nich jak najwięcej –
szeptała z zapałem dziewczyna, patrząc serdecznie w moje oczy i szukając w nich
zrozumienia oraz potwierdzenia dla swoich wyborów.
- I masz rację! –
zawołałam.
- Jesteś młoda,
odważna, zdrowa, utalentowana i masz szczęście żyć w czasach, gdy wszystkie
granice stoją otworem. A za marzeniem trzeba iść nawet, jeśli innym wydaje się
dziwaczne, szalone, naiwne czy kompletnie nierealne – mówiłam z głębokim
przekonaniem, przypominając sobie jak swego czasu zażarcie starałam się o
australijską wizę by wreszcie móc być z moim ukochanym Cezarym i przy jego boku
odzyskać młodość i sens.
- Zawalczę więc teraz
o wizę a potem spróbuję znaleźć jakąś czasową pracę w Australii – postanowiła
Asia, a zerwawszy gałązkę wierzby zapatrzyła się z zachwytem w jej bazie
a potem rozejrzała dookoła i zaciągając się głęboko świeżym, górskim powietrzem
westchnęła:
- Pięknie tu u
was… Może kiedyś ja też osiądę w domku pod lasem. Ale teraz gna mnie w świat!
- Jedź dziewczyno!
Spełniaj się skoro masz w sobie tak silny zew i możliwości by realizować swe
pragnienia! Na osiedlenie się gdzieś zawsze przecież będzie czas. I proszę, pisz do mnie, Asiu. Ciekawa będę bardzo
twoich dalszych losów – uśmiechnęłam się, patrząc w jej pełne światła oczy.
- Pewnie, że będę
pisać. Tym bardziej, że mam do ciebie Olu prośbę… - dziewczyna zawiesiła głos a
potem spojrzała na mnie z dziwną niepewnością.
- Ależ mów
śmiało! – zawołałam, ciekawa czegoż może oczekiwać ode mnie ta niebywale
kreatywna istota.
- Otóż potrzebuję
pierwszej historii. Takiej, którą mogę ponieść w świat i pokazać ludziom.
Czegoś, co ma swoisty klimat i jasne przesłanie. A słyszałam od Ani, że Ty
piszesz różne rzeczy, więc chciałam prosić, zapytać, czy nie miałabyś czegoś,
czym chciałabyś się podzielić… - wydusiła wreszcie z siebie i pełna emocji
oblała pąsem jak dziewiętnastowieczna pensjonarka.
- Asiu! Jestem
zaszczycona i zachwycona Twoją prośbą! – zawołałam spoglądając na nią pełna
szczerej radości i entuzjazmu dla tego szalonego pomysłu.
- Poszukam czegoś
odpowiedniego i wyślę Ci mailem a ty zastanowisz się, czy o coś takiego właśnie
ci chodzi – mówiłam, dokonując w myślach błyskawicznego przeglądu swych
opowiadań, wierszy i baśni. Wysyłałam je do różnych wydawnictw i nigdzie nie
spotkały się z zainteresowaniem. Zwątpiłam wobec tego, czy na cokolwiek się
jeszcze przydadzą. Teraz jednak była okazja by jedna z tych opowieści ożyła.
Dlaczegóż więc nie dać jej i sobie szansy…?
Wymieniłyśmy się z młodą graficzką adresami
mailowymi, uściskałyśmy serdecznie i pożegnałyśmy, bo oto doszłyśmy do leśnych rozstajów
dróg. Tam Asia odeszła na odległy o kilka kilometrów
przystanek autobusowy w miasteczku. My zaś z z resztą towarzystwa pospacerowaliśmy jeszcze trochę po lesie a nastepnie wróciliśmy
do swojego obejścia, do zwykłego, pracowitego życia. Minęło kilka dni. Wkrótce
wciągnął nas wir codziennych spraw, koniecznych prac i obowiązków. Wspomnienie
o niezwykłej Asi zatarło się nieco w mej pamięci. Jednak ona nie zapomniała o
naszej rozmowie i niebawem napisała list ponawiając prośbę o historię mego
autorstwa. Wybrałam dla niej taką, która wydała mi się w sam raz i wysłałam. Przypadła
jej do gustu. Niedługo potem dostałam na swoją pocztę propozycję wykonanych
przez Asię ilustracji. Delikatnych, subtelnych, czarno-białych, rysowanych
pracowicie cienkopisem, oddających wspaniale baśniowy klimat mej opowieści. A
następnie ta pozytywnie zwariowana dziewczyna spełniła swe marzenie i naprawdę wyjechała
do Australii, skąd co jakiś czas słała do mnie radosne listy relacjonując
pokrótce najciekawsze wydarzenia.
Minął rok. I znowu Asia pojawiła się w
naszych stronach. Właśnie dobiegała końca kolejna wiosna. Właśnie pożegnaliśmy
się na zawsze z koziołkami. Będąc w dość niewesołym nastroju kończyłam
pasteryzowanie czerwonego jak krew truskawkowego dżemu. Cezary spał w sypialni obok, usiłując odpocząć
trochę po uprzedniej, przerywanej nerwowymi snami nocy. Zamyśliłam się,
zawieszając wzrok na obrastającej w coraz gęstsze listowie naszej stareńkiej lipie.
