sobota, 4 stycznia 2020

I tylko lampki na choince…




   Ciężko mi się zabrać za ten tekst, rozpocząć na blogu Nowy Rok bo w ostatnich dniach moje małe radości zdają się mieć moc i znaczenie nie większe niż lampki na choince. Jeszcze świecą, jeszcze przypominają niedawny serdeczny czas świąt, jeszcze usiłują przesłonić widok na coraz bardziej przerażający świat. Jednak ich magia słabnie, ich idylliczny, baśniowy nastrój nijak się ma do nawały złych wiadomości, które docierają zewsząd, z każdym dniem w większej i coraz bardziej przygnębiającej ilości.
   Trudno mi więc pisać tego pierwszego w tym roku posta, bo przyzwyczaiłam siebie, przyzwyczaiłam też Was do optymizmu i idealizmu, do wyszukiwania dobrych rzeczy wokół, do prostych zachwytów nad czymkolwiek. A tymczasem od paru dni moje serce pełne jest niepokoju i kiepsko śpię nie potrafiąc nawet w nocy wyciszyć się i oderwać od pełnych lęku myśli. Czy się wobec tego przestałam zachwycać, wzruszać, uśmiechać do rzeczywistości, bawić z psami? Nadal to robię, tyle, że nie potrafię teraz na dłużej uciec od obaw o to, co dzieje się, co dziać się w najbliższym czasie będzie. Wobec powyższego mogę albo milczeć na blogu, usiłując przeczekać ten pełen niepokoju i trwogi czas albo otwarcie napisać o tym, co mnie obecnie tak smuci, przeraża, zabiera poczucie bezpieczeństwa. I tak właśnie zdecydowałam się zrobić, mając nadzieję, że choć wychodzę z obowiązującej tu dotąd konwencji, choć zaburzam tym tę moją blogową krainę łagodności, to nadal idę jedyną, właściwą dla mnie, najważniejszą ścieżką. Ścieżką szczerego serca…


   Po pierwsze ogromny niepokój budzi to, co dzieje się w Australii. Trwające od września pożary trawiące cały jej obszar a przede wszystkim gęsto zalesione, południowo wschodnie wybrzeże (do tej pory spłonęło już ponad 3 mln hektarów), niszczące wszystko na swojej drodze, zabijające ludzi i zwierzęta. Może nie przerażałoby mnie to tak bardzo, gdybym nie była niegdyś w kraju kangurów, gdybym nie zwiedzała miejscowości, w których teraz szaleje ogień, gdybym nie widziała kiedyś na własne oczy zniszczeń, jakie wyrządzają takie straszne pożary i gdybym nie płakała tam nad losem pogorzelców, dotkniętych pożarem stulecia w 2009 roku. Pisałam kiedyś o tym strasznym pożarze tutaj (klik), zamieszczając mnóstwo fotografii dokumentujących ogrom strat, jakie dotknęły wówczas ten piękny i wydawałoby się najbezpieczniejszy na świecie i najwygodniejszy do życia kontynent. Kontynent niby tak daleki, ale jakże bliski nadal memu sercu, jakże uosabiający marzenia wielu Europejczyków czy Azjatów o szczęśliwym życiu.


   Obecne pożary trwają dłużej i sieją spustoszenie o wiele większe niż tamten z 2009 r. Dymy w zupełności zasnuwają miasta i miasteczka południowo-wschodniego wybrzeża. Nie widać końca morderczych, oscylujących wokół czterdziestu paru stopni upałów. Trwająca od wielu miesięcy susza sprawia, iż ogień pochłania coraz większe połaci zielonych dotąd terenów, pozostawiając na swojej drodze wymarłe pustkowia, pełne gryzącego w oczy dymu, kikutów popalonych domów i drzew, poczerniałych od sadzy ciał martwych kangurów, koali, walabi, wombatów i oposów (do tej pory zginęło ponad pół miliarda zwierząt). Nie ma nadziei na zbawczy deszcz a zastępy strażaków choć dwoją się i troją nie dają rady powstrzymać fali kataklizmu. Słup dymu unoszącego się nad Australią ma kilkanaście kilometrów wysokości a w jego obrębie tworzy się strefa ekstremalnej pogody, tworzącej burze z błyskawicami, które wywołują kolejne pożary na terenie większym niż obszar całej Europy. Chmura pyłów znad Australii dotarła już nawet do leżącej dwa tysiące kilometrów od niej Nowej Zelandii, barwiąc tamtejsze powietrze oraz lodowce na beżowo-żółto. Tysiące ludzi na tym oddalonym od Polski o ok. 14 tys. km kraju straciło swoje domy, dorobek całego życia a choć Australijczycy są wyjątkowo wytrzymałym i w pewien sposób uodpornionym na podobne klęski narodem, to apokaliptyczne wręcz sceny, których doświadczają, wyciskają z ich oczu łzy, pozostawiają ich roztrzęsionymi i bezradnymi wobec końca ich tak stabilnego, sielankowego wręcz dotąd świata.


    Ze zgrozą wpatruję się w filmiki na YT pokazujące tragedię, która dotknęła mieszkańców Mallacooty, małego, nadmorskiego miasteczka położonego na pograniczu stanu Victoria i New South Wales. Byliśmy tam z Cezarym pod koniec 2008 roku, w naszej radosnej podróży sylwestrowo-noworocznej wiodącej ku Sydney. Pisałam o tym na blogu tutaj (klik). Usiłowaliśmy tam wtedy znaleźć miejsce na nocleg, bo bardzo już byliśmy zmęczeni całodzienną, kilkusetkilometrową jazdą z Melbourne. Obejrzeliśmy sobie wówczas dokładnie to miejsce, szczególnie zachwycając się malowniczym wybrzeżem łączącym jezioro z oceanem, tysiącami rezydujących tam dzikich ptaków, turkusem wody i nieba, bujną zielenią eukaliptusów i gęstego buszu. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na nocleg w Mallacoocie, ponieważ miejsce do spania udało się znaleźć tylko na wyjątkowo oblężonym polu namiotowym, gdzie hałasy bawiącej się dzieciarni oraz śmiechy i głośne rozmowy mrowia turystów nie pozwoliły by nam odpocząć porządnie przed kolejnym dniem jazdy ku naszemu upragnionemu celowi. Ruszyliśmy więc dalej pozostawiając za sobą to pełne radosnych barw, migotliwych dekoracji świątecznych, beztroskich wczasowiczów i dzieci miejsce, będące dla mieszkańców Victorii jednym z ulubionych miejsc do spędzania weekendowo-urlopowego, pogodnego czasu.







   I oto teraz dowiaduję się, że Mallacoota spłonęła doszczętnie, że nie ma już tego, co tak dobrze pamiętam, tego, co utrwaliłam na kilkunastu zrobionych wówczas zdjęciach. A turyści, którzy chcieli spędzić w Mallacoocie swój wyczekany, upragniony czas beztroskiego urlopu musieli być ewakuowani na łodziach i amfibiach przez australijskie wojsko, albowiem ogień od strony lądu zbliżał się tak szybko i tak żarłocznie pochłaniał wszystko na swej drodze, iż ucieczka drogą lądową nie była możliwa.
   I tak oto nagle zmieniła się diametralnie ich rzeczywistość. Przerażeni, osmoleni, tuląc do siebie zapłakane dzieci wsiadali na łodzie ratunkowe i odpływali z tego niedawnego raju na ziemi, wspominając pewnie tak niedawne przecież święta i kolorowe lampeczki palące się na choinkach…


   Po drugie przeraża mnie rosnący stan napięcia między Rosją a Białorusią. Eskalowanie żądań rosyjskiego władcy potężnego imperium wobec małej, zależnej od dostaw rosyjskiego gazu Białorusi. Zdumiewa i zaskakuje opór przywódcy Białorusi tak dotąd zapatrzonego w wielkiego sąsiada, tak dotąd potulnego we wszystkim. Ale widocznie miarka się przebrała i to państwo obudziło się zdając sobie sprawę jak blisko jest utraty swej suwerenności. Świecą tam teraz na choinkach lampeczki,  Dziadkowie Mrozy chodzą ze sztucznie radosnym nawoływaniem ulicami Mińska szykującymi się do obchodów prawosławnych Świat Bożego Narodzenia, ale nastroje tamtejszej ludności na pewno dalekie są od entuzjazmu. Rośnie niepokój, poczucie zagrożenia i bezradności wobec tego, co niesie los…
   

   Po trzecie ogromną obawą przepełnia mnie stan napięcia na linii Waszyngton – Teheran. Zabicie na rozkaz amerykańskiego prezydenta irańskiego generała zdaje mi się iskrą ognia w przestrzeni pełnej prochu. I przerażają wszelkie możliwe  tragiczne zdarzenia, zemsty, niekończące się odwety i ataki, które eskalować będą po tym morderstwie, w których udział brać będą i wojskowi i cywile, a żyjące dotąd beztrosko dzieci, w uwikłanych w konflikt krajach na zawsze stracą swój bezpieczny świat.  Wiele może się wydarzyć, łącznie z wojną, nawet nie regionalną, ale światową. A my nic nie możemy na to poradzić. I znowu niewinni ludzie będą ginąć w imię cudzych, politycznych interesów, a zwłaszcza spodziewanych zysków, gdyż wojna jednych zabija a innym nabija kiesę. Tak zawsze było, jest i będzie. Pełna jestem złych przeczuć…