Lipie, której wielu znajomych nie dawało żadnych szans na przeżycie a przecież
trwała mimo wszystko wciąż się zieleniąc i czekając na swój kolejny lipiec oraz
kwietne spełnienie. Westchnęłam i pokuśtykałam do ogrodu na nogach wciąż
obolałych po niedawnym wypadku samochodowym, słysząc z dala podniecone
poszczekiwanie Zuzi. Szybko przeszłam obok pochylonej trześni. Byle nie patrzeć
na wciąż widoczną pod nią, bordowo krwistą plamę…To wyrastające na środku
podwórka drzewo, to tak słodkie dotąd, pełne ciepłych marzeń i zamyśleń miejsce
utraciło dla mnie swoją niewinność. Nabrało innego, bolesnego znaczenia. Przysłoniłam
oczy dłonią, bo słońce zaświeciło mi prosto w twarz. Usłyszałam jakieś głosy.
Zobaczyłam tuż za bramą dwa duże, znajome psy – Odiego i Kankę. A od strony
lasu zbliżali się ku mnie ich opiekunowie, młodzi, dawno nie widziani goście –
Ania z Kubą oraz Asią. Towarzyszył im poznany w kraju kangurów sympatyczny
globtroter Damian.
Asia przywiozła niezwykłe wieści. Otóż
spełniła swoje wielkie marzenie. Miała możliwość pracy z Aborygenami. Na
prowadzonych przez siebie zajęciach uczyła ich różnych technik plastycznych a
od nich dowiedziała się wiele ciekawych rzeczy o życiu, ich historii,
marzeniach i traumach. Zebrała wiele cudownych, aborygeńskich opowieści.
Spisała je i dodała do nich swe ilustracje. Podróżowała z nimi po Australii a
także po krajach Oceanii pokazując je ludziom na wystawach, piknikach i w
prywatnych, serdecznych spotkaniach. Moja skromna opowieść także była wśród
nich. Przetłumaczona na język angielski i wydrukowana na szlachetnie chropowatym,
czerpanym papierze. I oto teraz ta wspaniała dziewczyna siedząc w naszej kuchni
wręczyła mi ją opowiadając, jak bardzo spodobała się ona pewnej mieszkance
Bali. Spójrzcie na poniższe zdjęcie, na którym wyspiarska, ciemnoskóra kobieta o imieniu
Wayan, trzyma w ręku moją opowieść. Właśnie tę historię wybrała z
kilkunastu zebranych przez Asię. Właśnie w tej opowieści odnalazła kawałek
swojej duszy. Jestem tym naprawdę wzruszona, przejęta, zdumiona. To dla mnie
niesamowite wiedzieć, że cząstka mnie była tak daleko. Że to, o czym napisałam,
może znaleźć odbicie w sercu kogoś tak egzotycznego jak Wayan. No i jeszcze, iż
najbardziej szalone, baśniowe wręcz wizje mogą się spełnić, jeśli bardzo się
tego chce i usilnie działa albo jeśli na naszej drodze stanie osoba, która
uwierzy i pofrunie za swymi marzeniami, zarażając nas przy okazji swoją
odwagą i entuzjazmem.
Asia nie zamierza na tym poprzestać. Teraz
zajmie się pracą by zarobić na kolejny wyjazd do ukochanej Australii. Potem
chce podróżować w inne części świata. Dotrzeć aż do Ameryki Południowej. I
wszędzie zbierać ciekawe opowieści od zwykłych ludzi. Ożywiać je swymi
pięknymi, baśniowymi grafikami i wędrować dalej i dalej omijając wszechobecny
świat ogłupiających, masowych mediów czy też zapchanego różnymi śmieciami Internetu.
Chce być kimś w rodzaju współczesnej bajarki. Dawać głos prostym, lecz pełnym
marzeń ludziom. Łączyć ich delikatną, szlachetną niteczką magicznego
zrozumienia. Może i Wy kiedyś spotkacie na swej drodze tę niesamowitą
dziewczynę? Może zauważycie gdzieś w parku, czy na skwerze wywieszone na
drzewach kartki z niezwykle ilustrowanymi opowieściami z dalekiego a przecież
całkiem bliskiego świata…?
* * *
I jeszcze po raz ostatni wspomnę o
koziołkach. Czy pamiętacie moje opowiadanie grozy pt. „Tamburyn”? Czy mogłabym
pisząc je przewidzieć, że los moich zwierząt będzie tak podobny, jak kóz z
tamtej historii? Otóż ze skór białego Gucia i srebrno - czarnego Landrynka
powstaną instrumenty muzyczne. Nasz młody przyjaciel Kuba potrafi robić takie
rzeczy. Potrafi też pięknie na przeróżnych instrumentach grać, budząc w sercu
wzruszenie i zadumę..
A choć marne to
pocieszenie, to jednak dobrze wiedzieć, iż mimo wszystko będą jeszcze
rozbrzmiewać po świecie niewinne, koziołkowe głosy. Będą wędrować w niezmierzone
oddale ich dusze zaklęte w muzyce małych, kolorowych bębenków…