   Patrzę na malowniczo pokrytą lodem drogę za oknem, na sikorki wyjadające słoninkę z karmnika, na moje śpiące głęboko na miękkich kanapie i fotelach psy. Zerkam na zdobiącą mój cichy dom pod lasem małą, ubraną w dzień wigilii choineczkę. I myślę sobie, ile już takich pełnych niewinności choinek lśniło w podobnym do obecnego czasie, gdy świat trzęsie się od pożarów, zatargów i konfliktów zbrojnych, gdy liczy się tylko władza pieniądza, gdy zwyczajni ludzie niepewni są jutra, gdy w kataklizmach giną rośliny i zwierzęta, gdy widok lampek na choince nie potrafi oddalić od smutnych, lękliwych myśli, napełnić nadzieją albo przynieść głębokiego, spokojnego snu…Nigdzie na świecie nie jest już bezpiecznie a banieczki zwyczajnej szczęśliwości, w których staramy się żyć na co dzień, pęknąć mogą i zniknąć w każdej chwili.


   Spoglądam na moją choinkę a przed oczami stają mi znani kiedyś i bliscy ludzie, którzy zapewne teraz przeżywają bardzo trudne chwile. Widzę koleżanki z mojej australijskiej szkoły językowej: pełną wrażliwości Irankę Shadi, serdeczną Białorusinkę Alę, pogodną australijską nauczycielkę Gwen...Widzę ich sympatyczne twarze tak wyraźnie, jak dziesięć lat temu, gdy opuszczałam Australię. Współczuję im i martwię się o nie. Martwię się o tych co tam, daleko i o tych co blisko. Martwię się o nas wszystkich. Gdzieś tam daleko albo całkiem blisko rosną łuny pożarów i  tylko lampeczki na choince migocą jeszcze jak gdyby nigdy nic…

28 komentarzy:

  1. No nie dobrze sie dzieje, nowy rok i wiadomosci wala nas obuchem, kiedy zaczyna sie nowy okres, wiem, wiem jest on umowny ale zawsze w nas drzemie nadzieja, ze bedzie lepiej i piekniej, ze idziemy w dobrym kierunku, ze swiat zmadrzal i bedziemy razem rozwiazywac problemy naszej, wspolnej planety...a tu od razu takie niepokojace decyzje jednostek, ktore wiklaja nas w niebezpieczne, zagrazajace zyciu, planecie wydarzenia..ehhh...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wiesz Oluś, czytając te wpis tak naprawdę obleciał mnie strach. Niby to wszystko wiem, chociaż z tv mi kompletnie nie po drodze - ale to dociera... i człowiek mimo wszystko chyba chce " nie słyszeć" w obronie własnej. Dzisiaj miałam takie skojarzenie, że kiedyś dawno temu, kręcono mnóstwo filmów katastroficznych, które były jak fantastyka - a teraz to się wszystko dzieje na naszych oczach. Podobno człowiek ma to - o czym marzy. I tak mi się skojarzyło, że te "marzenia "zawarte w filmach - zaczynają się spełniać. Moja mama zawsze mówiła, że w którejś z przepowiedni powiedziane było, że żywi będą zazdrościli tym, którzy nie musieli tego doczekać... Z drugiej strony , jak obserwuję to co się dzieje - w takim zwyczajnym życiu - to czasami " nie ogarniam" i myślę - że to do niczego dobrego i tak nie doprowadzi. Mimo wszystko Oleńko - życzę ciepła w sercu i nadziei.

    OdpowiedzUsuń
  3. Przrażające są te informacje z Australii.
    Trudno zachować spokój.
    I ja śledzę wiadomości...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm... Też nie chciałabym pisać pesymistycznie, ale zaprzeczać też nie można widzę, słyszę i czuję co się dzieje a nie dzieje się dobrze. Gdy płonie przyroda jest bardzo źle, ale gdy płonie serce, czyny i myśli ludzi którzy w świecie rozdają karty jest bardzo źle. Potrzebny jest balsam którego coraz bardziej brakuje. Nie ogarniam tego wszystkiego jestem za mała na to wszystko jedynie czuję że źle się dzieję. Martwię się o tych których kocham ale też o cały Świat bo i świat kocham i Ziemię która pozwala mi żyć i kochać. Jeśli będzie tak dalej to Ziemia tego nie wytrzyma. Jeśli człowiek człowiekowi wilkiem to przegramy. Czy aby już przegrana nie puka do świata... obym się myliła. Niech Bóg ma nas w Swej opiece.

    OdpowiedzUsuń
  5. witam się noworocznie, usmiechy serdeczne zostawiam. Też z niepokojem rozmawaimy o tych wydarzeniach, iskry zawsze są groźne..... codzienność nie jest usłana różami, a świat mamy tak rozwinięty, szybko może to się jedna obrócić przeciwko zwykłym ludziom i stabilizacji w codzienności.pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzisiaj właśnie kiedy spojrzałam na okolice mojego małego świata, zobaczyłam smutek i dosłownie brzydotę.
    Wiem spowodowane jest to taką a nie inną pogodą, ale niestety i ludzką ręką. Kiedy patrzę na zachowanie wielu ludzi tak na co dzień, to wyzwala we mnie wielką gorycz. Jednak jak spojrzy się szerzej to dopiero widać ile zła jest na świecie. I znowu jednostki stają się silne i stanowią wyrocznię dla innych z tym, że mogące przynieść wiele złego.
    Napisałaś dużo o Australii, wiem, że to co się tam dzieje dla Ciebie jest w dwójnasób okropne - byłaś tam. Mnie wielce wzruszył obraz jak rowerzyści poili małego koalę, ile determinacji było w tym zwierzęciu, że podszedł do ludzi. Żywioły są okropne, kiedy człowiek o tym się przekona i zrozumie? Kiedy zacznie inaczej myśleć o ziemi na której żyje? Nie mogę zrozumieć ten ciągłej pogoni za władzą, pieniądzem. Minęło dopiero kilka dni Nowego Roku, a już kilka razy poniosło mnie z bezsilności dowiadując się o postanowieniach samorządowców i tym podobnych organów. Ech poprzestanę już na tym. Pozdrawiam Was jak zwykle serdecznie to mogę bez żadnych nacisków zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  7. Uciekam przed złymi wiadomościami bo i tak coraz częściej pojawiają się bezsenne noce. Długo żyjemy i dlatego tak wiele napawa nas lękiem...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ola, ja się przestraszyłam czytając początek, że coś złego stał się tobie, bądź najbliższym. Choroba, wypadek...Ale nie. Cezary nadal remontuje łazienkę, psy zdrowe, ty też, u córci chyba też ok, co? Świat Hobbitowa jest taki jaki był.
    To jest dobrze, poczułam ulgę, bo przykre doświadczenia nikogo nie omijają.
    Sporo rzeczy smutnych i przerażających jest na świecie. To co wiesz, to czubek góry lodowej. I działo się to zawsze.
    Kiedy ostatnio bawiłaś się z psami i byłaś szczęśliwa, to wszystko też się działo.
    A nie przeszkadzało ci być szczęśliwą :)
    Nam się może też wydaje, że musimy się przejmować, zasmucać, empatyzować patologicznie, dostrzegać, odpowiadać, martwić, bo wtedy jesteśmy postrzegani jako"dobrzy ludzie". Stara pułapka. Nie musimy, możemy, jeśli chcemy, ale nie musimy. Życie płynie, jest zmienne, ma swoje góry i doliny. Nasze bańki jak napisałaś są nasze, pękną, jeśli MY pozwolimy. Więc jeśli chcesz pomóc, naprawdę pomóc światu, ludziom w Australii, politykom, by oprzytomnieli, wyślij im swoje szczęście z Hobbitowa. Kiedy czujesz tę radość, roześlij ją na cały świat. Kiedy się smucisz i boisz, popłacz i rozładuj, niech się rozproszy i zrobi miejsce na dobre uczucia. A dobrymi się dziel.
    Widzę ludzi i zwierzaki w Australii, ale wiem też, że za jakiś czas zagoi się to wszystko, powstaną nowe pastwiska, urodzą się nowe koale, zbudują się nowe domy, Życie popłynie tak jak zawsze. I to uczucie jest dobre. Choć łzy płyną teraz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie to napisałaś Aniu!

      Usuń
    2. Jednak kiedyś kiedy będzie tyle zła wkoło - nie nastąpi czas, że pastwiska odrosną, nowe zwierzęta pojawią się. Nastąpi koniec. Jest pytanie dlaczego swym zachowaniem przyspieszamy to zjawisko?

      Usuń
    3. Aleksandro, żaden koniec nie nastąpi. Ziemia odradza się cały czas. Zmienia i żyje. Z nami czy bez nas.
      A my...no cóż, my pofruniemy dalej :)
      To nasz odpowiedzialność, co siejemy, to zbieramy. Wiele razy widziałam, jak z tzw. zła, wynikało coś dobrego. Choć na pierwszy i drugi, a nawet pięćdziesiąty rzut oka nie było widać...To wszystko nie jest czarno białe, ma mnóstwo odcieni. Zobaczymy :)
      Zamiast mówić o końcu, daj Ziemi i nam przestrzeń na zmianę i naukę :)

      Usuń
  9. Hm...kiedy dotarły do mnie informacje o pożarach w Australii pomyślałam : O matko, Ola! Jakie to będzie dla niej bolesne!
    Gdybym była teraz obok Ciebie, przytuliłabym Cię mówiąc, że będzie, co ma być! Bo co innego mogę Ci Olu powiedzieć? Nie wiem...
    I jeszcze myślę podobnie jak Gabrysia tylko uważam, ze to nie nasze marzenia, a kreatywne myśli zawarte w literaturze, filmach powielane tysiącami poprzez czytajacych ksiązki i oglądających filmy ludzi powodują, że te filmowe i książkowe kreacje urzeczywistniają się w naszym życiu. Myśli ludzkie idące w tym samym kierunku, powielane i nasączane ogromnymi emocjami mogą wiele wykreować dla naszej przyszłości dobrego i niestety złego. Myśl podąża za uwagą, to co intensywnie wzmacniamy swoimi myślami rośnie w siłę. Tak myślę, dlatego nie lubię oglądać informacji. Nie czytam juz także książek niosących ciężkie filozoficzne przesłania albo zawierających krwawe opisy zbrodni, czy pełnych dołujących, depresyjnych poglądów. Nie oglądam filmów katastroficznych. Unikam jeżeli tylko mogę ludzi żyjących i karmiących się tym co smutne, tragiczne i złe.
    Pozdrawiam serdecznie, mocno tulę***

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak tylko zobaczył na FB info o Australii pomyślałam o Was. Pamiętałam Wasze wpisy... unikam wiadomości jak mogę, bo swego czasu za bardzo nas denerwowały i ciężko było żyć jak każdy mówił o tym, co w tv mówią. Jakoś na szczęście nie oglądanie sprawia nieporuszanie tematów i przy stole rodzinnym prędzej jakieś problemy rodzinne wynikają niż polityczne. Nie wiem czy to lepiej...
    Mam nadzieję, że wszystko się ułoży, choć jak przeczytałam wpis to i we mnie wszystko się trzęsie.
    Zazdroszczę kotkom i pieskom, one martwią się tylko o kuwetę czy też spacer na dwór i o pełną miseczkę.
    A i mnie teraz koi patrzenie na naszą biała z kocia choinkę, ale bombki nie tylko z kotkami mam.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  11. Miejmy nadzieję,że ludzkość się opamięta,że przeważą ludzie normalni kochający dobro,ludzi,przyrodę i piękno.Brzydzi mnie polityka i politycy,unikam jak zarazy ogłupiającej telewizji,a i tak dopadają mnie katastroficzne wizje zagłady.Wierzę,że młodzi, wspaniali ludzie,których wbrew pozorom jest dosyć dużo nie pozwolą zniszczyć tego co przed nimi,swojej przyszłości.Pozdrawiam serdecznie i życzę zdrowia,miłości,radości,spokoju i wiary w lepsze,a przynajmniej nie gorsze jutro.Piotr z Roztocza.

    OdpowiedzUsuń
  12. Wszystkie tematy jakie poruszasz sa mi bardzo bliskie. Polityka to moje... nie wiem jak to nazwac, bo hobby to za malo. Zawsze interesowalam sie polityka, a teraz jak nie pracuje, to politka wrecz zyje.
    Mam swoje wlasne teorie na temat pozarow w AU, bo sa one wrecz idealne z tymi ktore od lat nekaja Kalifornie. Najbardziej bolesny w tym wszystkim jest problem wody.
    Co do konfliktu US z Iranem to moim zdaniem jest mniej wazne, kto pociagnal trigger, ale wazne jest kto zaplacil za kule ktora zabila.
    Sa to wszystko bardzo zlozone problemy i moglabym pisac/mowic o tym bez konca, ale to nie jest miejsce na takie tematy. Jestem tu tylko gosciem.
    Na pewno bedzie to ciekawy rok, a kierunek w ktorym zmierza ludzkosc? no coz dopoki sie ludzie nie obudza to nic sie nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń
  13. Jestem pod wstrząsającym wpływem książki, którą ostatnio przeczytałam. Nosi tytuł "Ostatnia dziewczyna" a napisała ją Nadia Murad, jezydka z północnego Iraku. Jej wieś znalazła się na terenie państwa islamskiego pod wpływem ISIS, mężczyzn zabito i pochowano w zbiorowej mogile, tak samo starsze kobiety, te młodsze zostały niewolnicami seksualnymi bojowników, można je oddać, sprzedać, zabić ... Nie są to czasy odległe, 2-3 lata wstecz, nie mogłam przyjąć do świadomości, że takie rzeczy dzieją się we współczesnym świecie.
    Żyjemy w naszej części Europy spokojnie i boję się, że ktoś chory na ambicję zburzy nam ten spokój, a naszych chłopców, synów, mężów wyśle na wojnę, sam chowając się w zaciszu gabinetów. Dlatego wolę towarzystwo moich zwierzaków, kontakt przyrodą, ciszę, i modlę się , żeby tak zostało; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Staram się nie oglądać wiadomości ale to i owo przecieka do mojej codzienności i zawsze przebudzam się jakbym nagle znalazła się w innym świecie. Wszystko to straszne, mimo, że niby ,,nie dotyczy to bezpośrednio nas". Ale dotyczy. To wszystko dzieje się na naszej wspólnej planecie, tragedia tysięcy ludzi i zwierząt.
    Ściskam Cię mocno :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Za każdym razem, kiedy docierają do mnie wiadomości o tym co się dzieje w Australii, to płaczę z bezsilności. Ta tragedia przyćmiła chociażby napięcie na linii USA-Teheran(chociaż tata twierdzi, że jak Trump wystrzeli jakąś rakietę, to nie pozostanie nic nie tylko po sympatycznych misiach koala, ale też po nas). Ale mnie naprawdę jest żal endemicznej fauny i flory z tamtego kontynentu. Przecież jak one wyginą, albo ich populacja niebezpiecznie się zmniejszy to... nawet nie chcę myśleć, ile kosztuje bezmyślność ludzka. Czy to w ogóle da się wycenić? A miejscowości? Domy ludzkie? Ich dobytek gromadzony niekiedy przez całe życie? Podobno nadchodzi pora deszczowa, więc jest cień szansy. Czy jednak nie będzie już za późno...
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  16. Staram się myśleć pozytywnie ale to nie jest łatwe. Chcę by córcia i jej najbliżsi żyli szczęśliwie i bezpiecznie. O siebie się nie martwię, miałam ciekawe życie. I mam nadzieję, że Ci co rządzą i dzielą też mają rodziny i się opamiętają. Niezgoda rujnuje.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dzisiaj na onecie jest obszerny artykul o pozarach i przyczynach pozarow w Australli. Wymienia sie co najmniej 9 przyczyn, i to wcale nie klimat jest najwiekszym ich sprawcom, choc gorace lato uniemozliwia walke z pozarami. Jak sie dobrze wglebic w temat to tak , jest to dzialalnosc czlowieka, podpalenia, bezrozumne celowe wypalania, zle zarzadzanie zasobami wody, przesuszanie, endemiczne flora, drzewa eukaliptusowe, ktore pala sie jak zapalki, dazenie niektorych ludzi do likwidacji parkow narodowych i inne przyczyny. Ale najwygodniej zwalic wszystko na klimat - i opodatkowac.


    https://podroze.onet.pl/aktualnosci/pozary-w-australii-polka-tlumaczy-jak-sytuacja-wyglada-na-miejscu/kej5rpl

    Tragiczne sa skutki tych pozarow, ale niestety za wszystkim stoja najczesciej polityka, pieniadze i wladza.

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo dużo dzieje się złego na świecie, jest to przerażające, bo naprawdę może być źle... staram się o tym nie myśleć, żyć chwilą i cieszyć się każdym drobiazgiem, jednak z tyłu głowy cały czas czai się lęk...

    OdpowiedzUsuń
  19. Kochani! Bardzo dziękuję za wszystkie Wasze komentarze, za merytoryczną dyskusję, za zaangażowanie, za bliskość, zrozumienie, ciepło i życzliwość, które płyną z Waszej strony. Czytam to wszystko co napisaliście i myślę sobie, że dobrze sie stało, iz opublikowałam tego posta. Bo wielu z Was czuje podobnie, bo mówienie o tym co nas smuci, boli i przeraża jest niekiedy bardzo potrzebne, bo nie kotłuje sie w nas w samotności ta bezradnośc, bo nie dusimy w sobie tych uczuć, lecz dzieląc sie nimi widzimy, iż nie jesteśmy sami. Już samo to przynosi jakaś ulgę czy pociechę.

    Świat blogowy został kiedys przez kogos nazwany jakże adekwatnie "światem budyniowym". Bo wszystko przeważnie jest tu słodkie, łagodne, pastelowe, często oddalone od prozy codzienności czy też od grozy tego świata. Jakbyśmy żyli tu w jakimś namiocie, który daje nam rodzaj schronienia, oddalenia od tego, na co nie mamy wpływu, odpoczynku od trudnych emocji i uczuć, z którymi każdy z nas chcąc nie chcąc musi sie zmierzyc w swej realnej codzienności. Jednak czasem pojawiaja sie i tutaj tematy cięższego kalibru - choroba, śmierć, depresja, ból, samotność, niesprawiedliwosć, katastrofy ekologiczne, krzywdy ludzkie, dramaty zwierząt, polityka itp. Widocznie ten namiot nie jest zbyt szczelny i może nie powinien być, gdyz spychanie pewnych kwestii w niebyt nie sprawi przecież, że przestaną one istnieć. Niestety, istnieją. Są jak gazy, które zbyt długo przetrzymywane w sobie powodują coraz większy dyskomfort i ból brzucha.

    Dobrze, że póki co trwa jeszcze nasza zwyczajna, dajaca oparcie i jako takie poczucie bezpieczeństwa codzienność, że mamy swoje małe i duze radości, bliskich na których mozemy liczyć, swoje ulubione miejsca, rytuały, pasje, żejest w nas nadzieja. Cieszmy sie tym, wzmacniajmy to, co dobre, doceniajmy to, ale i mówmy o tym, co nas boli, z czym sobie nie radzimy. Bądźmy prawdziwi.

    Kochani, pozdrawiam Was wszystkich bardzo serdecznie i jeszcze raz dziękuję za każde pozostawione przez Was słowo. Oczywiście, jesli chcielibyście nadal poruszać tematy zwiazane z tym, co dzieje sie teraz na świecie, mówic o swoich uczuciach, o czymkolwiek co Was porusza, smuci albo cieszy, to proszę. Pod tym postem jest na to miejsce a na razie nie zamierzam publikować nowego.
    Ola

    OdpowiedzUsuń
  20. Kochana Olu, ja również wystraszyłam się, że coś się popsuło w Twoim świecie, popsuło się w naszym wspólnym. Albo raczej wydarzyły się bardziej dramatyczne rzeczy niż donoszą codzienne wiadomości.
    Pożary w Australii dotknęły Cie osobiście, bo znasz, bo byłas i trochę serca tam zostawiłas. to samo czuję gdy czytam co się dzieje w Jemenie, zawsze zaboli. Ogólnie to mam zbroję, tak jak napisała Ania Bzikowa, wszystko dzieje się cały czas, a my mamy być szczęśliwi ile tylko da się wycisnąć z tego krótkiego pobytu na Ziemi.
    Znowu spadł samolot i zginęli ludzie, niedługo pamięć mi to podsunie, jak już będe w górze i będe miala natręctwa myślowe jak to jest, kiedy czlowieka rozrywa na strzepy, czy zdążę cos poczuć?
    Kiedyś myślałam, że jak się nie dość przejmę, nie dość popłaczę, nie dośpię, to po prostu się nie uda nic. Dziecko nie wyzdrowieje, nie zdam przez matmy, ktoś przestanie mnie kochać i tak dalej. Potem odkryłam, że reaguję ze spoznionym zaplonem, najpierw racjonalne myslenie, dzialenie bez angazowania płaczliwych uczuć, a rozsypywałam się po załatwieniu najwazniejszych spraw. Nadal uważałam, że musze przypięczętować wszystko bolem serca.
    Az zaczęło bolec mocno, pewnie nerwica, nie wiem, lekarzy unikałam jak zarazy morowej. Az odkryłam, że to czy sie przejmę czy nie, nie ma dla sprawy żadnego znaczenia. ale zostawało poczucie, że chyba jestem nie dość dobrym człowiekiem. No bo nienawidze jak ktoś wrzuca na fejsa zmaltretowane psy, wole tego nie widzieć i nie komentować. Plagą są też chore dzieci błagające o pomoc, im straszniej, tym bardziej wstrząśnie. Ja nie chcę nasiąkać jak gąbką nieszczęściem innych. Na co mam wpływ, to wplywam, a na co nie mam, to nie patrzę. Niesety jestem empatyczna, przejmuję nastroje ludzi, mogę poczuć się skrajnie zagrozona dlatego, że ktoś obok rzuca k...mi.
    Dlatego bardzo zaczęłam chronić swoje uczucia. Przypomniało mi się jak przeraziły mnie Indie, stada głodnych zwierząt, tłumy, które mogły zadeptać, żebraczka z niemowlęciem tak brudna, że nie widać było twarzy. I co? Po kilku dniach zmysły sie przytępiły, polowy nie widzialam, wtopilam się. Tak trzeba. Pomagać można tym co dookoła otaczaja, slowem, pocieszeniem, czasami materialnie.
    Mam nadzieję moja wrażliwa duszo, że odejdzie od Ciebie czarne widmo odpowiedzialnosci za wszystko. Jesteś piękna osobą, dajesz czytającym tyle otuchy i nadziei, pokazujesz piękne rzeczy. Uśmiechnij się natychmiast Olu:) (Eulampia)

    OdpowiedzUsuń
  21. Moze banalnie to zabrzmi, ale mimo wszystko zycze Wszystkim w Nowym Roku aby ten Swiat byl leszy!
    Bardzo duzo zalezy od nas pojedynczych jednostek.
    Olu! Zycze Wam z calego serca wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku. Olu, pisz co w sercu Ci gra, bo to jest muzyka plynaca z Twojego serca, i my Twoi czytelnicy o tym wiemy.



    OdpowiedzUsuń
  22. Wydarzenia, które opisujesz faktycznie przytłaczają. Można mieć tylko nadzieję, że ludzie się opamiętają i będą życzliwie myśleć o drugim człowieku. Na przełomie dziejów było mnóstwo chorób i tragedii, ale w końcu życie toczyło się dalej. Musimy myśleć pozytywnie. Ściskam mocno:-)

    OdpowiedzUsuń
  23. Tęsknię za Tobą Olu! Brakuje mi tych rozświetlonych albo mglistych poranków, tych zdjęć pięknych, Twojej wrażliwosci na piękno, na kolory, na światło, Twojej delikatności!
    Lampki na choince dawno już zgasły. Dzień jest coraz dłuższy i coraz więcej światła wokół. Przyroda odradza się i budzi do zycia na nowo.
    Chociaz rozumiem, ze nie zawsze jest tak jak bysmy chcieli...
    Tulę i buziam serdecznie! Bo co ja mogę jeszcze, co ja mogę...

    OdpowiedzUsuń
  24. Hej tam na górze!!! Kochani, dajcie znak bo my tu się martwimy.

    OdpowiedzUsuń

Serdecznie dziękujemy za Wasze opinie i refleksje wyrażone w komentarzach!

Etykiety

Aborygeni afirmacja życia apel apel o pomoc asymilacja Australia autoanaliza bajka bal ballada baśń Beksińscy Bieszczady bliskość blog blogi Cesarzowa Ki Cezary chleb choroba czarny bez czas czerwiec człowieczeństwo deszcz dobro dom drama drama koreańska drewno droga drzewa trawiaste Dubiecko Dwernik Kamień dzieciństwo ekologia erotyk fajka film fotografie fotoreportaż głodówka gospodarstwo goście góry Góry Flindersa grass tree grudzień grzyby Gwiazdka historia historie wędrujące horror humor humoreska informacja inność internet jabłka Jacuś Jacuś. gospodarstwo Jacuś. lato jajka Jawornik Polski jesień jesień życia kalina kangury kastracja koala kobieta koguty kolędy komputer komunikacja konfitury konflikt koniec świata konkurs kot koziołek kozy Kresy kryminał kryzys książka kuchnia kulinaria kury kwiaty las lato lipa lipiec lis listopad los ludzie łąka maciejka macierzyństwo magia maj malarstwo marzenie maska mgła miasteczko odnalezionych myśli Mikołaj miłość Misia młodość moda mróż muzyka muzyka filmowa nadzieja nalewki nałóg natura niezapominajki Nowy Rok obyczaje ocean odchudzanie odpowiedzialność ogrody ogród ojczyzna opowiadanie opowiastka opowieść Orzeszkowa owoce pamięć pandemia Panna Róża park pasja patriotyzm pierniki pies pieśni pieśń piosenka piosenki pisanie płot początek podróż poezja pogoda Pogórze Dynowskie polityka poprawność polityczna porady pożar praca prawda prezent przedwiośnie przemijanie Przemyśl przepis przetrwanie przetwory przeznaczenie przygoda przyjaźń przyroda psy psychologia radość recenzja refleksja relatywizm remont repatriacja reportaż Riverland rodzina rower rozmowa samotność sąsiedzi sens życia siano sierpień silna wola skróty słońce słowa smutek South Australia spacer spiżarnia spotkanie strych susza. upał szadź szczęście śmierć świat święta świt tajemnica tekst piosenki teksty piosenek tęsknota truskawki uczucia upał urodziny uśmiech wędrówki węgiel wieś Wilsons Promontory wiosna wirus woda wojna wolność wrażliwość wrotycz wspomnienia wspomnienie wychowanie wypadki zabawa zaproszenie zdjęcia zdrowie zielarstwo zielononóżki zielononóżki kuropatwiane zima zioła zmiany zupa Zuzia zwierzęta życie życzenia Żydzi żywokost